Jutro należy do nich

„To czas na jednoczenie się. To jest ten moment właśnie” – powiedział (słusznie) pewien znany polityk (podpowiem: to obecnie najbogatszy poseł RP. Skromny milioner, który powtarza, że „pieniądze nie są ważne”).

 

I niewątpliwie byłyby to słowa niezwykle krzepiące, gdyby wypowiedział je sygnatariusz lewicowego porozumienia o współpracy, pragnący zrobić użytek z tych swoich milionów i zapewnić inicjatywie innej niż prawicowa albo ultraprawicowa reprezentację w kolejnym parlamencie. Ale niestety, polityk, który wypowiedział te słowa, dodał również za chwilę: „Budowano gębę taką brzydką narodowcom. Myślę, że przez te lata, które pracuję już w parlamencie pokazałem twarz narodowca trochę inną i powiem szczerze, że coraz większe zainteresowanie jest tym projektem. Bardzo mnie to cieszy, kocham to środowisko”.
Jaką twarz pokazał ów poseł podczas swojej dotychczasowej kadencji? Między innymi twarz seksisty (Justyna Samolińska miałaby tu zapewne więcej do powiedzenia o propozycji wspólnego udania się z owym politykiem do toalety), homofoba (życzliwy wpis adresowany do Dariusza Michalczewskiego na Facebooku: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać!”),antysemity („17 września 1939 r. napadł na nas odwieczny wróg wschodni – sowiecka Rosja, a Żydzi witali ich kwiatami. Pytam, gdzie byli Żydzi kiedy 500 tys. Polaków w ciągu roku wymordowano na ich oczach? 2 miliony Polaków wsadzono do wagonów śmierci i wywieziono na Syberię. Czy jest choć jeden Polak uratowany przez Żydów? A to oni stanowili władzę na tamtych terenach”), antyuchodźczego ksenofoba (w wywiadzie dla „SE” stwierdził, że Arabowie nie nadają się do warzenia piwa, bo to dla nich zbyt skomplikowana praca. Imigranci lepiej sprawdzą się w agroturystyce, rolnictwie, np. przy zbieraniu ziemniaków. „Trudniejsze zadania są jednak poza ich zasięgiem, bowiem zbyt często, bo aż pięć razy dziennie, się modlą”).
To polityk, który autentycznie kocha tych swoich narodowców. Skąd to wiem? Bo miłość jest ślepa, a więc oślepł i on: chociaż cały świat widział faszystowskie hasła na ubiegłorocznym Marszu Niepodległości, jego jakoś to ominęło („Tysiące ludzi tego nie widziało, w tym i ja. Ja widziałem kombatantów i ludzi na wózkach”). W ludziach od wafelkowych swastyk również nie widział problemu. „To absolutnie psychiatryczne przypadki”, jakaś reszta, margines robiący złą prasę szlachetnym chłopcom z falangami.
Pod nosem powstaje nam więc partia narodowców: Federacja dla Rzeczypospolitej. W jej skład chcą wejść między innymi Krzysztof Bosak, Robert Winnicki i Adam Andruszkiewicz. A my nadal czyścimy własne szeregi, fantazjując o tym, dla kogo znajdzie się cela.

Marsz Podłości – sześć smutnych scen

Polsce stuknęła setka. Mel Gibson za kilka milionów dolarów nazwał nas „wielkim narodem z piękną historią”. Na obchodach jubileuszowego Święta Niepodległości pod biało-czerwoną flagą, według zapowiedzi władz, miał się odnaleźć każdy. Czy tak właśnie było?

 

Scena pierwsza

Biało-czerwone bandery jeszcze na kijach. Metro zatłoczone, ale też w ciszy pogrążone. Młodzi mężczyźni w szalikach Legii rzucają chłodne spojrzenia tym w barwach Stomilu Olsztyn. Wygląda na to, ze po stu latach niepodległości Polacy nieszczególnie się cieszą swoim towarzystwem, nawet jeśli okoliczność to szczególna, bo urodziny ukochanej ojczyzny. Na Dworcu Gdańskim do wagonu próbują się władować kolejne tuziny pasażerów. Zdeterminowani, jakby pociąg był to ostatni niepodległy. Szybko zostają jednak sprowadzeni na ziemię.
– Kurwa, nie ma miejsca, wypierdalać – burczy chłopak z „CWKS 1916” na czapce.
– Wieśniaki, słoiki. Czekajcie na następny – rzuca jego kolega.
W wagonie pojawia się dziewczyna. Barwy narodowe od kurtki po kolczyki.
– Przepraszam, ja tak się cisnę, bo nie ma miejsca.
– He he, okej. Ale gdyby to jakiś facet się tak ocierał, to nie wiem co bym zrobił.
Rozumiecie? To była dziewczyna, ale równie dobrze mógłby to być pedał. Śmiechy, uśmiechy. A jednak coś może Polaków rozweselić.

 

