Przyłębski broni Międlara

Niemiecka gazeta „Welt am Sonntag” napisała to, co widzieli wszyscy, którzy nie maja problemów ze wzrokiem i słuchem: że Marszem Niepodległości manifestowany jest antysemityzm. Polski ambasador zażądał sprostowania.

Redaktor naczelny popularnej niemieckiej gazety napisał, że marsze, które odbywają się w Polsce podczas święta Niepodległości, są okazją do demonstrowania antysemityzmu w Polsce, a także, że w Polsce 11 listopada zbierają się skrajnie prawicowe organizacje z całego świata.
Ambasador Andrzej Przyłębski zażądał sprostowania od gazety. Wystosował pismo do redakcji, w którym pisze m. in.: „ W tekście redaktora naczelnego Welt am Sonntag, Johannesa Boie, „Europa jest chora. Poprawy nie widać” (…), zamieszczonym na portalu internetowym Die Welt w dniu 17.11.2019 r. znalazło się skandaliczne stwierdzenie, z którego wynika, iż marsze z okazji święta niepodległości organizowane corocznie 11 listopada w Polsce są okazją do manifestowania antysemityzmu. Twierdzenia takie nie maja najmniejszego związku z prawdą. Marsze te są manifestacją miłości do ojczyzny i spotkaniem wszystkich, dla których Polska jest wartością”. We Wrocławiu, podczas rozwiązanego po 200 metrach pochodu Marszu Niepodległości, którego jednym z organizatorów był znany antysemita i nacjonalista Jacek Międlar, padło z jego ust m.in. następujące stwierdzenie: „(…) Jan Mosdorf, ideowy ojciec narodowych radykałów, zamordowany w niemieckim obozie koncentracyjnym w Auschwitz za pomoc niewdzięcznym i tchórzliwym Żydom nienawidzącym organizacji, z której się wywodził”. Za to sformułowanie właśnie organizatorzy otrzymali od władz miasta, które słusznie zakwalifikowały je jako antysemickie, pierwsze ostrzeżenie.
Jeżeli zdaniem Przyłębskiego tego typu zdania nie noszą charakteru antysemickiego, to należy uznać, że jego ślepota na fakty jest dość wybiórcza. Nie byłoby to niczym zaskakującym, bo w Polsce jest wielu polityków, twierdzących, że nie ma tutaj problemu antysemityzmu, ale ambasadorska ranga urzędnika, który demonstruje takie poglądy, każą spojrzeć się na to ze szczególna uwagą i zapytać, czy tego typu aktywność ambasadora obiektywnie nie przynosi szkody wizerunkowi kraju, który Przyłębski reprezentuje.

