Nieprzyjemne prawdy dla rodzimej prawicy

Jedno z ulubionych powiedzeń prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego brzmiało: „Zawsze lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”.

Przypomniałem sobie to sformułowanie w kontekście ogromnej wrzawy, wyzwisk i protestów jakie rozległy się w obozie polskiej prawicy po dość oczywistym stwierdzeniu przewodniczącego SLD, iż to Armia Czerwona wyzwoliła Polskę w 1945r.. Swój udział w tym procesie miała też naturalnie I Armia Wojska Polskiego dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga.
Kilka lat intensywnej propagandy historyków i polityków, szczególnie w okresie rządów PiS, nie było w stanie podważyć na szerszą skalę oczywistych faktów, które są także uznawane powszechnie przez opinię międzynarodową. Nikt przy tym nie neguje tragicznych skutków paktu Ribbentrop-Mołotow podpisanego 23 sierpnia 1939r. w Moskwie, stalinowskich zbrodni na Polakach, których symbolem stał się Katyń, czy dramatów wielu osób przy wyzwalaniu naszego kraju w 1945r.. Ale nigdy nie należy zapominać o tym, że 600 tys. żołnierzy radzieckich poniosło śmierć przy oswabadzaniu Polski, stąd godne ubolewania są zdarzające się przypadki niszczenia pomników upamiętniających te wydarzenia.
Na jeden rzadko przywoływany element warto zwrócić uwagę.
Otóż ZSRR po II wojnie światowej uzależnił Polskę i szereg innych państw Europy Środkowo-Wschodniej POLITYCZNIE, natomiast Niemcy hitlerowskie traktowały Polaków jako untermenschów, czyli podludzi, co niosło ogromne zagrożenie cywilizacyjne. To rozróżnienie ma zasadniczy charakter.
Zbliżają się rocznice wyzwolenia hitlerowskich obozów koncentracyjnych na naszych ziemiach, zwłaszcza obozu Auschwitz-Birkenau (27 stycznia 1945r.). Hołd ofiarom wielokrotnie składali papieże i czołowi politycy z całego świata (m.in. prezydent Putin oraz kanclerze Niemiec Helmut Kohl i Helmut Schmidt). Za kilka dni uczyni to kanclerz Angela Merkel. Z historią trzeba obchodzić się z powagą i rozważnie. W przeciwnym razie można narazić się na zasłużoną krytykę albo nawet na śmieszność. W tym kontekście przypomina mi się dziwaczna teza ówczesnego ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, skądinąd dobrze wykształconego historyka, że obóz Auschwitz wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy?!

E-wizy stryjka Trumpa

Dla amerykańskich nadludzi wciąż jesteśmy – jak wszyscy poza nimi – kretynami.
Ale od niedawna takimi, którzy już wiedzą, co to internet.

Fajnie jak nasze państwo ma umowę o ruchu bezwizowym z innym krajem. Wystarczy mieć paszport i wsiada się w samochód, pociąg czy samolot, żeby po paru godzinach pokazać czerwoną książeczkę jakiemuś umundurowanemu gościowi. Gość w nią zajrzy, wykona parosekundowe czary mary i paszport zwraca z uśmiechem, życząc w swoim narzeczu miłego pobytu.

