Morawiecki kupuje ONR

Nos Prezesa Rady Ministrów znowu się wydłużył. Tym razem od mówienia o Funduszu Patriotycznym.

Ministerstwo Obrony Narodowej ma do dyspozycji budżet stanowiący 2 proc. polskiego PKB. To dziesiątki miliardów złotych są. MON część z tych pieniędzy wydaje na kształtowanie patriotyczne młodzieży. Ogłaszane każdego roku programy rozdysponowują grube miliony złotych pomiędzy grupy rekonstrukcyjne i stowarzyszenia patriotyczne.
Miliardy złotych na badania naukowe wydaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Szmalec ten wędruje na uczelnie, gdzie pracują młodzi naukowcy zajmujący się szukaniem i opisywaniem śladów polskości. Duża część tortu badawczego trafia jednak do młodych historyków w postaci grantów na konkretne badania nad umacniającymi ducha patriotyzmu w narodzie, faktami z przeszłości.
Niemające kasy dla nauczycieli Ministerstwo Edukacji Narodowej, ma za to miliony złotych na dziesiątki programów dla instytucji i organizacji, które kształtują w Polakach małych dumę z bycia Polakiem.
Resort o nazwie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, oprócz patriotyzmu wpisanego w nazwę, ma wynoszący 5,25 mld zł. budżet. Z niego dotuje setki programów. Takich, które dają szmalec zarówno izbom pamięci, muzeom, czasopismom, wydawnictwom, jak i rekonstruktorom historycznym oraz innym krzewicielom potęgi naszej historii.
Gdyby dobrze poskrobać w kasie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, to i tam, bez problemu można dopatrzeć się milionowych transferów dla organizacji krzewiących ducha polskości. Nawet Ministerstwo Spraw Zagranicznych też ma kilka worków z kasą dla propagatorów naszej wielkiej przeszłości i to tych głównie krajowych.
Oczywiście najbardziej historycznie i patriotycznie zorientowaną instytucją jest Instytut Pamięci Narodowej. To w nim publikuje się najwięcej książek gloryfikujących naszą historię. To w nim setki młodych naukowców drążą tematy związane z polskością. To z programów IPN płyną w Polskę miliony złotych na propagowanie najwłaściwszych postaw narodowych i jedynie prawdziwej wiedzy na ten temat. Budżet IPN to w tym roku 423 mln zł. Prawie dwa razy tyle, co przed objęciem przez PiS władzy.
Gdyby pokusić się o zsumowanie tego i policzenie ile państwo wydaje na patriotyzm, to wyszłoby, że roczne transfery dla podmiotów go krzewiących można śmiało liczyć w miliardach zł.
Efektem tego rozdawnictwa było wyniesienie na ołtarze Żołnierzy Wyklętych. Było też oglądanie w dziesiątkach polski miast rekonstrukcji martyrologii podziemia po 1945 roku. Były uroczyste capstrzyki, akademie i spędy ku czci „Inki”, „Łupaszki”, „Burego”, czy „Ognia”. Miliardy złotych posłane przez PiS ku czczeniu wizji polskiej historii tak, jak ją widzi władza, miały służyć temu, że w oczach patriotycznie wychowywanej młodzi, to właśnie Zjednoczona Prawica winna być postrzegana jako kontynuator najchlubniejszych kart naszej historii.
Coś chyba nie wyszło. Młodzi ludzie wyedukowali się patriotycznie tak, że poszli w wyborach dalej. W większości zagłosowali na narodowca Bosaka. Ponieważ jednak ich głosy są władzy niezbędnie konieczne do reelekcji Dudy, to w PiS zaczęto kombinować co z tym fantem począć.
Wymyślono coś najgłupszego. Coś, co Mateusz Morawiecki sprzedał na jednym z wieców wyborczych. „W najbliższym czasie powołamy fundusz patriotyczny, który będzie służył budowaniu postaw patriotycznych, który będzie wspierał pasjonatów historii, pasjonatów, którzy biorą udział w grupach rekonstrukcyjnych” – powiedział premier.
Gdyby te słowa brać poważnie, to mogłoby się wydawać, że do wydawanych dziś na patriotyzm miliardów, przyjdzie nam, podatnikom, dorzucić kolejne setki milionów. Nie ma się jednak co lękać. Aż tak głupi, rządzący Polską, akurat nie są. Liczą natomiast, że debilami są narodowcy. I jak usłyszą, że – mieniące się wszak patriotycznymi, organizacje spod znaku zielonych sztandarów , mieczów Chrobrego, krzyży celtyckich i innych oznak miłości do ojczyzny – będą mogły liczyć za swój młodzieńczy żar na pieniądze, to błyskiem się ogarną i zagłosują na Dudę.
ONR, Wszechpolacy i reszta narodowców, kretynami jednak nie są. Po pierwsze, kasę z budżetu czeszą od dawna, bo nauczyli się wygrywać granty i dotacje w programach ogłaszanych przez poszczególne resorty i instytucje. Po drugie doskonale wiedzą, że PiS nagle tych programów nie poobcina, bo musi prawicową wizję polityki historycznej kontynuować, więc szmal wciąż będzie do narodowców płynął.
Po trzecie wreszcie, narodowcy mają swoich politologów i wiedzą, że będą tym mocniejsi politycznie, im partia Kaczyńskiego będzie słabsza. Wprost Bosak nie może tego powiedzieć przed kamerami, ale bezpośredni przekaz do członków ONR, czy MW już poszedł. Do sympatyków też. Od tego jest akcja mailingowa i media społecznościowe. Na nich sprawa stawiana jest wprost – „Jebać Trzaskowskiego, ale na Dudę nie głosować”.
Ludzie od Bosaka i Winnickiego wiedzą, że jak PiS zacznie się sypać, to narodowcy poparcia w centrum i na lewicy i tak nie znajdą. Ale wśród prawicowego elektoratu jak najbardziej. Rozwalanie PiS za pomocą niewybrania Dudy, mogłoby przynieść nacjonalistom za 3 lata, w następnych wyborach parlamentarnych nawet 15 proc. nowych wyborców. A kto wie czy nie szybciej, bo gdyby Zjednoczona Prawica rozleciała się wcześniej, to na wybory do Sejmu nie trzeba by czekać tyle czasu.
Premier Morawiecki znów więc wyszedł na idiotę. Dla myślącej części wahającego się elektoratu Dudy, Fundusz Patriotyczny oznacza kolejne podwyżki podatków i cen. Dla narodowców nie oznacza nic. Może poza tym, że to opowieść z tej samej bajki, co milion elektrycznych samochodów, 100 obwodnic miast i kilkadziesiąt mostów.
Elektorat centrowy i lewicowy też nie powinien się bać, że od teraz znajdzie się kasa na ONR-owskie marsze z pochodniami i masowe palenie kukieł Żydów oraz wieszanie portretów europosłów. Po 12 lipca do pomysłu Funduszu Patriotycznego nikt nie wróci. A na dodatek, z powodu braku kasy w budżecie, cięcia będą musiały dotknąć i patriotyzm.

