Polany

Lider brytyjskiej Brexit Party, a wcześniej szef UKiP, brytyjskiej neotradycjonalistycznej i antyunijnej prawicy Nigel Farage został potraktowany napojem chłodzącym po jednym ze swoich wieców. Opinia publiczna, w tym lewicowa, jest bardzo podzielna, co do oceny incydentu.

Do osobliwej scenki rodzajowej doszło w angielskim mieście Newcastle, położonego nad rzeką Tyne, nieopodal jej ujścia do Morza Północnego. Tam właśnie Nigel Farage, charyzmatyczny przywódca populistycznej brytyjskiej prawicy wygłosił specjalne przemówienie na okoliczność zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ze względu na ustawiczne przekładanie terminu faktycznego wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, brytyjskie stronnictwa wezmą udział w najbliższych eurowyborach. Największe szanse ma właśnie świeżo założona przez Farage’a Brexit Party. Ugrupowanie to prowadzi we wszystkich sondażach.
Po wystąpieniu w stronę Farage’a poleciał mleczny napój chłodzący, jak się później okazało był to szejk o smaku bananowym z dodatkiem słonego karmelu. Wykonany rzut był bardzo celny. Prawicowy polityk wyglądał komicznie.
Do napaści przyznał się Paul Crowther, mieszkaniec Trockley. Został zatrzymany na miejscu przez policję i później aresztowany. Nie stawiał oporu. W rozmowie z dziennikarzami powiedział, że o wizycie Farage’a w Newcastle dowiedział się przypadkiem i uznał, że to jego „jedyna szansa”. Wyjaśnił także, że „jad i rasizm, które wypluwa ten człowiek są o wiele bardziej szkodliwe, niż kilka kropel mlecznego koktajlu na jego garniturze”.
O ile trudno mieć wątpliwość, co do tego ostatniego stwierdzenia, o tyle zdania dotyczące postępowania Crowthera są bardzo podzielone. W sieciach społecznościowych i na wielu forach spiera się również lewica. Do głosu coraz częściej dochodzą przytomne, do niedawna niemal nieobecne w liberalno-demokratycznym i lewicowym dyskursie na Zachodzie, opinie o konieczności zaniechania happeningowych, agresywnych form działania wobec coraz wyraźniej dominującej prawicowej narracji politycznej. Zdaniem wielu brytyjskich aktywistów rozmaitych organizacji o różnych odcieniach czerwieni pora skupić się na wypracowaniu przekonywających argumentów, a nie symbolicznym sprzeciwie.

Wielki powrót?

22 maja to najnowszy deadline dla Wielkiej Brytanii w sprawie przyjęcia umowy rozwodowej z UE. Jeśli nie dotrzyma i tego terminu, dzień później będzie zmuszona wybierać swoją reprezentację do europarlamentu.

Okazuje się, że po dramatycznej kompromitacji i spadku zaufania do Theresy May, na scenę polityczną z sukcesem powrócił Nigel Farage. Jego nowe dziecko, Brexit Party – w sondażach YouGov zdobyła 28 procent poparcia.
W stosunku do sondażu sprzed tygodnia to wzrost o 5 punktów procentowych. Wcześniej partia ta uzyskała 15 procent, choć nie zdążyła jeszcze dopełnić wszystkich wymaganych procedur do rejestracji. Brytyjczycy dziś nie zaufaliby już Theresie May. 13 procent – dokładnie tyle w ostatnim sondażu uzyskała Partia Konserwatywna: i to najgorszy wynik w historii jej istnienia. Partia Pracy może liczyć na 22 proc. poparcia, ale wyprzedza ja właśnie Partia Brexitu. Tydzień temu zajmowała ona na podium trzecie miejsce, a dziś chętnie wchodzi w rolę „zbawcy”.
Na powstaniu Partii Brexit straciło przede wszystkim dawne ugrupowanie Farage’a – UKIP. Ubyło im dokładnie połowy wyborców. Kiedy nowa inicjatywa Farage’a pojawiła się na scenie politycznej i poszła jak burza, redakcja „The Independent” wprost nazwała zwycięstwo Brexit Party w sondażu YouGov „szokującym”. Nikt nie przypuszczał, że Farage „przeskoczy” dwa największe ugrupowania. Wróżono mu sukces, pisany zmęczeniem konserwatystów, ale nie prześcignięcie wszystkich pozostałych.
24 kwietnia na spotkaniu w Westminster lider nowego ugrupowania ogłosił, że jeżeli Brexit Party wypadnie dobrze w wyborach 23 maja, to będzie w stanie zablokować ewentualne drugie referendum. Zdradził też, że ma poparcie kolegów partyjnych Theresy May (ponoć około 40 proc. konserwatystów jest w stanie poprzeć jego partię). Chce także odbić głosy Laburzystom.
W czym tkwi tajemnica wielkiego comebacku? Farage od dwóch tygodni epatuje Brytyjczyków retoryką zdrady:
– Premier May okazała się katastrofą. Przygotowała coś, co miało być brexitem, ale nim nie jest. Jaką cenę ma wolność? Stalibyśmy się niezależnym, suwerennym krajem, który nie byłby popychadłem Junckera, Tuska czy Barniera. My mielibyśmy władzę. A o to przecież chodzi w brexicie. Nie o to, że będziemy bogatsi, ale że będziemy sami u siebie rządzić – tymi słowami porwał tłumy zmęczone brakiem skuteczności premier May w negocjacjach z Brukselą.