Scena druga

Rondo Dmowskiego. Okolice Novotelu. Tłum ściśnięty pomiędzy barierkami. Część ulic została wyłączona. Powiewają flagi ONR i mieczyki Chrobrego. Miało ich nie być. Miał być Marsz Biało-Czerwony. No cóż, wyszło jak zwykle. Przeważa kibolstwo. są organizacje nacjonalistyczne, kościół radiomaryjny i gazetopolski. Nie brakuje również wyoutowanych faszystów z Forza Nuova. Pogrobowcy Mussolniego trzaskają sobie selfiaki z polskimi żandarmami. Za wolność naszą i waszą. Wszystko na legalu.
Zirytowana utrudnieniami gawiedź próbuje się rozgościć. Co poniektórzy wdrapują się na donice z drzewami. To mądry wybór, wszak smog daje ostro w płucka. Inni szturmują kioski. Nikt nie przejmuje się zerwanym parapetem czy uszkodzonym daszkiem. Na złamanej gałązce można zawiesić czapkę i zapozować do zdjęcia. Polacy są u siebie i gospodarują sobie swobodnie. Gotowi na patriotyczne pieśni? No to zaczynamy!
– A na drzewach zamiast liści będę wisieć komuniści – intonuje pogromca miejskiej zieleni. Obok niego zadowoleni koledzy. Wyglądają jak stado sympatycznych małpek.
– Jebać, jebać, jebać TVN – odpowiadają im ci z połaci kiosku.
Zniecierpliwienie i irytacja. Nie działają telefony. Ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić. Dlaczego nie ruszamy? Polacy dociekają prawdy.
– Wyłączyli, bo chcą żebyśmy do domów poszli – mówi facet z badżem „Gazety Polskiej”
– Kto? – towarzysząca mu kobieta patrzy podejrzliwie,
– Policja.
Czas mija, a marsz wciąż stoi i dyszy. Cześć zgromadzonych próbuje się przemieścić. Ciężka sprawa. Tłum gęstnieje. Niektórzy jednak znajdują sposób.
– Ratownicy, proszę zrobić miejsce!
Ale zamiast służb medycznych przez tłum przebijają się uśmiechnięci chłopcy. Fortel na miarę wyklętych się powiódł. Han pasado. Mniej szczęścia ma ojciec z małą dziewczynką. Nikt już nikogo nie przepuszcza, zaufanie do rodaka poszło się jebać, więc pęcherz córci zostaje opróżniony na chodniku.
Publiczna mikcja wzbudza pewne poruszenie, jednak winnych już nie rozliczymy. Uwaga skupia się na głosie dobiegającym z megafonów. Rozpoczęło się przemówienie Andrzeja Dudy. Głowa państwa zapewnia, że „Polska już nigdy nie będzie czerwona”. Słowa prezydenta mieszają się z odgłosem odpalanych rac. Wszystkie czerwone niczym krew przelana. Zabroniona przez polskie prawo pirotechnika, ta sama, której użycie na Czarnym Proteście skończyło się zatrzymaniem kilku kobiet, na państwowej celebracji niepodległości witana jest westchnieniami. Policjanci i karabinierzy strzelają foty. Nikt już nie pamięta o ojcu, który pociesza swą Basię zapłakaną. Nikt nie zapyta czy nie trzeba linomagiem małej poratować. Czas odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego.

 

Scena trzecia

Ruszyliśmy. Wreszcie uwolnieni z barierkowego kojca Polacy biegają w tę i we w tę. Jedni poszukują zaginionych bliskich, inni piwa w kerfurze. Jest marszruta, nie może zabraknąć śpiewu.
– Bez żydostwa, bez pedała. Polska czysta, Polska biała – facet w czapce „Cześć Waszej Pamięci Żołnierze Wyklęci” próbuje porwać Aleje Jerozolimskie. Jemu się nie udaje. Są lepsi wodzireje. Prym wiedzie Młodzież Wszechpolska wyposażona w miniplatformę. Tradycyjnie uderzają narzędziami rzemieślniczymi w „czerwoną hołotę”, potem zarażają antifę znanym wirusem, by wreszcie zaproponować uczestnikom mocne brzmienie.
– Pedofile, lesby, geje, cała Polska z Was się śmieje.
Wszechpolacki wodzirej wykręca się w spazmach rozkoszy. Kiedy kieruję na niego wzrok i telefon, próbuje się jakby opanować, jednak emocje biorą górę. Z werwą Michaela Buffera oznajmia światu, że „Polacy nie chcą islamu”, po czym dokonuje spektakularnej masakracji lewackiej politpoprawności.
– Morawiecki chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj.
Rozglądam się po ludziach, bo to chyba nie tak miało być w scenariuszu. Gdzieś tam na przodzie maszerują Duda z Morawieckim, a tutaj hity ze listy przebojów Ku Klux Klanu. Nikt jednak nie reaguje. Wszystko cacy. A może właśnie taki był plan? Zaczynam sobie wyobrażać „negocjacje” Bąkiewicza z Morawieckim i zastanawiać się nad tym, co ich tak naprawdę dzieli na poziomie wartości i politycznego celu. Z rozważań wyrywa mnie wybuch petardy. Nie wymyśliłem wiele.

 

Scena czwarta

Na wysokości Muzeum Narodowego wpadło na siebie dwóch facetów. Powiecie: zdarza sie, wystarczy przeprosić i po problemie. Na Marszu Niepodległości takie sprawy rozwiązuje się jednak inaczej. Panowie uznali, że wypada dać sobie po mordach. Próbowała ich rozdzielić służba porządkowa. Z średnim skutkiem.

 

Scena piąta

Kebab Faraon na Rondzie Waszyngtona. Kultowe miejsce. Również dla tych od mieczyków Chrobrego.. Pamiętam jak kilka lat temu ustawiały się tu kilometrowe kolejki przeciwników „islamskiej dziczy”. Miałem przeczucie, że właśnie tam uczestnicy Marszu Niepodległości będą chcieli zademonstrować w działaniu swoje wartości. Zbliżając się do budki filmowałem pochód, co zwróciło uwagę jednego z demonstrantów.
– Gdzie masz flagę?
– To muszę mieć flagę?
– Z jakiegoś powodu nie masz.
– Myślę, że można mieć flagę Polski i szkodzić Polsce.
– Ja wiem jakiego kraju flaga Ci najbliższa. Ale tutaj z nią się nie pokażesz.
Poczułem się trochę zdekonspisorwany, więc zakończyłem rozmowę.
Wizyta w Faraonie potwierdziła moja przypuszczenia.
– Te, Ahmed, kurwa kiedy będzie mój? Rusz pizdę – obrońcy europejskiej cywilizacji głośno wyrażali troskę o standard usługi gastronomicznej.
Nie obyło się też bez manifestacji tradycyjnej polskiej kultury podrywu. Takiej, po której można poznać, że to mężczyzna, a nie ciota jakaś.
– Czy chce Pan widelec? – zapytała ekspedientka.
– Nie, dzięki mała, wsadź go sobie w cipę.
I zawyło ze śmiechu całe stadko biało-czerwone.