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

A przed przyznaniem się…

Zdaniem Iranu – nim państwo to przyznało się do „omyłkowego zestrzelenia” – „plotki o zestrzeleniu Boeinga nie miały sensu” i były owocem „niezdrowej reżyserii”.

Reżimom mówienie prawdy przychodzi z trudem. Dokładnie według tego scenariusza zareagował Iran.
Niemal w chwilę po znalezieniu szczątków samolotu pojawiły się wszak informacje o „technicznej przyczynie katastrofy”.
Potem było jeszcze ciekawiej. Twierdzono, że amerykański producent, znany na świecie ze swego brakoróbstwa (ostatnia afera jest związana z Boeingami 737 MAX uziemionymi od 10 miesięcy), jest szczególnie chroniony przez władze amerykańskie w związku z przegrywaniem konkurencji z europejskim Airbusem – stąd prawdopodobnie pochodzą „podejrzenia” amerykańskich mediów. Ponadto niektórzy politycy wykorzystują śmierć ofiar do propagandowego napiętnowania Iranu, który opiera się „maksymalnemu naciskowi” imperium amerykańskiego.
Dla propagandystów szyickich, atak na Iran – oczywiście – propagandowy, wyszedł z „anonimowych źródeł wywiadowczych” w USA, powtórzonych stadnie przez amerykańskie media – CNN, CBS i Newsweek – a potem przez prezydenta Trumpa i jego zwyczajowy chórek polityczny (premierów Kanady i Wielkiej Brytanii Trudeau i Johnsona). Według nich wszystkich, ukraiński Boeing 737 „mógł zostać zestrzelony” przez irańską rakietę defensywną ziemia-powietrze zaraz po starcie z teherańskiego lotniska.
Przez ponad 2 dni Irańczycy i świat byli karmieni taką zbitką, zasłaniającą najzwyklejszy, acz traficzny ludzki błąd.

Osiem powodów, dla których Putin atakuje Polskę

To, co wygaduje Putin, jest oczywistym kłamstwem, fakt poza dyskusją, ale… Ale warto zastanowić się, dlaczego on to robi. „Wszelkie oświadczenia panów Morawieckiego i Dudy brzmią kiepsko, bo wszyscy wiedzą, na podstawie wielu przykładów, że ci dwaj panowie prawie zawsze kłamią. A stwierdzenie, że trzeba opierać się na prawdzie, w ustach osobnika, który łże jak PiS, zakrawa na farsę.

Po pierwsze,

Rosja prowadzi nowego rodzaju wojnę, wojnę hybrydową, przeciw Unii Europejskiej. Istotną częścią tej wojny jest dezinformacja i propaganda kłamstwa. Celem jest rozbicie jedności państw Unii, a następnie niszczenie ich po kolei.

Po drugie,

Putin postępuje jak drapieżnik atakujący stado. Wybrał najsłabszą sztukę i stara się ją oddzielić od reszty.

