Brunatnienie

Czy brunatna prawica zagrozi Prawu i Sprawiedliwości?

Spolaryzowanie polskiej sceny politycznej, w wyniku którego sondaże przewidują, że łącznie na Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicję Europejską padnie około siedemdziesięciu procent głosów, usuwa w cień inną cechę zbliżających się wyborów: zagrożenie, jakie dla partii Jarosława Kaczyńskiego stanowi skrajnie prawicowa Konfederacja. W jej skład wchodzą rozmaite ugrupowania krytykujące politykę Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Na program Konfederacji składają się rozmaite hasła: walka z homoseksualizmem i z dopuszczalnością przerywania ciąży, odrzucanie integracji europejskiej w imię rzekomego interesu narodowego, antysemityzm, a także krytyka polityki socjalnej PiS, w czym przoduje Janusz Korwin-Mikke. To z szeregów Konfederacji padło oskarżenie prezydenta Dudy o „uległość wobec żądań żydowskich” a nawet nazwanie go „żydowskim lokajem” (Grzegorz Braun). Sondaże sugerują, ze ten konglomerat może liczyć na poparcie nieznacznie przekraczające próg wyborczy (6 proc. w sondażu Kantar MB z 8-10 maja). Za mało, by odegrać znaczącą rolę, ale dosyć, by stanowić poważny problem dla obecnej partii władzy.
„Prawo i Sprawiedliwość” jest ugrupowaniem konserwatywnym i autorytarnym, ale nie jest grupowaniem antysemickim i faszyzującym. Ma ono jednak na sumieniu flirt z nacjonalistami, co najwyraźniej wystąpiło w działaniach prokuratury i policji, bardzo wyrozumiałych w stosunku do wyczynów ekstremistów z prawej strony. Nie ma potrzeby wyliczać kolejnych przejawów tej postawy, bo są one dobrze znane i wielokrotnie opisywane. Nie ulega wątpliwości, że taka postawa władz państwowych wobec skrajnej, nacjonalistycznej prawicy nie jest konsekwencją lokalnych błędów, lecz wynika z kalkulacji politycznej. „Prawu i Sprawiedliwości” wydawało się, że przymykając oko na wyczyny faszyzującej prawicy zdoła ją zneutralizować, a może nawet pozyskać jej poparcie. Okazało się to błędem, z konsekwencjami którego przyjdzie się liczyć już za kilka dni, a tym bardziej na jesieni.
Zaszła bowiem w polskiej polityce ciekawa zmiana. Od zarania Trzeciej Rzeczypospolitej mieliśmy do czynienia z próbami startu politycznego ugrupowań faszyzujących, w tym antysemickich, ale z reguły bez jakiegokolwiek liczącego się sukcesu. Z polityków obecnej Konfederacji jedynie Janusz Korwin-Mikke jako lider Unii Polityki realnej może poszczycić się jakimś (też zresztą nie imponującym) sukcesem politycznym. Reszta to był polityczny folklor.
Do pewnego stopnia zmieniło się to w 2015 roku za sprawą Pawła Kukiza, który na swoje listy przygarnął skrajnych nacjonalistów, między innymi Piotra Liroya i ludzi z Młodzieży Wszechpolskiej. Różnobarwny konglomerat, jakim jest „Kukiz’15” wypadł bardzo słabo w zeszłorocznych wyborach samorządowych a obecnie balansuje na granicy progu wyborczego. Natomiast wprowadzeni przez Kukiza do Sejmu nacjonaliści znaleźli dla siebie miejsce w Konfederacji, gdzie sąsiadują z wszystkimi, dla których „Prawo i Sprawiedliwość” jest niedostatecznie partią niedostatecznie prawicową.
Konfederacja odbiera PiS-owi część wyborców skrajnie prawicowych, zwłaszcza bardzo młodych i słabo wykształconych mężczyzn. Powoduje też rozchwianie przekazu politycznego, gdyż Jarosław Kaczyński i jego akolici nie mogą ani bardzo ostro zwalczać Konfederacji, ani podkupywać część jej postulatów. W pierwszym wypadku bowiem odpychaliby od siebie wyborców o poglądach bliskich Konfederacji, ale wciąż popierających PiS jako realną siłę polityczną, a w drugim – do reszty odpychaliby od siebie umiarkowanych wyborców.
Dylemat ten widać bardzo wyraźnie w kwestii antysemityzmu, która wróciła na plan pierwszy polskiej polityki wskutek niemądrej polityki obecnego rządu. Pomysł, by w drodze ustawowej zakazać wyrażania poglądu, że Polacy uczestniczyli w Zagładzie, można zrozumieć jedynie jako granie na sentymentach skrajnych nacjonalistów. Nikt przecież nie twierdził nigdy, że cały naród polski zhańbił się takimi czynami, ale też trudno zaprzeczyć, że byli – i to wcale nie tak nieliczni – Polacy wydający Żydów ręce hitlerowskich oprawców, a nawet osobiście ich mordujący. W tej sytuacji nowelizację ustawy o IPN można rozumieć jedynie jako naiwną próbę kupienia części głosów antysemickiej prawicy. Konsekwencje były dla PiS opłakane. Pod presją Stanów Zjednoczonych i w obliczu ogólnoświatowego rozgłosu, z jakim spotkała się niefortunna ustawa, wycofano się z niej pospiesznie, przez co dano amunicję antysemitom oskarżającym partię rządzącą o działanie pod „żydowskim dyktandem”.