Faszyzm po polsku

To było jednak za wcześnie, aby opinia Bratkowskiego spotkała się ze zrozumieniem. Pamiętam reakcję Jadwigi Staniszkis i jej odpowiedź na moje pytanie, czy zgadza się z Bratkowskim. Nie podzielała ani opinii Bratkowskiego, ani moich obaw, że on ma rację. Że mamy do czynienia z odradzaniem się faszystowskich symboli, faszystowskich treści, organizacji odwołujących się wprost do faszyzmu.
Minęło osiem lat. Przez wszystkie te lata narastały problemy z organizacjami odwołującymi się do treści narodowych, budującymi postawy nacjonalistyczne wśród swoich członków. W wyborach roku 2015 to z list Pawła Kukiza do Sejmu weszli posłowie – reprezentanci takich organizacji. Jak łatwo było przewidzieć – opuścili szeregi formacji Kukiza, mają własne koło poselskie. Są w formacji marszałka – seniora Kornela Morawieckiego, ojca obecnego premiera. Jeden z tych posłów został wiceministrem w jego rządzie. W wyborach do parlamentu europejskiego startowali już pod własnym znakiem, w wyborach na prezydenta Gdańska ich reprezentant też startował w wyborczym wyścigu.
Obecność polskich faszystów na krajowej scenie politycznej nie podlega dyskusji. Oni po prostu są tutaj i mają się dobrze. To jest prosty fakt, rzecz niepodlegająca dyskusji – musi to przyznać każdy, komu ideologiczne klapki na oczach nie odebrały zdolności do logicznego rozumowania i wyciągania poprawnych wniosków z oczywistych faktów.
Nie czas teraz na drobiazgowe omawianie zdarzeń medialnych takich jak ujawnienie różnych stowarzyszeń i organizacji odwołujących się wprost do niemieckiego nazizmu – najgorszej odmiany faszyzmu. Wszyscy widzieliśmy słynne uroczystości ku czci urodzin Adolfa Hitlera. Film o nich obejrzała cała Polska dzięki dziennikarzom telewizji TVN, nie służb specjalnych polskiego państwa — jak to być powinno.
Pamiętamy, jak wymiar sprawiedliwości sterowany przez polityka formacji rządzącej zabierał się do tej sprawy.
Pamiętamy, że prokuratura zamierzała postawić zarzut propagowania treści faszystowskich… dziennikarzowi. Widzimy do dziś, z jak „wielką sprawnością i zaangażowaniem” prokuratura prowadzi tę sprawę.
Pamiętamy, jak inni „bohaterowie”, w tym były ksiądz Międlar, publicznie dziękowali Zbigniewowi Ziobrze. Jak mimo upływu wielu miesięcy prokuratura nie postawiła zarzutów osobom wieszającym na szubienicach portrety europosłów z Platformy – podobno z powodu trudności w identyfikacji sprawców. Których cała Polska mogła zobaczyć na filmie.
Pamiętamy, jak prokurator prokuratury białostockiej odmówił wszczęcia dochodzenia wobec osób i organizacji posługujących się swastyką, uznając ją za starohinduski symbol słońca, jak wreszcie gesty klasycznego „hajlowania” prokurator potraktował jako… zamawianie piwa.
To tylko najprostsze przykłady z naszej politycznej rzeczywistości. Jest ich znacznie, znacznie więcej. Ale jako przykład – wystarczy.
A co w relacjach polskich faszystów z polskim kościołem katolickim?
Tu jeszcze lepiej. Kościół katolicki w Polsce, pretendujący do rządu dusz Polaków, wspiera i propaguje organizacje narodowców i kiboli nazywając je wprost emanacją polskiego ducha; a ich członków nazywa obrońcami wiary. Szczytowym wydarzeniem jest coroczna pielgrzymka tych organizacji i środowisk na Jasną Górę – do najważniejszego polskiego sanktuarium. To, co się dzieje na Jasnej Górze — przechodzi wszelkie wyobrażenia o całkowitym oderwaniu polskiego kleru od elementarnych wartości chrześcijańskich, od nauczania papieża Franciszka.
Ostatnie wydarzenia w Białymstoku, o których informacje poszły w świat i przyprawiły nam gębę fanatyków i faszystów — dowiodły wyraźnie: to, co tam się stało, jest prostą konsekwencją długotrwałych procesów odradzania się polskiego faszyzmu. To, co zaczęło od marszu z pochodniami prawie dziesięć lat temu — rośnie w siłę i ma się dobrze.
I niech nikt mi nie mówi, że polskich faszystów nie ma w Sejmie. To nieprawda, są i wiele wskazuje na to, że będzie ich więcej. Przy takim jak dziś klimacie politycznym, takiej ostrej walce politycznej — narodowcy i w ogóle ekstremiści wszelkiej maści są tam potrzebni.
Potrzebni oczywiście władzy, która rozpętuje nienawiść celowo — czy to do uchodźców, czy gejów i lesbijek. Potrzeba wroga zawsze pomaga wzmocnić poczucie więzi swoich, naszych, polskich patriotów co to dadzą odpór światowemu lewactwu i zachodniemu zepsuciu.
Przyglądając się, jak Jarosław Kaczyński reżyseruje kampanię wyborczą swojego ugrupowania, wiem jedno — nie będzie odwrotu, nie będzie odcięcia się od nacjonalistów i faszyzujących organizacji. To jest bowiem jego zaplecze, jego żołnierze. Polski kościół katolicki też nie odetnie się od ludzi, którzy z nienawiścią w sercu, bluzgami na ustach noszą koszulki z napisem „Armia Boga”.
Tak, to jest armia ich boga, boga władzy i mamony.
To im, w niedzielę po wydarzeniach sobotnich w Białymstoku dziękowali księża z ambon. To był prawdziwy obraz kościoła, a nie wymuszone polityczną kalkulacją słowne odcięcie się od wydarzeń. Jak można w ciągu kilku dni głosić tak diametralnie różne treści, jak nastąpiło w wypowiedziach białostockiego arcybiskupa? Przypomnę – przed marszem równości arcybiskup Białegostoku wprost wzywał, aby dać odpór zgorszeniu i lewactwu. Kibole i narodowcy po prostu posłuchali.
Lament niektórych duchownych nad obrazkami bicia i kopania leżących jest cichy i nie jest szczery. Szczere były słowa proboszczów, którzy w niedzielę w dzień po zajściach dziękowali obrońcom wiary.
I na koniec jeszcze jeden wątek. Początki tych złych zjawisk, odradzania się polskiego faszyzmu, moim zdaniem, biorą się z nieopanowania ruchu kibolskiego.
To, co było objawem profesjonalizacji działań kibiców piłkarskich: tworzenie organizacji kibiców poszczególnych drużyn, budowanie silnych więzi ze „swoim” klubem i jego zawodnikami — już bardzo dawno stało się patologią. Zrzeszenia kibiców zmieniły się w gangi kiboli – ludzi zdolnych do wszystkiego. Zdolnych do łamania prawa, do tworzenia mafijnych powiązań ze światem piłki. Piłki, w której dzisiaj roli głównej nie grają zawodnicy, a pieniądze. Duże, a nawet wielkie.
Odwołam się do własnej pamięci – jeszcze na początku lat 90, jako poseł na Sejm II kadencji, gdzieś w jakimś studiu radiowym czy telewizyjnym zaproponowałem, bazując na swoich wiadomościach o tym, co dzieje się w klubie kibiców Lechii Gdańsk, żeby uznać go (ten klub kibiców) za organizację przestępczą.
Ten — przyznaję, ostry postulat — opierałem na wiedzy o tym, jakimi metodami starsi członkowie klubu kibica Lechii werbowali młodzież, często dzieci. Były to lata, w których radia samochodowe były wyjmowane, nie montowane na stałe, jak jest to dziś. Kandydaci na członków klubu kibica otrzymywali proste zadanie – przynieś radio z tego i tego samochodu, a będziesz przyjęty. I to było skuteczne, dziecko przynosiło radio z kradzieży i zostawało członkiem klubu kibica Lechii Gdańsk. Gdy następowała „wsypa”, jako dziecko nie stawało przed sądem, a zdobycz zasilała kasę klubu.
To były początki przestępczej działalności kibiców piłkarskich. Teraz to inny świat, inne interesy, inne pieniądze. Większe. Wspólne jest tylko jedno — przestępczy charakter.
Pamiętam, jakie były reperkusje tej mojej oceny. Nie były przyjemne, ale przeżyłem. To już coś.
Stawiam tezę, że tam jest początek. To z tego ruchu, z tych środowisk rekrutują się ludzie potrzebujący poczucia wspólnoty, szukający wsparcia. Patriotyzm klubowy to prawdziwe poczucie więzi ze swoim klubem, myślenie o innych klubach jako o wrażych państwach. Wszyscy są wrogami — chyba że akurat zawarliśmy sojusz. Ale ten nigdy nie trwa długo, patrz sojusz najbardziej zwaśnionych klubów kibiców piłkarskich w dniach pogrzebu papieża Wojtyły – trwał chyba dwa tygodnie.
Nie da się zrobić porządku z jawnie faszyzującymi organizacjami bez wyprostowania sytuacji pozornie odległej od polityki: sytuacji w klubach kibiców piłki nożnej.
No to co, ktoś teraz powie Idziemy po was?
Powiedzieć — może i powie. Ale czy pójdzie?

