Wracamy do średniowiecza

Powszechne protesty dotyczą odbierania społeczeństwu niezależnych sądów, a ostatnio nie respektowania praw kobiet do dysponowania własnym ciałem. Są to ważne zagadnienia w zakresie praw , ale możliwe do odrobienia w stosunkowo krótkim czasie po nieuchronnej zmianie układu rządzącego.

Znacznie większe szkody, mogące trwać całe pokolenie, wyrządzić może zmiana polityki edukacyjnej, realizowana od początku rządów PiS. Zmiana ta znacznie przyspieszyła po powołaniu Pana Czarnka na Ministra Nauki i Edukacji.

Pod pozorem ochrony wolności wypowiedzi ograniczanej rzekomo przez operatorów sieci społecznościowych, którzy usuwają zapisy ksenofobiczne, obraźliwe dla grup społecznych obcych ideowo rządzącym, zamierza się wprowadzić cenzurę rządową z nakazem likwidowania wpisów , które rządzący uznają za rzekomo obraźliwe, a w rzeczywistości pokazujące zakłamanie ich elit.

Odwołania od powyższych nakazów rozpatrywać ma specjalna komisja, w której, jak pokazuje aktualna rzeczywistość, przewagę będzie miała Zjednoczona Prawica, a nie bezstronni eksperci.

Pan Czarnek chce ustawowo bronić przed osądem środowiska prawicowych naukowców głoszących ksenofobiczne poglądy dotyczące praw kobiet, środowisk LGTB, niewierzących , migrantów itp. Jednocześnie ogranicza się środki i dąży do wyeliminowania z polskiej nauki „gender studies”, które badają uwarunkowania kulturowe związane z rozumieniem płci i cech przypisywanych tradycyjnie tym płciom, pokazując równocześnie środki do zmiany tych tradycyjnych uwarunkowań. Znaczne ograniczenia dotyczą też naukowców powołujących się na teorie marksistowskie, które bez ograniczeń funkcjonują w krajach zachodnich i krajach rozwijających się.

Pan Czarnek chce narzucić swój ahistoryczny punkt widzenia na rolę kobiety, wyrażony w jego wystąpieniach publicznych, a sprowadzający się do krótkiego stwierdzenia, że wyłączną rolą kobiety powinno być rodzenie dzieci i służenie mężczyźnie, w celu zaspokojenia jego pragnień i dążeń.
Wprowadzona już przez Pana Czarnka zmiana punktacji za publikacje naukowe wprowadziła prymat nauk teologicznych opartych na „prawdzie objawionej”, kosztem badań opartych o prawdę wynikającą z obiektywnego z badania przyrody i otaczającej nas rzeczywistości.

Oczywiście nie można naukowcom prawicowym ograniczać wyznawania własnych poglądów i prowadzenia badań. Staje się to problemem, gdy te poglądy przenoszą do treści przekazywanych studentom, a co gorzej, gdy służą one do ich dyscyplinowania lub oceny. A z takimi zachowaniami, potępianymi przez środowiska uniwersyteckie, a branych w obronę przez rządzących, mieliśmy w ostatnim okresie do czynienia.

Ta pozorna wolność do prezentowania poglądów w mediach społecznościowych, której obłudnie domagają się Panowie Ziobro i Czarnek nie może być całkowita. Nie możemy dopuścić do prezentowania w mediach społecznościowych tekstów skrajnie faszystowskich, nawołujących do przemocy i skrajnie obraźliwych. Regulacje w tym zakresie muszą powstać w ramach Unii Europejskiej, ponieważ ma ona większą siłę oddziaływania na globalnych operatorów. Nie wolno powierzać takich regulacji w Polsce zacietrzewionym i kłamiącym na co dzień prawicowcom z naszego rządu. Regulacje takie dotyczyć powinny również prezentowania tekstów pseudo naukowych prezentujących dawno obalone teorie, jak kreacjonizm zaprzeczający ewolucji w świecie żywym, czy skrajnie rzecz ujmując twierdzeniu, że ziemia jest płaska, jeśli nie jest to element satyry lecz poglądu naukowego.