Antysemityzm jest w Polsce poważnym problemem, ale należy wystrzegać się wyolbrzymiania jego skali. W dyskusji o antysemityzmie opublikowanej w ostatnim numerze „Studiów Socjologiczno-Politycznych” (2/2019) profesor Ireneusz Krzemiński podzielił się wynikami prowadzonych przez jego zespół od lat badań nad tym zjawiskiem. Z badań tych wynika, że zdeklarowanych antysemitów (20 proc.) jest niemal tylu ilu jest zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu (21 proc.), co oznacza wyraźną zmianę w porównaniu z pierwszymi badaniami tego zespołu (z 1992 roku), gdy zdeklarowanych przeciwników antysemityzmu było dwukrotnie mniej niż zdeklarowanych antysemitów. Chociaż więc wciąż istnieje problem antysemityzmu, to jednak dokonuje się w Polsce korzystna zmiana. Flirtowanie z antysemityzmem przestało się opłacać, gdyż zraża także ludzi, którzy w innych kwestiach popierają program prawicy narodowej.
Zarazem jednak badania socjologów przypominają, że istnieje w naszym kraju (podobnie zresztą, jak w innych państwach europejskich i w USA) dość liczna antysemicka mniejszość. Na jej głosy liczą ci, którzy uważają PiS za partii niedostatecznie prawicową i niekonsekwentną w swym nacjonalizmie. Stawia to Jarosława Kaczyńskiego w rozkroku, co także w polityce nie jest komfortową pozycją.
Nie jest to jednak jedyny kłopot tego polityka. Dwa inne zarzuty czynione mu ze skrajnie prawej strony powodują podobne konsekwencje.
Jednym z nich jest zarzut, że nie jest szczery i konsekwentny w stosunku do Unii Europejskiej. Janusz Korwin-Mikke nie miał żadnych zahamowani, by z trybuny Parlamentu Europejskiego uporczywie głosić potrzebę zniszczenia Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawicki licytują się w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, choć zarazem zaklinają się, ze chcą jej zmiany a na listę kandydatów do Parlamentu Europejskiego wpisują była premier Beatę Szydło, której najbardziej znanym „osiągnięciem” było wyrzucenie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Jest to próba gry na dwóch fortepianach: kokietowania eurosceptyków, ale kultywowania poparcia wyborców ceniących sobie (jak ogromna większość obywateli naszego państwa) polską obecność w Unii.
Drugim jest zakaz aborcji. W społeczeństwie polskim szybko rośnie poparcie dla liberalizacji ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku, przeciw której my, posłowie SLD, głosowaliśmy i który bardzo konsekwentnie zwalczaliśmy. Jeszcze niedawno największym poparciem cieszył się pogląd, że należy zachować ustawę z 1993 roku, ale i wtedy zwolennicy jej liberalizacji byli parokrotnie liczniejsi niż zwolennicy jej zaostrzenia. Ostatnio proporcje się zmieniły: kolejne sondaże sugerują, że większość Polek i Polaków jest za rozsądną liberalizacją ustawy, zwłaszcza za dopuszczalnością przerwania ciąży z powodów społecznych. Zarazem jednak okrzepł ruch antyaborcyjny, domagający się takiej zmiany ustawy, która wykluczyłaby dopuszczalność aborcji ze względów na ciężkie uszkodzenie. Stanowisko to ma poparcie hierarchii kościelnej, co stawia PiS w dodatkowo trudnej sytuacji, gdyż partia ta liczy na poparcie kleru w wyborach. Liderka ruchu antyaborcyjnego Kaja Godek na liście kandydatów Konfederacji to przypomnienie Prawu i Sprawiedliwości, że w tej sprawie rozczarowuje skrajnie prawicowych wyborców.
Co z tego wynika dla Koalicji Europejskiej i dla znajdujących się poza nią ugrupowań lewicy? Kunktatorstwu i lawirowaniu Prawa I Sprawiedliwości należy przeciwstawić czytelny przekaz. Dzisiejsza opozycja demokratyczna, niezależnie od istniejących różnic, jest i będzie konsekwentnym, wolnym od lawiranctwa, rzecznikiem Polski otwartej, tolerancyjnej, proeuropejskiej. Nie liczymy na głosy antysemitów, religijnych fanatyków czy nacjonalistycznych wrogów integracji europejskiej. Nie ścigamy się z Jarosławem Kaczyńskim o głosy faszyzującej prawicy. Problem zagrożenia z prawej strony, zagrożenia, jakie stanowi brunatniejąca prawica, jest jego – a nie naszym – kłopotem.
Zarazem jednak pamiętać należy, że lekceważenie zagrożenia faszystowskiego było w przeszłości – i jest nadal – niebezpiecznym błędem. Demokratyczna opozycja, a w jej ramach silna lewica, to najpewniejsza gwarancja, że nie dojdzie to odrodzenia upiorów przeszłości.

Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Bigos tygodniowy

Pierwszy Podejrzany Rzeczypospolitej Jarosław Kaczyński już dwukrotnie nie odebrał awizo pisma wzywającego go do zapłaty 50 tysięcy złotych na rzecz Geralda Birgfellnera. Poza tym Jarosław Kaczyński wygłosił w Gdańsku przemówienie o wolności. Przypomina to drwiny rosyjskich inteligentów z cara, gdy w 1864 roku wydał ukaz o uwłaszczeniu chłopów. „Car kazał być wolnym, więc trzeba być wolnym” – podkpiwali sobie rosyjscy inteligenci.
*****
Niektóre zapisy określanej potocznie jako „Acta 2” dyrektywy unijnej dotyczącej m.in. praw autorskich w sieci mogą w pewnych fragmentach budzić wątpliwości jednak agresywny atak PiS na „cenzurę w internecie” ma tak naprawdę tylko jeden powód: chodzi o nieskrępowaną swobodę działalności skrajnie prawicowych i propisowskich trolli, którzy za pieniądze, na skalę przemysłową szerzą nienawiść i nabijają – przynajmniej do tej pory – wyborców PiS-owi.
*****
„Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko d…” – za taki wierszyk pomieszczony na tabliczce postawionej na trasie przejazdu Adriana do obozu harcerskiego pewien młody człowiek ma w Szczecinie proces o publiczne znieważenie … Głowy Państwa. Czy to Głowa czy nie Głowa, to jest do rozważenia. Jan Onufry Zagłoba rzekł kiedyś: „Jakaś głowa kiepska, musi być z Witebska”. Jednak czy ta „d…” rzeczywiście odnosi się do Głowy? Przecież tam nie padło ani nazwisko, ani nie wiadomo, czy o „tego” prezydenta akurat chodzi. I czy ta „d…” do Głowy się odnosi, czy może jest samoistna? Bo Głowa to rzeczywiście nie „d…”. Adwokat oskarżonego i biegli z zakresu językoznawstwa mają w tej sprawie szerokie pole do popisu.
*****
Pożal się Boże minister (łech, łech) kultury oburza się na prowokacyjny (kontakty seksualne LGBT) temat dyskusji zaplanowanej na 2 kwietnia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Powód: to rocznica śmierci JP2. Idąc konsekwentnie tropem tego oburzenia, każdego 2 kwietnia należałoby zakazać wszelkich wesołych i erotycznych filmów oraz przedstawień teatralnych, pozamałżeńskich i jednopłciowych stosunków seksualnych. Panie ministrze, proszę dalej kombinować… Faktem jest natomiast, że słowo „solidarność” nabiera coraz szerszych kontekstów….
*****
Zarząd Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie domagał się (bezskutecznie) zwrotu rzeźby „Przyjaciele” Aliny Szapocznikow. Socrealistyczna rzeźba z 1954 roku znalazła się w rękach prywatnych po tym, gdy w 1992 roku, niejaki Waldemar Sawicki, ówczesny dyrektor PKiN, bezmyślny wandal i skrajny ignorant, jak wynika z jego czynu, nakazał to dzieło sztuki wybitnej artystki wyrzucić na złom, a wcześniej „okaleczyć” odrywając ręce figurom. W ramach rozliczenia za usługę wyniesienia rzeźby z budynku, Sawicki przekazał rzeźbę w darze właścicielowi firmy, która wyniesienia dokonała. Zarząd PKiN chciał nasłać organy ścigania oraz konserwatora zabytków na „Desę-Unicum”, która wystawiła „Przyjaciół” na aukcję, ale sąd mu to uniemożliwił. A może Zarząd zechciałby mieć pretensje do rzeczonego wandala, który kazał wyrzucić rzeźbę na złom? Może to wandal Waldemar Sawicki, jako główny winowajca, powinien odkupić rzeźbę i zwrócić ją PKiN?
*****
Bracia Karnowscy to naprawdę dzieciuchy nieopierzone. Po tym, jak nie udało im się nabyć Radia Zet, co próbowali uczynić zasobami ich spółki „Fratria”, Michał wytłumaczył publiczności zebranej w „Klubie Ronina” dlaczego wcale go to niepowodzenie nie zmartwiło. Otóż stwierdził, że i tak nie potrafiłby prowadzić radia muzycznego, bo mu słoń nadepnął na ucho i nie ma za grosz słuchu muzycznego. Zupełnie jak ten bohater jednej z komedii Barei, który opowiadał, że nie udało mu się w drodze do pracy wsiąść do autobusu, „ale i tak miał dobrze, bo był zapchany i się nie zatrzymał”.
*****
Na wniosek pseudozwiązkowców Stoczni Gdańskiej spod znaku Karola Guzikiewicza wojewoda zarezerwował, na ich całodniowy wyłączny użytek na dzień 4 czerwca, plac „Solidarności” w Gdańsku, kwalifikując ich imprezę jako „cykliczną”. To może lepiej od razu odgrodzić ten plac do stałego użytku popleczników PiS i nazwać go placem Guzikiewicza?
*****
A w Gdańsku jeszcze inne ciekawe wydarzenie. Pewien ksiądz dokonał spalenia „złych”, „bezbożnych” książek oraz rozmaitych złych czarodziejskich amuletów. Czynienie analogii do palenia książek przez hitlerowców jest tu zbyt banalne. Trafniejsza wydaje się być analogia do palenia książek kacerzy przez kata przed spaleniem kacerzy. Jednak ten sam gest uczyniony – powiedzmy – trzysta lat temu był tragedią, powtórzony dziś, jest katolicką farsą. Ten ksiądz, nie wiedząc o tym, przyspiesza, w swojej mikroskopowej skali, nadejście epoki wolności od religii w Polsce. Tym bardziej, że badania wskazują, iż większość obywateli polskich chce świeckiego państwa.
*****
Z kolei na Jasną Górę w świętym mieście Częstochowie przybyli, pod okienko Najświętszej Panienki, nie ułani, lecz tzw. „narodowcy”. Przemówił do nich ksiądz Henryk Grządko i powiedział, że „warto być w środowisku narodowym, by bardziej kochać’. Tak posileni Błękitnym Chlebem Miłości „narodowcy” wyszli z kościoła z transparentami: „Znajdzie się kij na lewaka ryj” czy „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”.
*****
Gerald Birgfellner pożalił się w obszernym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że Jarosław Kaczyński go oszukał. Phi! Kaczor oszukuje i manipuluje milionami ludzi w Polsce, więc oszukanie skromnego cudzoziemca i powinowatego to dla niego pikuś. A swoją drogą, nie wyszło Birgfellnerowi to „powinowactwo z wyboru”.
*****
Na Ukrainie do drugiej tury wyborów wszedł komik Wołodymyr Zełenski. W Polsce już od kilku lat rządzi ktoś, kogo pewne podobieństwo psychofizyczne łączy z niezapomnianym Louisem de Funes.