Siejesz nienawiść – zbierasz burzę

Kilka dni temu białostocki abp Tadeusz Wojda wydał osobliwe oświadczenie zaopatrzone w magiczne non possumus. Myślałem, że się sprzeciwia mowie nienawiści, korupcji polityków, albo niechęci wobec uchodźców. Jak wiadomo, te przymioty dość często są wytykane jego podwładnym. Wiadomo przecież, że jest człowiekiem światowym i na wielu salonach się obracał. Znalazł się w Białymstoku zesłany niemal z Watykanu, gdzie robił błyskotliwą karierę jako podsekretarz Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów w latach 2012-2017. Miałem nadzieję, że właśnie ten światły duchowny wprowadzi nowego ducha do tej, niegdyś wielokulturowej, wieloetnicznej i wieloreligijnej metropolii. Nic tylko przekładać rzymskie i światowe doświadczenia na polski grunt.
Nic z tego, owo non possumus dotyczyło pierwszego Marszu Równości, który mimo dramatycznego apelu metropolity się odbył w sobotę 20 lipca 2019.
Był to pierwszy marsz i mieszkańcy Białegostoku zapamiętają go na długo. Relacje medialne są bogate w szczegóły, więc ich oszczędzę, zwrócę jednak uwagę na poetycki reportaż Jacka Dehnela, który brał udział w tym wydarzeniu, a wrażenie opisał na swoim fb (nie mam, więc czytałem na portalu ogólnodostępnym, któremu pisarz uprzystępnił swój tekst opatrzony adnotacją: Powyższy tekst Jacka Dehnela ukazał się dziś na jego profilu na Facebooku. Tekst publikujemy za zgodą autora. Na prośbę autora honorarium za niniejszy tekst przekażemy na organizację przyszłorocznego Marszu Równości w Białymstoku).
Myślę, że Henryk Sienkiewicz nie powstydziłby się opisu tych doprawdy dramatycznych wydarzeń. Jednak Dehnelowi udało się uchwycić głębię (dość jednak płytkich) portretów psychologicznych bandziorów, którzy próbowali marsz zakłócić.
I jak najsłuszniej zwrócił uwagę na główne źródło inspiracji – właśnie abpa Wojdy.
Pisze Dehnel na portalu Onet.pl:
„Katedra jest przecież bijącym źródłem tej furii; to stamtąd biskup Wojda rozesłał swój komunikat, że „Non possumus”, że „nie możemy się zgodzić”, żeby marsz przeszedł, żeby wolni obywatele Polski korzystali ze swojego konstytucyjnego prawa. Teraz wszyscy ci panowie Staszkowie i panie Łucje w kretonowych sukienkach, i sebiksy z prawem wilka na koszulkach i w oczach, stoją wzdłuż marszu, biegną, pokazują faki, ten uniwersalny znak pokoju, wylewają z siebie tę homilię wulgaryzmów, to biskup Wojda stoi za tymi lecącymi kamieniami i butelkami, za guzem dziewczyny, która przeczesuje palcami włosy na drugą stronę. Biskup Wojda nie musi rzucać sam, zapewne „brzydzi się przemocą” i „pochyla się z troską”, wystarczy, że ma od tego kibolskie bojówki, które głoszą jego ewangelię.
I ma rację. Pewnie jego reportażu Wojda nie przeczyta i na przyszły roku znowu wyda swoje „non possumus”, uruchamiając potoki nienawiści i wzmacniając już i tak potężne uprzedzenia powierzonych jego opiece owieczek, miast je blokować, mitygować i cywilizować. A po tym, co się stało, mam nadzieję, że choć trochę arcybiskup się zawstydzi, a może nawet przeprosi?”
No cóż, to też są rozżarzone węgle, które Kościół gromadzi na swojej głowie.

Stanisław Obirek (Studio Opinii)

Białystok a Konstytucja RP

Polska prawica marzy od dawna o uchwaleniu nowej konstytucji.

Sobotnie wydarzenia w stolicy Podlasia,gdy pokojowy Marsz Równości (dla skrajnej prawicy,a nawet części prawicy umiarkowanej,nie mówiąc o kibolach, był to swoisty marsz dewiantów dążących do podważenia podstaw naszej cywilizacji oraz narodowej religii) spotkał się z brutalnymi aktami przemocy ze strony chuliganów i awanturników. Oliwy do ognia dodało niefortunne oświadczenie metropolity białostockiego oraz słabo kamuflowane poparcie dla takich poczynań ze strony lokalnych i regionalnych polityków PiS.
A nowy minister edukacji swymi pokrętnymi wypowiedziami o całej sprawie szybciej zasłużył na wniosek o odwołanie niż jego niesławna poprzedniczka.
Czy to wszystko może być jakimś katharsis dla sporej części społeczeństwa na niecałe 3 miesiące przed wyborami parlamentarnymi? Trudno powiedzieć,bowiem takie procesy na ogół nie zachodzą szybko. Z pewnością natomiast znów dużo straciliśmy w opinii międzynarodowej,gdyż obraz kraju nad Wisłą dodatkowo się pogorszył.Nie istnieje-wbrew silnie propagowanym tezom- żadna ideologia LGBT. Chodzi tylko o
poszanowanie praw mniejszości,co jest sensem demokracji, zwłaszcza w ujęciu Rady Europy. Większość decyduje,ale powyższy warunek to conditio sine qua non uznania danego państwa za demokratyczne. Nota bene mało kto zauważył,iż to na terenie ambasady Kanady,znajdującej się obok Sejmu, zawisła najpierw tęczowa flaga,a dopiero później dołączyli do tego Amerykanie. Zresztą rozmaite rozwiązania kanadyjskie są niezwykle ciekawe i mało znane. Np. ilu naszych polityków wie, że tak wyśmiewana przez rodzimą prawicę (szczególnie w kontekście przyjmowania bądż nie uchodźców i migrantów) WIELOKULTUROWOŚĆ wpisana jest do konstytucji kraju Klonowego Liścia? Raczej nie należy do tego grona PiS-owski wiceprezydent Gdyni wypowiadający głupie i rasistowskie uwagi nt. ludności Afryki.
To co wydarzyło się w Białymstoku to oczywista dyskryminacja mniejszości seksualnych. Ta i inne rodzaje dyskryminacji (np. ze względu na płeć,kolor skóry czy wiek) to rodzaj wykluczenia społecznego,które należy zwalczać. W prawie unijnym i szerzej w prawie międzynarodowym, znajdują się uniwersalne oraz regionalne systemy ochrony praw człowieka gwarantujące instrumenty przeciwdziałania wszelkiego rodzaju dyskrymi-nacji. Zakaz dyskryminacji oraz zasada równego traktowania obywateli to dwa fundamenty funkcjonowania współczesnych systemów politycznych.
Jako członek Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodo-wego (1993-1997),która przygotowała projekt ustawy zasadniczej, przyjętej następnie w referendum ogólno-krajowym, pozwolę sobie przypomnieć odnośne zapisy z rozdziału II „Wolności,prawa i obowiązki człowieka i obywatela”.W omawianym kontekście kluczowy jest art. 32 Konstytucji:”1.Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.2.Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Tymczasem Tomasz Nałęcz przedstawił w TVN ciekawą i daleko idącą,kontrowersyjną tezę,że obecnie społeczność LGBT w Polsce jest traktowana przez rządzących w stopniu zbliżonym do tego, jak podchodzono przez długie lata (np. przed II wojną światową) do mniejszości żydowskiej.
Ponieważ polska prawica marzy od dawna o uchwaleniu nowej konstytucji (jej projekt-kiedyś na stronie PiS-został skutecznie „schowany”) lub co najmniej dokonaniu w obecnej szeregu zmian, to warto zaakcentować,iż zmiany zapisów w rozdziale II Konstytucji (a także I i XII) wymagają specjalnej procedury. Otóż 1/5 ustawowej liczby posłów,Senat lub Prezydent RP mogą zażądać przeprowadzenia referendum zatwierdzającego. W sumie więc-na szczęście-nie jest łatwo dotychczasowe, dobre zapisy usunąć.