Powołanie przez Pana Czarnka teologa o skrajnych poglądach na głównego eksperta od programów nauczania w szkołach świadczy o zamiarze dalszego i nieograniczonego przewartościowania tych programów w kierunku państwa wyznaniowego, kierującego się głównie poglądami hierarchów kościelnych, a także dalszego fałszowania historii, co ma już miejsce od początku rządów PiS, choć było też realizowane wcześniej lecz w znacznie mniejszym stopniu, przez porzednie ekipy postsolidarnościowe.
Wypierana jest też z programów szkolnych wiedza o seksualności człowieka na rzecz katolickich bajek o czystości, nieograniczonej miłości małżeńskiej , nieuniknionego cierpienia kobiet i tym podobnych bzdur wykładanych często przez obecnych lub byłych katechetów. Skutkuje to pozostawieniu ucznia na czerpanie wiedzy od nieprzygotowanych często do tego rodziców, którzy sami pozbawieni byli w dzieciństwie rzetelnej wiedzy o zagadnieniu, lub z sensacyjnych i nie naukowych opowieści kolegów i koleżanek. Sprzyja też braku czujności wobec pedofilów, szczególnie tych w sułtannach, oraz niewłaściwych zachowań seksualnych i zachodzeniu w ciąże przez nieletnie dziewczyny.

Przegląd podstaw programowych ma zacząć się od języka polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie.

Przedstawię teraz pogląd socjalistów na programy nauczania w szkole, szczególnie w zakresie powyższych przedmiotów.

Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów przedstawiamy dwa ogólne postulaty dotyczące tzw bazy programowej, która musi być opracowana ponad podziałami społecznymi.

Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .

Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy spowodowany przepełnieniem klas, niskimi wynagrodzeniami i celowym obniżaniem rangi nauczycieli w środowisku.
Programy powinny położyć nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywać problemy, a nie zapamiętywania faktów i formułek. Jakość kształcenia nie polega na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.

W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej).

Należy zmienić politykę edukacji historycznej ostatnich dwudziestu paru lat, negującą lewicowe, humanistyczne idee powszechnego braterstwa i pobrzmiewającą mesjanizmem Polaków jako narodu wybranego i kultu bitew, a nie rzetelnej pracy i realizmu politycznego. Nieustanna gloryfikacja wysiłku bitewnego prowadzi do zaniku poczucia, że pokój jest dla społeczeństwa wartością nadrzędną. Kult żołnierzy wyklętych, wrogość do sąsiednich narodów i „dmuchanie w narodowy balonik” pogłębiają zjawiska nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. Takie zjawiska zawsze w historii stanowiły zarzewie konfliktów miedzy narodami, a w dobie globalizacji prowadzą do psychozy wojennej. Wielce mylą się Ci, którzy takie zjawiska wiążą z patriotyzmem. Patriotyzm powinien się wyrażać przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego, pracy na rzecz rozwoju społecznego i gospodarczego Polski.

W zakresie wiedzy o społeczeństwie programy powinny przygotowywać do problemów z jakimi spotka się młody człowiek po ukończeniu szkoły. Potrzebne są elementy wiedzy prawnej i ekonomicznej, w tym wiedza o przyczynach nierówności społecznych i pułapkach nieograniczonego rozwoju, skutkującego nieodwracalnymi zmianami klimatycznym, ale także nauka autoprezentacji i jasnego prezentowania posiadanej wiedzy. W ramach cykli tematycznych jest też miejsce na naukę zachowań społecznych oraz seksualności człowieka. Nauka tego przedmiotu powinna być prowadzona w formie oddzielnych cykli nauczania prowadzonych przez specjalistów, w tym specjalistów z poza szkoły.

