Stulecie urodzin Kazimierza Górskiego

We wtorek 2 marca przypadła setna rocznica urodzin Kazimierza Górskiego, twórcy wielkich sukcesów piłkarskiej reprezentacji Polskiw latach 70. XX wieku. To odpowiednia okazja, żeby przypomnieć historię życia tego dobrego, nietuzinkowego człowieka, który nawet w roli prezesa PZPN nie roztrwonił ogromnego kapitału sympatii, jakim został obdarzony.

Urodził się 2 marca 1921 roku we Lwowie, w dzielnicy Bogdanówka, na ulicy Gródeckiej na parterze dwupiętrowego domu. Na tym miejscu stoi dziś Dom Towarowy. Jego ojciec pracował w warsztatach kolejowych, matka prowadziła dom. Kazimierz był najstarszy spośród sześciorga rodzeństwa (miał brata i cztery siostry). Chodził do szkoły powszechnej na ulicy Sienkiewicza, potem do IX Gimnazjum im. Jana Kochanowskiego na ulicy Chocimskiej. Ale nie skończył tej szkoły, poszedł do technikum mechanicznego, bo chciał mieć fach w ręku. Umiejętności ślusarza później przydały mu się w czasie II Wojny Światowej. Po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną pracował jako mechanik w spółdzielni pracy, a po agresji niemieckiej na Związek Radziecki i ponownym zajęciu Lwowa przez Niemców pracował w warsztatach kolejowych. W 1944 roku wstąpił do wojska polskiego i służył w jednostce artylerii.
W życiu Kazimierza Górskiego zdecydowanie bardziej przydatną umiejętnością, chociaż nie nabytą w szkolnej ławce, była jednak umiejętność gry w piłkę nożną. Przed wojną grał w RKS Lwów jako prawoskrzydłowy, ale marzył żeby dostać się do zespołu Pogoni Lwów, najlepszego wtedy w Rzeczpospolitej. Był niski i drobnej budowy, za to szybki i zwinny, nieźle też potrafił kiwać. Koledzy nadali mu pseudonim „Sarenka”. Gdy wybuchła wojna, miał 18 lat. Jego marzenia o występach w Pogoni pozostały marzeniami, ale w 1945 roku jako żołnierz zawędrował do zrujnowanej Warszawy i zgłosił się do Legii. I już w stolicy pozostał do końca życia, a z lwowskiego okresu na zawsze pozostał mu charakterystyczny akcent, za który także uwielbiali go kibice, którzy po złotym medalu olimpijskim w 1972 roku i trzecim miejscu na mistrzostwach świata w RFN dwa lata później do końca jego dni darzyli go niewyczerpaną i bezwarunkową sympatią.
Zawodnikiem Legii Kazimierz Górski był w latach 1945-1953. Rozegrał w barwach warszawskiej drużyny 81 meczów ligowych, w których strzelił 34 gole. W reprezentacji Polski zaliczył tylko jeden występ. Miało to miejsce 26 czerwca w Kopenhadze w meczu z Danią. Trenerem biało-czerwonych był wtedy Zygmunt Alfus. Polski zespół przegrał sromotnie 0:8, a Górski, zmieniony w 34. minucie przez Józefa Kohuta, został uznany za współwinnego klęski. Tymczasem tak naprawdę jej sprawcą był Alfus, który w przeddzień spotkania z nadgorliwości zaordynował piłkarzom katorżniczy wręcz trening, po którym następnego dnia wszyscy mieli zakwasy i nie nadążali za duńskimi zawodnikami.
W styczniu 1948 roku Kazimierz Górski ożenił się z rodowitą warszawianką, Marią Stefańczak (1919-2005). Doczekali się dwójki dzieci – w 1953 roku na świat przyszedł syn Dariusz, uznany fotoreporter piłkarski, a 1956 roku córka Urszula, której pasją stało się łyżwiarstwo figurowe, a druga ojczyzną Grecja.