Białystok. Czy w tym domu jest miejsce dla wszystkich?

Zakończył się pierwszy Marsz Równości. Białystok jest dziś miejscem ścierających się poglądów. Tak niebezpiecznie różnych, że ich konfrontacyjny charakter przypomina mi czasy stanu wojennego. Nie bez przyczyny bo wykreowane przez przeciwników marszu poczucie zagrożenia i konieczności wejścia w stan gotowości daje się odczuć na każdym jego kroku.

Jak mogłoby być inaczej skoro już na tygodnie przed dzisiejszym wydarzeniem z ambon białostockich kościołów nikt bynajmniej nie wygłaszał ostrzeżeń przed wielce prawdopodobną podczas marszu agresją kibiców i ruchów pseudopatriotycznych. W każdym kościele natomiast została odczytana odezwa metropolity białostockiego arcybiskupa Tadeusza Wojdy, gdzie nawiązując do przeciwstawiających się komunizmowi słów Wyszyńskiego podkreślał: „No possumus – nie pozwolimy!”. Nie ma co się dziwić więc, że zastraszeni żołnierze kościoła przeważali w liczbie zorganizowanych kontrmanifestacji (warto zaznaczyć że do jednego Marszu zgłoszono ich niemal 50).

Białystok jest dziś rzeczywiście „domem dla wszystkich”. Przyjmuje przecież pod swój dach nie tylko tych, którzy pragną zamanifestować swoje prawo do równości, wolności i miłości, ale i dla tych, którzy kibicują swoim własnym wizjom moralności.

Sytuacje obserwowane na ulicach wydają się symbolizować polski naród – tak niepokojąco
i zasmucająco różny…

…Przechodząc obok Katedry słyszałem słowa modlitwy zgromadzonych tam osób: „ Za poniżenie nieprzyjaciół Kościoła – Módlmy się” . A wystarczyłoby odrzucić to niepotrzebne przecież słowo „poniżenie”, a jakże inny byłby przekaz?

…Mijam grupki kiboli ubranych w charakterystyczne koszulki i szaliki, grupki narodowców i Młodzieży Wszechpolskiej. Ci z klubowymi koszulkami mają już podniecone zaczerwienione twarze, w rekach puszki, butelki i zapalone papierosy….

…Słyszę katolicką, chrześcijańską gawiedź skandująca jakże tolerancyjne i miłosierne hasło „WY-PIER-DA-LAĆ”…

…Widzę ładną młodą kobietę w króciutkich spodenkach idącą pod prąd chodnikiem z wyciągniętym przed sobą środkowym palcem…

…I spontaniczne oklaski uczestników marszu gdy na balkonie bloku który mijali, starsza pani machała do nich z sympatią. Jest nadzieja, że tych, którym bliżej do drugiego człowieka aniżeli do strachu przed jego odmiennością możemy szukać wszędzie. Brawo i dziękuję, że są jeszcze tacy ludzie.

Na bezdrożach nacjonalizmu

Tytuł tych refleksji stanowi trawestację tytułu książki opublikowanej w 1939 roku przez wybitnego prawnika, wieloletniego dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946). W 1939 roku opublikował on dzieło pod tytułem „Na szlakach nacjonalizmu”, w którym za wzór do naśladowania zalecał Polakom Adolfa Hitlera. To prawda, że było to przed wojną i że w czasie niemieckiej okupacji Cybichowski nie splamił się kolaboracją z reżimem swego idola. Pozostaje jednak faktem, że w przede dniu wojny poglądy tego typu miały wzięcie w kręgach polskich nacjonalistów, zwłaszcza z Obozu Narodowo Radykalnego.

