Proszę Pani, tak się wyborów nie wygrywa

Nie jestem zwolennikiem PO, ale z uwagi na prawdopodobną, drugą turę wyborów prezydenckich Małgorzacie Kidawie-Błońskiej dedykuję ten tekst.
Także jej sztabowi wyborczemu, różnym spin doktorom i specjalistom od politycznego marketingu, czołowym politykom PO i wszystkim tym, którzy nie chcą przyczynić się do reelekcji obecnego prezydenta RP.

Z kandydatką na prezydenta jest dokładnie tak samo jak z moją znajomą, bardzo dobrze wychowaną panienką w domu, w którym drzwi należało cichutko zamykać, a przekleństwo cholera nigdy nie padło.
Ale trafiła się jej bliska przyjaciółka, która uważała, że w życiu czasem tak bywa, że i mocniejszymi słowami należy się koniecznie posłużyć. I rozpoczęła się ta szczególna edukacja na początek od powszechnie używanego słowa na k. Wymówiła je uczennica bardzo cichutko, nadto cała zarumieniona ze wstydu, później coraz głośniej, wreszcie miała je wykrzyczeć. Jakoś poszło, potem był coraz mocniejszy repertuar, który, jak się okazało jakiś czas później, kilka razy niestety musiał zostać użyty.

Ton i tembr głosu

kandydatki na prezydenta odpowiada raczej przyjacielskiej pogawędce przy herbatce i ciasteczku niż wymogom publicznych spotkań z wyborcami, w czasie których, na równi z treścią, liczą się także emocje. Pani Kidawa-Błońska mówi pięknym, literackim językiem, ale monotonnie, nie wyróżniając w żaden sposób istotnych fraz swojego wystąpienia.
Nie twierdzę, że usypiającym, ale w konsekwencji niewątpliwie mało komunikatywnym dla odbiorców, wśród których zdecydowaną część stanowią osoby oczekujące jasnych, w sumie prostych przekazów. Jeszcze czas aby z Panią Małgorzatą poćwiczyć kilka razy, i to bardzo głośno, wyborcze oracje.

Nie wiedzieć czemu

członkini władz Platformy Obywatelskiej postanowiła wzorować się na tzw. niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej strony rządowo-koalicyjnej, która, jak powszechnie wiadomo, wybory z 4 czerwca 1989 roku z kretesem przegrała.

Te okazje to nie wymiana myśli intelektualistów, nie tylko głęboko przemyślanych, ale i z pełnym szacunkiem odnoszących się do adwersarza – to walka pozbawiona skrupułów, w której nawet najzwyklejszy gest powitania we Władysławowie staje się koronnym argumentem, pono dezawuującym kontrkandydatkę. Z niebotycznej góry kłamstw, matactw i równie wielu niespełnionych obietnic PiS jest co wybierać pełnymi rękami na wyborczych spotkaniach. A pełną kultury postawę, także do politycznych przeciwników, zaprezentuje najlepiej Kidawa-Błońska gdy zostanie prezydentem RP.

Machanie rękami

lub pokazywanie palcem też zapewne nie było dobrze widziane w rodzinnym domu kandydatki, ale tzw. mowa ciała stanowi nieodłączny element publicznego przekazu – wzmacnia go, podkreśla, dopełnia.
Nie przypominam sobie aby dobrze ułożona pensjonarka raz jeden przynajmniej wskazała palcem tych-tego, którzy tak wspaniale nam Polskę urządzili, aby wzruszyła ramionami bądź składając ręce, jak do modlitwy, wyraziła nadzieję, na ich rychły koniec.

Moda dla pań

ma oczywiście swoje trendy, wymogi w zależności kogo dotyczy i kto co lubi, w czym czuje się najlepiej, ale niejako moda wyborcza stawia jeszcze dodatkowe wymagania. Przyzwyczajenia i ulubione stroje należy zostawić w szafie, a tu wyróżnić się w tłumie i z otaczającego tłumu aby być wyraźnie przez swój ubiór dostrzeżonym, zaakceptowanym i wpadającym w oko, także telewizyjnej kamerze. Czyżby nie wiedziała o tym kobieta – o jakiejś apaszce bo broszka już była, może o szaliczku albo o towarzyszącym jej innym gadżecie – Pani Małgorzata ?