W 1952 roku Górski ukończył kurs trenerski w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Krakowie i rozpoczął nowy rozdział w swojej zawodowej karierze. Rok później został asystentem pierwszego trenera Legii Wacława Kuchara. W 1954 roku na rok przeniósł się do Marymontu Warszawa, a w latach 1955-1959 był selekcjonerem kadry Polski do lat 19. Wrócił do Legii już w roli głównego trenera w 1960 roku i prowadził zespół przez dwa sezony zdobywając wicemistrzostwo w 1961 i trzecie miejsce w 1962 roku. Potem był szkoleniowcem zespołów Lublinianki (1963-1964) i Gwardii Warszawa (1964-1966), a w 1966 roku ponownie został trenerem w PZPN i do 1970 roku prowadził kadrę młodzieżową. W 1971 roku został selekcjonerem pierwszej reprezentacji Polski. Debiutował w spotkaniu ze Szwajcarią, wygranym przez biało-czerwonych 4:2.
Gdy przed wyjazdem na igrzyska 1972 roku w Monachium mówił, że jego zespół ma szanse zdobyć medal, nikt w Polsce nie potraktował jego słów poważnie, bo wszystkie wcześniejsze starty olimpijskie piłkarzy kończyły się niepowodzeniami. Nie tym razem. W pierwszej połowie finałowego meczu z Węgrami z powodu błędu Kazimierza Deyny rywale zdobyli bramkę, ale sprawca nieszczęścia po zmianie stron z nawiązką odrobił ten błąd, strzelając dwa gole zapewniające reprezentacji Polski pierwszy medal olimpijski w historii i od razu złoty.
A potem były wciąż w Polsce przypominane z rozrzewnieniem eliminacje do mistrzostw świata w RFN i pamiętne mecze z Anglią – wygrany przez biało-czerwonych w Chorzowie 2:0 i zremisowany 1:1 na Wembley. Kibice starszego pokolenia doskonale pamiętają wyniki naszego zespołu na niemieckich boiskach – 3:2 z Argentyną, 7:0 z Haiti, 2:1 z Włochami, 1:0 ze Szwecją, 2:1 z Jugosławią i 0:1 z RFN oraz 1:0 w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Drużyna Górskiego dwukrotnie rywalizowała również w eliminacjach do ME (1972, 1976), nie udało jej się jednak awansować do turnieju finałowego. W 1976 Polska sięgnęła po srebrny medal na turnieju olimpijskim 1976 w Montrealu, co uznano w kraju za porażkę. Kazimierz Górski po powrocie z igrzysk podał się do dymisji. Łącznie w latach 1966–1976 prowadził reprezentację Polski w 68 oficjalnych meczach (37 zwycięstw, 12 remisów, 19 porażek, bramki 138:66).
Dostał zgodę ówczesnych władz na podjęcie pracy za granicą. Wybrał Grecję i w tym kraju odniósł niekwestionowany sukces – jako trener Panathinaikosu i Olympiakosu zdobywał kilka razy mistrzostwo i puchar kraju. Wrócił do Polski w glorii w 1986 roku, ale porzuci trenerski fach i został działaczem PZPN – w latach 1987-1991 był wiceprezesem, następnie w latach 1991-1995 prezesem związku. Jego rządy nie były malowane, funkcję sprawował rzetelnie i z poświęceniem, czym jeszcze mocniej zaskarbił sobie nie tylko sympatię fanów futbolu, ale też uznanie futbolowego środowiska, czego najlepszym dowodem było obdarowanie go 3 lipca 1995 roku tytułem honorowego prezesa PZPN.
W ostatnich latach życia szwankowało mu zdrowie, nad czym ubolewał. 85. urodziny świętował przykuty przez chorobę nowotworową do łóżka, ale nie tracił pogody ducha. „Wiem, że już nigdy nie wstanę. Jedną nogą jestem już chyba gdzie indziej, jednak jestem szczęśliwy, że tak dobrze mi w życiu poszło. Nie sprawiłem ludziom zawodu – to najważniejsze. Ucałowałbym piłkę, gdybym miał ją pod ręką. Służy co prawda do zabawy, ale jak bardzo łączy ludzi”. Zmarł 23 maja 2006 roku. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach. Jego pamięć uczczono minutą ciszy przed rozpoczęciem mistrzostw świata w Niemczech w 2006 roku.

Odszedł Adam Musiał

W wieku 71 lat zmarł Adam Musiał, lewy obrońca jedenastki legendarnych „Orłów Górskiego” – piłkarskiej reprezentacji Polski, która w mistrzostwach świata w RFN w 1974 roku wywalczyła trzecie miejsce. Był niezwykle barwną postacią jako piłkarz i trener, nietuzinkowy też jako człowiek.

