Księga Wyjścia (69)

Ballada o Afryce.

Trudno w to uwierzyć, ale wbrew temu co sadziłem na początku, znacznie trudniej jest wrócić z Afryki, niż dostać się do zapomnianego i upadłego państwa w samym jej sercu – czyli Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nieczęsto zdarzają się takie miesiące, ze zamiast konstatować codzienność, latam sobie po całym świecie. Na początku grudnia Kaukaz, Armenia Republika Arcacha (Górski Karabach), by pod koniec miesiąca i aż do styczniu zostać w Afryce. Sporo czasu spędziłem w powietrzu, przemieszczając się miedzy kontynentami. Szukając jedynie odpowiednich przesiadek. Z samolotu na samolot. Po powrocie z Azji, ledwo dotarłem do domu, pełen wrażeń z masywnego Kaukazu. Uwielbiam góry, dlatego zarówno masyw Karabachu jak i Południowy Kaukaz zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.
Ale o tym będzie w drugiej części reportażu. Niespełna dziesięć dni po przylocie z Azji, dostałem kolejną propozycję. Tym razem wyjazd do Afryki, a konkretnie do samego jej serca, czyli Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie będą wybory i trzeba je obserwować. Chętnych specjalnie nie było, bo i święta i rejon bardzo niebezpieczny. Dla mnie jednak idealny.
Zgodziłem się bez specjalnej obaw i najmniejszego namysłu. Ucieszyłem jak cholera i – mimo trwającej tam wojny domowej – zacząłem przygotowania. Najpierw szczepienia od żółtej febry i badania Covid PCR.
Wszystko to dosyć dużo kosztowało. Szczepienie trzysta złotych, a badania PCR pięćset. Obiecali zwrócić, więc zadłużyłem się i czym prędzej zapisałem się na te zabiegi. Z żółta febrą był problem, są wprawdzie przychodnie medycyny podróży, ale nie przechowują szczepionek, zwykle zamawiają i trzeba czekać. Udało mi się znaleźć jeden punkt w Lublinie, gdzie dysponowali jedną, ostatnią ampułką tej szczepionki.
Lekarka namawiała mnie jeszcze na dziesiątki innych, kosztownych szczepień, ale nie mając kasy tylko ją zbywałem. Receptę na leki przeciw malarii wepchnąłem do kieszeni i zaraz „zgubiłem”.
Zaszczepili mnie 17 grudnia, szczepionka nabierała ważności po dziesięciu dniach. Lekarka wpisała, że dopiero będę mógł wjechać do RŚA 28 – a ja przecież wylatywałem 21 grudnia. Miałem już bilety.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia lekarskiego, czy tzw. „żółtej książeczki” ze szczepieniami.
Potem pakowanie, nie lada problem, w kraju zima – kurtki, swetry, ciepłe ubrania, żeby wysiąść na gorącej płycie lotniska w Bangui. Nie mogłem nadać do bagażu, bo zwyczajnie marzłbym w drodze, a w podręczny to trochę dużo. Zabrałem wiec wersję „lekka zima” z kurtką, która po zwinięciu mieści się w kieszeni, trochę swetrów, bluzę i na zasadzie „zobaczymy na miejscu” wyruszyłem w trasę.
Najpierw Paryż, tam przejście do strefy pozaunijnej. Początkowo tłum, ponieważ czekaliśmy do rana, to usadowiliśmy się w pobliżu palarni. Przed północą terminal był pusty, wszyscy już wylecieli, a w ogromnej hali było ledwie kilka osób, w tym Milenko – Macedończyk, który jak się okazało leciał razem z nami. Po ośmiu godzinach lotu, wreszcie wylądowaliśmy w stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Zeszliśmy bezpośrednio z trapu na płytę.
Lotnisko, to ledwie kilka, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego zapach i uderzenie gorąca.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalny aromat, nawet miły. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść z zawiązanymi oczami i gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzna woń rozżarzonej czerwonej ziemi pomieszana z zapachami lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza. Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, ale gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do baraku, gdzie była kontrola celna. Nas wypatrzyła pewna Afrykanka w odpowiednim stroju, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizę. A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej. Do naszego, na basen mogli przychodzić miejscowi i wykupując bilet pluskać się do woli. To jeszcze poprawiło mi nastrój, bo nie lubię tych hoteli „tylko dla”. Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu, podczas tych wszystkich kontroli. Podjechał więc najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju twierdzy.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach, ale po kilku godzinach dotarła wiadomość, że to był jedynie rajd rebeliantów na trzy dzielnice.
Wjechali na motocyklach strzelając gdzie popadnie, żandarmeria w panice odpowiedziała ogniem, gdy jednak przyjechało wojsko, to momentalnie wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot, potem jazdę przez dżunglę motocyklami. Po trzech na jednym.
Wybory dobiegły końca, wygrał dotychczasowy prezydent Faustin Taudéra. Początkowo komisja ogłosiła, że zdobył 53.9 procent głosów, jednak po protestach, które złożyli chyba wszyscy kandydaci odrzucono głosy z dwóch miast, ale i tak utrzymał przewagę 53.3.proc.
Na tym nasza rola się skończyła. Wylecieliśmy z Bangui siódmego stycznia. Jak już wspomniałem, znacznie trudniej wracać do kraju, niż gdzieś lecieć. Nawet jeśli lecę w niewiadomą, gubię na lotniskach, to w Afryce chciałoby się zostać. Ale czas minął, zygzakiem przez Kamerun, Etiopię do Londynu, tam okazało się, że skasowali wszystkie połączenia z Polską. Dwie doby w hotelu załatwionym dzięki pomocy i też przy pomocy znajomych udało się kupić bilet przez Dublin. Z Londynu do Dublina i Dublina do Polski. Dziesięć dni kwarantanny, akurat, żeby dojść do siebie. Prawdę mówiąc przespałem ten czas. Cała wyprawę, ze wszystkimi szczegółami, zrelacjonuję w fotoreportażu, który właśnie piszę. Dużo zdjęć, jeszcze więcej wrażeń. Po ostatnim odcinku z Kaukazu, będzie seria o Afryce. Do przeczytania.