 

Scena szósta

Błonia Stadionu Narodowego. Telebimy, kolejki po kiełbasę. Wielka scena, a na niej mali ludzie wykrzykujący stare hałsa w nowym wydaniu. Jakby ktoś na deskach teatru wystawiał uwspółcześnioną sztukę o księdzu Tiso i Vidkunie Quislingu. Tomasz Kalinowski wrzeszczy o bogu, ojczyźnie i honorze. Kalinowski to rzecznik prasowy ONR. Ostatnio próbował zostać radnym u boku lokalnego kacyka w Piasecznie. Mandatu nie uzyskał. W 2016 roku dumnie prezentował na swoim fejsie zdjęcie Leona Degrelle’a – SSmana, o którym Adolf Hitler mówił: „chciałbym mieć takiego syna”. Obserwując szmirę rodem z monachijskiej piwiarni, zacząłem się zastanawiać nad autoimaginacją, która napędza takiego człowieka. W jakiej roli się widzi? Leona? A może wnuka Adolfa?
Potem na scenie pojawił się Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Miałem okazję poznać go osobiście, w dość niecodziennych okolicznościach. Główny negocjator nacjonalistów w rokowaniach ze stroną rządową, w kwietniu 2017 roku próbował podłożyć mi nogę, kiedy filmowałem rocznicowy przemarsz ONR. W niedzielę trzykrotnie ryknął „Czołem wielkiej Polsce”, wymuszając echo odpowiedź tłumu. Chwilę później na tle kołyszących się flag Forza Nuova rozbrzmiała Bogurodzica.
Pomyślałem wtedy o tych dziesiątkach tysięcy ludzi, których nazywamy „normalnymi obywatelami” czy „rodzinami z dziećmi”. To nie może być tak, że oni nie dostrzegają oczywistości tego zła. Bo jest to oczywistość tak jaskrawa w swojej formie odtworzenia historycznego, że ocierająca się o kabaret (albo Kabaret). Z jakichś powodów jednak akceptują symboliczną kuratelę nacjonalistów. Może „zwykły polski patriota” różni się od faszysty bardziej stylem życia, niż wyznawanymi wartościami?

Przepaść

Sobota spędzona w Lublinie na Marszu Równości była nad wyraz pouczającym dniem. Udało się na żywo zobaczyć argumenty, które obalają tezę, że Polacy potrafią się porozumieć i dogadać. Nie potrafią. Rzadko się zdarza widzieć tak absolutnie przeciwstawne w nastrojach grupy ludzi. Marsz Równości, kolorowy i roztańczony, w żadnym momencie nie przejawiał choćby cienia agresji wobec otaczających ich narodowców. Z drugiej zaś strony agresja była istotą i wszelkim uzasadnieniem kontrdemonstracji prawicowych ekstremistów. Ciekawe było obserwować, jak nakręcali się narodowcy tym bardziej, im łagodniej odpowiadano im na wulgarne wyzwiska lub nie odpowiadano wcale. W trakcie całego pochodu zobaczyłem tylko trzy punkty, w których przejawiały się inne niż agresywne emocje: staruszkę na ul. Lubartowskiej, która dosłownie płakała, przejmując się faktem, że policjanci robią złą rzecz ochraniając nie-ludzi, za jakich miała uczestników Marszu, przez co ściągają na siebie grzech, uczestników różańca modlących się do Matki Boskiej z pewnością w intencji nawrócenia tęczowych zboczeńców i stosunkowo młodego człowieka na pl. Litewskim, który z polską flagą w ręku, podniesionym, ale w miarę jeszcze spokojnym głosem tłumaczył policjantom obezwładniającym agresywnego troglodytę, żeby tego nie robili, bo oni, narodowcy, chronią przed zboczeniami naród polski i polskie dzieci, w tym również dzieci policjantów. Nie, przepraszam, był również przedstawiciel organizatorów (przepraszam, nie zapisałem nazwiska), który kulturalnie, ładną polszczyzną, powołując się na demokrację wyjaśniał dziennikarzom, że ci, co za nim stoją rycząc „Wypierdalać!”, to jedynie ludzie korzystający do prawa do demonstrowania swoich poglądów, podobnie jak strona przeciwna. No to razem cztery. W ogóle ciekawe, że część tej agresji w przestrzeni publicznej skierowana była nie tylko przeciwko Marszowi Równości, ale przeciwko policjantom go ochraniającym. Nakręcali się faktem, że nie mogą bez przeszkód podejść i zmasakrować ludzi, którzy są inni. A zwrócę uwagę, że na tym Marszu Równości naprawdę nie było radykalnego prezentowania swoich preferencji seksualnych, jak w miastach Zachodniej Europy. Po prostu szli, wołając o tolerancję. Co gorsze, ten nacjonalistyczny szał był powszechny. To nie tylko młodzi, napakowani testosteronem młodzi mężczyźni. Nie, obok nich stały zacne, dobrze ubrane panie, starannie intonujące okrzyk: „pe-da-ły!”, miłe staruszki wygrażające trzęsącymi się dłońmi tęczowym sztandarom, urodziwe dziewczyny, z których ust równie łatwo spływał uśmiech, jak też i obietnica „zajebię cię, ty zboku pierdolony!” oraz 10-12 letnie dzieciaki imitujący ruchy frykcyjne i bluzgający tak, że się flaki wywracały. Przekrój społeczny pełen. To wszystko razem wziąwszy do kupki oświadczam: nie ma i nie będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, zrozumienia dla inności, tolerancji czy jakie tam jeszcze ładne słowa chcecie międlić przy takich okazjach. Nie. Tęczowi mogą się uśmiechać, przesyłać całusy, próbować dyskutować powołując się na najnowsze badania światowych autorytetów. Nic to nie da. Zawsze dla środowisk narodowych będą podludźmi, których zabicie, deklarowane choćby werbalnie, będzie cnotą określającą minimum przyzwoitego człowieka. Można się przed nimi bronić samodzielnie, przy pomocy policji czy po prostu unikać. Może kiedyś, jeżeli teraz zaczniemy w szkołach pomału wprowadzać właśnie pojęcie tolerancji. Nie przekonywania, że miłość homoseksualna jest w porządku i rysowania w powiększeniu sposobów wzajemnego dostarczania sobie rozkoszy, lecz zwykłej podstawowej tolerancji dla inności. Wszelkiej. Dopiero na tej bazie można będzie iść dalej. To robota na pokolenie.

Orzeł z tryzubem

To nieprawda, że rządzące obecnie Polską elity PiS nie akceptują ukraińskich nacjonalistów. Zwłaszcza tych pielęgnujących bojowe tradycje Ukraińskiej Powstańczej Armii i patriotyzm Stefana Bandery.
To tylko takie wrażenie wywołane znaną wypowiedzią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego skierowaną do prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki.
Przestrogą, że Ukraina pod sztandarem Stefana Bandery nigdy do Europy, czyli Unii Europejskiej nie wejdzie. Bo w takim przypadku mocarstwowa Polska skutecznie zablokuje akcesję Ukrainy do Unii.