Po trzecie,

Putin wybrał Polskę, jako cel ataku, nieprzypadkowo.
Polska władza sama osłabiła swoją pozycję międzynarodową i sama sprowadziła swoją wiarygodność w okolice zera. Przez to Polska stała się łatwym celem ataku. Nielubianemu sojusznikowi mniej chętnie przychodzi się z pomocą.

Po czwarte,

Polska sama osłabiła swoją pozycję w dyskusji ukrywając, lub umniejszając, przez lata brzydkie fakty ze swojej historii. Niestety, wiarygodność musi być oparta na prawdzie. Gdyby nie zafałszowany obraz historii, w którym Polacy wyłącznie Żydów ratowali, a wrogiej lub obojętnej większości nie było, znacznie trudniej byłoby nas atakować kwestią antysemityzmu. Putin może nas atakować jako antysemitów, bo po tej polityce wszelkie zaprzeczenia brzmią mało wiarygodnie. Sami siebie pozbawiliśmy argumentów.

Po piąte,

Putin z tego samego powodu może używać argumentu zajęcia Zaolzia, bo nigdy tego wstydliwego faktu wystarczająco dobitnie nie potępiliśmy.

Po szóste,

wszelkie oświadczenia panów Morawieckiego i Dudy brzmią kiepsko, bo wszyscy wiedzą, na podstawie wielu przykładów, że ci dwaj panowie prawie zawsze kłamią. A stwierdzenie, że trzeba opierać się na prawdzie, w ustach osobnika, który łże jak PiS, zakrawa na farsę.

Po siódme,

Putin osiągnął przynajmniej jeden cel: zamiast uczciwego pochylenia się nad historią wywołał u PiS-owskiej władzy pseudopatriotyczną histerię puszenia się i nadymania, co jest kolejnym kamyczkiem osłabiającym szacunek do naszego kraju. Zamiast akademickich historyków i spokojnej dyplomacji świat znowu zobaczy na froncie walki ideologicznej neofaszystów i narodowców i pomyśli, że ten Putin jednak ma trochę racji.

Po ósme wreszcie,

już taoistyczny mistrz Laoze (LaoTsy), w szóstym wieku przed naszą erą, pisał, że ten, kto zna swoją wartość, nie musi jej udowadniać: „wielkiego się nie da poniżyć, małego się nie da wywyższyć”. Hurapatriotyczna dęta histeria działa dokładnie odwrotnie. Świadczy o słabości.
I to by było na tyle.

Putin, Kaczyński – dwa bratanki

Nerwowa i niespójna reakcja polskich władz na wypowiedzi Władimira Putina bierze się stąd, że PiS ma podobną wizję historii do rosyjskiego prezydenta: wypiera z niej niewygodne fakty i wyolbrzymia zasługi.

W swojej krytyce postępowania Polski w latach 30. XX wieku Putin niestety miał wiele racji. Polska zawarła porozumienie z Hitlerem, którego częścią było zajęcie Zaolzia. W całej dyskusji na temat historii stosunków z naszymi sąsiadami nikt nie wpadł na pomysł, że wypadałoby przeprosić Czechów za pakt z Hitlerem przeciwko nim. Chcemy być przepraszani, a sami nie umiemy rozliczyć się ze swoich historycznych win. Można się też spierać o to, co było początkiem II wojny światowej, ale jest historycznym faktem, że swoją ekspansję Hitler zaczął od aneksji Austrii i Czechosłowacji, a w rozbiorze tej drugiej Polska odegrała haniebną rolę przy poparciu prawie całego ówczesnego rządu.
Niestety jest też prawdą, że w Polsce lat 30. postawy antysemickie były bardzo rozpowszechnione. Getta ławkowe, pobicia żydowskich studentów, blokady w karierach zawodowych dla obywateli żydowskiego pochodzenia – wszystko to są historyczne fakty, będące częścią smutnego pejzażu II RP. Z dokumentów, których wiarygodność potwierdziła polska strona, wynika też, że ówczesny ambasador w Berlinie, Józef Lipski był antysemitą. Lipski powiedział, że postawiłby Hitlerowi pomnik, gdyby ten rozwiązał „zagadnienie żydowskie”. Trudno nie zgodzić się z Putinem, że to ohydne sformułowanie.
Co do diagnozy Putin więc nie kłamał. O wielu rzeczach jednak zapomniał. O czym? Oczywiście o grzechach swojego państwa. Pominął milczeniem pakt Ribbentrop-Mołotow, który przypieczętował sojusz nazistowskich Niemiec ze Związkiem Radzieckim, pominął wejście wojsk radzieckich do Polski 17 września 1939, pominął mord w Katyniu dokonany przez Armię Czerwoną na polskich oficerach, pominął też wiele antysemickich działań w polityce Stalina. Innymi słowy Putin sprawnie wypunktował winy władz przedwojennej Polski, a zarazem bezczelnie wyparł kompromitujące aspekty ówczesnej polityki władz radzieckich.
Trudno nie dostrzec podobieństwa narracji Putina do wizji historii polskich władz. PiS-owska propaganda od lat uparcie zaczarowuje rzeczywistość, głosząc wszem i wobec, że w Polsce nigdy nie było antysemityzmu i że Polacy w każdym konflikcie zbrojnym byli, są i będą największymi ofiarami i zarazem największymi bohaterami. To podejście manipulatorskie i zakłamujące rzeczywistość. Putin w relacjach z Polską przyjął identyczną postawę – wyolbrzymia wszystkie historyczne winy Polski, a usuwa jako niebyłe zbrodnie swojego kraju. Jeżeli chcemy wiarygodnie krytykować Putina i przekonująco obnażać stosowane przez niego nadużycia, musimy odejść od wybielania historii naszego kraju.
Przede wszystkim zaś traktowanie polityki zagranicznej jako licytacji, który naród jest najczystszy moralnie, nie daje szans na porozumienie. Zamiast brnąć w bezproduktywne spory z Rosją o wydarzenia sprzed 80 lat, lepiej spróbować wypracować z nią poprawne relacje, które pozwolą na uzyskanie korzyści w bieżącej polityce. Wychodzenie przed szereg w walce o przedłużanie sankcji wobec Rosji, demonstracyjne pomijanie Rosji w organizacji obchodów wybuchu drugiej wojny światowej czy naciski w Parlamencie Europejskim, by przyjmować uchwały o zrównaniu nazizmu i komunizmu – takie działania z pewnością nie służą ani partnerskim relacjom z Rosją, ani historycznej prawdzie. Służą wyłącznie pielęgnowaniu swojego zakompleksionego ego.