Powtórka z rozrywki a la Duda,

czyli rajd po placach i ryneczkach licznych miejscowości w wykonaniu Kidawy-Błońskiej nie został przez jej sztab wyborczy głębiej przemyślany. Wszystkie, poza samym faktem spotkania, są w gruncie rzeczy takie same, żadne nie będzie w powszechnej pamięci zapamiętane, a przez mass-media upowszechnione. Staną się wydarzeniem i to na skalę ogólnopolską jedynie wtedy, gdy wykorzysta je za każdym razem do powiedzenia czegoś nadzwyczajnego, wyjątkowego, celnego o czym inni kandydaci, z różnych względów i powodów mówić nie będą.

Potrzebne wiec są także bon moty – zwięzłe, trafne, często dowcipne powiedzenia na aktualne tematy, których każdorazowo dostarczyć powinien sztab wyborczy, na wzór partyjnych i państwowych wystąpień pisanych przez ghostwriterów.

Miejsc do spotkań

kandydata na prezydenta jest w Polsce o wiele więcej niż powiatów odwiedzonych przez Andrzeja Dudę. Ale niekoniecznie na przykład należy być na festiwalu dudziarzy w Zakopanem, na który zresztą nie pojechał PAD z obawy przed antypisowską absencję niektórych muzyków.
Jeśli Kidawa-Błońska chce być rzeczywiście prezydentem wszystkich Polaków, a nie tylko postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, to powinna swoim pobytem w różnych stronach kraju to udowodnić.
Było by więc dobrze odwiedzić popegerowską wieś i mieć coś dobrego, i konkretnego do powiedzenia ludziom tam żyjącym. Również spotkać się z licznym gronem nauczycieli i wyrazić opinię o przyszłości polskiej oświaty, podobnie na jednym z liczących się uniwersytetów przedstawić swoje credo o wolności słowa w nauce.

Na kandydatkę na prezydenta zapewne z wielką niecierpliwością oczekują liczne kobiece ruchy ze swoimi postulatami, także niepełnosprawni, oszukani i pokrzywdzeni przez PiS. Również pozbawieni swoich praw ustawą dezubekizacyjną i ich liczne rodziny. Mogłaby także Kidawa-Błońska odwiedzić centrum Solidarności w Gdańsku, które PiS, wzorem Westerplatte, próbuje zawłaszczyć, także być pod tablicą upamiętniającą Pawła Adamowicza – politycznej ofiary medialnych sukcesów dobrej zmiany. A jeżeli jeszcze na jej wyborczej peregrynacji po Polsce byłby pobyt w miejscu uświęconym krwią żołnierzy I lub II Armii Wojska Polskiego, to wiązanka kwiatów tam złożona łączyła by w tej kampanii wielu Polaków.

I nie tylko tu ma kłopot

kandydatka na prezydenta, gdyż takie oczekiwania daleko wykraczają poza praktykę i program działalności jej macierzystej partii. Mission impossible byłoby złożenie przez nią kwiatów na którymś z cmentarzy radzieckich żołnierzy, jak to czyni corocznie, w dniu wyzwolenia Krakowa jego prezydent Jacek Majchrowski.

Nie tylko z uwagi na wrzawę po stronie pisowskiej i skrajnej prawicy, ale równie wielką wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej, której walka przez lata z Prawem i Sprawiedliwością, przedziwnie jednak korelowała wieloma wspólnymi dla obu partii poglądami, nie tylko na niedawną naszą przeszłość i wykreowanych bohaterów Marszu Żołnierzy Wyklętych z Hajnówki.

Podstawowy problem

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, jej sztabu wyborczego, jak i całej zresztą Platformy Obywatelskiej nie wyraża się mimo wszystko we wskazanych powyżej błędach, niedomaganiach czy też zaniechaniach. Poprzednio tak wyczekiwany powrót Donalda Tuska do krajowej polityki, a dziś prowadzonej kampanii wyborczej to w sumie, ciąg dalszy tego, co już było.
Tak, jak nikt odpowiedzialny, i przynajmniej trochę myślący, na lewicy nie będzie optował za powrotem Polski Ludowej, tak również doświadczony latami ciepłej wody wyborca, nie chce ich powtórki z bardzo wielu powodów. Tej trudnej niewątpliwie, ze swojej niedawnej przeszłości, lekcji nie odrobiła żadną miarą Platforma.