Dzień klimatycznego protestu

Tłumy ludzi na ulicach w metropoliach na wszystkich zamieszkanych kontynentach świata, starcia z policją, żądania natychmiastowej zmiany polityki. Tak wyglądał globalny dzień gniewu, zorganizowany przez sieć Extinction Rebellion.

Powstrzymać zmiany klimatyczne, ocalić planetę i ludzkość, wymuszając na politykach podjęcie działań – to hasła i cele ruchu zrzeszającego setki tysięcy ludzi na całym świecie, podejmujących w porozumieniu sieciowym wspólne działania na rzecz uratowania Ziemi przez postępującą apokalipsą.
Od Berlina, przez Amsterdam, Paryż, Londyn, Nowy Jork, Tokio, Los Angeles, aż po Sydney, łącznie w ponad 60 miastach trwały wczoraj i dziś protesty przeciwko bierności polityków w zakresie walki ze zmianami klimatycznymi.
Niektóre demonstracje stanowią mocną manifestację gniewu. Policja zatrzymała kilkaset osób. W Londynie protestujący zamknęli się w samochodach, zablokowali most i kilka ulic w dzielnicy Westminster, gdzie mieszczą się budynki rządowe. Z kolei przed siedzibą ministerstwa obrony odbyła się pikieta. W ciągu dnia planowane są podobne blokady w pobliżu siedziby parlamentu i na Trafalgar Square, jak również siedząca manifestacja na lotnisku London City. Według szacunków aktywistów demonstracje w brytyjskiej stolicy będą pięć razy liczniejsze niż te, które miały miejsce w kwietniu. Spodziewają się, że w ciągu dwóch tygodni protestów w Londynie weźmie w nich udział ok. 30 tys. osób. Londyńska policja próbuje zastraszyć uczestników. Poinformowała o zmobilizowaniu tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy w związku i zapowiedziała, że każdy, kto złamie prawo, nawet podczas pokojowych demonstracji, musi się liczyć z aresztowaniem.
Mocne „nie” obecnej polityce napłynęło również z niemieckiej stolicy. Klimatyczni aktywiści rozpoczęli blokadę jednego z głównych rond w centrum Berlina wokół Kolumny Zwycięstwa (Siegessaeule) w parku Tiergarten. Domagają się od rządu zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu. Na wiecu planowanie jest m.in. przemówienie aktywistki transportującej migrantów z Morza Śródziemnego do Europy Caroli Rackete.
– Przeszkadzamy, bo nie widzimy innej możliwości wymuszenia przeprowadzenia głębokiej i powszechnej zmiany, która zapobiegłaby zmianom klimatu. Polityka klimatyczna rządu poniosła fiasko: lasy płoną, podnosi się poziom oceanów, dzikie zwierzęta masowo wymierają. Ludzkości grozi zagłada – tłumaczyła poniedziałkową blokadę w Berlinie Eva Escosa-Jung, jedna z działaczek grupy.
Ludzie widzą, że demonstracje nie wystarczą i należy sięgnąć po poważniejsze środki – mówiła Annemarie Botzki, rzeczniczka aktywistów – rzeczniczka niemieckiej Extinction Rebellion – Rząd musi działać natychmiast, żeby powstrzymać wymieranie i do 2025 roku osiągnąć zerowe emisje CO2 netto. Rząd powinien ogłosić klimatyczny stan wyjątkowy i zwołać zgromadzenie obywatelskie, które opracuje konkretne działania mające przeciwdziałać katastrofie klimatycznej – dodała.