Nauka języka polskiego i dobór lektur szkolnych powinien przekazywać informacje o różnych formach literackich jak poezja, powieść, opowiadanie, pamiętniki, literatura faktu itp.i ich rozwój w różnych okresach historycznych. Konieczna jest też prezentacja zmieniających się form języka i słownictwa, Nie może tez być pominięta antologia tych twórców, którzy zdobyli rozgłos na świecie, niezależnie od prezentowanych przez nich opcji politycznych.

Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie, w którym technika zastępuje wysiłek ludzki, a człowiek musi zapewnić jej wykorzystanie zgodnie z potrzebami swoimi i otaczającego go środowiska. W nauce tych przedmiotów szczególnie pożądane jest korzystanie z form pracy grupowej, ponieważ nowe wynalazki i rozwój technologii jest obecnie wynikiem działań zespołów, a nie pojedynczych twórców.

Zdziwienie budzi fakt, że zmiany które planuje w edukacji PiS spotykają się z stosunkowo niewielkimi, w porównaniu do innych zagadnień, protestami społecznymi, zwłaszcza w środowiskach młodych ludzi, którzy niedawno zakończyli edukację, ale też w środowiskach rodziców dzieci, aktualnie uczęszczających do szkół. Czyżby stało się to dla nich czymś oczywistym, że programy nauczania opracowuje władza według swoich upodobań, a krytyczne myślenie nie opanowało ich umysłów.

Aktualni uczniowie zaczynają własną formę protestów poprzez masowe rezygnowanie z uczęszczania na lekcje religii. Rodzice często to popierają, ale nie chcą lub boją się aktywnie protestować przeciwko treściom jakie przekazywane są ich dzieciom. Potrzebne są naciski w formie grupowych wystąpień rodziców nie zgadzających się z sekularyzacja i upolitycznieniem treści nauczania.

Zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy w zakresie form i treści nauczania oznaczać będzie cofnięcie Polski w rozwoju.

Niesympatyczni i niesprawni

Już ponad pięć lat temu zaczęliśmy poznawać „ludzi prawa i sprawiedliwości”, z wyraźnym pośpiechem obejmujących bardzo ważne, i mniej ważne, stanowiska państwowe. Na karb długiego oczekiwania na ponowny powrót do władzy składałem wówczas ich specyficzne zachowania, dość znacznie różniące się od poprzednich rządów liberałów, lewicy, starej solidarności a nawet gierkowskiej dekady.

Te rzucające się w oczy cechy, to wyjątkowa pewność siebie, okazywanie otwartej lub skrywanej wyższości nad innymi obywatelami, ostentacyjna, czasem autentyczna, ale u większości raczej udawana pobożność. Jednocześnie totalna negacja całego powojennego dorobku i jednolita, urzędowa, optymistyczna wizja przyszłości.

Sympatia nie trwa wiecznie

Realistów najbardziej drażniło podsycanie tej wizji decyzjami, albo planami, nieosiągalnych w dającym się przewidzieć czasie wielkich przedsięwzięć gospodarczych – „największego”, centralnego portu komunikacyjnego konkurującego z jeszcze większym berlińskim, produkcji promów i elektrycznych samochodów, masowej budowy tanich mieszkań. Mieliśmy też błyskawicznie skonstruować i produkować nadzwyczajny polsko – ukraiński wojskowy helikopter, przy którym poprzednio zakontraktowane francuskie Caracale miały być tylko drogim złomem. Nic dziwnego, – co lepszego mogli wymyśleć Francuzi, których przecież w przeszłości „uczyliśmy posługiwać się widelcem”.