 

Putin nie bez racji

Zgodnie – media pisowskie i opozycji tzw. liberalnej oburzyły się rytualnie na wypowiedź prezydenta Rosji odnośnie „notatki Lipskiego” i współpracy II RP z III Rzeszą Adolfa Hitlera.

Wiadomo, w sprawach rosyjskich nietrudno o zgodny – przynajmniej werbalnie – „front narodowy ponad podziałami”. Jedni i drudzy zapędzili się na bezdroża w dziele idealizacji, a raczej samozakłamania w sferze przekazu dotyczącego historii Polski. Odezwały się marne skutki zakłamanej polityki historycznej, która w zasadniczych kwestiach PiS i Platformy Obywatelskiej aż tak bardzo nie różni. Krew wzburzyła im dodatkowo dosadna na sposób rosyjski poetyka wypowiedzi Władimira Putina, odmienna od charakterystycznego polsko-jezuickiego obłego stylu poprawności i obłudy. Być może, o ile ich wiedza na to pozwala, krew wzburzyło im też uświadomienie sobie, że zostali przyłapani na kłamstwie i samozakłamaniu, a to boli, to upokarza.
Oto bowiem Władimir Putin ma z punktu widzenia nagich faktów historycznych sporo racji w swojej wypowiedzi o polskim flircie, a nawet sojuszu z hitlerowską III Rzeszą aż do 1939 roku. Proszę uprzejmie: w 1934 roku Polska zawarła tzw. pakt o nieagresji z Niemcami, czyli mówiąc językiem dzisiejszym, układ o przyjaźni i współpracy. W czerwcu 1934 roku do Warszawy przybył z wizytą oficjalną Minister Propagandy III Rzeszy dr Josef Goebbels, który wygłosił odczyt, spotkał się w Resursie Obywatelskiej z elitą Warszawy (wśród przybyłych był pułkownik Walery Sławek, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego), a kilka dni później jego barwna fotografia, przedstawiająca go u boku Marszałka, ukazała się na okładce jednego z ówczesnych magazynów prasowych. W 1938 zaś roku Polska wraz z Hitlerem i Mussolinim wzięła udział i zainkasowała łup w monachijskim rozbiorze Czechosłowacji. Jeszcze w styczniu 1939 roku Polskę odwiedził hitlerowski minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop. Ta ostatnia była już co prawda tylko robieniem dobrej miny do złej gry, ale to nie zmienia zasadniczej wymowy postawy i intencji obozu sanacyjnego w stosunku do Niemiec. Dopiero kilka miesięcy później rząd Felicjana Sławoja-Składkowskiego porzucił złudzenia i flirt został zerwany, czego wyrazem była słynna, buńczuczna mowa Józefa Becka w Sejmie 5 maja 1939 roku.
W tej sytuacja jakaś tam antysemicka w wymowie notatka ambasadora Polski z Berlinie Józefa Lipskiego (przecież nie sfałszowana!), to betka, choć krytycy Putina uważają, że chce on zaszkodzić Polsce na forum międzynarodowym poprzez ponowne postawienie na porządku dnia sprawy polskiego antysemityzmu. A co, nie było polskiego antysemityzmu? Był i to mocno wybujały. Kto temu przeczy, ten jest kanalią i kłamcą. Przecież zapisek Lipskiego o należącym się Hitlerowi pomniku w Polsce nie zaistniał w próżni i nawet jeśli – jak twierdzą jego obrońcy – była w nim nuta ironii, niewiele to w jego wymowie akurat w tej kwestii zmienia. A to, że III Rzesza i ZSRR zblatowały się poprzez pakt Ribbentrop-Mołotow dla wykończenia „bękarta Traktatu Wersalskiego”, jak nazwał Polskę radziecki minister, to też niezaprzeczalny fakt. Jedno nie przeczy drugiemu.