 

I do NATO też.

Ale słowa pana prezesa okazują się być tylko pustymi słowami. Ot starszy pan coś tam sobie powiedział, czymś tam publicznie zagroził. Bo w życiu realnym IV Rzeczpospolita nie tylko współczesnych banderowców nie blokuje, ale nawet już zaprasza ich na europejskie salony.
European Security Academy, czyli Europejska Akademia Bezpieczeństwa to prestiżowa wrocławska uczelnia szkoląca specjalistyczne kadry. Dla wojskowych jednostek specjalnych i dla przeróżnych elitarnych agencji ochrony. Aby tam się kształcić trzeba mieć szczególne kwalifikacje i referencje. To nie jest uczelnia dla osób, które w tej chwili nie mają pomysłu na życie i chcą gdzieś się przechować.
Dwa tygodnie temu uczelnia stała się sławną z innego powodu. Dziennikarz Ołeksiej Kuzmienko ustalił, że w ciągu ostatnich trzech lat Europejska Akademia Bezpieczeństwa przynajmniej kilkakrotnie szkoliła aktywistów ukraińskich organizacji neonazistowskich.
Wśród nich byli ochotnicy pułku „Azow” znanego z walk z separatystami na wschodzie Ukrainy.
Różni eksperci różnie oceniali walory bojowe „Azowa”. Za to często „Azowowcy” byli oskarżani o neonazistowskie sympatie. O wyznawanie rasistowskiej ideologii „białej siły”.
Europejskie, antyfaszystowskie stowarzyszenia nieraz odnajdywały w Internecie zdjęcia, na których „Azowcy” prezentują swoje tatuaże ze swastykami. Wykonują gesty znane jako „hajlowanie”. Maszerują z czarnymi flagami z celtyckimi krzyżami, czyli symbolami neofaszyzmu.
Wśród kursantów Europejskiej Akademii dziennikarze odnaleźli Iwana Pilipczuka, działacza skrajnie prawicowej organizacji „Tradycja i Porządek”. Wsławionej na Ukrainie atakami na Romów, środowiska LGBT i pro europejskich działaczy na rzecz praw człowieka. Odnotowali też udział w szkoleniach reprezentacji faszyzującego Korpusu Narodowego i bojówkarzy „Narodowej Milicji”.
Wszyscy oni znani są z żarliwego kultu Stefana Bandery i konsekwentnego negowania ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu w czasie drugiej wojny światowej. Pomimo tych, nieskrywanych przez nich sympatii, ci aktywni mężczyźni mogli w skupieniu zdobywać europejską wiedzę. Potwierdzaną potem przez odpowiednie, szanowane w całej Europie, certyfikaty.
Dwa tygodnie minęły od ujawnienia informacji o tych skandalicznych wydarzeniach.

 

I nic.

Prezes European Security Academy, dr Andrzej Bryl poproszony przez dziennikarzy o skomentowanie tych bulwersujących informacji, zasłonił się tajemnicą handlową.
„Proszę przyjąć, że informacje podawane przez portale internetowe mogą być nieprecyzyjne” powiedział też dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”.
I na tym reakcja polskich, wolnych, europejskich mediów skończyła się. Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.
Nie tak dawno pan minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński obiecywał powołanie specjalnego zespołu ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu i innych ustrojów totalitarnych.
Czy taki zespół powstał czy znowu skończyło się na PiS-owskich obiecankach dla przysłowiowego „ciemnego ludu”?
Wygląda na to, że zespół pracy nie podjął. Bo wygląda na to, że elitom PiS nie przeszkadzają nie tylko polscy „Niziole”, ale też nie wadzą im bardzo aktywni i nie ukrywający się po lasach ukraińscy neofaszyści. Przeciwnie, za swą antylewicową retorykę mogą liczyć w IV Rzeczpospolitej na premie w postaci studiów na europejskich akademiach.
„Biała siła” ukraińska może liczyć na wsparcie i bratnią pomoc „patriotów” z białym orłem na piersiach.

Kim jest prokurator Magdalena Kołodziej?

To ona umorzyła śledztwo w sprawie pobicia kobiet przez narodowców.

 

Pewnie tylko przypadkiem, ale również ona odpowiada za umorzenie sprawy głosowania w Sali Kolumnowej oraz odmowę śledztwa dotyczącego niewpuszczenia dziennikarzy do Sejmu.

Lista jej osiągnięć w politycznym nadzorze nad stosowaniem prawa w PiS-owskim państwie jest imponująca.

Panie Z. Ziobro, dlaczego ta wybitna prokuratorka jeszcze nie awansowała do centrali, nawet bezpośrednio na Nowogrodzką?

Tak się stara i taki brak Pańskiej wdzięczności?

Chyba, że jeszcze ma do wykonania kilka wybitnych zadań prawnych.

Umorzenia, to jeden kierunek działania, ale prokuratorka może też stawiać zarzuty. Po całkowitym przejęciu kontroli nad sądownictwem będzie trzeba postawić zarzuty sędziom, że uświadamiają młodzież w szkołach na temat roli konstytucji w ich życiu. Można też oskarżać ulicznych opozycjonistów, że spowodowali siniaki na rękach agresorów PiS-owskiej władzy…
Jeśli PiS będzie rządził naszym krajem, to kariera tej Pani jeszcze się może znacząco rozwinąć.

 

 

Umorzono śledztwo dotyczące znieważenia kobiet blokujących marsz niepodległości 11 listopada 2017. Postępowanie dotyczyło naruszenia nietykalności cielesnej, spowodowania uszczerbku na zdrowiu, znieważenia oraz zniesławienia przez uczestników marszu 12 uczestniczek kontrmanifestacji – działaczek Strajku Kobiet i Obywateli RP. Było prowadzone na wniosek poszkodowanych.

Prokuratorzy jednak nie dopatrzyli się tam naruszenia prawa.

Krzysztof Stępiński, adwokat reprezentujący działaczki, powiedział mediom, że złoży zażalenie od tej decyzji i że uważa jej uzasadnienie za „obrzydliwe”. Prokurator Magdalena Kołodziej uznała bowiem, że narodowcy, plując, kopiąc kobiety siedzące na ulicy na moście czy celowo nadeptując jednej z nich na dłoń „w ten sposób wyrażali niezadowolenie”, zaś szkodliwość społeczna czynów jest niewielka.