Grecki premier, wnuczka polskiego aptekarza i lekarstwa dla mojej Babci

„Nel doniósł mi, iż począwszy od stycznia wpłaca przez cały rok do apteki polskiej w Londynie (Grabowskiego) na moje conto po 5 dolarów miesięcznie, co mogę wybrać lekarstwami. Bardzo dobrze to obmyślił, cennik apteczny, wysłany na początku stycznia dobiegł mnie dopiero 27/II. Zamówiłam lekarstwa za 20 dolarów od razu za 4 miesiące.”
Te zdania napisała we wspomnieniach moja Babcia, Zofia Skąpska, w lutym 1954 roku. Nel to, urodzony w Łososinie Dolnej, brat mego Ojca Tadeusza, a Jej najmłodszy syn – Kornel; we wrześniu 1939 roku znalazł się w Rumunii, potem we Francji, wstąpił do podchorążówki dowodzonej przez ppłk. Bronisława Chruściela, nota bene urodzonego w Marcinkowicach, a więc tak jak ja teraz – Sądeczanina. Nauka trwała pół roku, stryj ukończył szkołę z drugą lokatą i pozostał w niej jako instruktor na drugi kurs.
Po klęsce Francji cała szkoła podchorążych ewakuowana została do Wielkiej Brytanii. Tam Kornel został przydzielony do sztabu 1 Samodzielnej Brygady Strzelców jako oficer „do przekazywań”. Był przygotowywany na powojennego wojskowego administratora rejonu olsztyńskiego. W roku 1944 awansował do sztabu Naczelnego Wodza, gdzie został usytuowany w Oddziale Operacyjnym podlegając znów Chruścielowi. W 1948 wraz z Violą, swą angielską żoną i trzema synami (Mieszko, Bolesław, Kazimierz), wyjechał do Paragwaju, skąd po kilku latach przeniósł się już na stałe do Kanady. Pisał do swej matki regularnie listy, a jak wynika z cytatu, od 1954 roku wspierał ją pozornie niewielką sumą pieniędzy. W rzeczywistości zarówno wobec jego ówczesnej sytuacji ekonomicznej jak i przelicznika dolara w Polsce kwota ta była dla obojga znacząca.
Istotne jednak w tym jest coś jeszcze. Styczeń 1954, mimo iż nie minął jeszcze nawet cały rok od śmierci Stalina, to apogeum stalinizmu w Polsce, to czasy bierutowskie. Dopiero co aresztowano prymasa Stefana Wyszyńskiego (25 września 1953); Władysława Gomułkę zatrzymano dwa i pół roku wcześniej (opuścił więzienie w grudniu 1954); Marian Spychalski siedział w więzieniu od 13 maja 1950 do marca 1956; generał Józef Kuropieska przez dwa lata, do 23 czerwca 1954, przebywał w celi śmierci „oczekując” na wykonanie kary; generał Wacław Komar od listopada 1952 poddawany był w śledztwie torturom, a więzienie opuścił dopiero w przeddzień Wigilii 1954. A jednak listy z Kanady trafiały do adresatki, co więcej „kanadyjski” syn mógł opłacać abonament w londyńskiej aptece, a jego matka mogła, mimo żelaznej kurtyny, dysponować z kraju, na jakie lekarstwa te dewizy mają być wydane, zaś medykamenty, choć poprzez urząd celny, to jednak do Niej docierały. Pieniądze z Kanady nie trafiały do Polski, zostawały w Londynie, a przecież takich klientów jak moja Babcia musiało być sporo. Zimna wojna miała jak widać cieplejsze obszary, a żelazna kurtyna bywała miejscami ażurowa.
Ale co to wszystko ma wspólnego z Grecją, z wyborami, ze zwycięstwem Nowej Demokracji – zapyta uważny i cierpliwy Czytelnik.
Okazuje się, że ma…