Nieprzyjemne prawdy dla rodzimej prawicy

Jedno z ulubionych powiedzeń prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego brzmiało: „Zawsze lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”.

Przypomniałem sobie to sformułowanie w kontekście ogromnej wrzawy, wyzwisk i protestów jakie rozległy się w obozie polskiej prawicy po dość oczywistym stwierdzeniu przewodniczącego SLD, iż to Armia Czerwona wyzwoliła Polskę w 1945r.. Swój udział w tym procesie miała też naturalnie I Armia Wojska Polskiego dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga.
Kilka lat intensywnej propagandy historyków i polityków, szczególnie w okresie rządów PiS, nie było w stanie podważyć na szerszą skalę oczywistych faktów, które są także uznawane powszechnie przez opinię międzynarodową. Nikt przy tym nie neguje tragicznych skutków paktu Ribbentrop-Mołotow podpisanego 23 sierpnia 1939r. w Moskwie, stalinowskich zbrodni na Polakach, których symbolem stał się Katyń, czy dramatów wielu osób przy wyzwalaniu naszego kraju w 1945r.. Ale nigdy nie należy zapominać o tym, że 600 tys. żołnierzy radzieckich poniosło śmierć przy oswabadzaniu Polski, stąd godne ubolewania są zdarzające się przypadki niszczenia pomników upamiętniających te wydarzenia.
Na jeden rzadko przywoływany element warto zwrócić uwagę.
Otóż ZSRR po II wojnie światowej uzależnił Polskę i szereg innych państw Europy Środkowo-Wschodniej POLITYCZNIE, natomiast Niemcy hitlerowskie traktowały Polaków jako untermenschów, czyli podludzi, co niosło ogromne zagrożenie cywilizacyjne. To rozróżnienie ma zasadniczy charakter.
Zbliżają się rocznice wyzwolenia hitlerowskich obozów koncentracyjnych na naszych ziemiach, zwłaszcza obozu Auschwitz-Birkenau (27 stycznia 1945r.). Hołd ofiarom wielokrotnie składali papieże i czołowi politycy z całego świata (m.in. prezydent Putin oraz kanclerze Niemiec Helmut Kohl i Helmut Schmidt). Za kilka dni uczyni to kanclerz Angela Merkel. Z historią trzeba obchodzić się z powagą i rozważnie. W przeciwnym razie można narazić się na zasłużoną krytykę albo nawet na śmieszność. W tym kontekście przypomina mi się dziwaczna teza ówczesnego ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, skądinąd dobrze wykształconego historyka, że obóz Auschwitz wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy?!

E-wizy stryjka Trumpa

Dla amerykańskich nadludzi wciąż jesteśmy – jak wszyscy poza nimi – kretynami.
Ale od niedawna takimi, którzy już wiedzą, co to internet.

Fajnie jak nasze państwo ma umowę o ruchu bezwizowym z innym krajem. Wystarczy mieć paszport i wsiada się w samochód, pociąg czy samolot, żeby po paru godzinach pokazać czerwoną książeczkę jakiemuś umundurowanemu gościowi. Gość w nią zajrzy, wykona parosekundowe czary mary i paszport zwraca z uśmiechem, życząc w swoim narzeczu miłego pobytu.

Sława ci więc nasza Ojczyzno wolności*

Ze Stanami Zjednoczonymi tak nie mieliśmy. Trzeba było zapłacić 160 dolarów tylko za to, żeby umówić się na spotkanie z urzędnikiem w ambasadzie czy konsulacie USA. Na spotkanie należało przynieść wypełniony wniosek. Nader upokarzający wniosek. Bo w nim były pytania o choroby przenoszone drogą płciową. No i te czy nie jest się przestępcą, lub co gorsza komunistą. Oczywiście nie brakło i spowiadania się z tego, czy nie zamierza się w Stanach szpiegować, prowadzić sabotażu, czy wręcz powysadzać paru drapaczy chmur albo i Białego Domu. We wniosku zagajano też o to, czy jak już będziemy w ojczyźnie wolności, to nie zajmiemy się sprzedawaniem własnych usług seksualnych za pieniądze.
Miły urzędnik w okienku, czytał nasz wniosek, spoglądając raz to w oczy, raz w paszport. I jak mu coś nie pasowało, to 160 dolarów szło się jebać, bo odpowiedniej wklejki do paszportu się nie dostawało. Tak jak zwrotu kasy.
Zdarzało się to jednak bardzo rzadko. Niemal wszyscy zatem, wychodzili – z tej poniżającej obywatela kraju będącego największym przyjacielem USA na świecie – z wlepką z amerykańskim orłem, fotką i czymś napisanym nie po polsku. To coś było ważne 10 lat i potocznie nazywano to wizą.
Bardzo niesłusznie. Paszportowa wlepka była bowiem ledwie obietnicą dostania się na terytorium Stanów. Oficjalna nazwa to potwierdzała. W związku z tym, to co dostawaliśmy w placówce dyplomatycznej nie było wizą, ale promesą wizy. Czymś co nie powodowało automatycznie, że zostaniemy wpuszczeni do USA. O tym decydował zawsze urzędnik imigracyjny na lotnisku. I jak jemu się ktoś nie spodobał, to należało szybko przebukować bilet i najbliższym lotem wypierdalać nad Wisłę. Subiektywna decyzja pana od imigracji była ostateczna i niezaskarżalna. A na dodatek nie wymagała najmniejszego uzasadnienia.
Przez 30 lat każdy rząd, prezydent i minister spraw zagranicznych starali się, żeby Wuj Sam podejście do Polaków pragnących wydawać dolary w Stanach zmienił. Amerykanie opowiadali bajki o procedurach i niefajnych Polakach składających wnioski.
A tu tymczasem do krajów objętych amerykańskim programem ruchu bezwizowego dołączały lata temu takie państwa jak Słowenia, Czechy, Węgry, czy Litwa. Znaczy, znacznie mniejsi niż my przyjaciele USA.