Weronika Książek

Kibolskie skrzydło władzy

Europejska Unia Piłkarska wszczęła postępowanie przeciwko Polsce po meczu polskiej reprezentacji z Włochami w Lidze Narodów. Zarzuty dotyczą rasistowskiego zachowania kibiców oraz odpalania rac na stadionie w Bolonii. To kolejny tego typu incydent z całej serii – ksenofobiczne śpiewy, okrzyki, agresja, rasizm są stałymi elementami kibolskiego przekazu. Niestety, mało kto zwraca już na nie uwagę, a kolejne rasistowskie ekscesy przestają być przedmiotem zainteresowania nawet liberalnych mediów.

 

Gdy kilka lat temu Jarosław Kaczyński chwalił kiboli za patriotyzm i organizowanie patriotycznych imprez, część komentatorów mówiła, że PiS przyzwala na stadionowy rasizm i przemoc. Dzisiaj rasizmu i przemocy ze strony środowisk kibicowskich jest o wiele więcej, a mimo to temat ksenofobii i agresji środowiska kibolskiego znikł. Minister Ziobro, który wciąż powtarza frazesy o wysokich karach dla przestępców, stadionowymi chuliganami w ogóle się nie zajmuje, a wręcz im sprzyja. Na dodatek część lewicy uważa, że za agresję kiboli odpowiadają… liberałowie. To oni rzekomo swoją elitarną polityką mieli zepchnąć środowiska kibicowskie na margines, doprowadzić ich do pauperyzacji i gniewu. Jarosław Kaczyński, Paweł Kukiz czy Marian Kowalski mieli jedynie ten gniew wykorzystać.

Powyższa teoria ma jedną zasadniczą wadę – trudno uzasadnić jej związek z rzeczywistością. Nie ma żadnych danych, które dowodziłyby, że kibole to biedni, wykluczeni ludzie, czy nawet zdeklasowana klasa średnia, której sytuacja za rządów PO-PSL uległa znaczącemu pogorszeniu. Wydaje się raczej, że wśród kibiców przeważają ludzie o dość wysokich dochodach, co tym bardziej dotyczy kibiców, którzy przyjeżdżają na mecze reprezentacji rozgrywane za granicą.

Wieloletnie zabieganie o środowisko kibolskie przez skrajną prawicę zakończyło się pełnym sukcesem. Z badania Sport Analitycs z maja bieżącego roku wynika, że aż 89 proc. kibiców oddałoby swój głos na stronnictwa prawicowe i skrajnie prawicowe, czyli Kukiz’15, PiS, Ruch Narodowy, a także Wolność Janusza Korwin-Mikkego. Ksenofobiczna prawica przeniknęła do kręgów kibolskich i je zdominowała. Środowiska prawicowe konsekwentnie od lat dążą do tego, aby z kiboli uczynić swoje bojówki, które w razie potrzeby pomogą rozprawić się z lewicą i liberałami. Trudno się dziwić, że kibole wielokrotnie grozili uczestnikom demonstracji opozycyjnych wobec rządu i skandowali jawnie ksenofobiczne hasła.

W tym kontekście niełatwo zrozumieć pobłażanie części lewicy wobec kręgów kibolskich, marginalizowanie ich agresji, sugerowanie, że to prawdziwy lud, o który lewica powinna szczególnie zabiegać. Oczywiście, oburzenie moralne i politycznie potępienie kiboli niewiele da, ale nie ma sensu karmić się złudzeniami i bronić tezy, zgodnie z którą kibice to ukryty elektorat lewicy, tylko trzeba go dowartościować.

W rzeczywistości to elektorat w znacznej części zindoktrynowany i dość stabilnie podporządkowany prawicy. Część z nich należy do faszystowskich bojówek, uczestniczy w marszach ONR-u, działa w ruchu narodowym. Trudno wśród nich znaleźć ludzi, którzy stracili pracę, zostali zmarginalizowani społecznie i upokorzeni przez złowrogą, liberalną elitę. Ludzie wykluczeni społecznie i bezrobotni bardzo rzadko chodzą na stadiony – na mecze czołowych klubów piłkarskich przychodzą głównie osoby z dużych miast, nieźle sytuowani. Kibole to w dużej części bojówkarskie skrzydło władzy i zamiast do nich aspirować, lewica powinna się im przeciwstawiać. A gdy zyska siłę, wtedy i tak część z nich ją poprze.

Tęczowy sabat pod Jasną Górą

Mieszkańcy Częstochowy czekali na ten dzień z niepokojem. Dwadzieścia zgłoszonych demonstracji. Wrzawa w mediach ogólnopolskich. Atmosfera zagrożenia, nakręcana przez komunikaty na lokalnych grupach fejsbukowych.

 