Łódź ratunkowa

Poznaliśmy brakujący element egzotycznej układanki politycznej, która szykuje się do startu w wyborach do Europarlamentu. Do hersztów z Marszu Niepodległości, Janusza Korwin-Mikkego, upadłego rapera Piotra „Liroya” Marca i katolickiego fundamentalisty Grzegorza Brauna dołączyła Kaja Godek.

To będzie prawdziwy gabinet osobliwości. Kaja Godek wystąpiła w poniedziałek na konferencji prasowej „eurosceptycznej” koalicji. zapowiedziała, że w Brukseli i Strasburgu będzie walczyć m.in. o „ratowanie dzieci poczętych”.
Koalicję powołali do życia w grudniu Janusz Korwin-Mikke z nacjonalistami z Ruchu Narodowego oraz browarnikiem Markiem Jakubiakiem. W ciągu kolejnych tygodni do sojuszu dołączyły również dwa inne byty politykopodobne – Liroy oraz Grzegorz Braun.
O tym, że do dopięcia projektu brakuje jeszcze osoby cenionej w środowisku Radia Maryja mówił pod koniec grudnia na antenie Komentarza Portalu Strajk dr Przemysław Witkowski, badacz prawicowej ekstremy w Polsce. „Kluczowym elementem w tej całej układance nie jest bowiem Janusz Korwin-Mikke z jego opowieściami o osobach z niepełnosprawnością, kobietach czy Adolfie Hitlerze, nie są nim również ludzie o średniej intelektualnej jakości jak Krzysztof Bosak czy Robert Winnicki, którzy nie są w stanie samodzielnie wytworzyć agendy, która by przekonała do nich Polaków, nie jest nim również Grzegorz Braun, który dysponuje niezwykle kuszącym głosem, ale wypowiada nim fantazje, fake newsy i absolutne absurdy, ale kluczowymi elementami są tutaj Marek Jurek i Tadeusz Rydzyk”.
Prognoza Witkowskiego okazała się trafna, z tym zastrzeżeniem, że reprezentantką Radia Maryja będzie Kaja Godek. – A jednak dokonała się zmiana pokoleniowa wśród zygotarian. Nawet Marek Jurek, mimo namów panów: Brauna i Bosaka nie był tak szalony by wsiąść do tej szalonej łodzi ratunkowej szurów i foliarzy i „prawdziwych Polaków” , jaką coraz bardziej staje się koalicja grupująca się wokół blisko osiemdziesięcioletniego Janusza Korwin-Mikke – powiedział Witkowski dla Portalu Strajk.
Czy szalupa jest już pełna? Czas pokaże. Witkowski ma jeszcze kilka propozycji dla „eurosceptyków”. To Justyna Socha z proepidemicznej organizacji Stop NOP oraz Gabriel Janowski.