Twórcy i opowiadacze tych planów częściowo brali przykład z Gierka, który jednak „mierzył siły” i był bardziej prawdomówny. Zadłużał nas, ale zmotoryzowaliśmy się na małych Fiatach, mieszkania były małe, ale były, „gierkówka” z Warszawy do Katowic wiele lat służyła i nadal nią jeździmy.
Powoli nowa władza stawała się coraz bardziej nielubiana w kraju i zagranicą. Co najmniej, mimo materialnych prezentów, przez połowę ludności w kraju, dlatego, że robiła nieustanny i coraz większy skok na kasę („bo te pieniądze im się należały”), przerzucała „swoich” ludzi na coraz lepiej płatne posady, zachowywała się w sposób „władczy” w stosunku do reszty społeczeństwa. Z państwowej telewizji zrobiła coś w rodzaju goebbelsowskiego „ministerstwa propagandy”. Przypuszczenia, że właściwie dzięki temu przepchnęła w ostatnich wyborach swojego prezydenta, mogą być prawdziwe. Coraz bardziej zaczęła lekceważyć prawo – łącznie z konstytucją – narażając państwo na straty (jak w przypadku nakładów na niezrealizowane wybory korespondencyjne), albo uznając, że „ich ludziom” wolno omijać obowiązując zasady (jak w przypadku wielotysięcznych zarobków posłów i senatorów poza parlamentem, albo – ostatnio – odwiedzać chorych w szpitalach), czego innym nie wolno.
Zagranica przestawała lubić Polskę – a ściślej jej rząd, – bo wszystkie ich badania wskazują, że prowadzone pod hasłem dobrej zmiany zawirowania organizacyjne w wymiarze sprawiedliwości, czasem wręcz humorystyczne ataki na sędziów, tworzenie specjalnych sądów dla ich karania – w konsekwencji doprowadzają do tego, że Polska przestaje być państwem praworządnym. Niechęć budziły i budzą także dziwaczne manewry wokół LGBT, a zwłaszcza dorabianie ideologii do znanych od wieków odchyleń fizjologicznych i psychologicznych. Głośnym dzwonkiem alarmowym tej zmiany oceny naszego kraju powinna być niedawna decyzja norweskich urzędów o przyznaniu azylu Polakowi, który – ich zdaniem – „może nie być osądzony sprawiedliwie w swojej ojczyźnie.

Ale wątpliwości, co do naszej praworządności, nie są jedyną przyczyną wzrostu niechęci Europy. Drugą jest lekceważący stosunek do wszelkich jej uwag i sugestii, niezgodnych z poglądami ideologicznego ajatollaha polskiej prawicy. Na tle tego lekceważenia rozwijają się buńczuczne wypowiedzi naszych mniej ważnych polityków działających w kraju i europosłów. Przykładowo – sugerowanie przez relatywnie młodych ludzi, że jesteśmy przedmurzem europejskiego chrześcijaństwa i tylko my go bronimy, wydaje się trochę niestosowne. W końcu to „zachodni” rycerze z krzyżami na piersiach i sztandarach walczyli w XI i XII wieku z niewiernymi (inna sprawa, że też niesłusznie), kiedy my jeszcze byliśmy także poganami, albo nieufnymi neofitami chrześcijaństwa.

Nie chcę być katastroficznym wróżbitą. Jednak nie można wykluczyć, że to „nielubienie” w Unii może wpływać na realizację naszych oczekiwań wspomagania finansowego z tego źródła. Pomoc w poprawie obrazu Polski ze strony Igi Świątek jest cenna, ale jej skutki nie będą długotrwałe.

