Znowu konflikt w PLL LOT

Prezes PLL LOT, Rafał Milczarski po raz kolejny naruszył zaufanie strony związkowej i złamał zapisy porozumienia zawartego 1 listopada bieżącego roku.

 

Strona pracodawcy, w tym przedstawiciel Prezesa Rady Ministrów, naciskała wtedy na uspokojenie sytuacji i utrzymanie pokoju społecznego i medialnego przez najbliższe dwa lata. Mimo to w świątecznym numerze pisma „Kalejdoskop” czytanego we wszystkich samolotach PLL LOT we wstępniaku prezesa można przeczytać: „Dla LOT – kończący się rok to czas rozwoju floty, siatki połączeń i wypracowywania zysku. Szkoda, że oprócz wielu znaczących osiągnięć zdarzały się w nim również chwile trudne, jak nielegalny strajk dwóch związków zawodowych”. To nie tylko formuła konfrontacyjna i sprzeczna z pokojem społecznym, ale też niezgodna z prawdą, ponieważ sąd okręgowy oddalił wniosek PLL LOT o uznanie nielegalności strajku.
Dlatego dwa największe związki zawodowe działające w firmie poinformowały premiera Mateusza Morawieckiego o zaistniałej sytuacji, pisząc o perspektywie zerwania rozmów na skutek działań prezesa. Jednocześnie związkowcy zwrócili się do prezesa Milczarskiego z wezwaniem do naruszenia dóbr osobistych związków zawodowych, zaprzestania rozpowszechniania nieprawdziwych informacji, szkalowania i utrudniania legalnej działalności związkowej w PLL LOT SA, a także usunięcia skutków dokonanego naruszenia
Zdaniem Rady mazowieckiej OPZZ działalność prezesa spółki stanowi zagrożenie dla obecnie prowadzonych rozmów i podważa wiarygodność pracodawcy. Jednocześnie to kolejny dowód na niezdolność Rafała Milczarskiego do sprawnego zarządzenia firmą. Prezes nie potrafi prowadzić partnerskich rozmów, nie umie zdobyć zaufania załogi, prowokuje i intensyfikuje konflikty, wprowadza w błąd opinię publiczną. Tacy ludzie nie powinni pełnić kierowniczych stanowisk i dlatego po raz kolejny apelujemy do pana Premiera o jego dymisję.

Sprawy ważne i ważniejsze

Pan poseł Bartosz „Widelec” Kownacki napisał do premiera Morawieckiego rozdzierający apel, aby na pokładach samolotów PLL LOT pasażerowie mieli szansę zapoznać się z patriotycznym kinem – „piękną, choć bolesną, historią Polski”. Linie powinny więc zadbać o to, aby obejrzeli m.in. papieskiego gniota z Piotrem Adamczykiem w roli głównej oraz trybut dla księdza Popiełuszki, który jest produkcją o tyle sprytną, że stanowi indoktrynację o charakterze religijnym i antykomunistycznym jednocześnie. Zrobiłby więc władzy podwójną robotę.

 

Informacja o całym liście pana posła Kownackiego do premiera jest oczywiście doniesieniem czysto plotkarskim, oddaje jednak w mistrzowski sposób priorytety „prosocjalnej” władzy i prawdziwy stosunek do maluczkich, których PiS chce podnosić z kolan. Bo najprościej podnosi się w sferze deklaratywnej, machając im przed nosem plemiennymi totemami i wykrzykując hasła o tym, kto powinien zostać wykluczony z naszej wyobrażonej wspólnotowej piaskownicy. Przedmiotem troski ani posła Kownackiego ani innych tuzów prawicy nie były bowiem wartości, które przekazano pasażerom na przykład poprzez zwolnienie dyscyplinarne 67 działaczy związkowych. Przez cały czas, kiedy trwał strajk upodlonych pracowników LOT-u, pan Kownacki nie zająknął się ani słowem na temat tego, że na oczach podróżnych łamie się prawa człowieka. Ubolewa natomiast nad realną stratą dla ludzkości, że ta nie obejrzy w kolorze kolejnej przeładowanej symboliką hagiograficzną bajeczki. Tymczasem prezes Milczarski prezentował podległym mu obibokom na kontraktach, jak prawidłowo należy myć pokładowy kibel. Zapewne przy dźwiękach papieskiego orędzia z 1979 roku myłoby się go z większym poczuciem misji.

Zamiast puszczać filmy o wielkich wąsatych Polakach z czasów szabel i husarskich skrzydeł, wyklętych bandytów z lasu rozpruwających brzuchy albo zamyślonych, oderwanych od życia religiantów, co „urodzili się do świętości”, może puścilibyśmy filmy o wyzysku, albo o nowoczesnym niewolnictwie? A może coś z historii związków zawodowych, które nasza rzekomo prosocjalna władza zwalcza z całą mocą, za wyjątkiem „Solidarności” oczywiście (choć „Solidarność” nota bene w strajk pracowników LOT nie miała zamiaru się angażować bo „to nie jej spór”). Może zorganizowalibyśmy maraton dokumentów na temat wszystkich grup zawodowych, które wyszły na ulice tylko w tym roku? Może dziennikarze śledczy z telewizji publicznej nakręciliby na potrzeby kina pokładowego rzetelny materiał o wynagrodzeniach pracowników nomen omen pomocy społecznej?

Strajk w LOT się zakończył. Trwają negocjacje związków i zarządu w sprawie regulaminu płac. Potrwają do połowy stycznia. W ostatnią środę strona reprezentująca pracowników usłyszała, że kondycja spółki jest tak zła, że nie ma pieniędzy na podwyżki.

Rozumiemy oczywiście, są sprawy ważne i ważniejsze. Nikt nie będzie zawracał dupy szefowi rządu z powodu tego, że jakiś tam pracodawca w państwowej spółce poniża ludzi, grunt, żeby chciał puścić film o Wojtyle. Jak to dobrze, że parlamentarzyści zdają sobie sprawę z najbardziej palących społecznych problemów. Za to im przecież płacimy.