Sława ci więc nasza Ojczyzno wolności*

Ze Stanami Zjednoczonymi tak nie mieliśmy. Trzeba było zapłacić 160 dolarów tylko za to, żeby umówić się na spotkanie z urzędnikiem w ambasadzie czy konsulacie USA. Na spotkanie należało przynieść wypełniony wniosek. Nader upokarzający wniosek. Bo w nim były pytania o choroby przenoszone drogą płciową. No i te czy nie jest się przestępcą, lub co gorsza komunistą. Oczywiście nie brakło i spowiadania się z tego, czy nie zamierza się w Stanach szpiegować, prowadzić sabotażu, czy wręcz powysadzać paru drapaczy chmur albo i Białego Domu. We wniosku zagajano też o to, czy jak już będziemy w ojczyźnie wolności, to nie zajmiemy się sprzedawaniem własnych usług seksualnych za pieniądze.
Miły urzędnik w okienku, czytał nasz wniosek, spoglądając raz to w oczy, raz w paszport. I jak mu coś nie pasowało, to 160 dolarów szło się jebać, bo odpowiedniej wklejki do paszportu się nie dostawało. Tak jak zwrotu kasy.
Zdarzało się to jednak bardzo rzadko. Niemal wszyscy zatem, wychodzili – z tej poniżającej obywatela kraju będącego największym przyjacielem USA na świecie – z wlepką z amerykańskim orłem, fotką i czymś napisanym nie po polsku. To coś było ważne 10 lat i potocznie nazywano to wizą.
Bardzo niesłusznie. Paszportowa wlepka była bowiem ledwie obietnicą dostania się na terytorium Stanów. Oficjalna nazwa to potwierdzała. W związku z tym, to co dostawaliśmy w placówce dyplomatycznej nie było wizą, ale promesą wizy. Czymś co nie powodowało automatycznie, że zostaniemy wpuszczeni do USA. O tym decydował zawsze urzędnik imigracyjny na lotnisku. I jak jemu się ktoś nie spodobał, to należało szybko przebukować bilet i najbliższym lotem wypierdalać nad Wisłę. Subiektywna decyzja pana od imigracji była ostateczna i niezaskarżalna. A na dodatek nie wymagała najmniejszego uzasadnienia.
Przez 30 lat każdy rząd, prezydent i minister spraw zagranicznych starali się, żeby Wuj Sam podejście do Polaków pragnących wydawać dolary w Stanach zmienił. Amerykanie opowiadali bajki o procedurach i niefajnych Polakach składających wnioski.
A tu tymczasem do krajów objętych amerykańskim programem ruchu bezwizowego dołączały lata temu takie państwa jak Słowenia, Czechy, Węgry, czy Litwa. Znaczy, znacznie mniejsi niż my przyjaciele USA.

Widzimy jutrzejszy dzień świata i nasz

Dopiero Trump mógł ogłosić, że Polska wchodzi do amerykańskiego programu ruchu bezwizowego jako jego 39 uczestnik. I to tuż po 11 listopada.
Naród się ucieszył. Szczególnie ten, który z braku znajomości angielskiego, nieposiadania kasy na bilet i corocznych wypadów do roboty w Niemczech czy Holandii za ocean się nie wybierał.
W równym stopniu ucieszyły się media. I to po obu stronach. I wszyscy zaczęli mówić i pisać jak to od teraz będzie fajnie, i że nareszcie skończyła się upokarzająca procedura.
Radosne niusy informują zatem, że zamiast do konsulatu wchodzimy na stronę ambasady amerykańskiej i 72 godziny przed odlotem wypełniamy krótką ankietę. Płacimy 14 baksów i jak mamy paszport biometryczny, to wsiadamy w samolot i śmigamy do Nowego Jorku wydawać na 5-th Avenue nasze trzymane na tę okazję tysiące dolarów.
No to wchodzimy i już na wejściu niespodzianka. Okazuje się, że w Stanach nie można być dłużej niż 3 miesiące. No i trzeba mieć ze sobą bilet powrotny. Jak też, że zarejestrowanie się w sieci jest ważne tylko dwa lata. Albo krócej, jak komuś wcześniej skończy się paszport.
Osoby, które w ostatnich 8 latach były w Korei Północnej, Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanie, Syrii lub Jemenie dowiedzą się przy okazji, żeby nawet nie próbowały się elektronicznie do Stanów rejestrować, bo nie. Mają stanąć jak dawniej przed urzędnikiem i starać się o promesę za 160 dolarów. A że i tak jej nie dostaną, nie dowiedzą się z internetu, od pracownika konsulatu też nie podczas rozmowy, ale dopiero w informacji o jej odmowie.
Na stronie ambasady każdy dowie się zaś czegoś czego chyba się nie spodziewa. Czyli tego, że mimo uzyskania pozytywnego zatwierdzenia w komputerowym systemie ESTA, jego noga może na terenie Stanów nie stanąć. Decyzja o wpuszczeniu lub nie nie wynika z procedury i jej pozytywnej weryfikacji, ale z tego co o nas pomyśli pan od imigracji. I jak wzorem NKWD zobaczy spracowane dłonie cieśli czy kafelkarza, to każe ich posiadaczowi odlecieć do Polski najbliższym samolotem z wolnym miejscem. Bezwizowa procedura nie przewiduje negocjacji z urzędnikiem. A jak ktoś w nią się wda, to miast na lotnisku czas do odlotu spędzi w prawdziwym amerykańskim areszcie deportacyjnym. No i do Stanów już nikt nigdy go nie wpuści.