Widzimy jutrzejszy dzień świata i nasz

Dopiero Trump mógł ogłosić, że Polska wchodzi do amerykańskiego programu ruchu bezwizowego jako jego 39 uczestnik. I to tuż po 11 listopada.
Naród się ucieszył. Szczególnie ten, który z braku znajomości angielskiego, nieposiadania kasy na bilet i corocznych wypadów do roboty w Niemczech czy Holandii za ocean się nie wybierał.
W równym stopniu ucieszyły się media. I to po obu stronach. I wszyscy zaczęli mówić i pisać jak to od teraz będzie fajnie, i że nareszcie skończyła się upokarzająca procedura.
Radosne niusy informują zatem, że zamiast do konsulatu wchodzimy na stronę ambasady amerykańskiej i 72 godziny przed odlotem wypełniamy krótką ankietę. Płacimy 14 baksów i jak mamy paszport biometryczny, to wsiadamy w samolot i śmigamy do Nowego Jorku wydawać na 5-th Avenue nasze trzymane na tę okazję tysiące dolarów.
No to wchodzimy i już na wejściu niespodzianka. Okazuje się, że w Stanach nie można być dłużej niż 3 miesiące. No i trzeba mieć ze sobą bilet powrotny. Jak też, że zarejestrowanie się w sieci jest ważne tylko dwa lata. Albo krócej, jak komuś wcześniej skończy się paszport.
Osoby, które w ostatnich 8 latach były w Korei Północnej, Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanie, Syrii lub Jemenie dowiedzą się przy okazji, żeby nawet nie próbowały się elektronicznie do Stanów rejestrować, bo nie. Mają stanąć jak dawniej przed urzędnikiem i starać się o promesę za 160 dolarów. A że i tak jej nie dostaną, nie dowiedzą się z internetu, od pracownika konsulatu też nie podczas rozmowy, ale dopiero w informacji o jej odmowie.
Na stronie ambasady każdy dowie się zaś czegoś czego chyba się nie spodziewa. Czyli tego, że mimo uzyskania pozytywnego zatwierdzenia w komputerowym systemie ESTA, jego noga może na terenie Stanów nie stanąć. Decyzja o wpuszczeniu lub nie nie wynika z procedury i jej pozytywnej weryfikacji, ale z tego co o nas pomyśli pan od imigracji. I jak wzorem NKWD zobaczy spracowane dłonie cieśli czy kafelkarza, to każe ich posiadaczowi odlecieć do Polski najbliższym samolotem z wolnym miejscem. Bezwizowa procedura nie przewiduje negocjacji z urzędnikiem. A jak ktoś w nią się wda, to miast na lotnisku czas do odlotu spędzi w prawdziwym amerykańskim areszcie deportacyjnym. No i do Stanów już nikt nigdy go nie wpuści.