Miś na miarę

Kronika polityczno-popkulturalna ostatniego tygodnia.

 

Wojciech Cejrowski w „Minęła dwudziesta” u Michała Rachonia spalił papierową flagę UE. – Unia Europejska nie jest państwem i w związku z tym jej godło nie jest chronione żadnymi przepisami poza patentowymi. Ktoś sobie kupił „flagę”, może ją spalić jeśli chce. Ja chciałbym zakwestionować także przepis, który chroni flagi państwowe – oświadczył podróżnik, kiedy temat zahaczył o nagrodę, którą wyznaczyła polska policja za pomoc w namierzeniu osoby, która spaliła flagę wspólnoty podczas marszu 11 listopada. – Flaga UE jest jak flaga Mc’Donalds. To jest kawałek papieru, to jest moja własność i mogę z nią robić co mi się żywnie podoba w mojej kajucie.
Po udzieleniu wykładu bosy podróżnik, najwyraźniej perfekcyjnie przygotowany do programu, wyjął zapalniczkę i rzeczony kawałek papieru, po czym demonstracyjnie spalił. Jednak prawnicy TVP byli tam czynni, gdyż ten fragment został wycięty i obejrzeć go można jedynie na kanale Cejrowskiego na YouTube. Nie zmienia to jednak faktu, że jaki program i prowadzący, taki gość.

 

***

Policja natomiast usilnie szuka warszawskiego podpalacza flagi. Za jego namierzenie zaoferowała aż 5 tys. zł. Apel nie poszedł w las. Skarbnik Młodzieży Wszechpolskiej już 12 listopada doniósł na swojego szefa. Nawet oni wiedzą, że poszukiwanie sprawcy zajmie stołecznej policji jeszcze co najmniej 15 lat.

 

***

11 grudnia o 21.30 nastawcie odbiorniki na Radio Maryja – zostanie wówczas wyemitowana audycja o elektryzującym tytule „Jak być dobrą żoną w sypialni?”. Ojciec Tadeusz chytrze milczy i nie zdradza, jaki będzie przekaz audycji. Tymczasem komentatorzy już zdążyli rozłożyć ją na czynniki pierwsze.
– Mnie tytuł tej audycji kojarzy się bardzo negatywnie – twierdzi Arkadiusz Brodziński, toruński lider stowarzyszenia Polska Laicka, który w dwa lata temu organizował protest przeciwko Radiu Maryja. – Uważam, że jest poniżający dla kobiet. Jeżeli ktoś wyznaje patriarchalne wartości, to być może będzie się zgadzał z takim podejściem. Mamy jednak równouprawnienie, a tu wygląda to tak, jakby jedna strona relacji małżeńskiej miała się w jakiś szczególny sposób dostosowywać do drugiej strony.
– Sam pomysł jest tyleż śmieszny, co straszny – komentuje Bogna Czałczyńska z Kongresu Kobiet.
– Jeśli rzeczywistym tematem audycji będzie pouczanie kobiet jak zadowalać mężczyzn w sypialni, bez analogicznej audycji w drugą stronę, to jest to kolejne działanie, które po prostu wpisuje się w patriarchalny paradygmat. Wpisuje się w nurt traktowania kobiet w sposób podrzędny. Kobiety mają zadowalać mężczyzn, podobać im się. W ten sposób już małym dziewczynkom wpaja się, że mają się podobać i zadowalać innych, że mogą być wykorzystywane. Jednocześnie same nie spełniają swoich planów i ambicji, bo to one mają przecież dbać o ognisko domowe i zadowolenie innych, a nie swoje – dodaje Monika „Pacyfka” Tichy, szczecińska aktywistka na rzecz równości.
A najpewniej chodzi o to, żeby wietrzyć sypialnię po przebudzeniu, myć nogi, wymieniać pościel raz na miesiąc i wpłacić na Lux Veritatis.

 

***

Poseł PiS Bartosz „Widelec” Kownacki chce, żeby na pokładzie samolotów LOT puszczane były dzieła filmowe ukazujące „trudną, choć bolesną historię Polski”: między innymi „Karol – człowiek, który został papieżem”, „Quo Vadis” i „Popiełuszko – wolność jest w nas”. Napisał w tej sprawie do premiera Morawieckiego, który formalnie nadzoruje polskie linie lotnicze. Pan poseł nie był łaskaw zainteresować się repertuarem lotów odwołanych z powodu strajku pracowników ani faktem, że firma nadal twierdzi, że nie stać jej na wypłatę podwyżek. Tak naprawdę jednak poseł Widelec w swojej interpelacji popełnił gafę nie do wybaczenia: w swojej rozpisce pereł polskiej kinematografii pominął wiekopomne dzieło Antoniego Krauzego.

 

***

Ponoć jedna z warszawskich sondażowni ma już badania mówiące, że „Teraz” – nowa partia Ryszarda Petru, może liczyć na 17 proc. poparcia w najbliższych wyborach. Jak mawia jeden z moich znajomych pytany o kolejną nowo poznaną dziewczynę: „spokojnie, nic z tego nie będzie!”.

Wrażenia lotniskowe i powrót do ojczyzny

Do tekstu „Lotnicze sny o potędze” Marcina Zielińskiego („Dziennik Trybuna”, nr 219-220/2018) życie dopisuje mi dawkę wrażeń bezpośrednich z lotniczej autopsji podróżnej.