W pamiętnej drużynie Kazimierza Górskiego było wielu znakomitych piłkarzy, ale kilku z nich miało w tej grupie specjalne znaczenie. Kazimierz Deyna był kapitanem zespołu i jego liderem, ale jeśli trzeba się było z działaczami PZPN wykłócać o pieniądze, to „szatnia” do tego zadania delegowała Antoniego Szymanowskiego, zaś po meczu pierwszy do dziennikarzy wychodził Jan Tomaszewski, natomiast Adam Musiał był tym, który tworzył odpowiednią atmosferę. W archiwalnych nagraniach naszej reprezentacji z mistrzostw świata w RFN ta jego rola jest wyraźnie zauważalna – słychać go jak inicjuje chóralne śpiewy, żartuje z kolegów albo rywali i jak wszystkich prowokuje do zabawy. Na boisku już jednak taki wesołkiem i przyjemniaczkiem nie był – zarówno w Wiśle Kraków (był zawodnikiem tego klubu w latach 1967-1977), jak i w reprezentacji słynął z twardej i nieustępliwej gry, ale też z niezbyt sportowego trybu życia. Nie dlatego jednak zaliczył w reprezentacji Polski tylko 34 występy. Zadebiutował wprawdzie w drużynie narodowej już jako 20-latek, w 1968 roku, ale na lewej obronie miał w owym czasie konkurenta z najwyższej światowej półki – Zygmunta Anczoka, uczestnika pożegnalnego meczu Lwa Jaszyna w barwach reprezentacji FIFA, do której został zaproszony wraz z Włodzimierzem Lubańskim.
W futbolu czasem jednak tak bywa, że pech jednego piłkarza stwarza szansę innemu. Tak było w przypadku Musiała, którego Kazimierz Górski prowadził już w reprezentacji młodzieżowej, więc gdy Anczok po złotych dla naszej narodowej drużyny igrzyskach olimpijskich w 1972 roku wypadł z kadry z powodu poważnej kontuzji, zwolnione przez niego miejsce na lewej obronie powierzył właśnie Musiałowi, a nie jak się spodziewano graczowi Lecha Poznań Zbigniewowi Gutowi.
Na niemieckim mundialu Musiał nie zagrał tylko w jednym spotkaniu, ze Szwecją. Pauzował za karę, bo ze świętujących „na mieście” awans do drugiej rundy turnieju kadrowiczów wrócił po ustalonym czasie w ostatniej grupie balowiczów, na dodatek nie wziął przykładu z kolegów i nie przemknął do swojego pokoju bocznym wejściem, tylko wszedł od frontu i jeszcze uciął sobie pogawędkę z czekającym w holu trenerem Górskim.
„Trener Tysiąclecia” nie zrobił z tej niesubordynacji wielkiej afery, posadził niesfornego piłkarza na jeden mecz, a potem znów wystawiał go w podstawowym składzie – z Jugosławią, Niemcami i w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Dzięki temu Musiał w pamięci potomnych na zawsze zapisał się jako jeden z najlepszych lewych obrońców w historii polskiego futbolu. Miał wtedy dopiero 26 lat i w kolejnych latach, obfitych w sukcesy reprezentacji, mógł swoją legendę jeszcze bardziej wzbogacić. Choćby o srebrny medal olimpijski w Montrealu czy piąte miejsce na kolejnym mundialu, w Argentynie. Życie miało jednak dla niego mniej ciekawy scenariusz.