W niedzielę do miasta zjechali ludzie z tęczowymi flagami, aby po raz pierwszy w historii miasta zamanifestować poparcie dla równości społecznej i rozszerzenia praw obywatelskich. W prawicowych mediach – obłęd. „Prowokacja’, „Profanacja”, „Wredne szatańskie judzenie”. W tym samym czasie pod Jasną Górą odbywała się pielgrzymka słuchaczy Radia Maryja. Kilka zgromadzeń zgłosili również kibole Rakowa, ONR oraz inni faszyści tytułujący się „obrońcami rodziny”.
Noc przed marszem minęła spokojnie. W jednym z ogródków na Alejach Najświętszej Marii Panny stolik w stolik siedzieli sympatycy Janusza Walusia, chłopcy z totenkopfem na koszulkach i nieheternormatywne dziewczyny z kolorowymi włosami. Żadnej agresji, nikt nie zwraca na siebie uwagi, wszyscy słuchają muzyki granej na żywo. – Przyjechałam z Zabrza do koleżanki, nawet nie wiedziałam, że jest jakaś parada – dziwi się dziewczyna, która siedzi obok mnie na leżaku.
Marsz rozpoczyna się o 11:00 na Placu Daszyńskiego. Godzinę przed startem na miejscu jest nie więcej niż 50 osób. Wśród nich Halina Kantor w towarzystwie trzech koleżanek. Każda ma jakiś tęczowy element. Halina jest jedną z edukatorek programu „Szkoła bez Homofobii” w województwie śląskim. Na razie bez większych sukcesów, ale nie traci wiary. Dlatego przybyła na marsz.
– Projekt był realizowany we współpracy z Kampanią Przeciw Homofobii. Niestety, nie udało mi się znaleźć choćby jednej placówki, w której można byłoby zorganizować szkolenie dla nauczycieli – wspomina.
Co chciałaby zmienić?
– Jest dużo ludzi, którzy stereotypowo traktują ludzi nieheteroseksualnych i przez to osoby LGBT, mają problem by odnaleźć się w społeczeństwie – wskazuje. – Marsz Równości w mieście kultu maryjnego to rzecz szczególna. Wśród kościelnych hierarchów jest przecież sporo homofobów. Prawicowe media mówią, że to prowokacja? Nasz marsz nie jest żadną prowokacją, chyba, że prowokacją nazwiemy też przemarsze katolików w Boże Ciało.
Z dworca na Plac Daszyńskiego idzie się nie więcej niż 10 minut. Znudzeni policjanci szukają schronienia pod jednym z niewielu drzew. Wkrótce jednak na na miejsce przybywają kolejne grupy. Wysiadają z kolejnych pociągów – Poznań, Katowice, Warszawa. Plac się zapełnia. Są też inne miejscowości w regionie częstochowskim: Zawiercie, Blachownia, Myszków.
Marcin mieszka w Zawierciu. Na demonstrację przyjechał z partnerem.
– Walczymy o prawo do normalnego życia w kraju, który jest nienormalny. Dlaczego nienormalny? Tutaj prześladuje się wszystkich, którzy są inni. Doznałem dyskryminacji na wszystkich etapach życia. Ujawniłem się już w latach osiemdziesiątych jako młody chłopak. To wszystko się ciągnie za mną do teraz. Dziś jestem człowiekiem schorowanym i znerwicowanym – mówi ze smutkiem w głosie, ale gdy spogląda na swojego ukochanego, na jego twarzy pojawia się uśmiech.
– Chciałbym żeby każdy się czuł w tym kraju swobodnie, mógł żyć w sformalizowanych związkach – dopowiada Sebastian, partner Marcina. – Widzę jak to wygląda w Czechach, tam osoby LGBT czuję się o wiele lepiej. Chciałbym żeby w Polsce było choćby tak jak tam – dodaje.
Spoglądam na nich chwilę później z dystansu. Cały czas trzymają się za ręce. Zakochani. I cholernie dumni.
Marsz rusza. Idziemy Pierwszą Aleją Najświętszej Maryi Panny. Przed nami, w oddali, szpica jasnogórskiego klasztoru. Z tyłu – komin ciepłowniczy – druga charakterystyczna szpica tego miasta. „Matka Boska zawsze z nami” – głosi transparent. Towarzystwo mamy dobre. SLD, Partia Razem, poznańska grupa Stonewall, anarchiści, grupy queer. „Uśmiechamy się” – animuje nastroje ktoś z platformy. Na przodzie Kasia Paprota i Michał Pytlik – razemici. Trzymają baner „Tęczochowa”. Kilka krótkich rozmów z towarzyszami… Wszyscy zadowoleni i wyraźnie podekscytowani. Jasna Góra coraz bliżej. „Wolność, równość, tolerancja” – krzyczymy. Wymieniam spojrzenie i uśmiech z Dominikiem Puchałą, jednym z organizatorów. Dominik i Małgorzata Mróz wykonują ciężką robotę. Konsultują coś z platformą, rozmawiają z mundurowymi, przewidują i reagują.
– Partia Razem wydaje już polecenia policji? – zagaduję. – Nieźle jak na zero procent w sondażu.
Pierwszy Marsz Równości w Częstochowie rodził się w bólach. Dominik zgłosił zgromadzenie osiem dni przed terminem. Nikt się do niego nie odezwał z ratusza. Żadnego potwierdzenia. Zaniepokojony zadzwonił do magistratu. Jakiś błąd w systemie, zgłoszenie przepadło. Poszło uzupełnienie. Niby wszystko cacy – informacja o zarejestrowaniu pojawiła się w Biuletynie Informacji Publicznej. I wtedy zaczęły się kłopoty. Okazało się bowiem, że swoje pikiety zgłosili również nacjonaliści. „Dogadajcie się” – nalegał ratusz. Puchała i reszta organizatorów byli zażenowani. W końcu prezydentem jest Krzysztof Matyjaszczyk z SLD. To jednak nie pomogło. Konieczna była upokarzające rozprawa w Urzędzie Miasta. „Kto wygra, ten bierze Jasną Górę” – pisał na Facebooku Puchała. Spotkanie, które miało być pojednawcze, było zwyczajnie obrzydliwe
– Na rozprawę przyszedł między innymi chłopak w koszulce „wielka Polska” i jego kolega, z tatuażem Polski Walczącej na szyi. Bardzo im było do śmiechu i regularnie zaczepiali redaktorkę lokalnej Wyborczej– wspomina działaczka Monika Radecka z Razem.
W końcu trasa została podzielona na kilka osobnych zgromadzeń. Finisz – pod Cepelią, jakieś 150 metrów od Jasnej Góry. Wystarczająco blisko, by doprowadzić do wściekłości kościółkową prawicę i neofaszystów.