Przywódcą zwycięskiej Nowej Demokracji, nowym premierem Grecji jest Kiriakos Micotakis, Jego ojciec Konstantinos był w latach 1990-1993 premierem Grecji, wcześniej w latach 1963 i 1964-65 ministrem finansów w rządach Jeoriosa Papandreou. Tu warto wtrącić, że żoną Papandreu była Sophia, z domu Mineyko; córka Zygmunta, w powstaniu styczniowym najpierw podwładnego Langiewicza, potem naczelnika powiatu oszmiańskiego, czego konsekwencjami było zesłanie Mineyki na Syberię, a następnie los emigranta we Francji i Grecji. Syn Jeoriosa Papandreu i Zofii Mineykównej to Andreas, kolejny grecki premier w tej opowieści. Wnukiem Jeoriosa i panny Mineyko jest były minister spraw zagranicznych, ale też były premier Jorgos Papandreu. Polski, jakże ważny, wątek w trój-pokoleniowej rodzinie polityków Papandreu zręcznie i mądrze potrafili wykorzystać w swych kontaktach Pan Prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz Panowie Premierzy Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller.
Ale wróćmy do współczesności, nas interesuje żona nowego premiera Grecji Kiriakosa Micotakisa. Nosi ona bowiem, podobnie jak Sophia Mineyko Papandreu, polskie panieńskie nazwisko – Grabowski, gdyż jest wnuczką założyciela i właściciela londyńskiej apteki, w której ciężko zapracowane kanadyjskie dolary lokował dla swej matki (Zofii) mój stryj Kornel.
Dziadek nowej greckiej Pani Premierowej, Mateusz Grabowski (1904-1976) założył w Londynie, po II wojnie światowej, aptekę, a jako że był miłośnikiem i znawcą sztuk plastycznych to w 1959 r. otworzył także galerię sztuki nazwaną „Grabowski Gallery”, była ona mocno osadzona w brytyjskim środowisku artystycznym. Jego wcześniejsze wojenne losy były podobne do losów mego stryja Kornela; jako pracownik wojskowego szpitala, zmobilizowany, przez Rumunię i Francję dotarł do Szkocji, gdzie pracował w zakładach farmaceutycznych. Galerię swoją Pan Mateusz zamknął w 1975, na rok przed śmiercią.
Pan Grabowski wsparł wówczas darami (400 obrazów) Muzeum Narodowe w Warszawie i Muzeum Sztuki w Łodzi. Warszawa otrzymała głównie prace artystów polskiego pochodzenia, Łódź – plastyków angielskich. Cenny zbiór XVI i XVII wiecznych naczyń farmaceutycznych podarował krakowskiemu Muzeum Farmacji. Wszystko to czynił – uwaga panowie z IPN – za swego życia, a więc za mrocznych czasów PRL.
Po śmierci Mateusza Grabowskiego prowadzenie apteki przejął jego syn – Władysław. Odtworzył też galerię sztuki, promującą tym razem przede wszystkim polskich artystów – „Grabowski Gallery II”. Teść nowego premiera Grecji jest kolekcjonerem polskich znaczków pocztowych oraz monet i medali związanych z pontyfikatem Jana Pawła II. Zbiera exlibrisy, mapy, porcelanę i inne zagraniczne przedmioty mające związki z polskością. Idąc w ślady ojca, przekazał Zamkowi Królewskiemu w Warszawie kolekcję zabytkowej porcelany. W 1989 r. powrócił do Polski, zakładając sieć aptek. Najbardziej znana jest chyba ta na Dworcu Centralnym, zwanym od niedawna – niezbyt szczęśliwie dla patrona – Dworcem Moniuszki.
Premier Kiriakos Micotakis mając zaledwie kilka miesięcy wraz z rodzicami i starszą siostrą Dorą (byłą burmistrz Aten i byłą szefową greckiego MSZ – kolejna polityczna grecka rodzina) uciekł przed prześladowaniami junty wojskowej, na sześć lat, do Francji. Po studiach w USA (Harvard), pracował w Wielkiej Brytanii w amerykańskiej firmie doradczej McKinsley. To wówczas, zapewne, poznał swą przyszła żonę, wnuczkę i córkę londyńskich aptekarzy – Marzenę Ewę Grabowski. Pani Marewa, bo tak połączyła i skróciła swe dwa imiona, podobno nie utrzymuje żadnych kontaktów z grecką Polonią, powody nie są znane. Ale i wcześniej, a tym bardziej teraz polska dyplomacja powinna o to się postarać, dotrzeć do Pani Premierowej. Tylko czym Ją do siebie przekona i zachęci obecna klasa polityczna? Chowaniem unijnej flagi pod pulpit? Brakiem reakcji na hymn Unii Europejskiej?