Musiał miał wielką słabość do alkoholu i szybkich samochodów. Jak twierdził po latach, z tej pierwszej przywary wyleczył go w latach 90. Bogusław Cupiał, bo gdy został właścicielem Wisły Kraków wyciągnął do znajdującego się wtedy na życiowym zakręcie byłego piłkarza i trenera „Białej Gwiazdy” i dał mu dobrze płatną posadę. Ale pod warunkiem, że odstawi kieliszek. Z miłości do samochodów wyleczył się sam. Jeszcze w trakcie mistrzostw świata koncern BMW zaoferował piłkarzom polskiej reprezentacji kupno swoich aut po bardzo okazyjnej cenie. Konkretnie za 30 procent ich normalnej wartości. Musiał się wtedy szarpnął i po powrocie z mundialu zadawał szyku w Krakowie czarną „beemwicą”. Po latach w jednym z wywiadów przyzna, że był to jego najlepszy zakup, bo solidne niemieckie auto wytrzymało w nocy z 31 października na 1 listopada zderzenie z ciężarówką na drodze z Krakowa do Wieliczki. Musiał wypadek przeżył, ale jego skutki dla jego organizmu okazały się nieodwracalne. Doznał złamania żuchwy, stłuczenia klatki piersiowej, połamania żeber, kości ramienia, kości promieniowej i ogólnych potłuczeń, w tym głowy i twarzy. Analiza pobranej do badania krwi wykazała 1,6 promila alkoholu. Sąd nie był wyrozumiały – piłkarz dostał grzywnę w wysokości 20 tysięcy złotych, karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na pięć lat.
Po tym wypadku wrócił jeszcze na boisko, ale do reprezentacji powołania już nigdy nie dostał. Po latach przyznał, że sam to trenerowi Górskiemu zasugerował, bo o ile jako tako radził sobie z grą w polskiej lidze, to na kadrę to już było stanowczo za mało. W 1977 roku okazało się też niewystarczające dla ówczesnego trenera Wisły Oresta Lenczyka i Musiał musiał odejść. Przeniósł się do Arki Gdynia i z tego klubu pod koniec lat 70. wyjechał na zagraniczne saksy, do IV-ligowego angielskiego klubu Hereford United, z którego przeniósł się do polonijnego zespołu Polish-American Eagles Nowy Jork, w którym w 1987 roku oficjalnie zakończył piłkarska karierę.
Po powrocie do Polski skończył kurs trenerski i z powodzeniem prowadził zespoły Wisły Kraków (1988-1992), z którą wywalczył 1 sezonie 1990/91 trzecie miejsce w ekstraklasie, a potem Stali Stalowa Wola (1993-95) oraz GKS Katowice (1995/96). Potem jednak wypadł z trenerskiej karuzeli i przez ostatnie ćwierć wieku zarabiał na życie jako kierownik wiślackich obiektów sportowych. Dochował się dwóch synów – Tomasz jest znanym sędzią piłkarskim, a Maciej pracuje jako trener, obecnie w Łódzkim Klubie Sportowym.
Wieść o śmierci 34-krotnego reprezentanta Polski przekazał za pośrednictwem Twittera prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Odszedł Adam Musiał. Wybitny Piłkarz, znakomity Kolega. Medalista MŚ. Spoczywaj w spokoju Adamie. Wyrazy współczucia dla Rodziny. Smutny dzień…”.