Grupa młodych uczestniczek marszu nie ma wątpliwości, że to Kinga powinna powiedzieć mi kilka słów. No to rozmawiamy.
– Nie chcę, żeby pomiędzy ludźmi istniały podziały. Chcę, żeby każdy mógł się cieszyć tym kim jest i żyć w zgodzie z innymi. Moim zdaniem hasła dzisiejszego marszu pokazują, że jesteśmy w stanie żyć w zgodzie z każdym, również z kościołem – uważa Kinga.
Dominika i Michał chodzą do gimnazjum we wsi pod Częstochową. Trzymają wielką tęczową flagę. – Każdy człowiek zasługuje na szacunek, bez względu na to, kogo kocha i kim jest. A w Polsce ludzie nie potrafią tego zrozumieć. – wskazuje Dominika. – I chciałbym się czuć swobodnie w mojej szkole. Na razie to niemożliwe – dopowiada Michał.
Dochodzimy do Placu Biegańskiego. To centralny punkt miasta. Siedziba prezydenta, strefa kibica, knajpa z piwem, KFC. Tutaj zaczynają się kłopoty. Marsz staje.
– Naziole blokują.
Apele z mównicy:
– Nie odłączajmy się od demonstracji.
– Dużo ich jest?
– Leżą na chodniku.
– Pierdoleni.
Dominik Puchała udziela wywiadu przed kamerą.
– Dojdziemy do samego końca, tak jak zaplanowaliśmy.
Współorganizatorka z Platformy Obywatelskiej chce iść na ugodę. Młodzi działacze lewicy reagują jednak tak, jak trzeba. Żadnych ustępstw. To legalna demonstracja. Tymczasem nacjonaliści udają rannych, aby skupić uwagę funkcjonariuszy. To już jest całkiem śmieszne.
Policja zgarnia ich jednak z trotuaru. Idziemy dalej. Tęczowe flagi osiągają już perspektywę Jasnej Góry. Wszyscy robią zdjęcia. To historyczna chwila. Rozbici nacjonaliści stoją na poboczach.
– Jesteście zboczeni – krzyczy jeden z nich.
Nikt nie reaguje.
– Jesteście zboczeni – krzyczy głośniej.
Przystaję i patrzę mu w oczy.
Mija dłuższa chwila.
– Jesteście zboczeni, nie rozumiesz?
Idę dalej. Policja prosi o rozwiązanie marszu 100 metrów od celu. Puchała powtarza „idziemy do końca”. Śpiewamy: „nacjonalizm won z klasztoru”. To już finisz, jeszcze tylko przemówienia końcowe.
Prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk nie pojawił się na I Marszu Równości. Nie objął też wydarzenia patronatem. Niektórych to rozczarowało – inni spodziewali się właśnie tego.
– Mamy nadzieję, że w przyszłym roku, jeśli wyborcy dadzą mu mandat na kolejną kadencje, zobaczymy tu pana Matyjaszczyka – mówi Monika Radecka.
– Chciałbym podziękować wszystkim osobom, które pomogły nam zorganizować marsz. Niestety, nie mam za co podziękować prezydentowi Matyjaszczykowi – dodaje Dominik Puchała, również z Razem.
W tęczowym tłumie znajduje kilka osób z flagami SLD. Jedną z nich jest miejscowa działaczka Sojuszu. – Przyszliśmy tutaj, bo obecna władza forsuje pojęcie sortowania ludzi. My uważamy, że każdy powinien czuć się swobodnie w tym kraju, bez względu na płeć, orientacje czy narodowość – deklaruje.
. – Czy to znaczy, że SLD popiera związki partnerskie i małżeństwa osób LGBT?
Działaczka wzdycha. – Sojusz nigdy się od takich praw nie odżegnywał. Jesteśmy za związkami. Jako działaczki też. Dlaczego nie ma z nami prezydenta Matyjaszczyka? Dużo jest tutaj nacjonalistów, jest trochę niespokojnie, może to lepiej, że nie przyszedł.
– Ale nie objął też patronatem, a mógł przecież – nie ustępuję.
– No nie objął, może w przyszłym roku się ośmieli.
Po demonstracji rozmawiam z Puchałą. Dobrze widzieć lewaka, który jest w takim gazie. – Udało nam się przejść uzgodnioną trasą, a blokady neofaszystów nie przyniosły żadnego efektu. Młodzież Wszechpolska nie zablokowała ani nas, ani uczestników i uczestniczek innych równościowych wydarzeń, które pojawiły się w ostatnim czasie – w Koninie, Rzeszowie czy Opolu.
Żałujemy, że prezydent Krzysztof Matyjaszczyk nie udzielił nam żadnego wsparcia. Musieliśmy poradzić sobie bez tego. I to się udało. Byliśmy szczęśliwi, że w tzw. duchowej stolicy Polski wreszcie mówimy wprost o istnieniu osób nieuprzywilejowanych – mówi z pewnością w głosie współorganizator częstochowskiego Marszu Równości.
Sukces tego marszu miał też inne, równie ważne bohaterki i bohaterów. Małgorzata Mróz, Jolanta Urbańska, Bartek Sieniawski i Monika Radecka wykonali ogromną pracę organizacyjną. I wytrzymali psychologiczną batalię w konfrontacji z miastem i naziolami.
O 17:00 w Parku Staszica, pod Jasną Górą odbył się piknik. Była czeska telewizja, uczestnicy siedzieli na trawie, poznając się wzajemnie. – Jestem z siebie zadowolony, a rzadko jestem z siebie zadowolony – powiedział na koniec Bartek Sieniawski z organizacji „Częstochowa bez uprzedzeń”. Ostatni raz widziałem go w Katowicach we wrześniu ubiegłego roku, wtedy, gdy neofaszyści napadali na uczestników demonstracji upamiętniającej napaść hitlerowskich Niemiec na Polskę. Teraz jesteśmy w zupełnie innych nastrojach.
– Marsz równości w Częstochowie to przełom i czujemy to, jako organizatorzy. Od początku chcieliśmy zrobić coś wielkiego. Cieszymy się, że przybyło tak wiele cudownych i uśmiechniętych ludzi. Pomimo problemów udało się i nawet prawicowa blokada nas nie zatrzymała. Mamy nadzieję, że jeszcze więcej osób niż tym razem zobaczymy na marszu za rok – opowiada mi Sieniawski.
Częstochowa była trzynastym miastem, w którym odbył się Marsz Równości w 2018 roku. To rekord wszech czasów. Podczas gdy kraj jest męczony przez pełzającą dyktaturę katolickich fanatyków, pod Jasną Górę podchodzi las tęczowych flag. To jest ten moment, w którym najbardziej stłamszony lewak odzyskuje wiarę.