 

Lot samolotu PLL „Lot” wieczorem 8 listopada z Okęcia na Aéroport Charles de Gaulle w Paryżu był de facto lotem maszyną rumuńską z rumuńską załogą, choć przy udziale dwóch polskich stewardes. Było to jedyną pokrzepiającą okolicznością, ponieważ poza tym lot ten był mocno emocjonujący nie tylko z powodu długich i dokuczliwych turbulencji, ale także z powodu nieprzyjemnego incydentu n pokładzie. Otóż, jeden z pasażerów odmówił odłączenia – przed lądowaniem – laptopa od sieci samolotu i dopiero dość dramatycznie wyrażona przez pilota groźba, że po lądowania czekać go (pasażera) będzie spotkanie z policją, skłoniła go do wykonania polecenia. Nie najlepsze wrażenia można było odnieść też z konstatacji, jaką pozycję ma PLL „Lot” na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Podczas gdy inne linie lotnicze, i to bynajmniej nie tylko giganty w rodzaju „Air France”, „Lufthansy” czy „British Airlines”, mają tam swoje stałe przedstawicielstwa, gdzie można załatwić wszelkie formalności – pasażer „Lotu” błąka się jak sierota i dopiero na krótko przed odlotem, w lotowskim „kąciku” pojawiają się „obcy”, „wypożyczeni” (?) pracownicy, żeby obsłużyć lotowskich pasażerów. Na maszynach obsługujących pasażerów elektronicznie widoczne są znaki logo wielu linii lotniczych, w tym także nie gigantów bynajmniej, ale nie akurat „Lotu”.
Rozumiem motyw oszczędności, ale po co w takiej sytuacji nadymać się pychą, snuć sny o potędze, skoro na jednym najważniejszych europejskich portów lotniczych bardzo trudno na ślady obecności takiej linii jak PLL „Lot” bardzo trudno, jeśli nie liczyć ich obecności na tablicach odlotów i przylotów, pasażer „Lot” może się poczuć jak „sierotka Marysia”? W takich sytuacjach pisowska, nacjonalistyczna megalomania objawia swój żałosny wydźwięk wynikający z dysproporcji między słowami a rzeczywistością. Za to, wałęsając się po podparyskim lotnisku rzucam okiem na ekran telewizora, a tam wśród newsów bodaj CNN krótka migawka z Warszawy, z „Marszu Niepodległości”, czyli dość przykry widok zbitego tłumu, nad którym świecą race i snują się dymy. W podpisie informacja, że przez miasto przeszło ok. „200 tysięcy faszystów”. Oczywista bzdura, bo nie w tym rzecz, że w marszu przeszła taka liczba „faszystów” (poszło w tym marszu na pewno wielu normalnych ludzi o dobrych intencjach), lecz że zorganizowało go agresywne nacjonalistyczne, faszyzujące stowarzyszenie. Tymczasem Pan PP (Produkt Prezydentopodobny) najpierw z tym towarzystwem spod ciemnej gwiazdy negocjował przebieg owego pochodu, potem po pokazaniu mu przez „narodowców” figi wycofał się jak niepyszny, a następnie znów zmienił zdanie i ową imprezę postanowił swoją obecnością legitymizować, wraz z rządem PiS i samym Prezesem. Spoglądając na podparyskim lotniku na ekran telewizora pokazujący tę nacjonalistyczną hecę, nie doznałem uczucia dumy narodowej i pomyślałem jednocześnie, że odczułbym ją, gdyby historyczny znak PLL „Lot” był realnie obecny wokół mnie, nie tylko jako efektowny emblemat, ale przede wszystkim przez praktyczną obecność, we wszystkich wymiarach praktycznych ułatwiającą życie swoim pasażerom. I tylko polscy piloci i polskie stewardessy jak zwykle znakomici, godni najwyższego uznania. A w pierwszy poranek w kraju, po powrocie – doniesienia medialne o aferze z szefem Komisji Nadzoru Bankowego w roli głównej. To mi dodatkowo uświadomiło, że znów jestem w ojczyźnie.

Lotnicze sny o potędze

Polska Grupa Lotnicza z udziałem LOT-u to przykład mistyfikacji, tworzonej przez rząd PiS za publiczne pieniądze zabrane z Funduszu Reprywatyzacji.

 

Gdy uwaga opinii publicznej skupiała się na strajku pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT, niewielu komentatorów analizowało przeobrażenia, jakim za państwowe pieniądze ulega przewoźnik.
Otóż 10 października br. LOT oficjalnie stał się częścią państwowej Polskiej Grupy Lotniczej (PGL), która oprócz tego objęła udziały trzech innych spółek (LOT Aircraft Maintenance Services, LS Airport Services i LS Technics).

 

Tak dogonimy Europę

Powołanie holdingu PGL ma służyć mocarstwowym planom, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości ma wobec państwowego przewoźnika, który dzięki temu – a także dzięki wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego – ma teoretycznie być zdolny do konkurowania z europejskimi gigantami.
W opinii prezesa LOT-u wzorem dla PGL są europejskie grupy lotnicze takie jak Lufthansa, Air France-KLM oraz International Airlines Group. Rafał Milczarski, prezes LOT-u i prezes PGL pominął jednak zasadniczy fakt: wszystkie wymienione przez niego grupy mają przewagę kapitału prywatnego, a ich akcje znajdują się w obrocie giełdowym.
Co prawda w Air France-KLM francuskie państwo ma 14 proc. akcji i 23 proc. praw głosu, lecz grupa jest notowana na giełdach w Paryżu i Amsterdamie. Tak samo spółkami giełdowymi są w pełni prywatne Lufthansa oraz IAG. Ta pierwsza jest notowana na giełdzie we Frankfurcie, akcje tej drugiej można nabyć na giełdach w Londynie i Madrycie.
Działając jako spółki giełdowe z przewagą kapitału prywatnego, wymienione przez prezesa LOT-u grupy są każdego dnia oceniane przez inwestorów i zmuszone funkcjonować w sposób o wiele bardziej transparentny niż w pełni państwowy polski przewoźnik, a ich sprawozdania finansowe są publikowane wcześniej niż sprawozdania LOT-u. W tym roku pojawiły się już w drugiej połowie lutego, podczas gdy LOT przesłał swoje sprawozdanie do Krajowego Rejestru Sądowego dopiero 16 lipca.