Ostojo przyjaźni ludów w nasz czas

Internetowa strona Ambasady USA każe jeszcze tylko zrobić jedną rzecz, czyli wypełnić formularz ESTA. Konkretnie zaś wniosek o zgodę na 90 dniowy bezwizowy pobyt w USA zatytuowany DS-160. Taki sam wniosek, jaki wypełniają Grecy, Niemcy, Brytyjczycy, czy obywatele Lichtensteinu albo Andory. Zaś Kanadyjczycy tego nie wypełniają, bo ich ruch bezwizowy ze Stanami takich bzdur i płatnych zgód nie potrzebuje. Kanadyjczycy, w przeciwieństwie do reszty świata, do Stanów jeżdżą, tak jak my na Ukrainę, o ile w ogóle natkną się na strażników granicznych.
Oficjalna wersja amerykańska głosi, że kwestionariusz jest skróconą wersją niegdysiejszego wniosku o promesę. Jeśli w istocie, to skróconą niewiele. Ale po kolei…
Najpierw trzeba podać swoje dane. Potem dane rodziców i dziadków – mimo że z nami nie lecą, a nawet nie żyją. Oczywiście personalia naszego współmałżonka również Departamentowi Stanu są konieczne niezbędne. Tak jak i dzieci. I nigdzie nie ma miejsca, żeby wpisać, że ślubna z bachorami nad Hudson się nie wybierają.
Ciekawość Amerykanów na tym się nie kończy. Bo jak nie mamy ślubnego, czy ślubnej, to musimy wypełnić wszystko o naszym partnerze, czy partnerce. Albo w innej działce – narzeczonym lub narzeczonej. To i tak nic. Jeśli ktoś jest po rozwodzie, to przed przystąpieniem do wypełniania DS-160 powinien wyszukać wyroku rozwodowego. Bo obok personaliów eks żony, czy męża, Wuj Sam winszuje sobie daty początku i końca małżeństwa. Konkretne daty. Z dniem, miesiącem i rokiem.
Wdowy lub wdowca nie ominie też wpisywanie personaliów zmarłego współmałżonka.
Potem cały passus o wykształceniu i pracy zawodowej. Warto zatem mieć na podorędziu swoje CV po angielsku.
A potem znowu personalia. Tym razem bezpośredniego przełożonego w aktualnej robocie.
Jak wywalanie takiej sterty danych osobowych ma się do ich ochrony przez RODO, Amerykanie nie piszą. Natomiast można być pewnym, że jak nasz eksmałżonek nie chciałby, żeby jego data urodzenia powędrowała do amerykańskich komputerów, a dowie się, że śmignęliśmy za ocean, to przy pewnej dozie złośliwości może nas oskarżyć o kupczenie swoimi personaliami.

W zamieciach jaśniało nam słońce wolności

Zrozumiałe jest, że kwestionariusz pyta o wcześniejsze pobyty w Stanach i o to, czy aby nie skonfliktowaliśmy się z tamtejszym prawem. Niech będzie, że Amerykanie chcą wiedzieć, czy nie mamy rodziny w Oregonie, czy Nebrasce. A jeśli tak, to kto zacz.
Ale dopytywanie o posiadanie rzeżączki, kiły, trądu, czy otwartej gruźlicy może wkurzyć. Jeśli jednak chce się do Ameryki, to trzeba wpisać, że się tego nie ma. A w przypadku trądu mieć w paszporcie aktualne zdjęcie bez nosa.
W kwestii przynależności do komunistów, czy innej partii totalitarnej, koniecznie wstawiamy „NO”.
Tak samo jak nas pytają, czy byliśmy kiedyś aresztowani. Też ma być „NO”. I nie zadawajmy sobie pytania po co im to. I dlaczego nie pytają o konkret czyli wyrok skazujący za przestępstwo umyślne. Przecież zatrzymanym (po amerykańsku arrested), czy aresztowanym, można być za nic.
Przy kwestii czy przylatujesz do Stanów szpiegować, prowadzić sabotaż, czy dokonywać aktów terrorystycznych, lepiej odpowiedzieć „NO”. Kretyni, którzy wymyślili to pytanie – jak i reszta urzędników amerykańskich – nie mają poczucia humoru.
Skoro wiadomo, kto napisał pytania do DS-160, to nie ma co się śmiać, gdy natrafiamy na pytanie czy przybywa się do USA aby się prostytuować. Piszemy „NO”. I tam gdzie pytają, czy się prostytuowaliśmy w ostatnich 10 latach – też.
Jeszcze tylko szybkie „NO” w odpowiedzi, czy zamierza się w USA praktykować poligamię i można wolno kończyć wypełnianie kwestionariusza.
Potem przesłanie zeskanowanego zdjęcia, potwierdzenia przelania 14 baksów i chwatit. Czekamy na odpowiedź, że możemy uczestniczyć w bezwizowym programie rządu Stanów Zjednoczonych.
Programie, dzięki któremu mieliśmy nie brać udziału w upokarzającej procedurze. Mieć to samo, co od 30 lat mają przylatujący bezwizowo do Polski Amerykanie, których jedynym obowiązkiem na naszej granicy jest pokazanie gęby i paszportu.