Nieudolność może trwać dłużej

Praworządni i sprawiedliwi przejęli władzę, rozdając pieniądze. To był zręczny chwyt, bo nie jesteśmy najbogatszym w Europie społeczeństwem, ciągle nie możemy przegonić nawet braci Czechów. Każdy grosz oddawany nam z naszych pieniędzy, jest więc mile widziany i tworzy poparcie najuboższych. Ale Sprawiedliwi postanowili dłużej wykorzystywać ten instrument tworząc różne strumienie wypływu budżetowych pieniędzy do niektórych grup społecznych. Siedząc na przyzbie z przyjaciółmi ze zdumieniem wysłuchiwaliśmy radosnych zapewnień o emerytalnych 13-tkach, 14-tkach a może nawet 15-tkach w 2021 roku. Patrzyliśmy ze zdziwieniem na pospieszne przekopywanie Mierzei Wiślanej, które nie było teraz niezbędne. Z uwagi na rozmiary kanał nie będzie mógł przepuszczać dużych statków i zapewne stanie się głównie atrakcją turystyczną. Zamortyzuje się nie wcześniej, niż za czasów naszych pra, prawnuków.
Wydawanie zarobionych przez społeczeństwo pieniędzy dla utrzymania społecznego poparcia, stało się podstawowym instrumentem stabilizacji władzy. Jednocześnie uznano, że naród będzie się pozytywnie podniecał, jeśli będziemy je także wydawać na zwiększanie naszej siły militarnej, pod hasłem wzrostu obronności. To zresztą nic nowego. Zawsze szykowaliśmy się do jakiejś wojny. A jeżeli wybuchała, to i tak nie byliśmy przygotowani, zarówno w czasach „Potopu” jak i II wojny światowej. A postęp techniczny doprowadził do tego, że we współczesnej wojnie światowej bylibyśmy głównie strefą przelotu rakiet zmierzających do bardziej odległych celów.
Minister finansów w rządzie Donalda Tuska powiedział „pieniędzy na to nie ma i nie będzie”. Mylił się. Pieniędzy jednak trochę było i trochę przybyło przez zwiększenie dyscypliny podatkowej. Ale zaczęły się kończyć. Jak się kończą, nie daje się więcej zarobić i ma się trudne do zapomnienia zobowiązania, to trzeba pożyczać. Różne są dane, analizy i metody liczenia, ale dług państwa wzrósł, do co najmniej 250 – 340 milionów dolarów. Państwa, – czyli nasz. Bo państwo ma tylko takie pieniądze, jakie my oddamy do wspólnej kasy. Gierek został daleko w tyle.

Nieudolność zarządzania i doboru kadr naszych „sprawiedliwych” osiągnęła apogeum w dobie pandemii koronawirusa. Najpierw – zdaniem rządzących – była mało groźną epidemią, potem, na wakacje i przed wyborami, już z nią właściwie wygraliśmy. Kiedy przyszła jesień i nastąpił drastyczny wzrost zachorowań, no to „przecież nie mogliśmy tego przewidzieć”. Nie zastosowano dwutygodniowego zamrożenia wszystkiego, co można zamrozić – łącznie z pobytem dzieci i młodzieży w szkołach i uczelniach, całej gastronomii i turystyki, zakazem organizowania wesel, chrzcin, imprez sportowych, ćwiczeń wojskowych itp. Ślub można wziąć, ale wesele zrobić później. Doświadczenia kilku krajów wykazały, że tylko wtedy można osiągnąć wyraźnie „oderwanie się od nieprzyjaciela”, przerwać taśmę zakażeń, zwolnić znaczną część łóżek w szpitalach.
Pochodną nieudolnych reakcji na pandemię jest także, – o czym już pisałem – kompletny bałagan w organizacji szczepień na grypę. To się jeszcze może uspokoić, ale pozostawiło już ślad w graniczącej z satyrą ocenie sprawności rządu.

Dobroduszność jest cechą często wypominaną mi przez przyjaciół. Mimo, że wpływa ona hamująco na moje oceny dochodzę do wniosku, że w interesie „suwerena” jest możliwie najszybsze zakończenie rządów „prawych i sprawiedliwych”. Może to się uda wcześniej niż się spodziewano, bo różne grupy społeczne zaczynają bardziej agresywnie wyrażać swoje niezadowolenie. Jeśli się nie uda, to trzeba zewrzeć szyki i doprowadzić do zmiany konfiguracji sceny politycznej w wyborach za trzy lata. Trzeba traktować ten cel, jako nadrzędny. Wiem, ze nasi opozycyjni i wyczekujący politycy mają z tym trudności, że ciągle opowiadają o własnych programach i różniących się celach. Na to też przyjdzie czas. Ale najpierw muszą zacisnąć zęby i nie dopuścić do całkowitej degrengolady państwa i utrwalenia anegdotycznych poglądów w świadomości społecznej, a zwłaszcza w umysłach indoktrynowanej młodzieży.