 

Reprywatyzacja dobra dla LOT-u

Rząd PiS dokapitalizował PGL kwotą 1,2 mld zł z Funduszu Reprywatyzacji. To przykład niezgodnego z pierwotnym przeznaczeniem użycia środków z Funduszu Reprywatyzacji. W 2017 roku rząd wydał już z Funduszu Reprywatyzacji na rozbudowę państwowego sektora kwotę ponad 2,1 mld zł.
W założeniu środki z tego funduszu miały być przeznaczane na cele związane z zaspokajaniem roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa. Zmieniło się to wraz z dokonaną 6 lipca 2016 r. zmianą ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji (obecnie jest to ustawa o komercjalizacji i niektórych uprawnieniach pracowników).
Dodany przepis stwierdza, że środki Funduszu Reprywatyzacji „mogą być przeznaczone na sfinansowanie nabycia przez Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra właściwego do spraw Skarbu Państwa, akcji spółek publicznych”.
Natomiast 6 grudnia 2017 r. weszła w życie zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach służących realizacji ustawy budżetowej na rok 2017, pozwalająca na przeznaczenie kwoty 1,4 mld zł na zakup lub objęcie akcji spółek kapitałowych. Właśnie z tej kwoty sfinansowano 1,2 mld zł dla PGL w wysokości 1,2 mld zł.
Zdaniem Fundacji Obywatelskiego Rozwoju mistyfikacją jest zarówno twierdzenie, że państwowy moloch nie różni się od prywatnego holdingu, jak i teza, że ów państwowy moloch będzie służył czemukolwiek innemu niż stworzeniu zamkniętego układu z udziałem państwowych spółek, w ramach którego jedne państwowe podmioty płacą za błędy innych.
Absurdem byłoby założenie, że PGL nie będzie trapiona przez wszelkie bolączki państwowych spółek: że nie będzie służyła rozdawaniu synekur zasłużonym działaczom partyjnym albo że nie będzie kierowała się rachunkiem politycznym zamiast ekonomicznym.
Na ten wniosek nie może mieć wpływu chwilowa rentowność LOT-u (w dużej mierze wynikająca z wcześniejszej restrukturyzacji oraz z niskiego kursu dolara i niskich cen paliw w 2017 roku).

 

W polskim krwiobiegu

Inną mistyfikacją jest argument za stworzeniem w ramach PGL firmy leasingowej. To przede wszystkim na powołanie tej firmy ma zostać przeznaczona kwota 1,2 mld zł, jaką PGL otrzymała jako kapitał zakładowy z budżetu państwa (w wyniku wspomnianego na początku włączenia do PGL czterech państwowych spółek kapitał własny grupy wynosi razem ok. 2,5 mld zł).
Prezes Milczarski w kontekście powołania PGL Leasing stwierdził: „Dotychczas z racji braku polskiego podmiotu zajmującego się taką działalnością te zyski zostawały poza granicami naszego kraju. Utworzenie nowej firmy leasingowej wewnątrz PGL pozwoli na pozostawienie tych środków w krwiobiegu polskiej gospodarki”.
Tego typu marzenia o autarkii są charakterystyczne dla ludzi związanych z obecnym obozem rządzącym: Mateusz Morawiecki co rusz utyskuje na dochody zagranicznych inwestorów, zapominając o korzyściach, jakie zagraniczne inwestycje przynoszą polskiej gospodarce, a podczas ostatniego Forum Ekonomicznego w Krynicy Beata Szydło ubolewała nad utratą przez nasz kraj gospodarczej niezależności.
Największym problemem dla partii rządzącej wydaje się jednak niezależność prywatnych spółek od polityków; stąd kolejne renacjonalizacje, nazywane eufemistycznie „repolonizacjami”.
W przypadku PGL mamy do czynienia z wypowiedzią prezesa grupy, który powinien kierować się rachunkiem ekonomicznym, a nie troszczyć się o mityczny „krwiobieg polskiej gospodarki”. Jak się jednak okazuje, polityczni nominaci zatrudnieni w państwowych firmach kierują się interesem obozu rządzącego, któremu zawdzięczają swoją pozycję.
Chociaż nie znamy szczegółów przyszłego działania PGL Leasing, to możemy podejrzewać, że plan powołania takiej spółki wynika ze struktury floty LOT-u.
Otóż LOT w zasadzie nie posiada własnych samolotów. Z 54 maszyn, jakimi dysponował na koniec 2017 roku, tylko trzy posiadał na własność – wszystkie trzy to embraery 145, z których LOT nie korzysta od kilku lat i które próbuje od dłuższego czasu bezskutecznie sprzedać.
Z pozostałych 51 samolotów 35 jest w leasingu operacyjnym, a 16 w leasingu finansowym . Dla porównania Lufthansa ma w leasingu tylko 15 proc. swojej floty.

 

Latanie w leasingu

Zobowiązania LOT-u z tytułu leasingu finansowego wynosiły na koniec 2017 roku 1,9 mld zł, a więc prawie 5 razy więcej niż kapitał własny przewoźnika (394 mln zł). Z kolei za dzierżawienie samolotów w ramach leasingu operacyjnego LOT w ubiegłym roku zapłacił 277 mln zł. A zatem kolejne transakcje leasingu oznaczałyby dla polskiego przewoźnika istotny wzrost kosztów.
Zapowiedź, że powołanie PGL Leasing ma służyć pozostawieniu pieniędzy „w krwiobiegu polskiej gospodarki”, sugeruje, że celem tego rozwiązania jest to, by LOT mógł brać samoloty w leasing od spółki należącej do tej samej grupy. W takiej sytuacji należy oczekiwać, że odbywałoby się to na preferencyjnych dla LOT-u warunkach.
Jedynym wyzwaniem wydaje się to, by ów schemat wprowadzić w życie w sposób niebudzący zastrzeżeń Komisji Europejskiej, bo LOT niedawno otrzymał pomoc publiczną. W 2012 r. został zasilony z państwowego budżetu kwotą 527 mln zł.
Powstanie firmy leasingowej w ramach PGL spowodowałoby, że działalność leasingowa stałaby się właściwie działalnością podstawową PGL. Wskazuje na to wysokość kapitałów własnych spółek wchodzących w skład grupy. Z sumy 2,5 mld zł, PGL Leasing ma dysponować kwotą 1 mld zł, podczas gdy kapitał własny LOT-u to, jak już wspomniano, niecałe 400 mln zł.