Ostojo przyjaźni ludów w nasz czas

Internetowa strona Ambasady USA każe jeszcze tylko zrobić jedną rzecz, czyli wypełnić formularz ESTA. Konkretnie zaś wniosek o zgodę na 90 dniowy bezwizowy pobyt w USA zatytuowany DS-160. Taki sam wniosek, jaki wypełniają Grecy, Niemcy, Brytyjczycy, czy obywatele Lichtensteinu albo Andory. Zaś Kanadyjczycy tego nie wypełniają, bo ich ruch bezwizowy ze Stanami takich bzdur i płatnych zgód nie potrzebuje. Kanadyjczycy, w przeciwieństwie do reszty świata, do Stanów jeżdżą, tak jak my na Ukrainę, o ile w ogóle natkną się na strażników granicznych.
Oficjalna wersja amerykańska głosi, że kwestionariusz jest skróconą wersją niegdysiejszego wniosku o promesę. Jeśli w istocie, to skróconą niewiele. Ale po kolei…
Najpierw trzeba podać swoje dane. Potem dane rodziców i dziadków – mimo że z nami nie lecą, a nawet nie żyją. Oczywiście personalia naszego współmałżonka również Departamentowi Stanu są konieczne niezbędne. Tak jak i dzieci. I nigdzie nie ma miejsca, żeby wpisać, że ślubna z bachorami nad Hudson się nie wybierają.
Ciekawość Amerykanów na tym się nie kończy. Bo jak nie mamy ślubnego, czy ślubnej, to musimy wypełnić wszystko o naszym partnerze, czy partnerce. Albo w innej działce – narzeczonym lub narzeczonej. To i tak nic. Jeśli ktoś jest po rozwodzie, to przed przystąpieniem do wypełniania DS-160 powinien wyszukać wyroku rozwodowego. Bo obok personaliów eks żony, czy męża, Wuj Sam winszuje sobie daty początku i końca małżeństwa. Konkretne daty. Z dniem, miesiącem i rokiem.
Wdowy lub wdowca nie ominie też wpisywanie personaliów zmarłego współmałżonka.
Potem cały passus o wykształceniu i pracy zawodowej. Warto zatem mieć na podorędziu swoje CV po angielsku.
A potem znowu personalia. Tym razem bezpośredniego przełożonego w aktualnej robocie.
Jak wywalanie takiej sterty danych osobowych ma się do ich ochrony przez RODO, Amerykanie nie piszą. Natomiast można być pewnym, że jak nasz eksmałżonek nie chciałby, żeby jego data urodzenia powędrowała do amerykańskich komputerów, a dowie się, że śmignęliśmy za ocean, to przy pewnej dozie złośliwości może nas oskarżyć o kupczenie swoimi personaliami.

W zamieciach jaśniało nam słońce wolności

Zrozumiałe jest, że kwestionariusz pyta o wcześniejsze pobyty w Stanach i o to, czy aby nie skonfliktowaliśmy się z tamtejszym prawem. Niech będzie, że Amerykanie chcą wiedzieć, czy nie mamy rodziny w Oregonie, czy Nebrasce. A jeśli tak, to kto zacz.
Ale dopytywanie o posiadanie rzeżączki, kiły, trądu, czy otwartej gruźlicy może wkurzyć. Jeśli jednak chce się do Ameryki, to trzeba wpisać, że się tego nie ma. A w przypadku trądu mieć w paszporcie aktualne zdjęcie bez nosa.
W kwestii przynależności do komunistów, czy innej partii totalitarnej, koniecznie wstawiamy „NO”.
Tak samo jak nas pytają, czy byliśmy kiedyś aresztowani. Też ma być „NO”. I nie zadawajmy sobie pytania po co im to. I dlaczego nie pytają o konkret czyli wyrok skazujący za przestępstwo umyślne. Przecież zatrzymanym (po amerykańsku arrested), czy aresztowanym, można być za nic.
Przy kwestii czy przylatujesz do Stanów szpiegować, prowadzić sabotaż, czy dokonywać aktów terrorystycznych, lepiej odpowiedzieć „NO”. Kretyni, którzy wymyślili to pytanie – jak i reszta urzędników amerykańskich – nie mają poczucia humoru.
Skoro wiadomo, kto napisał pytania do DS-160, to nie ma co się śmiać, gdy natrafiamy na pytanie czy przybywa się do USA aby się prostytuować. Piszemy „NO”. I tam gdzie pytają, czy się prostytuowaliśmy w ostatnich 10 latach – też.
Jeszcze tylko szybkie „NO” w odpowiedzi, czy zamierza się w USA praktykować poligamię i można wolno kończyć wypełnianie kwestionariusza.
Potem przesłanie zeskanowanego zdjęcia, potwierdzenia przelania 14 baksów i chwatit. Czekamy na odpowiedź, że możemy uczestniczyć w bezwizowym programie rządu Stanów Zjednoczonych.
Programie, dzięki któremu mieliśmy nie brać udziału w upokarzającej procedurze. Mieć to samo, co od 30 lat mają przylatujący bezwizowo do Polski Amerykanie, których jedynym obowiązkiem na naszej granicy jest pokazanie gęby i paszportu.

Braterski, zwycięski, potężny

To, z jakim hukiem ogłoszono zniesienie wiz amerykańskich, jest jakąś aberracją. Bo w sumie niemal nic się zmieniło. Owszem nie trzeba przyjeżdżać do placówki konsularnej. Zamiast 160 dolarów, 10 lat w ruchu bezwizowym kosztować będzie 70 dolarów. I na tym koniec. Akceptacja wniosku w systemie ESTA daje to samo, co promesa wizy. Czyli możliwość stanięcia przed gościem, który może nie wpuścić do Stanów.
Konieczność odpowiedzi, na żenujące pytania jak była, tak została. Zmuszenie do ujawniania danych osobowych postronnych osób też zostało.
Tak jak i świadomość bycia robionym przez Amerykanów w konia opowiadaniem, że e-wizy to nie wizy.
Ale suweren powód do radości mieć może. Polacy z systemu ESTA korzystać mogą, a Ruscy muszą stać po promesy w konsulatach i płacić za nie 303 dolary. No i Żydzi z Izraela też.

* śródtytuły to cytaty z hymnu ZSRR

Kradną i się dzielą?

– Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak, jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan Miller – usłyszał minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w jednym Zbigniew Ziobro, podczas przedwyborczego spotkania w Sosnowcu.

