Czy nie ma już komu bronić najbiedniejszych Polaków?

Na pytanie zawarte w tytule tego felietonu nie ma odpowiedzi twierdzącej. Na łamach środków masowego przekazu pojawiają się, od czasu do czasu, nazwiska obrońców ludzi bezdomnych czy bezrobotnych. Nie będę wymieniał tych nazwisk, bo nie o to przecież chodzi.

Przyczyny są różnorakie, często losowe, przypadkowe, choć ostatnio należą do nich również skutki niewydolnego systemu społecznego i politycznego.
Dyżurnymi obrońcami biedoty są partie i ruchy społeczne, które tę swoja powinność wpisały do statutów i przy każdej sposobności przypominają Polakom pełnioną misję. Ich głos jest jednak coraz słabiej słyszalny i coraz rzadziej słuchany. Zagłusza go potęgujący się szum medialny usiłujący dotrzeć do Polaków z twierdzeniem, „nie byłoby takiej biedy, gdyby wszyscy Polacy wzięli się do roboty”. Przykładów z życia nie brakuje. Nie bez znaczenia jest też zmniejszająca się rola partii lewicowych., które od paru dziesięcioleci cieszą się malejącym poparciem Polaków. W wielu przypadkach partie te zeszły na całkowity margines, nie one kształtują dziś kierunki zmian społecznych w Polsce i na świecie, nie one absorbują umysły młodych.

Partie tradycyjnie lewicowe w międzyczasie zrezygnowały ze swej lewicowości. Nie spełniła swej roli Polska Zjednoczona Partia Robotnicza powstała po wojnie ze zjednoczenia Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Czerwone sztandary PZPR zaczęły więc błyskawicznie płowieć, kolor czerwony ustąpił miejsc szarości. Nikt z tego powodu nie rozpaczał. Nowe czasy postawiły nowe wymagania przed polityką i ideologią, nie tylko w Polsce, lecz także poza jej granicami. Ich zainteresowania przestały się skupiać na kloszardach, bezdomnych i żebrakach podnosząc ciśnienie zafascynowanych apartamentami wycenianymi na 30 tys. złotych za metr kwadratowy (i wyżej), samochodami sprzedawanymi za 300-400 tysięcy złotych za sztukę i tego typu zbytkami.

Ewolucje przyspieszyły ideologie partii politycznych. Unia Demokratyczna zaczęła na przykład skupiać ludzi biznesu i to nie tylko tego drobnego, co wielkokorporacyjnego, zatrudniającego fachowców opłacanych w proporcji do wielkości tego biznesu. Przestały szokować zarobki rzędu 50 tysięcy złotych miesięcznie (i wyższe), premie znacznie przekraczające te kwoty i odprawy sięgające milionów. Początkowo rosło zainteresowanie kominami dochodowymi, szybko jednak i ono spowszechniało.

Przemówił również establishment rządowy i parlamentarny, który poczuł się dyskryminowany, zwłaszcza w porównaniu z dochodami korporacyjnymi. Pierwsza próba przełamania istniejących ograniczeń płacowych była niewypałem, zwłaszcza, gdy ówczesna premier uzasadniając premie użyła argumentu „bo rządowi one się należały”. Na podwyżkę drugą należało więc parę lat poczekać. Gdyby do niej doszło, okazałoby się, że wzbudziła ona kontrowersje, szczególnie gdyby wyszło na jaw, że indywidualne dochody miały wzrosnąć o połowę, a w niektórych przypadkach nawet więcej. Wyniki głosowania w Senacie nie poprawiły pozycji lewicy, dały jednak Polakom wiele do myślenia odnośnie jej roli w trosce o interesy najuboższych. Pora więc na ożywienie tej części sceny politycznej i jej zainteresowania losem najuboższej części społeczeństwa.

Jestem przekonany, że jeszcze w tej kadencji parlamentu szeroko rozumiana lewica może mieć wiele do powiedzenia, a jeszcze więcej do zrobienia na rzecz poprawy warunków bytowych najuboższej części społeczeństwa. Szczególnie, że powstała przed paroma laty inicjatywa powołania Porozumienia Socjalistów spotkała się z przychylnym zrozumieniem i poparciem. Przygotowywane obecnie spotkanie zainteresowanych inicjatywą będzie zapewne w przeciągu najbliższych 2-3 miesiecy. Zainteresowanych jej realizacją nie brakuje.