Międlar kontra Marks

Faszyzujący eks-ksiądz został zatrzymany po raz kolejny. Na spotkanie z ekstremistą w Dąbrowie Górniczej przyszła jedynie garstka jego zwolenników. Pokaźna była za to kontrdemonstracja. Międlar w porywie bezradności próbował tanich prowokacji wymierzonych w mieszkańców bastionu lewicy – spalił zdjęcia Karola Marksa i Włodzimierza Lenina. Efekt? Błyskawiczna reakcja ratusza – rozwiązanie zgromadzenia.
Marcin Bazylak, prezydent Dąbrowy Górniczej, stanął na wysokości zadania. Kiedy pod pomnikiem Bohaterów Czerwonych Sztandarów Jacek Międlar podpalił wizerunki rewolucjonistów, włodarz z SLD natychmiast zadecydował o rozwiązaniu zgromadzenia. O swojej decyzji poinformował na Facebooku.
„Szanowni Państwo, dziś o godzinie 15:00 na Placu Wolności rozpoczęło się zgromadzenie zorganizowane przez skrajnie prawicowe środowiska. Jednak mimo, że zgromadzenie to zostało oficjalnie zgłoszone, podjąłem decyzje o jego rozwiązaniu. Podjąłem ją, ponieważ w trakcie zgromadzenia doszło do złamania prawa. Jego uczestnicy wznosili ksenofobiczne i rasistowskie hasła oraz nawoływali do nienawiści. W naszym mieście nie ma miejsca na tolerowanie tego typu zachowań, dlatego też konsekwentnie będę dążył do ich eliminowania i egzekwowania prawa w tym zakresie” – napisał Bazylak.
Przyjazd Międlara do „czerwonej Dąbrowy” od początku był naznaczony niechęcią ze strony mieszkańców. Pierwotnie spotkanie z akolitami miało się odbyć w restauracji Villa Moda, jednak lokalna społeczność zasugerowała właścicielowi, że jeśli stopa faszysty przekroczy próg jego lokalu, przybytek zostanie puszczony z dymem przez „nieznanych sprawców”. Anonim o takiej wymowie okazał się wystarczający. Mimo wsparcia ze strony miejscowego klubu „Gazety Polskiej”, Międlar ostatecznie nie znalazł innego wnętrza, a więc zmuszony był przemawiać pod chmurką, a konkretnie pod tzw. „Hendriksem”, czyli monumentem Bohaterów Czerwonych Sztandarów. Tam też czekała na niego wielokrotnie liczniejsza demonstracja przeciwników. Mieli ze sobą transparenty o treści „Tu są granice przyzwoitości” i „Stop nienawiści”. Były też flagi Unii Europejskiej, oraz Izraela. W tym wypadku można jednak przypuszczać, ze chodziło o sprzeciw wobec antysemickich wypowiedzi Jacka Międlara oraz jego współpracownika, również obecnego w Dąbrowie Górniczej, podpalacza kukły Żyda – Piotra Rybaka.
Międlar jawnie obrażał też mieszkańców Dąbrowy. – To miejsce to podobno pępek świata dla tutejszych lewaków. Wmawiają nam, że to posąg zagranicznego gitarzysty, ja tu nie widzę żadnego muzyka, tylko obrzydliwy bolszewizm – krzyczał Międlar, a jego zwolennicy próbowali wyrwać transparenty uczestnikom kontrdemonstracji.
Jaka była reakcja mieszkańców? Pod wpisem prezydenta Bazylaka znajdujemy niemal same pochlebne komentarze.

Jutro należy do nich

„To czas na jednoczenie się. To jest ten moment właśnie” – powiedział (słusznie) pewien znany polityk (podpowiem: to obecnie najbogatszy poseł RP. Skromny milioner, który powtarza, że „pieniądze nie są ważne”).