– Rozumiem – rzekł na to Ziobro, po czym, niezrażony zaczął wyliczać to co co klepią na mitingach wszyscy politycy tej opcji.
– Czy wie pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – skonstatował, nie odnosząc się do swojej roli w takim deformowaniu wymiaru sprawiedliwości, które spowodowało konieczność tłumaczenia się przez Polskę, za uchybienia w praworządności.
Ziobro nie wspomniał też, że pieniądze na pisowskie transfery socjalne nie pochodzą tylko z podatku VAT, ale coraz częściej są skutkiem rosnących cen, marż i innych czynników cenotwórczych. Zaś prym w tym wiodą głównie spółki skarbu państwa. Czyli banki, które przerzuciły na klientów podatek bankowy obłożony dużym procentem bankowego zysku. Tak samo postąpiły, Orlen i Lotos podnosząc marżę za swoje produkty do nienotowanych wcześniej wysokości. Dlatego ceny paliwa wynoszą dziś, przy niskiej cenie ropy, tyle ile wynosiły, gdy na giełdach była ona dwa razy droższa.
Ziobro nie wie, albo nie chce wiedzieć, że za zrealizowane obietnice PiS nie płacą przestępcy, bo oni wiedząc co im grozi, zaprzestali szwindli z paliwem i robienia karuzeli z VAT. Płacą za nie wszyscy. Łącznie z beneficjentami dotacji.
Wiedzą o tym nawet wyborcy PiS. Stąd opowieści, że PiS jest jak wszyscy poprzednicy tej opcji u władzy. Kradnie, ale przynajmniej się z ludźmi dzieli.
O tym, że tak naprawdę dzieli się głównie ze swoimi, w TVP Info elektorat Ziobry, Kaczyńskiego, Kuchcińskiego i innych, się nie dowie.
Tego, że sam się zrzuca na 500 plus i trzynastą emeryturę, też tam się nie dowie.

Ratujmy lewicę 2018

Mam prośbę do konserwatysty – pana Schetyny, do neoliberałki – pani Lubnauer i do świeżo upieczonej konserwatywnej neoliberałki – pani Nowackiej: przestańcie kłamać!

 

W przeciwieństwie do tej trójki jestem socjologiem. W przeciwieństwie do tej trójki umiem czytać sondaże. W przeciwieństwie do tej trójki umiem wyciągać z nich wnioski. W przeciwieństwie do tej trójki leży mi na sercu dobro Polski, a nie tylko zapewnienie sobie krzesła w Sejmie na kolejną kadencję.
Twierdzenie, że tylko Koalicja Obywatelska może powstrzymać PiS jest niebezpiecznym kłamstwem. Kłamstwem, ponieważ przez trzy lata PO i N. nie potrafili stać się skuteczną opozycją. W niektórych sondażach KO mam obecnie połowę poparcia, które zdobywa PiS! Co więcej, PO ma obecnie gorsze notowania niż wynik wyborczy w 2015 r.! Jakim cudem zatem koalicja PO+N+Nowacka (o skuteczności tej ostatniej zmilczę) ma powstrzymać PiS? Otóż jeśli w Sejmie, który zostanie wybrany w 2019 r. zostanie powtórzony dotychczasowy układ (KO+PSL, PiS+Kukiz) to mafia Kaczyńskiego będzie rządzić następną kadencję! Pokazują to jasno twarde dane sondażowe prognozowanych wyników wyborczych do sejmików oraz badania aktualnego poparcia dla partii politycznych!
Mamy dwie propagandy: propagandę PiS, która mówi, że tylko mądrość Ukochanego Przywódcy, który tu i ówdzie „przebywał”, zapewni Polsce rozwój i dostatek oraz propagandę PO, która robi aktualnie za partię postępową, europejską i poza którą nie ma życie. Problem polega na tym, że to tylko propaganda! Fakty, liczby i twarde dane pokazują zupełnie coś innego: tylko silne wejście lewicy do Sejmu w 2019 pozwoli zakończyć rządy stada małp z brzytwą. Kilka pracowni badawczych wykonało badania pokazujące oczywisty scenariusz: jeśli założymy ostrożnie, że do Sejmu wejdą dwa ugrupowania lewicowe: to skupione wokół Biedronia i to skupione wokół SLD i jeśli oba uzyskają minimum 7-8 proc. (a pamiętajmy, że poparcie dla SLD rośnie i w niektórych sondażach sięga 12 proc.), to daje to ok. 60 lewicowych mandatów. A wtedy i tylko, podkreślam, tylko wtedy PiS utraci możliwość zbudowania większościowej koalicji. I to jest jedyny realny scenariusz na odsunięcie PiS od władzy.
Dlatego już w tych wyborach należy głosować na lewicę po to, by zachęcić liderów do dalszego odnawiania socjalistycznej i socjaldemokratycznej oferty. Siła ugrupowania politycznego to siła ludzi, którzy to ugrupowanie popierają! Bądźmy zatem realistami, nie dajmy się uwieść żadnej propagandzie i głosujmy na lewicę.