Prawda bowiem jest taka, że w każdej kampanii wyborczej potencjalny elektorat poszukuje istotnej zmiany na lepsze, zaś w prowadzonej przez koalicjantów i PO takowej, poza odsunięciem od władzy Andrzeja Dudy, czyli poważnym ograniczeniem wpływów PiS, doszukać się nie może. A to stanowczo za mało dla Polski, jej przyszłości, a więc każdego z nas, zagrożonej na wielu obszarach.

Ponownie prawdopodobnie

wybierać będę musiał to przeklęte, polskie mniejsze zło i dlatego tylko ten tekst napisałem.

Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.
Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa.
Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie.

Obrazki kampanijne

Która partia ile ma pieniędzy uwidacznia się w trakcie kampanii wyborczej. Jadąc trasą od Kudowy do Kłodzka naliczyłem ponad 40 dużych bilbordów wyborczych PiS. Do tego liczne mniejsze banery. I dalej. Od Kłodzka do Wrocławia było ich jeszcze więcej. Znacznie mniej było podobnej propagandy ze strony PO. Owszem bilbordy i banery też były, ale w ilości znacznie mniejszej. Widziałem także jeden baner, niestety porwany, SLD.
Zatrzymani w obiektywnym pojmowaniu zjawisk politycznych liberalni dziennikarze bredzą nadal o finansowej potędze SLD. No właśnie ją widać. We Wrocławiu jest nieco inaczej. Tutaj ton w propagandzie wyborczej na ulicach narzuca PO, ale PiS-u też nie brakuje. Tu i ówdzie, nieśmiało pojawiają się banery Lewicy. A kampania obwieszania przystanków, płotów itp., dopiero się rozkręca. Cieszy mnie, że elektorat lewicy, wg ostatnich badań, jest najbardziej przewiązany do wartości i tym samym najbardziej świadomy, a wtedy niepotrzebne mu bilbordy. Obserwując atak wyborczy PiS-u na wyborców widać kto jakie ma pieniądze w partyjnej kasie. Parafrazując ludową opinię, że PiS też kradnie, jak inne partie polityczne, ale się z nami dzieli, to owa kradzież PiS-u jest wyjątkowo pazerna co właśnie widać na ulicach, reklamach w gazetach itp. No i oczywiście cała TVP w służbie PiS. Za pieniądze wszystkich obywateli oczywiście.

Zdanowska wsparła Lewicę?

Wygląda to raczej na jednorazowy incydent niż na początek rokoszu w strukturach PO. Warto jednak odnotować ten osobliwy przypadek. Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, zdecydowała się poprzeć kandydaturę swojego zastępcy Tomasza Treli, członka SLD.

Informację tę przekazała Gazeta Wyborcza, z gorliwością godną lepszej sprawy rozdmuchują ją media należące do ścisłej otuliny propagandowej rządu oraz Prawa i Sprawiedliwości. Tym bardziej, że Zdanowska postąpiła już kiedyś podobnie. Poprzednim razem doszło do konfliktu pomiędzy nią, a władzami jej partii gdy układano listy wyborcze Koalicji Obywatelskiej do Sejmu. Zdanowska zareagowała oburzeniem na fakt, iż „jedynką” w Łodzi ma być dziennikarz Tomasz Zimoch; opuściła wówczas sztab KO w geście protestu. Być może sytuacja dzisiejsza jest kontynuacją prywatnej wendetty Zdanowskiej. Nie można jednak wykluczyć, że stoją za tym również jakieś przekonania.
– To, czy jest to kandydat zgłoszony przez Koalicję Obywatelską, czy jest z Platformy, z Nowoczesnej, z Zielonych czy z Lewicy, ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsza jest Łódź – stwierdziła Zdanowska w rozmowie z dziennikarzami.
Do tablicy został wywołany przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.
– Niestety, nie będzie Hanna Zdanowska kandydować i nie może reprezentować Koalicji Obywatelskiej, ale będzie wspierać wszystkich naszych kandydatów. Tomasz Trela to jej zastępca i to jest jej decyzja [dot poparcia kandydatury Treli – przyp. re.]. Ja nie będę narzucać, komu ma ufać i kogo wspierać. Cieszę się, że jest szefową PO w województwie łódzkim” – mówił Schetyna na konferencji prasowej w Łodzi.
Polityczny mariaż Treli i Zdanowskiej jest co najmniej dziwny. W 2012 r. Trela nazywał Zdanowską „likwidatorką oświaty w Łodzi”, teraz wielu komentuje go jako „bulteriera KO”. Ogólnie biorąc obie postaci odbierają obu partiom wiarygodności.