Braterski, zwycięski, potężny

To, z jakim hukiem ogłoszono zniesienie wiz amerykańskich, jest jakąś aberracją. Bo w sumie niemal nic się zmieniło. Owszem nie trzeba przyjeżdżać do placówki konsularnej. Zamiast 160 dolarów, 10 lat w ruchu bezwizowym kosztować będzie 70 dolarów. I na tym koniec. Akceptacja wniosku w systemie ESTA daje to samo, co promesa wizy. Czyli możliwość stanięcia przed gościem, który może nie wpuścić do Stanów.
Konieczność odpowiedzi, na żenujące pytania jak była, tak została. Zmuszenie do ujawniania danych osobowych postronnych osób też zostało.
Tak jak i świadomość bycia robionym przez Amerykanów w konia opowiadaniem, że e-wizy to nie wizy.
Ale suweren powód do radości mieć może. Polacy z systemu ESTA korzystać mogą, a Ruscy muszą stać po promesy w konsulatach i płacić za nie 303 dolary. No i Żydzi z Izraela też.

* śródtytuły to cytaty z hymnu ZSRR

Kradną i się dzielą?

– Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak, jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan Miller – usłyszał minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w jednym Zbigniew Ziobro, podczas przedwyborczego spotkania w Sosnowcu.

– Rozumiem – rzekł na to Ziobro, po czym, niezrażony zaczął wyliczać to co co klepią na mitingach wszyscy politycy tej opcji.
– Czy wie pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – skonstatował, nie odnosząc się do swojej roli w takim deformowaniu wymiaru sprawiedliwości, które spowodowało konieczność tłumaczenia się przez Polskę, za uchybienia w praworządności.
Ziobro nie wspomniał też, że pieniądze na pisowskie transfery socjalne nie pochodzą tylko z podatku VAT, ale coraz częściej są skutkiem rosnących cen, marż i innych czynników cenotwórczych. Zaś prym w tym wiodą głównie spółki skarbu państwa. Czyli banki, które przerzuciły na klientów podatek bankowy obłożony dużym procentem bankowego zysku. Tak samo postąpiły, Orlen i Lotos podnosząc marżę za swoje produkty do nienotowanych wcześniej wysokości. Dlatego ceny paliwa wynoszą dziś, przy niskiej cenie ropy, tyle ile wynosiły, gdy na giełdach była ona dwa razy droższa.
Ziobro nie wie, albo nie chce wiedzieć, że za zrealizowane obietnice PiS nie płacą przestępcy, bo oni wiedząc co im grozi, zaprzestali szwindli z paliwem i robienia karuzeli z VAT. Płacą za nie wszyscy. Łącznie z beneficjentami dotacji.
Wiedzą o tym nawet wyborcy PiS. Stąd opowieści, że PiS jest jak wszyscy poprzednicy tej opcji u władzy. Kradnie, ale przynajmniej się z ludźmi dzieli.
O tym, że tak naprawdę dzieli się głównie ze swoimi, w TVP Info elektorat Ziobry, Kaczyńskiego, Kuchcińskiego i innych, się nie dowie.
Tego, że sam się zrzuca na 500 plus i trzynastą emeryturę, też tam się nie dowie.

Ratujmy lewicę 2018

Mam prośbę do konserwatysty – pana Schetyny, do neoliberałki – pani Lubnauer i do świeżo upieczonej konserwatywnej neoliberałki – pani Nowackiej: przestańcie kłamać!