Trump niemile widziany

W londyńskich protestach przeciwko wizycie Donalda Trumpa wzięło udział nawet 250 tys. osób.

 

Donald Trump z charakterystycznym dla niego brakiem szacunku dla jakichkolwiek norm dobrego wychowania narobił mnóstwo gaf podczas wizyty u królowej Elżbiety II, nagadał impertynencji w wywiadzie dla brukowca „The Sun”, jednocześnie skarżąc się, że czuje, iż nie jest „mile widziany w Londynie”. To prawda, ponieważ demonstracje przeciwko amerykańskiemu prezydentowi miały naprawdę powszechny wymiar (organizatorzy mówią o 250 tysiącach uczestników). Badania opinii publicznej wskazują, że negatywnie ocenia Trumpa aż 77 proc. Brytyjczyków. Potem w dość żałosnym stylu amerykański lider próbował przedstawić niekorzystny dla siebie wywiad jako „fake news”. Dość powiedzieć, że Trump jednoznacznie udzielił swego wsparcia byłemu już ministrowi spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, co Reuters jednoznacznie ocenił jako zdystansowanie się wobec May w nadchodzącej walce o przywództwo w partii.

Londyńskie protesty przeciwko wypływały z dwóch źródeł: feministki demonstrowały przeciwko niemu jako mizoginowi i bigotowi, politycy opozycyjnej Partii Pracy z Jeremim Corbynem na czele negatywnie oceniali Trumpa jako nieprzewidywalnego polityka, grającego przeciwko Unii Europejskiej i szkodzącemu wzajemnym relacjom miedzy Wielką Brytanią a USA. Skala protestów musiała być dla amerykańskiego przywódcy nieprzyjemnym sygnałem.

Z londyńskimi demonstracjami współgra wypowiedź byłego ministra spraw zagranicznych Niemiec Sigmara Gabriela, który oskarżył Trumpa o próbę zmiany ustroju Niemiec, a także negatywnie ocenił zapowiedzi Trumpa, że USA zechce zwrotu miliardów dolarów, które włożyła w obronę Europy.

„Jeżeli on żąda zwrotu miliardów wydanych przez USA na obronę, to my powinniśmy zażądać od niego miliardów, które wydajemy na uchodźców, którzy pojawili się tutaj z powodu wojskowych operacji USA, na przykład w Iraku” – powiedział dla Bilda Sigmar Gabiel.