Gorszy sort SLD

Wraz z przefarbowanymi kaczystami, w PO zagościła pisowska mentalność. Schetyna pozazdrościł Kaczyńskiemu klasyfikacji Polaków i na początek dokonał podziału koalicjantów, z którymi w maju startował do Brukseli.

Do lepszego sortu, nazwanego „pierwszym wyborem”, zaliczył PSL. Lewica nie załapała się na żaden wybór, więc została z Koalicji Europejskiej wyautowana, ale dopiero po tygodniach zwodzenia, żeby nie miała czasu na oczekiwane przez wyborców zawiązanie lewicowego porozumienia. Głównym grzechem lewaków było zdobycie aż 5 mandatów do PE. Pod tym względem ludowcy zachowali się zdecydowanie przyzwoiciej: wzięli tylko trzy.
Kolejnym krokiem było wyróżnienie gorszego sortu SLD. Nowoczesna i Inicjatywa Polska, jako skonsumowane wcześniej przystawki, drżały, żeby nie mieć lewicowej konkurencji na listach do Sejmu. Mocno się jej obawiali także aktualni posłowie PO, więc wspólnie gardłowali za samodzielnym startem, ale potrzebowali lewicowego listka do przykrycia konserwatywnego, prawicowego programu. Tej roli nie spełniała IP, bo progresywne postulaty zamieniła na miejsca na wyborczych listach dla Nowackiej i Jońskiego. O resztę się nie biła, żeby nie stwarzać sobie wewnętrznej konkurencji. Na lep poselskich mandatów schetynowcy ściągnęli więc kilkoro obecnych i byłych samorządowców SLD. Uznali ich za lepszy sort lewicy, w odróżnieniu od gorszego, startującego z lewicowej koalicji. Mają równoważyć odradzający się POPiS w postaci umieszczonych na listach PO byłych podpór kaczyzmu – Poncyliusza, Kowala, Ujazdowskiego.
Niemoralny manewr dzielenia i wartościowania ludzi lewicy przez PO nie jest autorskim pomysłem Schetyny. Został ściągnięty z PiS, w którego szeregach znaleźli miejsce liczni byli członkowie PZPR (Czabański, Jasiński, Kryże, Łopiński, Piotrowicz, Sowińska, Wolski). Zresztą i w szeregach PO nigdy ich nie brakowało (Balcerowicz, Kudrycka, Kutz, Śledzińska-Katarasińska). PSL zaś, jako ZSL, było przystawką PZPR, a w III RP dwukrotnie chętnym koalicjantem SLD.
Poniekąd dzięki niechęci PO i PSL do wielkiej, antypisowskiej koalicji, powstała w Polsce trzecia siła: Lewica. Spełniło się marzenie lewicowych wyborców. Mają jedną listę, na której są przedstawiciele SLD, Wiosny, Razem, PPS, samorządowcy, działacze społeczni. Tylko brać i wybierać.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Schetynizm to choroba!