LOT ku bezprawiu

Jeżeli ktokolwiek twierdził, że Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło dobrą zmianę na polskim rynku pracy, to sytuacja w Polskich Liniach Lotniczych LOT powinna radykalnie zmienić to przekonanie.

 

PLL LOT to spółka skarbu państwa bezpośrednio podległa premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Tymczasem odkąd PiS przejął władzę, to nie tylko nie nastąpiła poprawa warunków pracy u narodowego przewoźnika, ale doszło do ich radykalnego regresu. Rządzący spółką od ponad dwóch lat Rafał Milczarski na masową skalę łamie prawo pracy i prowadzi brutalną wojnę ze związkami zawodowymi.
Zarząd spółki za jeden ze swoich głównych celów przyjął przerzucenie możliwie dużej liczby pracowników na samozatrudnienie, choć stewardessy i piloci, którym narzucono założenie własnych firm, mają dokładnie takie same obowiązki jak ci, którzy posiadają umowy etatowe. Zatrudniając w ten sposób, firma wprost łamie Kodeks pracy, który narzuca obowiązek zatrudnienia etatowego, gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz podległość służbowa. Na dodatek pracownicy na samozatrudnieniu są rejestrowani przez spółkę córkę PLL LOT – LOT Crew, która zdaniem Państwowej Inspekcji Pracy jest niezarejestrowaną agencją zatrudnienia. W praktyce to oznacza, że LOT Crew funkcjonuje nielegalnie.
Prezes od wielu miesięcy mobbinguje działaczy związkowych, a na dodatek zwolnił dyscyplinarnie liderkę Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego, Monikę Żelazik. W ten sposób złamał przepisy ustawy o związkach zawodowych, która narzuca obowiązek uzyskania zgody przez organizację związkową na zwolnienie chronionej liderki. Prezes tej zgody nie dostał, ale liderkę zwolnił. PIP orzekł, że prawo zostało złamane, nałożył na firmę mandat – prezes mandatu odmówił, a prawo wyśmiał.
Milczarski od niedawna wydaje duże pieniądze na pozwy przeciwko związkowcom. Za krytykę działań PLL LOT firma podała mnie do sądu, chcąc 200 tys. zł rekompensaty. Za groźby strajkiem w kwietniu bieżącego roku spółka oczekuje od związków zawodowych prawie 1,8 mln zł. Zastraszanie ma więc też swój bardzo materialny wymiar, a koszty procesów poniesie oczywiście firma, a nie jej prezes.
Skala represyjnych działań ze strony prezesa firmy i determinacja pracowników były tak silne, że związkowcy zdecydowali się na rozpoczęcie akcji strajkowej. Kilka tygodni wcześniej zarządowi udało się zablokować strajk w oparciu o postulowane przez związki przywrócenie regulaminu wynagrodzeń, więc ruszył legalny strajk w obronie zwolnionej Moniki Żelazik. Niestety okazało się, że była to okazja do kolejnej fali bezprawnych, a niekiedy po prostu okrutnych działań ze strony zarządu.
Dzień po rozpoczęciu strajku zarząd firmy wyrzucił protestujących z budynku PLL LOT, zablokował możliwość korzystania z toalet, zakazał używania płacht chroniących przed deszczem. Nie wydano też zgody na stosowanie koksowników, które chroniłyby pracowników przed zimnem.
Spółka podjęła też szereg bezprawnych działań, chcąc spacyfikować strajk. Zarząd naciska na pracowników, aby wbrew prawu, skracali zwolnienia lekarskie. Jednocześnie w kilku przypadkach firma wysłała do pracy pracowników bez obowiązkowych strojów służbowych czy pozbawionych części uprawnień do lotów. W wyniku permanentnych gróźb ze strony prezesa, w kilku przypadkach dla uczestników strajku była potrzebna pomoc lekarza, a raz musiała przyjechać karetka.
Wreszcie, prezes firmy zaprosił liderów związkowych na negocjacje. Jak one wyglądały? Okazało się, że prezes Milczarski zaprosił związkowców tylko po to, aby wręczyć im zwolnienia dyscyplinarne, co jest niezgodne z ustawą o związkach zawodowych, która zakłada, że chroniony lider związkowy może być zwolniony tylko po uprzedniej zgodzie swojej organizacji związkowej. Mimo to prezes Milczarski chciał wręczyć zwolnienia, a gdy liderzy związkowi nie chcieli ich przyjąć, zaczął szarpać przewodniczącego Związku Zawodowego Pilotów Komunikacyjnych, Adama Rzeszota i nie chciał wypuścić go z budynku. W tym samym czasie na skrzynki mailowe szeregowi związkowcy dostawali zwolnienia dyscyplinarne, również bez zachowania procedur i przy złamaniu ustawy o związkach zawodowych.
Od 4 września bieżącego roku Kancelaria Premiera i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego mają stenogram z wypowiedzi Rzeszota, który wskazywał na spadek bezpieczeństwa samolotów PLL LOT. Do dzisiaj ABW nie odniosła się do zarzutów związkowca, a zarząd firmy brutalnie naciskał na niego, aby wycofał się ze swoich wypowiedzi. Gdy tego nie zrobił, otrzymał naganę.
Bezprawie w PLL LOT trwa. Premier już wielokrotnie otrzymywał apele i listy od związkowców, aby przywrócił praworządność w państwowej firmie. Bez skutku.

Na dywaniku

Prezes LOT Rafał Milczarski prawdopodobnie cofnie cześć decyzji o zwolnieniu dyscyplinarnym z pracy uczestników strajku. Protest trwa nadal, a jego skutki są coraz bardziej bolesne dla spółki.