 

I niewątpliwie byłyby to słowa niezwykle krzepiące, gdyby wypowiedział je sygnatariusz lewicowego porozumienia o współpracy, pragnący zrobić użytek z tych swoich milionów i zapewnić inicjatywie innej niż prawicowa albo ultraprawicowa reprezentację w kolejnym parlamencie. Ale niestety, polityk, który wypowiedział te słowa, dodał również za chwilę: „Budowano gębę taką brzydką narodowcom. Myślę, że przez te lata, które pracuję już w parlamencie pokazałem twarz narodowca trochę inną i powiem szczerze, że coraz większe zainteresowanie jest tym projektem. Bardzo mnie to cieszy, kocham to środowisko”.
Jaką twarz pokazał ów poseł podczas swojej dotychczasowej kadencji? Między innymi twarz seksisty (Justyna Samolińska miałaby tu zapewne więcej do powiedzenia o propozycji wspólnego udania się z owym politykiem do toalety), homofoba (życzliwy wpis adresowany do Dariusza Michalczewskiego na Facebooku: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać!”),antysemity („17 września 1939 r. napadł na nas odwieczny wróg wschodni – sowiecka Rosja, a Żydzi witali ich kwiatami. Pytam, gdzie byli Żydzi kiedy 500 tys. Polaków w ciągu roku wymordowano na ich oczach? 2 miliony Polaków wsadzono do wagonów śmierci i wywieziono na Syberię. Czy jest choć jeden Polak uratowany przez Żydów? A to oni stanowili władzę na tamtych terenach”), antyuchodźczego ksenofoba (w wywiadzie dla „SE” stwierdził, że Arabowie nie nadają się do warzenia piwa, bo to dla nich zbyt skomplikowana praca. Imigranci lepiej sprawdzą się w agroturystyce, rolnictwie, np. przy zbieraniu ziemniaków. „Trudniejsze zadania są jednak poza ich zasięgiem, bowiem zbyt często, bo aż pięć razy dziennie, się modlą”).
To polityk, który autentycznie kocha tych swoich narodowców. Skąd to wiem? Bo miłość jest ślepa, a więc oślepł i on: chociaż cały świat widział faszystowskie hasła na ubiegłorocznym Marszu Niepodległości, jego jakoś to ominęło („Tysiące ludzi tego nie widziało, w tym i ja. Ja widziałem kombatantów i ludzi na wózkach”). W ludziach od wafelkowych swastyk również nie widział problemu. „To absolutnie psychiatryczne przypadki”, jakaś reszta, margines robiący złą prasę szlachetnym chłopcom z falangami.
Pod nosem powstaje nam więc partia narodowców: Federacja dla Rzeczypospolitej. W jej skład chcą wejść między innymi Krzysztof Bosak, Robert Winnicki i Adam Andruszkiewicz. A my nadal czyścimy własne szeregi, fantazjując o tym, dla kogo znajdzie się cela.

Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Przepaść

Sobota spędzona w Lublinie na Marszu Równości była nad wyraz pouczającym dniem. Udało się na żywo zobaczyć argumenty, które obalają tezę, że Polacy potrafią się porozumieć i dogadać. Nie potrafią. Rzadko się zdarza widzieć tak absolutnie przeciwstawne w nastrojach grupy ludzi. Marsz Równości, kolorowy i roztańczony, w żadnym momencie nie przejawiał choćby cienia agresji wobec otaczających ich narodowców. Z drugiej zaś strony agresja była istotą i wszelkim uzasadnieniem kontrdemonstracji prawicowych ekstremistów. Ciekawe było obserwować, jak nakręcali się narodowcy tym bardziej, im łagodniej odpowiadano im na wulgarne wyzwiska lub nie odpowiadano wcale. W trakcie całego pochodu zobaczyłem tylko trzy punkty, w których przejawiały się inne niż agresywne emocje: staruszkę na ul. Lubartowskiej, która dosłownie płakała, przejmując się faktem, że policjanci robią złą rzecz ochraniając nie-ludzi, za jakich miała uczestników Marszu, przez co ściągają na siebie grzech, uczestników różańca modlących się do Matki Boskiej z pewnością w intencji nawrócenia tęczowych zboczeńców i stosunkowo młodego człowieka na pl. Litewskim, który z polską flagą w ręku, podniesionym, ale w miarę jeszcze spokojnym głosem tłumaczył policjantom obezwładniającym agresywnego troglodytę, żeby tego nie robili, bo oni, narodowcy, chronią przed zboczeniami naród polski i polskie dzieci, w tym również dzieci policjantów. Nie, przepraszam, był również przedstawiciel organizatorów (przepraszam, nie zapisałem nazwiska), który kulturalnie, ładną polszczyzną, powołując się na demokrację wyjaśniał dziennikarzom, że ci, co za nim stoją rycząc „Wypierdalać!”, to jedynie ludzie korzystający do prawa do demonstrowania swoich poglądów, podobnie jak strona przeciwna. No to razem cztery. W ogóle ciekawe, że część tej agresji w przestrzeni publicznej skierowana była nie tylko przeciwko Marszowi Równości, ale przeciwko policjantom go ochraniającym. Nakręcali się faktem, że nie mogą bez przeszkód podejść i zmasakrować ludzi, którzy są inni. A zwrócę uwagę, że na tym Marszu Równości naprawdę nie było radykalnego prezentowania swoich preferencji seksualnych, jak w miastach Zachodniej Europy. Po prostu szli, wołając o tolerancję. Co gorsze, ten nacjonalistyczny szał był powszechny. To nie tylko młodzi, napakowani testosteronem młodzi mężczyźni. Nie, obok nich stały zacne, dobrze ubrane panie, starannie intonujące okrzyk: „pe-da-ły!”, miłe staruszki wygrażające trzęsącymi się dłońmi tęczowym sztandarom, urodziwe dziewczyny, z których ust równie łatwo spływał uśmiech, jak też i obietnica „zajebię cię, ty zboku pierdolony!” oraz 10-12 letnie dzieciaki imitujący ruchy frykcyjne i bluzgający tak, że się flaki wywracały. Przekrój społeczny pełen. To wszystko razem wziąwszy do kupki oświadczam: nie ma i nie będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, zrozumienia dla inności, tolerancji czy jakie tam jeszcze ładne słowa chcecie międlić przy takich okazjach. Nie. Tęczowi mogą się uśmiechać, przesyłać całusy, próbować dyskutować powołując się na najnowsze badania światowych autorytetów. Nic to nie da. Zawsze dla środowisk narodowych będą podludźmi, których zabicie, deklarowane choćby werbalnie, będzie cnotą określającą minimum przyzwoitego człowieka. Można się przed nimi bronić samodzielnie, przy pomocy policji czy po prostu unikać. Może kiedyś, jeżeli teraz zaczniemy w szkołach pomału wprowadzać właśnie pojęcie tolerancji. Nie przekonywania, że miłość homoseksualna jest w porządku i rysowania w powiększeniu sposobów wzajemnego dostarczania sobie rozkoszy, lecz zwykłej podstawowej tolerancji dla inności. Wszelkiej. Dopiero na tej bazie można będzie iść dalej. To robota na pokolenie.

Orzeł z tryzubem

To nieprawda, że rządzące obecnie Polską elity PiS nie akceptują ukraińskich nacjonalistów. Zwłaszcza tych pielęgnujących bojowe tradycje Ukraińskiej Powstańczej Armii i patriotyzm Stefana Bandery.
To tylko takie wrażenie wywołane znaną wypowiedzią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego skierowaną do prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Przestrogą, że Ukraina pod sztandarem Stefana Bandery nigdy do Europy, czyli Unii Europejskiej nie wejdzie. Bo w takim przypadku mocarstwowa Polska skutecznie zablokuje akcesję Ukrainy do Unii.

 

I do NATO też.

Ale słowa pana prezesa okazują się być tylko pustymi słowami. Ot starszy pan coś tam sobie powiedział, czymś tam publicznie zagroził. Bo w życiu realnym IV Rzeczpospolita nie tylko współczesnych banderowców nie blokuje, ale nawet już zaprasza ich na europejskie salony.
European Security Academy, czyli Europejska Akademia Bezpieczeństwa to prestiżowa wrocławska uczelnia szkoląca specjalistyczne kadry. Dla wojskowych jednostek specjalnych i dla przeróżnych elitarnych agencji ochrony. Aby tam się kształcić trzeba mieć szczególne kwalifikacje i referencje. To nie jest uczelnia dla osób, które w tej chwili nie mają pomysłu na życie i chcą gdzieś się przechować.
Dwa tygodnie temu uczelnia stała się sławną z innego powodu. Dziennikarz Ołeksiej Kuzmienko ustalił, że w ciągu ostatnich trzech lat Europejska Akademia Bezpieczeństwa przynajmniej kilkakrotnie szkoliła aktywistów ukraińskich organizacji neonazistowskich.
Wśród nich byli ochotnicy pułku „Azow” znanego z walk z separatystami na wschodzie Ukrainy.
Różni eksperci różnie oceniali walory bojowe „Azowa”. Za to często „Azowowcy” byli oskarżani o neonazistowskie sympatie. O wyznawanie rasistowskiej ideologii „białej siły”.
Europejskie, antyfaszystowskie stowarzyszenia nieraz odnajdywały w Internecie zdjęcia, na których „Azowcy” prezentują swoje tatuaże ze swastykami. Wykonują gesty znane jako „hajlowanie”. Maszerują z czarnymi flagami z celtyckimi krzyżami, czyli symbolami neofaszyzmu.
Wśród kursantów Europejskiej Akademii dziennikarze odnaleźli Iwana Pilipczuka, działacza skrajnie prawicowej organizacji „Tradycja i Porządek”. Wsławionej na Ukrainie atakami na Romów, środowiska LGBT i pro europejskich działaczy na rzecz praw człowieka. Odnotowali też udział w szkoleniach reprezentacji faszyzującego Korpusu Narodowego i bojówkarzy „Narodowej Milicji”.
Wszyscy oni znani są z żarliwego kultu Stefana Bandery i konsekwentnego negowania ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej. Pomimo tych, nieskrywanych przez nich sympatii, ci aktywni mężczyźni mogli w skupieniu zdobywać europejską wiedzę. Potwierdzaną potem przez odpowiednie, szanowane w całej Europie, certyfikaty.
Dwa tygodnie minęły od ujawnienia informacji o tych skandalicznych wydarzeniach.