Komentatorzy, którzy uparcie wzywają do startu wielkiej, zjednoczonej opozycji „w obronie demokracji” nie rozumieją najwyraźniej, że elektoraty się nie dodają, a „obrona demokracji” to hasło tak bardzo nośne, jak wielkie są obecnie wszystkie przemarsze i demonstracje KOD-u.
Lęki części elit, Inteligencji i biurokracji nie są lękami powszechnymi, a pospolite ruszenie starych wyjadaczy zakończyło się klęską już w eurowyborach. Społeczeństwo nie przeżywa reform na uniwersytecie, ani stanu konstytucji.
Albo opozycja się podzieli i osobno powstanie jej liberalny oraz lewicowy blok, albo Titanic antyPiS-u pójdzie ostatecznie na dno, bo to, że dla działaczy establishmentu neoliberalizm z masakrą prywatyzacyjną, przymusem emigracji za chlebem dla milionów i gadaniem o tym, że nic się nie da i żadnego socjalu nie będzie… był „demokracją” to naprawdę nie leży w żadnej szerszej wrażliwości i nie jest potocznym odbiorem obecnej sytuacji politycznej.
Przestańcie się zachowywać jak karykaturalne wersje różnych obozów elit rodem z teorii Pareto, które płaczą, że inne elity zabrały cukierki i zajmijcie się polityką klasową, dla klas i z programem, który wyjdzie poza bańkę oburzonych na zamieszanie w muzeach, teatrach i uczelniach. Schetynizm to niestety bardzo ciężka choroba.

Flaczki tygodnia

„Są dwie tury, ale właściwie jednych wyborów. Musimy wygrać teraz, aby wygrać później, na jesieni”. Tak pan prezes Jarosław Kaczyński celnie i syntetycznie zaprezentował najważniejsze zadania swej Partii. Oni muszą wygrać wybory. Za wszelką cenę. Bez politycznego mazgajstwa. Bez politycznych solówek rozwalających kampanijną jedność.

Po drugiej stronie mamy Koalicję Europejską. Zbudowaną też wedle dyrektywy pana prezesa Kaczyńskiego. Musimy wygrać teraz, aby wygrać na jesieni. Bo z PiS żartów nie ma. Bo po wygranych wyborach rozpoczną drugi etap kontrrewolucji narodowo – katolickiej. I wtedy już jeńców brać nie będą.

Nie straszcie, nie będzie tak źle, pan prezes Kaczyński potrafi być ludzkim paniskiem, tak zaraz usłyszymy od lewicy internetowej. Nie raz już „Flaczki” słyszały, że z PiS przecież da się jakoś żyć. Nawet byłym „komunistom”. Nawet żyć pełna gębą, co udowodniła doktor Magdalena Ogórek, czy Aleksandra Jakubowska. Kiedyś „lwice i lwiątka lewicy”, dziś już tylko torebki.

Dawno temu, w początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Wiesław Górnicki pisał, pod pseudonimem „Krewa”, w tygodniku „Nie” kronikę zatytułowaną „Z księgo kurestwa polskiego”. Zapisywał tam częste wtedy przypadki aktywistów PZPR, którzy chwalili PZPR wszystkimi swymi organami. Ale kiedy partyjne koryto zaświeciło pustkami, to gładko przeszli do chóru piejącego pochwały ku czci nowej, solidarnościowej władzy. Pchając się do kolejnego koryta, wabiącego świeżymi dostawami.

Niestety redaktor Górnicki wziął i umarł, a wraz z nim kronika polskiego kurestwa politycznego. Szkoda go, szkoda też księgi czekającej na nowe wpisy.

Pan prezes Kaczyński nakazał swej Partii wygrać teraz i na jesieni. I Partia ławą ruszyła do zwycięstwa. Jak zawodowe, zaciężne wojsko.
Przeciwko sobie ma Koalicję Europejską zachowującą się w mediach jak szlacheckie pospolite ruszenie. Oto panie i panowie, którzy nie są w pełni zadowoleni z zaproponowanego im miejsca w szyku i swoje fochy demonstrują w mediach. Bo te pośledniejsze miejsca to wielki uszczerbek na ich honorze. Tak to ludzie formalnie wykształceni, nienowi w polityce, zachowujący się jak rozkapryszone dzieciaki. Dodatkowo dają się wpuszczać w narzucone im przez cwaniaków z PiS trzeciorzędnej ważności debaty o adopcji dzieci przez pary homoseksualne, albo w narodową dyskusję o masturbacji przedszkolaków.

„Flaczki” przypominają, że aktualny redaktor naczelny „Trybuny” Piotr Gadzinowski trzy razy był wybrany do Sejmu RP z ostatniego miejsca na liście wyborczej. Można być wybrany z innego miejsca niż „jedynka” ?