 

W przeciwieństwie do tej trójki jestem socjologiem. W przeciwieństwie do tej trójki umiem czytać sondaże. W przeciwieństwie do tej trójki umiem wyciągać z nich wnioski. W przeciwieństwie do tej trójki leży mi na sercu dobro Polski, a nie tylko zapewnienie sobie krzesła w Sejmie na kolejną kadencję.
Twierdzenie, że tylko Koalicja Obywatelska może powstrzymać PiS jest niebezpiecznym kłamstwem. Kłamstwem, ponieważ przez trzy lata PO i N. nie potrafili stać się skuteczną opozycją. W niektórych sondażach KO mam obecnie połowę poparcia, które zdobywa PiS! Co więcej, PO ma obecnie gorsze notowania niż wynik wyborczy w 2015 r.! Jakim cudem zatem koalicja PO+N+Nowacka (o skuteczności tej ostatniej zmilczę) ma powstrzymać PiS? Otóż jeśli w Sejmie, który zostanie wybrany w 2019 r. zostanie powtórzony dotychczasowy układ (KO+PSL, PiS+Kukiz) to mafia Kaczyńskiego będzie rządzić następną kadencję! Pokazują to jasno twarde dane sondażowe prognozowanych wyników wyborczych do sejmików oraz badania aktualnego poparcia dla partii politycznych!
Mamy dwie propagandy: propagandę PiS, która mówi, że tylko mądrość Ukochanego Przywódcy, który tu i ówdzie „przebywał”, zapewni Polsce rozwój i dostatek oraz propagandę PO, która robi aktualnie za partię postępową, europejską i poza którą nie ma życie. Problem polega na tym, że to tylko propaganda! Fakty, liczby i twarde dane pokazują zupełnie coś innego: tylko silne wejście lewicy do Sejmu w 2019 pozwoli zakończyć rządy stada małp z brzytwą. Kilka pracowni badawczych wykonało badania pokazujące oczywisty scenariusz: jeśli założymy ostrożnie, że do Sejmu wejdą dwa ugrupowania lewicowe: to skupione wokół Biedronia i to skupione wokół SLD i jeśli oba uzyskają minimum 7-8 proc. (a pamiętajmy, że poparcie dla SLD rośnie i w niektórych sondażach sięga 12 proc.), to daje to ok. 60 lewicowych mandatów. A wtedy i tylko, podkreślam, tylko wtedy PiS utraci możliwość zbudowania większościowej koalicji. I to jest jedyny realny scenariusz na odsunięcie PiS od władzy.
Dlatego już w tych wyborach należy głosować na lewicę po to, by zachęcić liderów do dalszego odnawiania socjalistycznej i socjaldemokratycznej oferty. Siła ugrupowania politycznego to siła ludzi, którzy to ugrupowanie popierają! Bądźmy zatem realistami, nie dajmy się uwieść żadnej propagandzie i głosujmy na lewicę.