Nacjonalizm jako prąd ideologiczny jest dzieckiem dziewiętnastego wieku, ale swe najbardziej odrażające właściwości ujawnił w wieku dwudziestym. Nie było to jedynie konsekwencją dochodzenia do władzy ruchów faszystowskich. Warto przypomnieć nacechowaną antysemityzmem sprawę kapitana Alfreda Dreyfusa we Francji, czy takie haniebne incydenty jak antyżydowski pogrom zorganizowany przez polskich żołnierzy i innych obrońców Lwowa natychmiast po wyparciu z miasta wojsk ukraińskich.
Narodziny nowoczesnego nacjonalizmu miały źródła społeczne i intelektualne. Społecznym podłożem nacjonalizmu były przemiany prowadzące do przekształcenia postfeudalnego państwa stanowego w nowoczesne państwo narodowe, w którym patriotyzm stanowić miał spajającą obywateli ideę polityczną. Patriotyzm rozumiany jako przywiązanie do własnego państwa nie musi przekształcać się w nacjonalizm, ale może stanowić pożywkę dla takiego widzenia świata, w którym inne narody postrzegane są jako wrogowie, z którymi mój naród prowadzić musi walkę o byt.
Przekształceniu patriotyzmu w nacjonalizm sprzyjał klimat intelektualny drugiej połowy XIX wieku, zwłaszcza bezkrytyczne przenoszenie na grunt myśli społecznej darwinowskiej nauki o ewolucji gatunków odbywającej się w drodze walki o byt i eliminacji gatunków nieprzystosowanych do zwycięstwa w tej walce. Na gruncie polskim do darwinowskiej idei walki o byt nawiązywał Roman Dmowski (1964-1939), zwłaszcza w swojej najważniejszej książce „Myśli nowoczesnego Polaka”(1903). Szerzeniu się postaw nacjonalistycznych sprzyjało powodzenie koncepcji rasistowskich głoszonych na Zachodzie przez takich autorów, jak Artur Gobineau (1816-1882).
Powstanie w wyniku pierwszej wojny światowej szeregu niepodległych państw środkowo-europejskich przyczyniło się do zaostrzenia postaw nacjonalistycznych. Państwa te powstawały w warunkach etnicznego przemieszania ludności, czego przykładem była ówczesna Polska. Ponad trzydzieści procent obywateli Drugiej Rzeczypospolitej określało się jako należący do innych niż polska narodowości, zwłaszcza ukraińskiej, żydowskiej, białoruskiej i niemieckiej. W tych warunkach spoistość państwa zapewnić mogła jedynie taka polityka, która odcinając się od etnicznego nacjonalizmu stawiałaby na równe prawa i równe obowiązki wszystkich obywateli wobec państwa będącego ich wspólnym domem. Taką politykę propagowała lewica, a także część zwolenników marszałka Piłsudskiego, na przykład – zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów – Tadeusz Hołówko (1889-1931). Oficjalna polityka państwa polskiego poszła jednak w innym kierunku. Getto ławkowe na uniwersytetach, wprowadzone pod presją nacjonalistów z ONR, ale akceptowane przez władze państwowe, a także brutalne próby wynarodowienia Ukraińców, rodziły klimat wrogości, bez uwzględnienia którego nie można zrozumieć ani krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu, ani udziału części Polaków w zagładzie Żydów.
Gdy rodziła się Polska Ludowa, wielu z nas wierzyło, że upiory nacjonalizmu zostały definitywnie złożone do grobu. Powtarzaliśmy piękne słowa Juliana Tuwima, o tym, że powstanie tylko jedna rasa – ludzi szlachetnych. Pogromy antyżydowskie (Kraków 1945, Kielce 1946) skłonni byliśmy traktować – jakże naiwnie – jako po prostu konsekwencje jeszcze nie zakończonej walki z siłami „reakcji”.
Okazać się jednak miało, że także w nowych warunkach ustrojowych i ideologicznych nacjonalizm zachowuje zdolność odradzania się. W warunkach niemal całkowicie jednorodnej pod względem narodowościowym struktury nowego państwa nacjonalizm przyjął postać antysemityzmu maskowanego rzekomą walką z „syjonizmem”. W 1968 roku ten rodzaj zakamuflowanego antysemityzmu znalazł wyraz w działaniach autorytarnej frakcji w PZPR. Byłoby jednak uproszczeniem traktowanie tej kampanii jako ograniczonej do wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Nie byłoby ówczesnej kampanii antysemickiej, gdyby nie trafiała ona w pokłady nacjonalizmu nadal utrzymujące się w sporej części społeczeństwa polskiego. Mamy prawo a nawet o owiązek przeciwstawiać się krzywdzącym uogólnieniom sugerującym, że cały nasz naród jest przesycony antysemityzmem, ale nie powinniśmy udawać, że było to i jest zjawisko marginalne. Socjaldemokracja RP w pierwszych miesiącach swego istnienia przeprowadziła uczciwą i pogłębioną analizę odpowiedzialności lwicy za kampanię roku 1968. Był to jeden z ważnych elementów zerwania z tym, co w polityce PZPR zasługiwało na surową ocenę.
Trzydzieści lat po zmianie ustroju problem nacjonalizmu pozostaje jednym za najważniejszych wyrzutów sumienia demokratycznej Rzeczypospolitej. Wprawdzie badania socjologiczne ( w tym bardzo cenne badania Ireneusza Krzemińskiego) pokazują, ze tylko mniejszość naszego społeczeństwa deklaruje postawy antysemickie i że mniej więcej tyle samo Polaków deklaruje zdecydowane potępienie antysemityzmu, ale niepokoić musi zwłaszcza coraz bardziej jawne i agresywne demonstrowanie antysemityzmu (a także postaw antyukraińskich) przez takie organizacje jak (odrodzony ) ONR czy Młodzież Wszechpolska. Dzieje się to ostatnio przy wyraźnej bierności, by nie powiedzieć akceptacji organów władzy państwowej. Prokuratura opieszale działa w obliczu jawnie głoszonych haseł nacjonalistycznych, w tym tych, które wprost nawołują do przemocy. Nie wynika to – mam nadzieję – z przekonań polityków, którzy od czterech lat rządzą Polską, lecz z ich kalkulacji politycznej, by nie tracić poparcia nacjonalistycznej prawicy. W kampanii poprzedzającej majowe wybory do Parlamentu Europejskiego wyraźne było przejmowanie przez Prawo i Sprawiedliwość antyżydowskiej argumentacji, co okazało się w tym sensie skuteczne, że pozwoliło tej partii przejąć część wyborców Konfederacji, a tym samym zapewnić sobie zwycięstwo. Jest to jednak niebezpieczna gra, w której dla korzyści politycznej poświęca się klimat życia politycznego w Polsce.
Ważna rolę w przezwyciężaniu nacjonalizmu powinna odgrywać edukacja. Tu jednak napotykamy na wyraźną blokadę. Sposób, w jaki przedstawia się historię, raczej służy utrwalaniu postaw nacjonalistycznych, niż ich przezwyciężaniu. Uporczywe przedstawianie własnego narodu wyłącznie jako ofiary a zarazem obciążanie innych wyłączną odpowiedzialnością za dawne konflikty (co tak wyraźne jest w oficjalnej wersji konfliktu polsko-ukraińskiego) może jedynie służyć utrwalaniu nacjonalizmu – a nie jego przezwyciężaniu.
Koalicja demokratyczna, w której powstanie i dobry wynik wyborczy gorąco wierzę, powinna jasno określić swój stosunek do nacjonalizmu. Nie należy obawiać się „stracenia” w ten sposób głosów. Zdeklarowani nacjonaliści zadomowili się już w obozie Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast dla wielu obywateli, którym droga jest wizja Polski tolerancyjnej, wolnej od nacjonalizmu i plemiennej nienawiści, takie stanowisko będzie jeszcze jednym powodem, by w takiej koalicji ulokować swe nadzieje na lepszą, bardziej szlachetną Polskę.

Brunatnienie

Czy brunatna prawica zagrozi Prawu i Sprawiedliwości?