Wojna polsko-ukraińska pod banderą pojednania narodowego

Pojednanie polsko-ukraińskie ponad trudną historią to wielkie osiągnięcie wolnej Polski i wolnej Ukrainy. To efekt wysiłków obydwu społeczeństw i zasługa wszystkich ekip rządzących w naszych krajach, także kolejnych prezydentów Polaki i Ukrainy – napisali w Apelu prezydenci Ukrainy Leonid Krawczuk, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz polscy prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy z nich to byli prezydenci.
„Pojednanie i współpraca pomiędzy Polską i Ukrainą leży w żywotnym interesie obu narodów, ma istotne znaczenie dla przyszłości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jest strategicznie ważne dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO i UE stojących w obliczu wyzwania, jakim jest agresja na Ukrainę” – argumentowali i dodali:
„Dlatego też z ogromnym niepokojem patrzymy na pojawiające się w ostatnim czasie zjawiska zagrażające pojednaniu i współpracy. Troską napawa nas zwłaszcza narastanie sporów i negatywnych emocji wokół bolesnych doświadczeń w historii wzajemnych stosunków.
Uważamy, ze między innymi ta trudna przeszłość powinna zachęcać współczesnych Polaków i Ukraińców do dalszych wysiłków na rzecz pojednania i współpracy z myślą o lepszej przyszłości naszych narodów i państw. Mnie może my być zakładnikami historii. Musimy uczyć się poszanowani odmiennych wrażliwości historycznych i szukać w przeszłości przede wszystkim tego, co nas łączy. Musimy okazać szacunek mogiłom ofiar dawnych konfliktów polsko-ukraińskich. Niczego z historii nie da się wymazać czy unieważnić, to fakt, lecz nawet najbardziej bolesne doświadczenia można uczynić źródłem wspólnej refleksji z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków i Ukraińców”.
I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, piątka prezydentów zaapelowała „o obronę procesów pojednania między naszymi narodami”. Zaapelowali do ”władz państwowych, kościołów, samorządów, organizacji pozarządowych, mediów, środowisk akademickich, do wszystkich zwolenników pojednania, zbliżenia i przyjaźni miedzy naszymi narodami”. Apelowali o „prowadzenie cierpliwego dialogu, przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukacje oparta na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych i na wzajemnym szacunku”.
„Niech pamięć o niewinnych ofiarach dawnych konfliktów polsko-ukraińskich łączy nasze kraje i narody we wspólnej refleksji i wspólnym dążeniu ku przyszłości opartej na współpracy i przyjaźni” – zakończyli . Dla jednych optymistycznie, dla innych prowokacyjnie.
Apel prezydentów zdecydowanie poparł w prorządowym tygodniku „Sieci” profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski wpływowy doradca w ministerstwie spraw zagranicznych. Zaapelował o pojednanie z Ukrainą w imię walki ze wspólnym wrogiem, czyli Rosją.
„Każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców w Donbasie nigdy nie pojawi się w Polsce. Gdyby Polska została zaatakowana, dobrze mieć takiego sojusznika u swojego boku”.
Pytany o antypolską działalności Organizacji ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii wyjaśnił, że „Nie ma u nas świadomości, że tradycja OUN-UPA jest tradycją rodzinna w zaledwie 5 z 25 obwodów Ukrainy. Na wschód od dawnej granicy Ii RP jest to świeża publicystycznie powłoczka, rozgrywana dziś politycznie, ale bez głębszego zakorzenienia. Poza tym jest to przede wszystkim tradycja zaciętej partyzantki antysowieckiej. Dla Polaków będzie to zaskoczeniem, ale badania socjologiczne pokazują, że te grupy społeczne, które najmocniej popierają kult OUN-UPA,są zarazem środowiskami żywiącymi najwięcej sympatii do Polski”. I dodaje, że „ w tamtej wyobraźni społecznej UPA to symbol zaciętej walki antysowieckiej. Polska to z kolei symbol odwiecznego oporu przeciw imperializmowi rosyjskiemu. Te dwa elementy nie kłócą się ze sobą, nawet łącza. Nie istnieje natomiast na Ukrainie pamięć o rzezi wołyńskiej, a jeśli gdzieś jest, to nie jest publicznie demonstrowana. To odwrotność tego, z czym mamy do czynienia w Polsce. U nas UPA jest pamiętana wyłącznie w kontekście mordów na Wołyniu i Galicji, ewentualnie walk w Bieszczadach. Nie funkcjonuje natomiast w naszej świadomości jako zaciekła partyzantka antysowiecka”.
Zupełnie inne zdanie wyraził były premier III RP Leszek Miller: „Dwóch byłych polskich prezydentów i trzech ukraińskich wystosowało apel w obronie pojednania Polski i Ukrainy. Autorzy odezwy wnoszą m.in. o prowadzenie stałego, cierpliwego dialogu, o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukację opartą na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych. Bardzo to piękne tyle tylko, że jednym z sygnatariuszy apelu jest Wiktor Juszczenko, który uczynił kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza oficjalną doktryną państwową. Co więcej były prezydent określił Banderę mianem „świętego” i oświadczył, że nadał mu tytuł Bohatera Ukrainy absolutnie świadomie. Juszczenko, przemawiając niedawno w Warszawie, postawił znak równości między zbrodniczą UPA i Armią Krajową, a były szef ukraińskiego IPN poradził, aby polskie władze, negocjując bolesny problem ekshumacji ofiar ludobójstwa na Wołyniu, czyniły to za pośrednictwem republiki San Escobar.
Do kogo zatem byli prezydenci apelują o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym, skoro nacjonalizm ukraiński kwitnie u naszych sąsiadów w najlepsze? Kogo mają na myśli, jeśli obecny prezydent Ukrainy w odpowiedzi na nieśmiałe protesty dotyczące rehabilitacji ukraińskich nacjonalistów i faszystów oświadczył: „uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”. Problem z naszymi sąsiadami nie wynika tylko z nierozliczonego i nieosądzonego wojennego ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu, ale przede wszystkim z tego, co czynią dziś. A dziś z ich woli mordercy stają się bohaterami. Byli prezydenci piszą, że nie możemy być zakładnikami historii, ale nie o historię tu chodzi. Idzie o wzorce i wartości, na których wychowywani są młodzi Ukraińcy. O to, że dziedzictwo zbrodniczego nacjonalizmu Bandery, Doncowa i Szuchewycza, tradycje UPA i SS Galizien przy akceptacji ukraińskich przywódców weszło do szkolnych podręczników i staje się wzorcami dla młodego pokolenia. W apelu byłych prezydentów nie ma na ten temat ani słowa. Na szczęście widzą to inni. „Mój przyjaciel Poroszenko powiedział kilka dni temu, że Ukraina to UE i NATO. Na obecną chwilę nie mamy do czynienia ani z jednym, ani z drugim. Wszyscy muszą to wiedzieć” – oświadczył szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Teraz czekają nas setna rocznica walk polsko-ukraińskich o Lwów i 75 rocznica mordów na Wołyniu. Do pojednania ukraińsko – polskiego wtedy zapewne nie dojdzie. Do tego potrzebne jest też pojednanie polsko – polskie. A tego też nie widać.