Diabeł z wyrokiem w zawieszeniu

W minionym tygodniu w polskich mediach zrobiło się głośno o Andrzeju Szarmachu. Przyczyną była wzmianka w lokalnym francuskim dzienniku „Le Telegramme”, że blisko już 70-letni dzisiaj 61-krotny reprezentant Polski, dwukrotny brązowy medalista mistrzostw świata, został skazany we Francji na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu za znęcanie się nad żoną.

Rozprawa w tej bulwersującej sprawie odbyła się przed sądem w Agouleme, stolicy okręgu w regonie Nowej Akwitanii do którego należy jurysdykcja nad obywatelami miejscowości i gminy Puymoyen. To w tej liczącej niespełna trzy tysiące mieszkańców miejscowości Andrzej Szarmach z żoną Małgorzatą osiedli po przejściu na emeryturę. Poznali się w 1972 roku w Zabrzu, a ślub wzięli dwa lat później, w maju 1974 roku, na miesiąc przed mistrzostwami świata w RFN, gdzie trzecie miejsce wywalczone przez biało-czerwonych zapewniło niemal wszystkim piłkarzom podstawowej jedenastki nieśmiertelną sławę. Największe splendory spadły wprawdzie na Kazimierza Deynę oraz króla strzelców turnieju Grzegorza Lato, lecz Szarmach, który zdobył pięć bramek, czyli tylko o dwie mniej od Laty, i wspólnie z Holendrem Johanem Neeskensem został wicekrólem strzelców, też nie mógł narzekać na popularność. Nie zmieniło się to także w późniejszych latach, chociaż niespecjalnie dbał o dobre kontakty z mediami i na ogół nie przywiązywał wagi do tego, co o nim mówiono i pisano.
Nikt nie kwestionował nigdy jego nietuzinkowego piłkarskiego talentu. Oglądając jego bramki zdobyte w reprezentacji nietrudno zauważyć, że z równą łatwością pokonywał bramkarzy lewą i prawą nogą, a w strzałach głową był wręcz mistrzem. Boiskowy przydomek „Diabeł”, nadany mu przez fanów i rozpowszechniony w mediach, do dzisiaj jest jego znakiem firmowym. Szarmach był „wynalazkiem” Kazimierza Górskiego i póki on był trenerem biało-czerwonych, grał w podstawowym składzie regularnie. W turnieju piłkarskim igrzysk olimpijskich w 1976 roku w Montrealu został królem strzelców, lecz srebrny medal w Polsce uznano za porażkę i Górski zrezygnował z posady. Jego miejsce zajął Jacek Gmoch, z którym Szarmach nie miał dobrych relacji, ale mimo to także u niego do końca MŚ’78 w Argentynie był podstawowym graczem. Występ biało-czerwonych na argentyńskich stadionach także uznano za porażkę i Gmoch musiał odejść. Kolejni selekcjonerzy, Ryszard Kulesza i Antoni Piechniczek, już nie myśleli jak najlepiej wykorzystać talent „Diabła”, tylko uparcie szukali na jego miejsce innych gracz.
Mimo to Szarmach dotrwał w kadrze do MŚ’82 w Hiszpanii. Piechniczek trzymał go tam jednak uparcie na ławie dał zagra dopiero w meczu o trzecie miejsce z Francją. Dla Szarmacha był to 61. występ w narodowych barwach i jak się okazało, także ostatni. W pożegnalnym występie zdobył 32. bramkę, ale radości nie okazał. Było widać, że jest wściekły, bo jeszcze przed meczem usłyszał, że więcej powołania do kadry nie dostanie. Opuszczając zgrupowanie nie podał Piechniczkowi ręki i chyba nigdy mu naprawdę nie wybaczył.
Do Polski już też na stałe nie wrócił. W 1980 roku dostał zgodę od ówczesnych władz sportowych na wyjazd do Francji, gdzie podpisał kontrakt z prowincjonalnym klubem AJ Auxerre. Występował w nim przez pięć sezonów, do czerwca 1985 roku, zdobywając 94 gole w 148 występach. Do dzisiaj jest jedną z największych legend tego zespołu i jego najskuteczniejszym strzelcem w historii. Potem przez dwa sezony grał w drugoligowym Guingamp, a karierę zakończył w trzecioligowym Clermont Foot. W tym klubie w 1987 roku podjął też pierwszą trenerską pracę. W 1998 roku na kilka miesięcy został szkoleniowcem Zagłębia Lubin, ale nie była to udana przygoda. Trochę zajmował się też menedżerką, m.in. uczestniczył w transferze do Francji Grzegorza Krychowiaka.
Na emeryturę przeszedł bez rozgłosu i chyba bez żadnego planu na tę część życia. Wygląda na to, że trochę się pogubił i chyba z nudów zbyt często zaczął zaglądać do kieliszka. Na tyle często, że – jak twierdzi „Le Telegramme” – nosiło to znamiona alkoholizmu. Z sądowych akt wynika, iż 6 marca tego roku w trakcie kłótni z żoną Szarmach uderzył ją w twarz. Małżonka za namową dzieci złożyła pozew do sądu, lecz po kilku tygodniach wybaczyła mężowi. „Trzy miesiące bez niego były okropne. Chcę, by do nas wrócił. Jestem pewna, że to się już nie wydarzy. Przez ten czas jak wyprowadził się z domu, nie tknął alkoholu, co potwierdziły badania toksykologiczne”– przyznała publicznie Małgorzata Szarmach. Sąd uznał to za okoliczność łagodzącą i orzekł karę ośmiu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu, a ponadto nakazał skazanemu, aby przez dwa lata uczestniczył w obowiązkowej terapii przeciwko uzależnieniom.
I to tyle. Zwykła rodzinna historia jakich wiele dzieje się wokół nas i jaka może przydarzyć się w późnym wieku każdemu.