Manipulacje prawdą My, socjaliści

Myślę, że premier Polski powinien przemyśleć rolę swoich doradców w namówieniu go do wejścia nieumiejętnie w nurt tzw. postprawdy podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim. Mateusz Morawiecki nie jest premierem jednej partii, ale średniej wielkości kraju w Europie, członka Unii Europejskiej. Skutki wizerunkowe tego wystąpienia działać będą długofalowo na szkodę Polski, a rzucające się w oczy odbiegające od rzeczywistości opinie czy fake newsy zostaną zapamiętane. Dziś w erze informacyjnej, kiedy wszyscy kłamią, kłamać trzeba umieć, a tym razem chyba nie wyszło to dobrze. Premier odwołując się w swym wystąpieniu głównie do audytorium krajowego odbiegł mocno od standardu europejskiego, uprawianego w Brukseli. Nie został do końca, albo jeszcze mniej, zrozumiany.
Trzeba wiedzieć, że trwająca na Forum Parlamentu Europejskiego, a generalnie w całej polityce światowej, gra pozorów, jest rozumiana i uprawiana przez większość polityków. Prawda, jako taka, przestała się liczyć. Społeczeństwa burzą się przeciw temu, jednak wolny obieg informacji, szczególnie w sieci, anonimowość i brak odpowiedzialności za słowo, sprzyjają stanowi, jaki mamy. Coraz więcej osób, widząc mechanizmy uprawiania polityki ten stan rozumie. Tym bardziej, że mamy do czynienia z utrwalaniem się w stosunkach międzyludzkich, a więc w kulturze i obyczaju sytuacji dwuznaczności wielu pojęć i definicji. Informacji dziś na ogół nie przekazuje się bez opinii lub komentarza. Trwa w najlepsze tzw. kreacja informacji.
Kreacja informacji oznaczająca odwoływanie się do kłamstwa/fałszu, jak i irracjonalizmu (uczuć, emocji, wiary, intuicji, itp.) nie jest niczym nowym – była, jest i prawdopodobnie będzie stosowana dla realizacji celów politycznych. Rzecz jednak w tym, że współcześnie tego rodzaju działanie zawoalowane jest pojęciem „postprawdy”. Pojawiający się tu problem nie sprowadza się jedynie do kwestii samego stwierdzenia, ale raczej poprzez sens tego pojęcia uzasadnienia sposobu myślenia i działania jakie nastąpiło w relacjach współczesnych.
„Postprawda” jest kategorią będącą wytworem myślenia praktycznego, sprowadzająca się do formułowania sądów dla kogoś korzystnych, niezależnie od ich prawdziwości, przedstawianych jako sądy prawdopodobne lub nawet prawdziwe. Celem tego rodzaju zabiegów są konkretne korzyści np. polityczne, ekonomiczne czy też osobiste.
We współczesnej polityce medialnej, coraz częściej i na większą skalę, następuje odchodzenie od oświeceniowego modelu przekazu informacji odwołującego się do prawdy jako adekwatnego do rzeczywistości przekazu informacji i zastępowaniem go modelem postmodernistycznym, rezygnującym z odkrywania prawdy na rzecz jej kreacji. Efektem tego zabiegu są „postprawdy”. W konsekwencji oznacza to wykorzystywanie informacji do manipulacji.
Nie bez racji pojawiają się opinie, że współczesność zrezygnowała z rozumu racjonalistów nowożytnych, zastępując go rozumem cynicznym. Stąd też znakiem czasów współczesnych nie jest rozum i prawda, ale cynizm, hipokryzja i postprawda.
Prowadzi to do dewaluacji tzw. wartości wyższych: prawdy, piękna, świętości, moralności itp., a zatem zaniżanie wyznaczników standardów nie tylko informacyjnych, ale także moralnych, artystycznych, obyczajowych, a nawet naukowych. Zarzucane są choćby w tym ostatnim wypadku standardy jakościowe na rzecz ilościowych. W konsekwencji nauka zostaje zastąpiona pozorami naukowości, a wiedza naukowa quasi-wiedzą, czyli „szumem informacyjnym”.
Wzrost popularności terminu związany był z dwoma istotnymi wydarzeniami politycznymi 2016 r. – referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wyborami prezydenckimi w USA, zwłaszcza z kampanią Donalda Trumpa. Opierając się na doświadczeniach komunikacyjnych tych wydarzeń, możemy powiedzieć, że postprawda to w znacznej mierze polityka, w której na fakty i rzeczowe argumenty nie ma miejsca.
Dziś prawda mało kogo interesuje. Politykom opłaca się zawodowo nie tylko mijać z prawdą, ale i z granicami, które do niedawna wydawać się mogły nieprzekraczalne. Zawsze kłamali, ale teraz jest tak, że właściwie nieistotne jest, czy w ogóle mówią prawdę. To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, że społeczeństwu to nie przeszkadza. O ile kiedyś znakomitym instrumentem politycznym było kłamstwo nieodkryte, o tyle dziś jeszcze lepszym jest kłamstwo, o którego kłamliwości wszyscy wiedzą.
Rozważania wokół pojęcia postprawdy dotyczą głównie nowoczesnych form medialnych należących do świata cyfrowego. Internet, jako główne narzędzie świata cyfrowego pozwolił na demontaż dotychczasowych źródeł kontroli społecznej i pozbycie się wszelkiej instytucjonalnej cenzury upowszechnianych treści. To ogromne zwycięstwo demokracji i wolności człowieka. Możemy jednak powiedzieć, że to już przeszłość. Szczególnie, jeśli chodzi o obieg informacji w Internecie.
Premier Morawiecki swoim wystąpieniem w Parlamencie Europejskim znalazł się w nurcie opisanym wyżej. Jest kwestią czasu, jakie przyniesie to skutki nam – Polakom.