 

I nic.

Prezes European Security Academy, dr Andrzej Bryl poproszony przez dziennikarzy o skomentowanie tych bulwersujących informacji, zasłonił się tajemnicą handlową.
„Proszę przyjąć, że informacje podawane przez portale internetowe mogą być nieprecyzyjne” powiedział też dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”.
I na tym reakcja polskich, wolnych, europejskich mediów skończyła się. Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.
Nie tak dawno pan minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński obiecywał powołanie specjalnego zespołu ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu i innych ustrojów totalitarnych.
Czy taki zespół powstał czy znowu skończyło się na PiS-owskich obiecankach dla przysłowiowego „ciemnego ludu”?
Wygląda na to, że zespół pracy nie podjął. Bo wygląda na to, że elitom PiS nie przeszkadzają nie tylko polscy „Niziole”, ale też nie wadzą im bardzo aktywni i nie ukrywający się po lasach ukraińscy neofaszyści. Przeciwnie, za swą antylewicową retorykę mogą liczyć w IV Rzeczpospolitej na premie w postaci studiów na europejskich akademiach.
„Biała siła” ukraińska może liczyć na wsparcie i bratnią pomoc „patriotów” z białym orłem na piersiach.

Kim jest prokurator Magdalena Kołodziej?

To ona umorzyła śledztwo w sprawie pobicia kobiet przez narodowców.

 

Pewnie tylko przypadkiem, ale również ona odpowiada za umorzenie sprawy głosowania w Sali Kolumnowej oraz odmowę śledztwa dotyczącego niewpuszczenia dziennikarzy do Sejmu.

Lista jej osiągnięć w politycznym nadzorze nad stosowaniem prawa w PiS-owskim państwie jest imponująca.

Panie Z. Ziobro, dlaczego ta wybitna prokuratorka jeszcze nie awansowała do centrali, nawet bezpośrednio na Nowogrodzką?

Tak się stara i taki brak Pańskiej wdzięczności?

Chyba, że jeszcze ma do wykonania kilka wybitnych zadań prawnych.

Umorzenia, to jeden kierunek działania, ale prokuratorka może też stawiać zarzuty. Po całkowitym przejęciu kontroli nad sądownictwem będzie trzeba postawić zarzuty sędziom, że uświadamiają młodzież w szkołach na temat roli konstytucji w ich życiu. Można też oskarżać ulicznych opozycjonistów, że spowodowali siniaki na rękach agresorów PiS-owskiej władzy…
Jeśli PiS będzie rządził naszym krajem, to kariera tej Pani jeszcze się może znacząco rozwinąć.

 

 

Umorzono śledztwo dotyczące znieważenia kobiet blokujących marsz niepodległości 11 listopada 2017. Postępowanie dotyczyło naruszenia nietykalności cielesnej, spowodowania uszczerbku na zdrowiu, znieważenia oraz zniesławienia przez uczestników marszu 12 uczestniczek kontrmanifestacji – działaczek Strajku Kobiet i Obywateli RP. Było prowadzone na wniosek poszkodowanych.

Prokuratorzy jednak nie dopatrzyli się tam naruszenia prawa.

Krzysztof Stępiński, adwokat reprezentujący działaczki, powiedział mediom, że złoży zażalenie od tej decyzji i że uważa jej uzasadnienie za „obrzydliwe”. Prokurator Magdalena Kołodziej uznała bowiem, że narodowcy, plując, kopiąc kobiety siedzące na ulicy na moście czy celowo nadeptując jednej z nich na dłoń „w ten sposób wyrażali niezadowolenie”, zaś szkodliwość społeczna czynów jest niewielka.

Weronika Książek