Oczywiście można być spoza „jedynki” wybranym, kiedy lista wyborcza ma większe poparcie niż siedem – dziesięć procent. Kiedy wszyscy kandydaci na liście więcej pracują na listę, niż na siebie. Kiedy twoim przeciwnikiem w wyborach jest konkurent z przeciwnej listy, a nie koleżanka/ kolega z tej samej listy wyborczej.

W przyszłym miesiącu będzie dwudziesta rocznica powstania SLD. Partii, która przyciągała wiele talentów politycznych i która nie potrafiła ich potem zatrzymać przy sobie. Partii, która przeżyła wiele rozłamów i wielu znakomicie zapowiadających się przywódców. Są w najnowszej historii Polski dwie partie polityczne, których aktywistów można znaleźć obecnie we wszystkich formacjach politycznych. Od prawa do lewa.

Pierwsza to Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Nadal jest matką polityków i działaczy ciągle wszędzie obecnych. Ale tych, już starszej generacji.

Drugą taką formacją jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Jej byłych członków, zwłaszcza młodej generacji, znajdziemy w Platformie Obywatelskiej, rzadziej w PSL. Teraz roi się od nich w „Wiośnie” Roberta Biedronia, który też kiedyś należał do grona ojców współzałożycieli SLD.Nawet w PiS najdziemy byłych członków SLD. Nie wszystkich na pierwszej linii jak doktor Ogórek, ale na zapleczu biznesowym i medialnym tacy bywają.

Kiedy SLD powstawało, „Flaczki” były umiarkowanymi przeciwnikami przekształcenia poprzedniego Sojuszu kilku partii politycznych i licznych organizacji społecznych w jedną partię pod taką samą nazwą. W jedną polityczną armię. Wtedy zwolennikami unifikacji byli Marek Borowski, Robert Biedroń, Wojciech Olejniczak, Grzegorz Napieralski, Ryszard Kalisz i wielu innych, dziś pozostających poza Sojuszem.

A „Flaczki” w Sojuszu zostały. Bo zawsze uważały, że w demokracji parlamentarnej solidne, zakorzenione, przewidywalne partie polityczne są większą wartością niż te, żyjące jedną parlamentarną kadencję byty. Były świadkami czasów, kiedy SLD stało przy władzy. Kiedy na noworocznych imprezach SLD roiło się od biznesmenów i ambitnej młodzieży. I widziały lata chude, kiedy SLD znalazł się w opozycji, a potem poza parlamentem. I wtedy biznes oraz aktywiści marzący o szybkiej karierze omijali SLD szerokim łukiem. Lokowali swe torebki przy świeżych żłobach.
Teraz wśród internetowej lewicy modne jest demonstracyjne oddawanie legitymacji partyjnej SLD.

W Chinach cierpliwość, zdolność do przeczekiwania dekoniunktury to podstawowe cechy cenionych działaczy politycznych i społecznych. W Polsce lekarstwem na polityczną porażkę są zakładane nowe szaty.

Mądrzy po szkodzie

Przed wyborami samorządowymi, tu we Wrocławiu, SLD zachęcał do stworzenia lewicowej koalicji z Razem, Zielonymi, ruchami miejskimi, kobiecymi. itp. Potraktowano nas (SLD) z buta. Razem i Zieloni podpisali porozumienie przedwyborcze, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Partie poszły osobno do wyborów. Podobne wysiłki czynił SLD w całym kraju. Wyniki były podobne.
W końcu wrocławski SLD poszedł w innej koalicji i ma trzech radnych w Radzie Miejskiej. Gdyby przed wyborami samorządowymi SLD w całym kraju nie był traktowany jak trędowaty pewnie postałaby silna koalicja na lewicy i wynik wyborów byłby znacznie lepszy, choć to teraz też tylko gdybanie. Z tych wyborów wszystkie partie lewicy wyszły osłabione, ale Razem i Zieloni szczególnie. Okazało się, że samodzielnie niczego nie są w stanie w wyborach osiągnąć, a SLD osiągnął mniej niż zakładano. Po przegranych wyborach nastąpiło olśnienie: idziemy razem. Zdecydowanie za późno. SLD postanowił szukać porozumienia z politycznym centrum. I nagle okazało się to, co było wiadome od dawna, że bez SLD na lewicy nie może powstać żadna koalicja. Zieloni też przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej, a Razem szybko rozpada się. Nie ma się z czego cieszyć, bo cierpi na tym lewicowa strona sceny politycznej. Pewnie będzie na tym korzystać Wiosna.
Zmądrzenie i refleksja przyszły za późno. Teraz SLD w oczach tych, którzy nami gardzili uznawany jest za lewicę, która lewicę zdradziła i zbratała się z centrum. Nie o takich koalicjach marzyłem. Młoda i wydawałoby się wykształcona lewica wykazała się barkiem politycznego realizmu. Szkoda, bo wiele pracy poszło na marne.