 

Wygląda na to, że Milczarski został postawiony do pionu przez premiera, który obawiał się wizerunkowego uszczerbku w związku z bezprawnym zwolnieniem pracowników LOT, którzy od sześciu dni prowadzą akcję strajkową. Wczoraj pojawiła się informacja o wręczeniu pracownikom dyscyplinarek, co wykonywał osobiście prezes LOT. Jak donosi Piotr Szumlewicz z OPZZ, podczas doręczenia zwolnienia szefowi związku zawodowego pilotów, Adamowi Rzeszotowi, Milczarski przy okazji szarpał ubranie związkowca.
Efektem rozmowy Morawiecki-Milczarski ma być przywrócenie do pracy części z 80 zwolnionych wczoraj związkowców. Dziś w rozmowie z radiową Trójką Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, stwierdził, iż „usłyszał, że te rozmowy, które są prowadzone, mają na celu rozładowanie napięcia i prezes nie wyklucza powrotu części z tych osób do pracy”.
O tym, że Morawiecki zajmuje się sprawą, mówiła również rzeczniczka rządu. – Premier rządu polskiego czuje na sobie zawsze odpowiedzialność za cały obszar, ale proszę dać szansę tym, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za dany obszar, aby ze swoich obowiązków się wywiązali. Jeżeli zapadną jakiekolwiek decyzje, co do zaangażowania bezpośredniego pana premiera, przekaże państwu te informacje – powiedziała Joanna Kopcińska. Z tej wypowiedzi można wywnioskować, że Milczarski dostał odpowiednią dyspozycje, do której ma się zastosować.
Przypomnijmy, że 22 października w PLL LOT doszło do sytuacji bez precedensu. Zarząd spółki zwolnił uczestników strajku, próbując w ten sposób zdławić bunt. „Nie mieliśmy innego wyjścia – zwolniliśmy dziś dyscyplinarnie ze skutkiem natychmiastowym 67 osób, które oświadczyły, że odmawiają wykonania obowiązków służbowych w związku z przyłączeniem się do nielegalnego strajku. Odbyło się to w trybie prawnym umożliwiającym zrobienie tego bez konieczności konsultacji ze Związkami Zawodowymi” – oświadczyła spółka.
Związkowcy domagają się ukrócenia procederu umów śmieciowych, a także przywrócenia regulaminu wynagradzania z 2010 roku, jak również odwołania prezesa firmy Rafała Milczarskiego, który zdaniem związkowców źle zarządza spółką, stosuje mobbing i toleruje niesprawiedliwą politykę zatrudniania.
Zarząd LOT postępuje nerwowo, bo strajk odnosi coraz bardziej odczuwalny skutek. Tylko dziś LOT odwołał 17 przylotów do Warszawy – między innymi z Hamburga, Berlina, Moskwy, Paryża, Chicago, Tokio czy Seulu.

 

***

Zarząd spółki sięga po drastyczne metody. Poza zastraszaniem i naciskami 22 października wręczył strajkującym zwolnienia dyscyplinarne.
– Międzyzwiązkowy komitet strajkowy został zaproszony przez prezesa na rozmowy w celu rozwiązania obecnej sytuacji na 11.30, przyszedł prawie cały zarząd negocjować z nami. Naszym pierwszym warunkiem przed przystąpieniem do rozmów było żądanie, by prezes wszystkich strajkujących wpuścił do budynku. Nie odniósł się do tego, a po kilku minutach przyszły do nas nasze koleżanki i koledzy, by poinformować nas, że zostały im wysłane zwolnienia dyscyplinarne na maila. A później się okazało, że takie zwolnienia zostały przygotowane również dla mnie i dla kapitana Adama Rzeszota. Uważamy, że to były negocjacje w złej wierze i że to jest wszystko bezprawne. Ten prezes musi po prostu odejść. – powiedziała Strajkowi.eu wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i. Lotniczego Agnieszka Szelągowska.
Strajkujący alarmują, że łatając braki kadrowe zarząd LOT sięga po ludzi niedoświadczonych, bez odpowiedniego przeszkolenia, stwarzając tym samym zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów.
Dziś, jak podaje „Gazeta Wyborcza” na pokład samolotu lecącego do Toronto, weszli inspektorzy Urzędu Lotnictwa Cywilnego i zakwestionowali uprawnienia trzech członków załogi, po interwencji PLL LOT jednak swoje zastrzeżenia cofnęli. Sprawa wymaga pilnego wyjaśnienia.
Zarząd LOT stosuje zasadę kija i marchewki ogłaszając dzisiaj, że podpisał porozumienie płacowe ze związkami, które nie biorą udziału w strajku: Związkiem Zawodowym Pracowników PLL LOT i Związkiem Zawodowym NSZZ „Solidarność”. Ściągani są pracownicy przebywający na zwolnieniach lekarskich, zastrasza się pracowników na samozatrudnieniu i zmusza do wykonywania pracy.
Sytuacją w LOT zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Maciej Wiśniowski

LOT mnie pozwał

Odebrałem pozew od PLL LOT o ochronę dóbr osobistych, w którym firma domaga się ode mnie i portalu www.interia.pl kwoty 200 tys. zł. PLL LOT chce od pozwanych 100 tys. zł tytułem zadośćuczynienia pieniężnego dóbr osobistych firmy oraz 100 tys. zł na rzecz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia tytułem zapłaty na wskazany cel społeczny.

 