Warszawa – Marki, 13.10.2020r.

Sprawy ważne i ważniejsze

Pan poseł Bartosz „Widelec” Kownacki napisał do premiera Morawieckiego rozdzierający apel, aby na pokładach samolotów PLL LOT pasażerowie mieli szansę zapoznać się z patriotycznym kinem – „piękną, choć bolesną, historią Polski”. Linie powinny więc zadbać o to, aby obejrzeli m.in. papieskiego gniota z Piotrem Adamczykiem w roli głównej oraz trybut dla księdza Popiełuszki, który jest produkcją o tyle sprytną, że stanowi indoktrynację o charakterze religijnym i antykomunistycznym jednocześnie. Zrobiłby więc władzy podwójną robotę.

 

Informacja o całym liście pana posła Kownackiego do premiera jest oczywiście doniesieniem czysto plotkarskim, oddaje jednak w mistrzowski sposób priorytety „prosocjalnej” władzy i prawdziwy stosunek do maluczkich, których PiS chce podnosić z kolan. Bo najprościej podnosi się w sferze deklaratywnej, machając im przed nosem plemiennymi totemami i wykrzykując hasła o tym, kto powinien zostać wykluczony z naszej wyobrażonej wspólnotowej piaskownicy. Przedmiotem troski ani posła Kownackiego ani innych tuzów prawicy nie były bowiem wartości, które przekazano pasażerom na przykład poprzez zwolnienie dyscyplinarne 67 działaczy związkowych. Przez cały czas, kiedy trwał strajk upodlonych pracowników LOT-u, pan Kownacki nie zająknął się ani słowem na temat tego, że na oczach podróżnych łamie się prawa człowieka. Ubolewa natomiast nad realną stratą dla ludzkości, że ta nie obejrzy w kolorze kolejnej przeładowanej symboliką hagiograficzną bajeczki. Tymczasem prezes Milczarski prezentował podległym mu obibokom na kontraktach, jak prawidłowo należy myć pokładowy kibel. Zapewne przy dźwiękach papieskiego orędzia z 1979 roku myłoby się go z większym poczuciem misji.

Zamiast puszczać filmy o wielkich wąsatych Polakach z czasów szabel i husarskich skrzydeł, wyklętych bandytów z lasu rozpruwających brzuchy albo zamyślonych, oderwanych od życia religiantów, co „urodzili się do świętości”, może puścilibyśmy filmy o wyzysku, albo o nowoczesnym niewolnictwie? A może coś z historii związków zawodowych, które nasza rzekomo prosocjalna władza zwalcza z całą mocą, za wyjątkiem „Solidarności” oczywiście (choć „Solidarność” nota bene w strajk pracowników LOT nie miała zamiaru się angażować bo „to nie jej spór”). Może zorganizowalibyśmy maraton dokumentów na temat wszystkich grup zawodowych, które wyszły na ulice tylko w tym roku? Może dziennikarze śledczy z telewizji publicznej nakręciliby na potrzeby kina pokładowego rzetelny materiał o wynagrodzeniach pracowników nomen omen pomocy społecznej?

Strajk w LOT się zakończył. Trwają negocjacje związków i zarządu w sprawie regulaminu płac. Potrwają do połowy stycznia. W ostatnią środę strona reprezentująca pracowników usłyszała, że kondycja spółki jest tak zła, że nie ma pieniędzy na podwyżki.

Rozumiemy oczywiście, są sprawy ważne i ważniejsze. Nikt nie będzie zawracał dupy szefowi rządu z powodu tego, że jakiś tam pracodawca w państwowej spółce poniża ludzi, grunt, żeby chciał puścić film o Wojtyle. Jak to dobrze, że parlamentarzyści zdają sobie sprawę z najbardziej palących społecznych problemów. Za to im przecież płacimy.