On zlekceważył Latę na Wembley

W miniony piątek w wyniku zarażenia korowanwirusem zmarł w wieku 76 lat były reprezentant Anglii Norman Hunter. Starsze pokolenie polskich kibiców pamięta go z pamiętnego meczu Anglia – Polska na Wembley z 1973 roku. To właśnie Hunter w tym spotkaniu stracił piłkę w starciu z Grzegorzem Lato, który następnie zainicjował akcję zakończoną golem Jana Domarskiego.

Urodzony 29 października 1943 roku Hunter profesjonalną karierę piłkarską zaczął w 1962 roku w Leeds United. W tym klubie występował przez 14 lat, do 1976 roku, rozgrywając w jego barwach 726 meczów we wszystkich rozgrywkach. W historii Leeds tylko trzech piłkarzy ma na koncie więcej spotkań – Jack Charlton, Billy Bremner i Paul Reaney. Z ekipą „Pawi” świętował też największe sukcesy – dwukrotnie zdobył z tym zespołem mistrzostwo Anglii, dwa razy Puchar Miast Targowych i raz Puchar Anglii. Hunter grał na pozycji środkowego obrońcy i w Leeds przez dziesięć sezonów był partnerem w środku defensywy Jacka Charltona, lecz w reprezentacji Anglii jej trener, słynny Alf Ramsey, stawiał na duet Charltona z Bobby’m Moore’m.
W 1966 roku w rozgrywanych w Wielkiej Brytanii mistrzostwach świata współpraca tych dwóch stoperów była wzorcowa, przez co Hunter cały turniej spędził w roli rezerwowego. Z tego powodu, chociaż do kadry „Synów Albionu” był powoływany od 1965 do 1974 roku, przez ten czas zaliczył jedynie 28 reprezentacyjnych występów. Ale pojechał też w 1970 roku na mistrzostwa świata w Meksu, gdzie angielski zespół nie zdołał obronić tytułu po porażce w ćwierćfinale 2:3 z RFN. Gdy po tym turnieju z kadrą pożegnał się Jack Charlton, wtedy Ramsey zaczął częściej wystawiać do gry Huntera.
W eliminacjach do kolejnego światowego czempionatu Anglicy trafili w grupie na Polskę i Walię, więc byli pewni awansu. W pierwszym meczu z Polakami, w Chorzowie, przegranym przez ekipę Ramseya 0:2, Hunter nie zagrał, Ale przy drugiej bramce dla biało-czerwonych, zdobytej przez Włodzimierza Lubańskiego, nie popisał się Bobby Moore i w konsekwencji stracił miejsce w reprezentacji. W rewanżu na Wembley na środku obrony zastąpił go właśnie Hunter.
Do przerwy ten słynący z twardej gry obrońca nie miał wiele pracy, bo zepchnięty do rozpaczliwej obrony polski zespół rzadko przekraczał środkową linie boiska. Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił, ale wyraźnie rozzuchwaleni przytłaczającą przewagą angielscy piłkarze zaczęli już wręcz ostentacyjnie lekceważyć rywali. I w 57. minucie zostali za to surowo ukarani, gdy Hunter wdał się w indywidualny pojedynek z Grzegorzem Lato. Późniejszy król strzelców mistrzostw świata był nie tylko młodszy od angielskiego stopera o sześć lat, ale też znacznie od niego szybszy. Gdy już odebrał mu piłkę, popędził na bramkę Petera Shiltona zostawiając zdumionego Huntera za plecami, a następnie podał futbolówkę do wychodzącego na czystą pozycję Jana Domarskiego.
Co było dalej, chyba każdy polski kibic piłki nożnej zna z wielokrotnych powtórek tego legendarnego meczu. Kopnięta przez Domarskiego piłka prześliznęła się pod rękami spóźnionego w reakcji Shiltona i wpadła do bramki. Drużyna Kazimierza Górskiego objęła prowadzenie 1:0. Nie cieszyła się nim długo, bo już w 63. minucie belgijski arbiter Vital Loraux podytował rzut karny dla ekipy gospodarzy, którego na wyrównującego gola zamienił Alan Clarke.
Hunter tuż po meczu niepotrzebnie powiedział do dziennikarzy, że to on ponosi winę za straconą bramkę, bo jego słowa poszły w świat i rywale Leeds do końca jego gry w tym klubie złośliwie przypominali mu o wpadce w meczu z Polakami. Dla Anglików on stał się winnym tej wpadki, w Polsce natomiast w tej roli do dzisiaj funkcjonuje raczej Peter Shilton. Dla nas ma to znaczenie o tyle, że błędy tych dwóch graczy plus umiejętności naszych piłkarzy zapewniły sukces, który rozpoczął wielką erę w historii polskiego futbolu.
W 1976 roku przeszedł do znacznie słabszego zespołu Bristol City, a z niego w 1979 roku do Barnsley. Zawiesił buty na kołku dopiero w 1982 roku w wieku 39 lat, ale jeszcze jako czynny zawodnik był jednocześnie trenerem tego zespołu. Potem jeszcze jako szkoleniowiec prowadził zespoły West Bromwich Albion i Leeds United, lecz gdy w swoim macierzystym klubie zwolniono go z tej posady, rzucił futbol i zajął się sprzedażą sprzętu sportowego oraz ubezpieczeń. Ostatnie lata zawodowej aktywności spędził jednak w roli cenionego komentatora BBC, a w 2004 wydał swoją autobiografię.
Do szpitala Hunter trafił na tydzień przed śmiercią. Jego stan lekarze od razu zdiagnozowali jako bardzo ciężki. „Ta śmierć to ogromna strata dla rodziny Leeds United. Ale dziedzictwo Normana nigdy nie zostanie zapomniane. Nasze myśli są z jego rodziną i przyjaciółmi” – napisano w pożegnalnym komunikacie angielskiego klubu.