Spolaryzowanie polskiej sceny politycznej, w wyniku którego sondaże przewidują, że łącznie na Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicję Europejską padnie około siedemdziesięciu procent głosów, usuwa w cień inną cechę zbliżających się wyborów: zagrożenie, jakie dla partii Jarosława Kaczyńskiego stanowi skrajnie prawicowa Konfederacja. W jej skład wchodzą rozmaite ugrupowania krytykujące politykę Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Na program Konfederacji składają się rozmaite hasła: walka z homoseksualizmem i z dopuszczalnością przerywania ciąży, odrzucanie integracji europejskiej w imię rzekomego interesu narodowego, antysemityzm, a także krytyka polityki socjalnej PiS, w czym przoduje Janusz Korwin-Mikke. To z szeregów Konfederacji padło oskarżenie prezydenta Dudy o „uległość wobec żądań żydowskich” a nawet nazwanie go „żydowskim lokajem” (Grzegorz Braun). Sondaże sugerują, ze ten konglomerat może liczyć na poparcie nieznacznie przekraczające próg wyborczy (6 proc. w sondażu Kantar MB z 8-10 maja). Za mało, by odegrać znaczącą rolę, ale dosyć, by stanowić poważny problem dla obecnej partii władzy.
„Prawo i Sprawiedliwość” jest ugrupowaniem konserwatywnym i autorytarnym, ale nie jest grupowaniem antysemickim i faszyzującym. Ma ono jednak na sumieniu flirt z nacjonalistami, co najwyraźniej wystąpiło w działaniach prokuratury i policji, bardzo wyrozumiałych w stosunku do wyczynów ekstremistów z prawej strony. Nie ma potrzeby wyliczać kolejnych przejawów tej postawy, bo są one dobrze znane i wielokrotnie opisywane. Nie ulega wątpliwości, że taka postawa władz państwowych wobec skrajnej, nacjonalistycznej prawicy nie jest konsekwencją lokalnych błędów, lecz wynika z kalkulacji politycznej. „Prawu i Sprawiedliwości” wydawało się, że przymykając oko na wyczyny faszyzującej prawicy zdoła ją zneutralizować, a może nawet pozyskać jej poparcie. Okazało się to błędem, z konsekwencjami którego przyjdzie się liczyć już za kilka dni, a tym bardziej na jesieni.
Zaszła bowiem w polskiej polityce ciekawa zmiana. Od zarania Trzeciej Rzeczypospolitej mieliśmy do czynienia z próbami startu politycznego ugrupowań faszyzujących, w tym antysemickich, ale z reguły bez jakiegokolwiek liczącego się sukcesu. Z polityków obecnej Konfederacji jedynie Janusz Korwin-Mikke jako lider Unii Polityki realnej może poszczycić się jakimś (też zresztą nie imponującym) sukcesem politycznym. Reszta to był polityczny folklor.
Do pewnego stopnia zmieniło się to w 2015 roku za sprawą Pawła Kukiza, który na swoje listy przygarnął skrajnych nacjonalistów, między innymi Piotra Liroya i ludzi z Młodzieży Wszechpolskiej. Różnobarwny konglomerat, jakim jest „Kukiz’15” wypadł bardzo słabo w zeszłorocznych wyborach samorządowych a obecnie balansuje na granicy progu wyborczego. Natomiast wprowadzeni przez Kukiza do Sejmu nacjonaliści znaleźli dla siebie miejsce w Konfederacji, gdzie sąsiadują z wszystkimi, dla których „Prawo i Sprawiedliwość” jest niedostatecznie partią niedostatecznie prawicową.
Konfederacja odbiera PiS-owi część wyborców skrajnie prawicowych, zwłaszcza bardzo młodych i słabo wykształconych mężczyzn. Powoduje też rozchwianie przekazu politycznego, gdyż Jarosław Kaczyński i jego akolici nie mogą ani bardzo ostro zwalczać Konfederacji, ani podkupywać część jej postulatów. W pierwszym wypadku bowiem odpychaliby od siebie wyborców o poglądach bliskich Konfederacji, ale wciąż popierających PiS jako realną siłę polityczną, a w drugim – do reszty odpychaliby od siebie umiarkowanych wyborców.
Dylemat ten widać bardzo wyraźnie w kwestii antysemityzmu, która wróciła na plan pierwszy polskiej polityki wskutek niemądrej polityki obecnego rządu. Pomysł, by w drodze ustawowej zakazać wyrażania poglądu, że Polacy uczestniczyli w Zagładzie, można zrozumieć jedynie jako granie na sentymentach skrajnych nacjonalistów. Nikt przecież nie twierdził nigdy, że cały naród polski zhańbił się takimi czynami, ale też trudno zaprzeczyć, że byli – i to wcale nie tak nieliczni – Polacy wydający Żydów ręce hitlerowskich oprawców, a nawet osobiście ich mordujący. W tej sytuacji nowelizację ustawy o IPN można rozumieć jedynie jako naiwną próbę kupienia części głosów antysemickiej prawicy. Konsekwencje były dla PiS opłakane. Pod presją Stanów Zjednoczonych i w obliczu ogólnoświatowego rozgłosu, z jakim spotkała się niefortunna ustawa, wycofano się z niej pospiesznie, przez co dano amunicję antysemitom oskarżającym partię rządzącą o działanie pod „żydowskim dyktandem”.