Zdaniem PLL LOT dobra osobiste firmy zostały naruszony w moim materiale video na interia.tv.
PLL LOT przypisuje mi i uważa za fałszywe następujące tezy: Oszczędności w działaniu spółki i związany z nim spadek bezpieczeństwa lotów, PLL LOT jest coraz bliżej katastrofy, pracownicy zatrudnieni na umowach cywilno-prawnych mogą obniżyć bezpieczeństwo lotów, bo niekiedy pracują chorzy i zmęczeni, pogorszyła się punktualność lotów, za co odpowiada zarząd spółki, prezes PLL LOT upokarza i gardzi pracownikami, w firmie masowo łamie się prawo pracy, Monika Żelazik została zwolniona za krytykę firmy.
Niestety wszystkie powyższe tezy są prawdziwe, a zarząd PLL LOT prowadzi coraz bardziej antypracowniczą i antyzwiązkową politykę.
Firma masowo przenosi pracowników na umowy cywilno-prawne i samozatrudnienie, co m.in. zgodnie z raportami Państwowej Inspekcji Pracy, negatywnie wpływa na poziom stresu i jakość pracy pracowników. Stosowanie umów nieetatowych tam, gdzie spełnione są warunki pracy na etat, jest też bezpośrednio sprzeczne z art. 22 Kodeksu Pracy (gdy jest określone miejsce i czas pracy oraz podległość służbowa musi być umowa etatowa). Ponadto pracownicy zatrudnieni w ramach kontraktów w wyniku nieobecności w pracy tracą większą część wynagrodzenia od osób mających etaty, co sprawia, że nie opłaca się brać wolnego. Niebagatelne znaczenie w tej sprawie mają też relacje samych pilotów PLL LOT, którzy informują o spadku bezpieczeństwa lotów. O tym też była mowa na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego, a stenogram z obrad został przekazany do kancelarii premiera i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W ostatnim czasie wzrosła też liczba obowiązków pracowników pokładowych PLL LOT, co może przyczynić się do obniżenia jakości usług, a co za tym idzie bezpieczeństwa lotów. Pracownicy PLL LOT sami skarżą się, że są obciążani nowymi obowiązkami. Zmieniła się też struktura spółki i jest mniej pracowników obsługi technicznej, na co również skarży się kadra latająca.
Istotne znaczenie w sprawie ma też stanowisko PIP, zgodnie z którym zwolnienie Moniki Żelazik było bezprawne, ponieważ pracodawca nie wysłuchał opinii związku zawodowego w jej sprawie. Jak pisze PIP „Pracodawca związany jest stanowiskiem zarządu zakładowej organizacji związkowej”, która zajęła negatywne stanowisko odnośnie zwolnienia działaczki związkowej. Dalej czytamy, że „inspektor pracy wszczął na podstawie art. 32, ustęp 8 ustawy o związkach zawodowych, postępowanie dochodzeniowe w stosunku do zarządu PLL LOT SA”. Nie tylko więc PIP uznał zwolnienie działaczki związkowej za nielegalne, ale uruchomił postępowanie odnośnie bezprawnych działań zarządu PLL LOT. PIP wskazał też, że w PLL LOT niezgodnie z prawem funkcjonuje spółka córka, LOT CREW, będąca niezarejestrowaną agencją zatrudnienia, która nawiązuje współpracę z pracownikami poprzez ich samozatrudnienie.
W PLL LOT nastąpił radykalny wzrost liczby spóźnień i odwołanych lotów. Co ciekawe, sam PLL LOT przyznał, że jest duża skala spóźnień, za co przepraszał. Wzrost spóźnień jest większy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jest to więc fakt, z którym trudno dyskutować i stanowi on powszechnie dostępną wiedzę. Inną głośną sprawą ostatnich miesięcy jest odwołanie lotu do Toronto w czasie, gdy PLL LOT organizował huczną galę, na której chwalił się swoimi sukcesami.
Dialog społeczny w PLL LOT jest oceniany bardzo krytycznie przez działające w firmie związki zawodowe. Dyscyplinarne zwolnienie działaczki związkowej jest przejawem braku dialogu i wrogiej postawy prezesa PLL LOT. Zakaz krytyki zwalniania ludzi z pracy to zwykła cenzura. Pozew ze strony PLL LOT wobec dziennikarza i związkowca za wskazywanie patologii w firmie to kolejne działanie kompromitujące zarząd narodowego przewoźnika. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem pozostaje natychmiastowa dymisja zarządu firmy i pilna interwencja ze strony premiera, Mateusza Morawieckiego, który sprawuje nadzór nad PLL LOT. PiS obiecywał w wyborach, że poprawi sytuację na rynku pracy, tymczasem od wielu miesięcy rząd wspiera skrajnie antypracowniczego, antyzwiązkowego prezesa, który uosabia wszystkie najgorsze patologie polskiego rynku pracy.

Głos lewicy

Skandaliczny wyrok

Piotr Szumlewicz, przewodniczący Rady OPZZ województwa mazowieckiego, informuje:

Z oburzeniem przyjęliśmy dzisiejsze postanowienie sądu zakazujące akcji strajkowej w Polskich Liniach Lotniczych LOT. To brutalny cios w konstytucyjne prawo do strajku. Sąd okręgowy podjął decyzję w błyskawicznym postępowaniu, nie zapoznając się nawet z argumentami strony związkowej ani nie informując jej o procesie. Związki zawodowe poznały wyrok z maila przesłanego przez pracodawcę. Jednocześnie postanowienie sądu stoi w sprzeczności z niedawnym postanowieniem sądu wyższej instancji. Trudno pojąć, dlaczego sąd zdecydował się na ponowne zajęcie się tą samą sprawą, chociaż nie pojawiły się w niej żadne nowe okoliczności. Tryb procedowania sądu jest bulwersujący i może budzić poważne wątpliwości odnośnie jego bezstronności, tym bardziej, że PLL LOT jest spółką pod bezpośrednim nadzorem premiera, Mateusza Morawieckiego. W decyzji sądu pojawiły się fragmenty argumentacji zarządu PLL LOT, a na dodatek są w nim te same błędy, które były w orzeczeniu z kwietnia – przykładowo, w wielu miejscach zamiast związków zawodowych w „PLL LOT” mamy związki w „PPL LOT”. Ponadto decyzja sądu została podjęta 21 września, a tymczasem 24 września odbyło się posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, podczas którego przedstawiciele zarządu PLL LOT oraz Prezesa Rady Ministrów mówili o warunkach porozumienia w firmie, nie wspominając o postanowieniu sądu. Czyżby więc nawet premier polskiego rządu nie był wtajemniczany w sprawę przez zarząd podległej sobie spółki?

Jednocześnie zarząd PLL LOT wciąż lekceważy wskazane przez Państwową Inspekcję Pracy przykłady łamania prawa pracy, wciąż mobbinguje i zastrasza związkowców, wciąż promuje sprzeczne z prawem pracy niestandardowe umowy, nie przejmuje się sygnałami o pogarszającej się jakości bezpieczeństwa lotów, nie robi nic z radykalnym wzrostem opóźnionych i odwołanych lotów.