Boniek wszędzie chce być pierwszy

Fot. Nie wszystkim kalendarz PZPN w takiej wersji się podoba

 

 

PZPN przygotował specjalny kalendarz na swoje stulecie. Wydawnictwo nie wszystkim się jednak podoba, bo na okładce centralne miejsce zajmuje prezes Zbigniew Boniek.

 

Limitowany kalendarz dopiero od 10 grudnia ma znaleźć się w sprzedaży, ale sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki nie wytrzymał i wrzucił na Twittera zdjęcie pierwszej strony. No i z miejsca wywołał medialną burzę. Na okładce zamieszczono zdjęcia siedmiu wybitnych postaci polskiego futbolu: Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deyny, Gerarda Cieślika, Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Kazimierza Górskiego i Roberta Lewandowskiego.

Dlaczego tylko tych siedmiu – wie zapewne tylko artysta, który okładkę skomponował i być może zleceniodawca tego projektu. Skoro to jednak kalendarz nawiązujący do stulecia istnienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, to zgrzytem jest pominięcie na jego najważniejszej stronie takich kolumnowych przed wojną postaci, jak Józef Kałuża, Wacław Kuchar i Ernest Wilimowski, czy bardziej współczesnych futbolowych gwiazd, jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk czy Jerzy Dudek. A skoro wśród piłkarzy znalazło się miejsce dla trenera Kazimierza Górskiego, nietaktem jest pominięcie Antoniego Piechniczka, który także doprowadził biało-czerwonych do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata.

Kibiców i część dziennikarzy nie to jednak zbulwersowała najbardziej, tylko sposób ustawienia siedmiu wybranych postaci na okładce kalendarza, a szczególnie umieszczenie w centralnym punkcie prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Dlaczego nie Kazimierz Górski? – pytają jedni. Dlaczego nie Kazimierz Deyna” – oburzają się inni. Odpowiedź jest prosta – bo ktoś wybrał Bońka i jego wybór jest tak samo zasadny, jak byłby w przypadku Górskiego czy Deyny. a może nawet bardziej, bo obecny prezes PZPN swoimi dokonaniami w profesjonalnym futbolu gasi każdego konkurenta do tytułu najważniejszej postaci stulecia naszej piłkarskiej federacji. Ten fakt nie jest jednak dla wszystkich taki bezsporny, a Boniek aż taki wielkoduszny nie jest, żeby usuwać się na bok komukolwiek, jeśli nie musi. Nie musi, a poza tym lubi być wszędzie pierwszy.