Antysemityzm jest w Polsce poważnym problemem, ale należy wystrzegać się wyolbrzymiania jego skali. W dyskusji o antysemityzmie opublikowanej w ostatnim numerze „Studiów Socjologiczno-Politycznych” (2/2019) profesor Ireneusz Krzemiński podzielił się wynikami prowadzonych przez jego zespół od lat badań nad tym zjawiskiem. Z badań tych wynika, że zdeklarowanych antysemitów (20 proc.) jest niemal tylu ilu jest zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu (21 proc.), co oznacza wyraźną zmianę w porównaniu z pierwszymi badaniami tego zespołu (z 1992 roku), gdy zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu było dwukrotnie mniej niż zdeklarowanych antysemitów. Chociaż więc wciąż istnieje problem antysemityzmu, to jednak dokonuje się w Polsce korzystna zmiana. Flirtowanie z antysemityzmem przestało się opłacać, gdyż zraża także ludzi, którzy w innych kwestiach popierają program prawicy narodowej.
Zarazem jednak badania socjologów przypominają, że istnieje w naszym kraju (podobnie zresztą, jak w innych państwach europejskich i w USA) dość liczna antysemicka mniejszość. Na jej głosy liczą ci, którzy uważają PiS za partii niedostatecznie prawicową i niekonsekwentną w swym nacjonalizmie. Stawia to Jarosława Kaczyńskiego w rozkroku, co także w polityce nie jest komfortową pozycją.
Nie jest to jednak jedyny kłopot tego polityka. Dwa inne zarzuty czynione mu ze skrajnie prawej strony powodują podobne konsekwencje.
Jednym z nich jest zarzut, że nie jest szczery i konsekwentny w stosunku do Unii Europejskiej. Janusz Korwin-Mikke nie miał żadnych zahamowani, by z trybuny Parlamentu Europejskiego uporczywie głosić potrzebę zniszczenia Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawicki licytują się w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, choć zarazem zaklinają się, ze chcą jej zmiany a na listę kandydatów do Parlamentu Europejskiego wpisują była premier Beatę Szydło, której najbardziej znanym „osiągnięciem” było wyrzucenie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Jest to próba gry na dwóch fortepianach: kokietowania eurosceptyków, ale kultywowania poparcia wyborców ceniących sobie (jak ogromna większość obywateli naszego państwa) polską obecność w Unii.
Drugim jest zakaz aborcji. W społeczeństwie polskim szybko rośnie poparcie dla liberalizacji ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku, przeciw której my, posłowie SLD, głosowaliśmy i który bardzo konsekwentnie zwalczaliśmy. Jeszcze niedawno największym poparciem cieszył się pogląd, że należy zachować ustawę z 1993 roku, ale i wtedy zwolennicy jej liberalizacji byli parokrotnie liczniejsi niż zwolennicy jej zaostrzenia. Ostatnio proporcje się zmieniły: kolejne sondaże sugerują, że większość Polek i Polaków jest za rozsądną liberalizacją ustawy, zwłaszcza za dopuszczalnością przerwania ciąży z powodów społecznych. Zarazem jednak okrzepł ruch antyaborcyjny, domagający się takiej zmiany ustawy, która wykluczyłaby dopuszczalność aborcji ze względów na ciężkie uszkodzenie. Stanowisko to ma poparcie hierarchii kościelnej, co stawia PiS w dodatkowo trudnej sytuacji, gdyż partia ta liczy na poparcie kleru w wyborach. Liderka ruchu antyaborcyjnego Kaja Godek na liście kandydatów Konfederacji to przypomnienie Prawu i Sprawiedliwości, że w tej sprawie rozczarowuje skrajnie prawicowych wyborców.
Co z tego wynika dla Koalicji Europejskiej i dla znajdujących się poza nią ugrupowań lewicy? Kunktatorstwu i lawirowaniu Prawa I Sprawiedliwości należy przeciwstawić czytelny przekaz. Dzisiejsza opozycja demokratyczna, niezależnie od istniejących różnic, jest i będzie konsekwentnym, wolnym od lawiranctwa, rzecznikiem Polski otwartej, tolerancyjnej, proeuropejskiej. Nie liczymy na głosy antysemitów, religijnych fanatyków czy nacjonalistycznych wrogów integracji europejskiej. Nie ścigamy się z Jarosławem Kaczyńskim o głosy faszyzującej prawicy. Problem zagrożenia z prawej strony, zagrożenia, jakie stanowi brunatniejąca prawica, jest jego – a nie naszym – kłopotem.
Zarazem jednak pamiętać należy, że lekceważenie zagrożenia faszystowskiego było w przeszłości – i jest nadal – niebezpiecznym błędem. Demokratyczna opozycja, a w jej ramach silna lewica, to najpewniejsza gwarancja, że nie dojdzie to odrodzenia upiorów przeszłości.

Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Bigos tygodniowy

Pierwszy Podejrzany Rzeczypospolitej Jarosław Kaczyński już dwukrotnie nie odebrał awizo pisma wzywającego go do zapłaty 50 tysięcy złotych na rzecz Geralda Birgfellnera. Poza tym Jarosław Kaczyński wygłosił w Gdańsku przemówienie o wolności. Przypomina to drwiny rosyjskich inteligentów z cara, gdy w 1864 roku wydał ukaz o uwłaszczeniu chłopów. „Car kazał być wolnym, więc trzeba być wolnym” – podkpiwali sobie rosyjscy inteligenci.
*****
Niektóre zapisy określanej potocznie jako „Acta 2” dyrektywy unijnej dotyczącej m.in. praw autorskich w sieci mogą w pewnych fragmentach budzić wątpliwości jednak agresywny atak PiS na „cenzurę w internecie” ma tak naprawdę tylko jeden powód: chodzi o nieskrępowaną swobodę działalności skrajnie prawicowych i propisowskich trolli, którzy za pieniądze, na skalę przemysłową szerzą nienawiść i nabijają – przynajmniej do tej pory – wyborców PiS-owi.
*****
„Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko d…” – za taki wierszyk pomieszczony na tabliczce postawionej na trasie przejazdu Adriana do obozu harcerskiego pewien młody człowiek ma w Szczecinie proces o publiczne znieważenie … Głowy Państwa. Czy to Głowa czy nie Głowa, to jest do rozważenia. Jan Onufry Zagłoba rzekł kiedyś: „Jakaś głowa kiepska, musi być z Witebska”. Jednak czy ta „d…” rzeczywiście odnosi się do Głowy? Przecież tam nie padło ani nazwisko, ani nie wiadomo, czy o „tego” prezydenta akurat chodzi. I czy ta „d…” do Głowy się odnosi, czy może jest samoistna? Bo Głowa to rzeczywiście nie „d…”. Adwokat oskarżonego i biegli z zakresu językoznawstwa mają w tej sprawie szerokie pole do popisu.
*****
Pożal się Boże minister (łech, łech) kultury oburza się na prowokacyjny (kontakty seksualne LGBT) temat dyskusji zaplanowanej na 2 kwietnia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Powód: to rocznica śmierci JP2. Idąc konsekwentnie tropem tego oburzenia, każdego 2 kwietnia należałoby zakazać wszelkich wesołych i erotycznych filmów oraz przedstawień teatralnych, pozamałżeńskich i jednopłciowych stosunków seksualnych. Panie ministrze, proszę dalej kombinować… Faktem jest natomiast, że słowo „solidarność” nabiera coraz szerszych kontekstów….
*****
Zarząd Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie domagał się (bezskutecznie) zwrotu rzeźby „Przyjaciele” Aliny Szapocznikow. Socrealistyczna rzeźba z 1954 roku znalazła się w rękach prywatnych po tym, gdy w 1992 roku, niejaki Waldemar Sawicki, ówczesny dyrektor PKiN, bezmyślny wandal i skrajny ignorant, jak wynika z jego czynu, nakazał to dzieło sztuki wybitnej artystki wyrzucić na złom, a wcześniej „okaleczyć” odrywając ręce figurom. W ramach rozliczenia za usługę wyniesienia rzeźby z budynku, Sawicki przekazał rzeźbę w darze właścicielowi firmy, która wyniesienia dokonała. Zarząd PKiN chciał nasłać organy ścigania oraz konserwatora zabytków na „Desę-Unicum”, która wystawiła „Przyjaciół” na aukcję, ale sąd mu to uniemożliwił. A może Zarząd zechciałby mieć pretensje do rzeczonego wandala, który kazał wyrzucić rzeźbę na złom? Może to wandal Waldemar Sawicki, jako główny winowajca, powinien odkupić rzeźbę i zwrócić ją PKiN?
*****
Bracia Karnowscy to naprawdę dzieciuchy nieopierzone. Po tym, jak nie udało im się nabyć Radia Zet, co próbowali uczynić zasobami ich spółki „Fratria”, Michał wytłumaczył publiczności zebranej w „Klubie Ronina” dlaczego wcale go to niepowodzenie nie zmartwiło. Otóż stwierdził, że i tak nie potrafiłby prowadzić radia muzycznego, bo mu słoń nadepnął na ucho i nie ma za grosz słuchu muzycznego. Zupełnie jak ten bohater jednej z komedii Barei, który opowiadał, że nie udało mu się w drodze do pracy wsiąść do autobusu, „ale i tak miał dobrze, bo był zapchany i się nie zatrzymał”.
*****
Na wniosek pseudozwiązkowców Stoczni Gdańskiej spod znaku Karola Guzikiewicza wojewoda zarezerwował, na ich całodniowy wyłączny użytek na dzień 4 czerwca, plac „Solidarności” w Gdańsku, kwalifikując ich imprezę jako „cykliczną”. To może lepiej od razu odgrodzić ten plac do stałego użytku popleczników PiS i nazwać go placem Guzikiewicza?
*****
A w Gdańsku jeszcze inne ciekawe wydarzenie. Pewien ksiądz dokonał spalenia „złych”, „bezbożnych” książek oraz rozmaitych złych czarodziejskich amuletów. Czynienie analogii do palenia książek przez hitlerowców jest tu zbyt banalne. Trafniejsza wydaje się być analogia do palenia książek kacerzy przez kata przed spaleniem kacerzy. Jednak ten sam gest uczyniony – powiedzmy – trzysta lat temu był tragedią, powtórzony dziś, jest katolicką farsą. Ten ksiądz, nie wiedząc o tym, przyspiesza, w swojej mikroskopowej skali, nadejście epoki wolności od religii w Polsce. Tym bardziej, że badania wskazują, iż większość obywateli polskich chce świeckiego państwa.
*****
Z kolei na Jasną Górę w świętym mieście Częstochowie przybyli, pod okienko Najświętszej Panienki, nie ułani, lecz tzw. „narodowcy”. Przemówił do nich ksiądz Henryk Grządko i powiedział, że „warto być w środowisku narodowym, by bardziej kochać’. Tak posileni Błękitnym Chlebem Miłości „narodowcy” wyszli z kościoła z transparentami: „Znajdzie się kij na lewaka ryj” czy „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”.
*****
Gerald Birgfellner pożalił się w obszernym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że Jarosław Kaczyński go oszukał. Phi! Kaczor oszukuje i manipuluje milionami ludzi w Polsce, więc oszukanie skromnego cudzoziemca i powinowatego to dla niego pikuś. A swoją drogą, nie wyszło Birgfellnerowi to „powinowactwo z wyboru”.
*****
Na Ukrainie do drugiej tury wyborów wszedł komik Wołodymyr Zełenski. W Polsce już od kilku lat rządzi ktoś, kogo pewne podobieństwo psychofizyczne łączy z niezapomnianym Louisem de Funes.

Łódź ratunkowa

Poznaliśmy brakujący element egzotycznej układanki politycznej, która szykuje się do startu w wyborach do Europarlamentu. Do hersztów z Marszu Niepodległości, Janusza Korwin-Mikkego, upadłego rapera Piotra „Liroya” Marca i katolickiego fundamentalisty Grzegorza Brauna dołączyła Kaja Godek.

To będzie prawdziwy gabinet osobliwości. Kaja Godek wystąpiła w poniedziałek na konferencji prasowej „eurosceptycznej” koalicji. zapowiedziała, że w Brukseli i Strasburgu będzie walczyć m.in. o „ratowanie dzieci poczętych”.
Koalicję powołali do życia w grudniu Janusz Korwin-Mikke z nacjonalistami z Ruchu Narodowego oraz browarnikiem Markiem Jakubiakiem. W ciągu kolejnych tygodni do sojuszu dołączyły również dwa inne byty politykopodobne – Liroy oraz Grzegorz Braun.
O tym, że do dopięcia projektu brakuje jeszcze osoby cenionej w środowisku Radia Maryja mówił pod koniec grudnia na antenie Komentarza Portalu Strajk dr Przemysław Witkowski, badacz prawicowej ekstremy w Polsce. „Kluczowym elementem w tej całej układance nie jest bowiem Janusz Korwin-Mikke z jego opowieściami o osobach z niepełnosprawnością, kobietach czy Adolfie Hitlerze, nie są nim również ludzie o średniej intelektualnej jakości jak Krzysztof Bosak czy Robert Winnicki, którzy nie są w stanie samodzielnie wytworzyć agendy, która by przekonała do nich Polaków, nie jest nim również Grzegorz Braun, który dysponuje niezwykle kuszącym głosem, ale wypowiada nim fantazje, fake newsy i absolutne absurdy, ale kluczowymi elementami są tutaj Marek Jurek i Tadeusz Rydzyk”.
Prognoza Witkowskiego okazała się trafna, z tym zastrzeżeniem, że reprezentantką Radia Maryja będzie Kaja Godek. – A jednak dokonała się zmiana pokoleniowa wśród zygotarian. Nawet Marek Jurek, mimo namów panów: Brauna i Bosaka nie był tak szalony by wsiąść do tej szalonej łodzi ratunkowej szurów i foliarzy i „prawdziwych Polaków” , jaką coraz bardziej staje się koalicja grupująca się wokół blisko osiemdziesięcioletniego Janusza Korwin-Mikke – powiedział Witkowski dla Portalu Strajk.
Czy szalupa jest już pełna? Czas pokaże. Witkowski ma jeszcze kilka propozycji dla „eurosceptyków”. To Justyna Socha z proepidemicznej organizacji Stop NOP oraz Gabriel Janowski.