Związki zawodowe zrzeszone w PLL LOT analizują wyrok sądu, natomiast warto przypomnieć, że na posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego przedstawiciel rządu przyznał, że premier i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego są w posiadaniu materiałów dotyczących sytuacji w spółce i je analizują. Biorąc pod uwagę bulwersującą skalę nieprawidłowości w firmie, wciąż liczymy na interwencję premiera i uratowanie PLL LOT przed katastrofą, jak też przed akcją strajkową.

 

PiS się wycofa

– Decyzje dotyczące zachowania porządku konstytucyjnego w sądownictwie będzie musiała zostać podjęta – powiedział Jerzy Wenderlich w programie „Woronicza 17.

– Wiele rzeczy PiS odmienił chociaż wcześniej politycy tej partii mówili, iż ich nie zmienią swej decyzji: Puszcza Białowieska – siekiery odłożone; ustawa o IPN – po blamażu wycofanie się ze stanowiska – przypomniał polityk SLD.

– W kwestii sądownictwa PiS też się wycofa – zapowiedział Wenderlich.

 

Spotkanie we Wrocławiu

Ponad 50 osób przybyło na spotkanie, zorganizowane przez wrocławskie Stowarzyszenie Pokolenia z kandydatem na prezydenta Wrocławia Jackiem Sutrykiem. Jacek Sutryk jest kandydatem popieranym przez obecnego prezydenta Dutkiewicza, SLD i Koalicję Obywatelską. Byli kandydaci do Rady Miejskiej i Sejmiku Dolnośląskiego. Sam kandydat określił tę koalicję jako wyjątkową na skalę kraju. Oto środowiska, które niekoniecznie do tej pory politycznie się lubiły, teraz, dla dobra miasta, zjednoczyły się…. Jestem przeciwny dzieleniu obywateli miasta na lepszy i gorszy sort. Jestem przeciwny zabieraniu obywatelom emerytur i co najważniejsze, godności….. Było ciekawe wystąpienie o planach kandydata dotyczących rozwoju miasta. Były pytania, były odpowiedzi. Była przede wszystkim chemia pomiędzy kandydatem, a uczestnikami, choć nie brakowało pytań zaczepnych, ale nie czepialskich. Świetne spotkanie, głosy uczestników spotkania na kandydata murowane. Jestem o tym przekonany – relacjonuje na Fb Czesław Cyrul.

Kibelki niezgody

Monika Żelazik na antenie TOK Fm wyjawiła, że stewardessy skarżyły się na prezesa Milczarskiego, który miał zamykać się z nimi w toalecie i pokazywać, jak prawidłowo czyści się muszlę klozetową. Czy zasugerowała, jak twierdzi Grzegorz Sroczyński, że prezes LOT molestował na pokładzie? Tego Żelazik rzeczywiście nie mówi wprost, ten aspekt sprawy pozostał pomiędzy nią, a pracownicami, które przyszły jej się zwierzyć.
Prezes LOT twierdzi zaś, że cała ta opowieść ma przykryć „realny problem czystości w samolotach”. Zarzeka się, że „nigdy nie nie naruszył wolności drugiego człowieka, ani nie dokonał niczego sprzecznego z zasadami etyki czy moralności w interakcji z personelem”. Przeciwnie, sam „dawał przykład swoim pracownikom i sprzątał” rzeczone toalety.
Nie dysponuję odpowiednią wiedzą, aby przesądzać o ewentualnym fakcie molestowania. Z pewnością, jeśli opisywane przez szefową związku zawodowego sytuacje miały miejsce, to można je rozumieć jako pokaz siły, służący wzbudzeniu lęku i zmiękczeniu pracownicy – dokładnie na tej samej zasadzie, na której dowódca plutonu stoi nad gnębionym szeregowym i sprawdza, czy ten wystarczająco dokładnie wypucował kibelek szczoteczką do zębów (swoją). I nie trzeba tu już nawet podtekstu seksualnego, aby dostrzec Himalaje buty i rozzuchwalenia prezesa. Wystarczy sam fakt naruszenia osobistej przestrzeni stewardessy, dostatecznie już wcześniej upodlonej śmieciową umową, płacą poniżej oczekiwań, brakiem urlopu, czy zwolnienia lekarskiego.
Tymczasem prezes największych polskich linii z uporem godnym większej sprawy gardłuje w mediach, że załoga będąca zupełnym przypadkiem na granicy wytrzymałości bezczelnie nie trzyma standardów perfekcyjnej pani domu z jej testami białej rękawiczki. Ale w polskich realiach przerzucanie odpowiedzialności i wyszukiwanie niedostatków u pracownika to popularna taktyka na zracjonalizowanie sobie faktu wyzyskiwania. W Polsce też niestety sztuczka cyrkowa pt. „zobacz drogie dziecko, pan prezes ci pokaże, jak to się robi – sam też stałbym na zmywaku, gdyby nie to cholerne zebranie zarządu” – wydaje się czymś już na tyle oswojonym, że w ogólnym odbiorze zatraca swoja istotę – oburzającego cwaniactwa. I nierzadko przez pomyłkę nazywane jest „przedsiębiorczością”.
A teraz ciekawostka ze świata. Prezes Milczarski nie zdaje sobie zapewne sprawy, na jak śliski grunt wszedł, wchodząc do pokładowego WC. To właśnie rzeczony kibelek stał się katalizatorem ubiegłorocznych strajków w liniach Alitalia, gdzie załodze kazano czyścić toalety również w trakcie długich rejsów. Stewardessy dusiły w sobie gniew na sukcesywne obcinanie wynagrodzeń i liczenie czasu pracy od momentu zamknięcia samolotu. Nie skarżyły się na ograniczanie letnich urlopów i zmniejszanie odpraw. Wybuchły dopiero z powodu feralnego kibelka, będącego symbolem pewnego szczytu upodlenia i kroplą, która zamiast czary, przepełniła muszlę.
Czy „kibelki niezgody” pogrążą prezesa LOT, zobaczymy. Na pewno warto zachować w pamięci tę metaforę, bo jej siła może okazać się rażąca tak bardzo, jak ciastka Marii Antoniny.