Harakiri Koalicji Obywatelskiej

Trudno było posądzać Grzegorza Schetynę o taki brak wyobraźni politycznej. Spędził przecież tyle lat w polityce więc powinien wiedzieć, że Koalicja Obywatelska jako sojusz dwóch, a być może nawet kilku niezależnych podmiotów może zyskać więcej niż jako jeden podmiot. Przewodniczący PO powinien zdawać sobie sprawę z faktu, że są wyborcy którzy niekoniecznie zagłosują na Platformę Obywatelską, ale już na Nowoczesną lub innego uczestnika szerokiej koalicji może tak. Powielanie na siłę formy koalicji PiS-owskiej dowodzi, że czasem myślenie nie jest mocną stroną polityków opozycji.
Koalicja Obywatelska w wyborach do Parlamentu Europejskiego mogła prze-testować wspólny udział przed ewentualnym startem opozycji w szerokiej koalicji w wyborach do Sejmu. Tym działaniem, które rozbiło Nowoczesną, Platforma Obywatelska spowodowała ograniczone zaufanie do siebie innych potencjalnych uczestników szerokiej koalicji. Zaprezentowała się nie jako partia propaństwowa, której działania nakierowane są na dobro naszej Ojczyzny, lecz jako ugrupowanie małostkowe, którego nadrzędnym celem jest redukowanie liczby podmiotów politycznych po stronie opozycji. Teraz, po tych niefortunnych wydarzeniach potrzeba będzie wiele wysiłku by odbudować wzajemne zaufanie. Przez ten nierozważny ruch na scenie opozycji parlamentarnej, Koalicja Obywatelska znalazła się znowu w punkcie wyjścia. Stała się za to pożywką złośliwych PiS-owskich komentarzy i przykryła aferę w KNF i nie mniejszą aferę tej partii związaną z aresztowaniem byłego szefa KNF i kilku urzędników tej instytucji.
Zachowanie Kamili Gasiuk-Pihowicz jest kompletnie niezrozumiałe. Pracowała na swój autorytet oraz prestiż i trzeba przyznać, że osiągnęła w tej kwestii sukcesy. Ostatecznie okazała się jednak politykiem niedojrzałym, a poprzez przerost chorej ambicji zniszczyła cały swój dorobek. Walczyła o demokrację, która w konsekwencji ją zniszczyła. Nie potrafiła pogodzić się z demokratycznym werdyktem swoich klubowych kolegów, postanowiła bowiem dokonać rokoszu i w sposób niedemokratyczny zmusić swoje koleżanki i kolegów do realizacji jej planu, pozbawiając tym samym swoją partię klubu poselskiego. Miała szansę być sztandarem walki o prawo-rządność i demokrację, a stała się kawałkiem białego prześcieradła zawieszonego na patyku – sztandarem klęski i poddaństwa. Można jej tylko przypomnieć cytat z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego – „Miałeś chamie, złoty róg, miałeś ……….”. Teraz, niezależnie od tego jak będzie zaklinała rzeczywistość, będzie osobą mało wiarygodną, a przez to w niedalekiej przyszłości może się okazać mało przydatną Platformie Obywatelskiej. Kamila Gasiuk-Pihowicz nadzieja opozycji na skuteczną i charyzmatyczną polityczkę okazała się polityczką o słabym charakterze, którą zniszczyła jej chorobliwa i wybujała ambicja. Jedynym ratunkiem dla posłanki to przy-wdzianie na siebie „wora pokutnego” i prośba o zgodę na powrót do Nowoczesnej.
Niestety, Paweł Kukiz dosadnie ale i celnie określił posłów takich jak posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz.