Ratunku!

Tego typu nastroje zdają się dominować w szeregach dwóch największych partii politycznych i są ku temu powody- twierdzi szewc Fabisiak.

Wiadomo bowiem, że dwie czołowe siły polityczne tj. PiS i PO przeżywają ostre kryzysy wewnętrzne w związku z czym starają się podejmować kroki zaradcze, które w sytuacji paniki we własnych szeregach a zwłaszcza w gremiach kierowniczych są mało skuteczne również po względem propagandowym. Taka jest reguła działań podejmowanych na chybcika w sytuacji poczucia narastającego zagrożenia – zauważa szewc Fabisiak. Dla PiS problemem jest coraz bardziej niepewna lojalność ze strony partnerów z tzw. Zjednoczonej Prawicy a także przypadki odchodzenia niektórych posłów co jest o tyle groźne, gdyż może skutkować utratą sejmowej większości. Jak na to reaguje Jarosław Kaczyński? Ano po swojemu starając się pokazać swoją siłę wobec takich wrażych podmiotów, jak TVN czy Strajk Kobiet. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że działania zastraszające podjęto po tym jak szumnie zapowiedziana przezeń walka z nepotyzmem we własnych szeregach przestała kogokolwiek pasjonować. Większość ludzi w gruncie rzeczy mało obchodzi to, kto zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i z kim są skolgaceni. Istnieje taki perskie przysłowie: kabutar be kabutar booz be booz (gołąb z gołębiem, jastrząb z jastrzębiem), które ma swój polski odpowiednik w postaci porzekadła: ciągnie swój do swego. I dopóki ów kolejny swój nie będzie szkodzić zwykłemu obywatelowi, to tenże obywatel będzie go miał w odnośnym poważaniu. A gdy zacznie szkodzić, to wówczas nie będzie ważne czy szkodzi swój czy nie swój. Ponadto zapowiedziana natynepotyzmowa krucjata ma odwrócić uwagę od innego, mającego znacznie większe rozmiary zjawiska jakim jest nagminne wsadzanie partyjnych nominatów wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Szewc Fabisiak zdaje sobie sprawę z tego, że podobne praktyki miały też miejsce w przeszłości. W końcu po to utworzono spółki skarbu państwa by można tam było lokować partyjnych kolesiów. Jednak problem PiS polega na tym, że formacja ta cierpi na ostry niedobór fachowych kadr w związku z czym zmuszona jest do wyłuskiwania osób niekompetentnych czy wręcz indolentnych.
Ratunku! – woła też Platforma. Przez swoje mało przemyślane działania a przede wszystkim bezzębność programową od dłuższego czasu traci poparcie ze strony swoich dotychczasowych wyborców. Przy tym – jak zauważa szewc Fabisiak – PO zachowuje się trochę jak niedouczony bokser, którego szkolono tylko w kontrowaniu przeciwnika a który sam nie umie przejść do ataku. Podobnie jak PiS również Platforma ma problemy związane z kadrowym ubytkiem. Co rusz to jakiś poseł czy inny polityk zsuwa się z Platformy bądź jest z niej zsuwany. W sytuacji, gdy szefostwo PO nie może sobie poradzić z własnym problemami ściąga na pomoc Tuska Szewc Fabisiak przyznaje, że zrobiono to w odpowiednim momencie. W dniu kiedy odbywała się konwencja PiS. Dzięki temu światowe agencje szeroko informowały o powrocie Donalda Tuska, który dzięki pełnionej eurofunkcji zdążył już sobie wyrobić medialną renomę, natomiast kogo zagranicą interesuje to w jaki sposób Jarosław Kaczyński zamierza traktować pociotków swoich partyjnych współplemieńców? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Powracający Tusk natchnął co prawda Platformę i pewną część jej sympatyków duchem optymizmu graniczącym niekiedy z euforią, lecz nie posunął jej ani na krok w jakimś pomyśle na przyszłość. Być może nad takim pomysłem pracuje a może nie. Tymczasem sam powrót Tuska nawet w kraju, gdzie działa magia nazwiska, sam w sobie nie jest wystarczającym atutem na wygranie wyborów skoro nie posiada się propozycji twórczych i trafiających do ludzkiej świadomości rozwiązań. Jak trafnie zauważyła w jednej z telewizyjnych dyskusji socjolożka Elżbieta Korolczuk, „nie da się robić tych samych rzeczy i oczekiwać innych rezultatów”.

Zatem Tusk ma do wykonania dwa zadania – jedno partyjne i jedno osobiste. Pierwsze to wyprowadzenie PO z kryzysu i usiłowanie wygrania wyborów. Drugie polega na wyeliminowaniu potencjalnych konkurentów we własnym obozie i przyległościach. W tym pierwszym przypadku będzie musiał toczyć bój o wyborcze głosy z Szymonem Hołownią i jego Polską 2050, która to nazwa – jak uważa szewc Fabisiak – może sugerować datę objęcia władzy przez to ugrupowanie. Nadzieją dla Tuska jest to, że Hołownia będzie słabnąć, tracić i tak już mało dynamiczny impet oraz zwyczajnie zacznie mu brakować kasy o czym on sam już mówi publicznie.
Za to w tym drugim przypadku Tusk ma większe możliwości wsparte wieloletnim doświadczeniem w tego rodzaju działaniach. Szewc Fabisiak przypomina, że Donald Tusk umiejętnie pozbył się dwóch tenorów z którymi zakładał Platformę Obywatelską, którą ostatecznie przejął w swoje wyłączne władanie. Następnie zmarginalizował Grzegorza Schetynę a Ewę Kopacz wpuścił w premierostwo niemal w przededniu przegranych wyborów parlamentarnych. Borysa Budki nie musiał uziemiać, gdyż sam się uziemił. Teraz na celowniku jest Rafał Trzaskowski, która też ma ambicje przywódcze. Wprawdzie Tusk nie może wynieść go z fotela prezydenta stolicy, lecz może za to utrudniać mu samodzielne i niezależne działania jak choćby zapowiadany młodzieżowy campus w Olsztynie. Jak donoszą niektóre media, Tusk już rozpoczął namawianie platformowych prezydentów miast by nie angażowali się w ruch samorządowy, który podobno ma tworzyć Trzaskowski. Tym samym jednak nie tylko osłabia Trzaskowskiego ale i samą Platformę oraz potencjalnych sojuszników, których największa wadą jest to, że nie chcą się podporządkować jego dominacji. Ciekawe czy dostrzegają to zauroczeni starym-nowym przywódcą działacze oraz wyborcy PO? – zastanawia się Szewc Fabisiak.

Czemu cieniu powracasz?

Powroty bywają męczące. Coś o tym wiem. Ostatnio wracałem do domu z Rzeszowa i do tej pory dochodzę do siebie. Kiedyś jedna z grup młodzieżowych wracała z Łowicza do Warszawy przez 18 godzin. A całkiem niedawno premier Tusk wrócił na łono partii. Dumam sobie od dni paru, czy coś z tego będzie.

Żeby Donald Tusk nie miał za łatwo na nowej-starej drodze życia, PiS odpowiednio się o to zatroszczył na początku tygodnia. Sławomir Nowak dostał nowe-stare zarzuty łapówkarskie. Na konferencji prasowej, prokurator, punkt po punkcie odnosił się do każdego, wykazując dowody w postaci pochowanych po szafach pieniędzy. Nazbierało się tego 4 mln złotych. Inna rzecz, że zarzuty ukraińskiej strony mówią o dużo większych defraudacjach. Sprawa z Nowakiem jest rozwojowa. Zakończy się zapewne skazaniem, chyba że Nowak da PiS-owi na tacy głowę samego Tuska, w co raczej nie wierzę. Chociaż, z drugiej strony, Nowaka sypnęli ponoć jego współpracownicy, dociśnięci w śledztwie, więc kto wie. Napisałem nawet w tej sprawie wiadomość do jednego z byłych, wpływowych polityków PO, że wobec tego co się zadziało i czego dowiedziała się opinia publiczna, skazanie Sławomira N. jest bardziej niż pewne. Nic nie odpisał.
Sondaże po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki dalekie są od hurraoptymizmu. Mimo że całkiem dobre, to nie rewelacyjne. Stara gwardia przybocznych w PO wierzy w charyzmę szefa, ale nowi, młodsi, zdążyli już się oswoić z Trzaskowskim jako liderem. Borysa Budki, oprócz najbliższych partyjnych współpracowników i najbliższej rodziny nikt specjalnie nie uważał, a może i szkoda, bo to postać w polskiej polityce nietuzinowa. Tak czy inaczej, dostało mu się od Tuska i Trzaskowskiego, po informacji, że Budka kluczył w sprawie wspólnego spotkania w sześcioro oczu, które miał zaproponować Tusk, nie chcąc dopraszać nań prezydenta Warszawy. Po tej akcji nikt przez dłuższy czas nie spojrzy nań przychylnie, choć, oczywiście, mozolną pracą może się znowu wspiąć wyżej niż jest, tak jak ongiś Nowak.

Czy wobec takiego obrotu spraw i zwrotnej informacji, że sama osoba Donalda Tuska i jej powrót wcale nie gwarantują Platformie i opozycji sukcesu w walce z PiS-em, może coś z tego być? Odpowiedź tkwi w samym Donaldzie Tusku, który przez lata brukselskiej banicji wewnętrznie się przepoczwarzył, lub przynajmniej, sprawiał takie wrażenie. Znacznie bardziej energiczny, jeszcze bardziej pewny siebie, umocniony i obyty światowiec. W porównaniu do prezesa Kaczyńskiego to niebo i ziemia. Ale cały czas gotów do intryg i szczucia jednych na drugich, jak to polityk. W książkach na temat samego Tuska i jego kariery można wyczytać, że do perfekcji opanował on przez lata umiejętność podkupywania sobie atencji i wdzięczności jednych kosztem drugich. Potrafił np. spotykać się z osobą A. której nadawał na osobę B. żeby za chwilę spotkać się z B. i odwrócić sytuację. A kiedy pragnął wyeliminować kogoś ze swoich politycznych ścieżek, najczęściej sięgał po zauszników i przeprowadzał swoje dintojry w białych rękawiczkach. Pytanie, które wyborcy, przyszli i niedoszli, Donalda Tuska winni sobie dziś zadawać, winno brzmieć: czy szef PO nadal to potrafi, czy może już się tego wyzbył i potrafi grać czysto? Jeśli pobyt brukselski zmienił go na tyle, że pozbył się balastu „wilczych oczu” to już dobrze, bo jakżeż tu ufać komuś, kto potrafi drugiego utopić w łyżce wody za krzywy uśmiech czy damski członek. Po prostu nie godzi się. Ze zwykłej przyzwoitości.

Z drugiej jednak strony, jeśli Tusk postradał swój przyrodzony zmysł łowcy, bo ktoś spiłował mu kły na obczyźnie, może to niezbyt dobrze wróżyć na przyszłość w zbliżającej się walce z Kaczyńskim o kolejną kadencję w Sejmie. Ważną składową wpływu Tuska na Platformę i polską politykę jako taką będzie również dobór najbliższego, politycznego otoczenia. Jeśli bowiem zostanie przekonany do tego, żeby postawić na nowe twarze, poprzyklejane od Petru czy Nowackiej, charaktery mogą nie zagrać i niewiele się uda. Nie wiadomo też, czy wewnętrzna opozycja pozwoli mu na sięgnięcie po starych znajomych z pola boju, bo ten ruch pewnikiem odbije się n paskach TVP. Bo na pewno nie TVN-u, którego niebawem może nie być, choć osobiście nie wierzę w taki scenariusz. Kaczyński po raz kolejny wypuszcza próbny balon, żeby ten rozgonił czarne chmury. Choćby tą, wartą ponad 250 mln. Za respiratory od handlarza bronią z Lublina. Ale przecież cóż to niby za afera? Nie było respiratorów, nie było kasy to i równie dobrze może nie być śledztwa.

Konieczny: Tusk? Odgrzewany kotlet!

W sobotę 3 lipca Donald Tusk wygłosił przemówienie z okazji swojego powrotu za ster Platformy Obywatelskiej. Jego zdecydowana większość poświęcona była rządom Prawa i Sprawiedliwości, co nie umknęło oku politycznych komentatorów, w tym członków innych partii politycznych. Jeden z nich, poseł Maciej Konieczny ze współtworzącej koalicję Lewicy Partii Razem stwierdził, że polityczna walka pomiędzy Kaczyńskim a Tuskiem to „odgrzewany kotlet”, który jest czymś zupełnie innym od tego, czego oczekują Polacy przed pięćdziesiątką.

„Może PiS jest zły, ale parę rzeczy…” – furii dostaję, jak to słyszę, bo to zło, które czyni PiS, jest tak ewidentne, bezwstydne i permanentne. Ono się dzieje każdego dnia w każdej właściwie sprawie. Może to taka bezwstydna determinacja w czynieniu złych rzeczy; może on spowodowała, że ludzie w Polsce, to dotyczy prawie wszystkich, jakby opuścili ręce i mówią: „nie no, oni są już tak bezczelni w tych złych sprawach, że chyba nic się nie da zrobić” – mówił Tusk w trakcie Rady Krajowej PO.

Trzeba – podkreślił – „zacząć od tego pierwszego najważniejszego przykazania: jak widzisz zło, walcz z nim i nie pytaj o dodatkowe powody”.„Siłą Platformy wg Donalda Tuska ma być słabość PiSu oraz wiara w siebie. Może ja wybredny jestem, ale dla mnie trochę mało. Wciąż nie mam pojęcia jak miałaby wyglądać Polska rządzona przez Platformę. Pozostaje przyjąć, że tak jak ostatnio: tanie państwo z tektury i śmieciówki” – komentował wystąpienie Tuska na Twitterze poseł Konieczny.

Sam fakt stanięcia przez Tuska na czele Platformy, poseł Konieczny komentował przed kilkoma dniami dla telewizji Polsat News. „Mamy 2021 rok, a mamy znowu żyć jakąś batalią dwóch seniorów Polskiej polityki. Epicką bitwą Kaczyńskiego z Tuskiem. Myślę, że Polacy poniżej pięćdziesiątki oczekują czegoś zupełnie innego. Bardzo szybko okaże się, że nie da się odgrzewać tego samego kotleta” – komentował wówczas.

Jak wyjaśnił, stąd rosnące poparcie koalicji Lewicy wśród młodych. Dodał również, że w weekend ugrupowanie pokaże kontrofertę, która „nie będzie się odnosiła w żaden sposób ani do pana Tuska, ani do pana Kaczyńskiego, tylko do tego, jaką propozycję ma Lewica dla Polski i Polaków”.

„Lewica nie będzie uczestniczyła w tych grach” – dodał.

Tusk wrócił

Z wielkimi nadziejami witają go liberalni publicyści. Klęskę poniosła frakcja w PO skupiona wokół Borysa Budki. Także Rafał Trzaskowski ma powody do złości.

To prezydent Warszawy wyrastał na główną nadzieję liberalnej opozycji. Miał tworzyć ruchy społeczne i zdobywać serca młodzieży. To ostatnie jest jeszcze aktualne – zaplanowany na koniec wakacji Campus Polska odbędzie się – ale o fotel przewodniczącego PO przyjdzie Trzaskowskiemu ciężko walczyć. Na razie to Donald Tusk, przynajmniej do wyborów parlamentarnych, będzie przewodził partii.

Walka ze złem

Tusk bardzo jasno nakreślił, jaki ma pomysł na Platformę w najbliższym czasie. Rządzącą w Polsce prawicę nazwał po prostu złem. Zapowiedział, że walka z PiS-em będzie bezpardonowa. – Wychodzimy na pole, żeby się bić z tym złem. I że to jest wystarczający powód, nie wymaga żadnego uzasadnienia. I każdy, kto w tej debacie publicznej, w tej przestrzeni wciska na siłę słowo „ale”, może PiS jest zły, ale parę rzeczy… Jak ja to słyszę, to dostaję furii, bo to zło – być może czasami trzeba trochę dystansu – to zło, które czyni PiS, ono jest tak ewidentne, jest tak bezwstydne, jest tak permanentne, ono się dzieje każdego dnia w każdej właściwie sprawie – przemawiał.

W dalszej części wystąpienia Tusk starał się pokazać, że jest na bieżąco z wyzwaniami współczesnego świata. Mówił o katastrofie klimatycznej, piętnował politykę PiS wobec pandemii. Pochwalił się wielokrotnymi rozmowami, właściwie przyjaźnią, z amerykańskim prezydentem Joe Bidenem, co miałoby pomóc Polsce wyjść z dyplomatycznego ślepego zaułka.

Daniny i cień Putina

Ale też dowiódł, że w pewnych sprawach Platforma nie zmieni się nigdy. – To państwo, czy ta gospodarka, ten pomysł na Polskę taki, ja go nazywam 3D, dług, daniny, drożyzna, to jest ten pomysł i to oczywiście ubrane w słowa o ich wrażliwości, znacie też ten pomysł. Ten pomysł ma dobrze ponad sto lat na świecie, albo więcej – podsumował politykę gospodarczą rządzącej obecnie prawicy.

Musiał też pojawić się wątek rosyjski – Tusk stwierdził, że PiS realizuje agendę Putina, chociaż nie podjął się rozstrzygania, czy dzieje się tak w ramach z góry zaplanowanego scenariusza, czy może podobieństwo jest przypadkowe.

Silni naszą słabością

Nowy-stary lider PO był za to pewny, że jego formacja idzie po zwycięstwo.

Oni są silni wyłącznie naszą słabością. Ja wszystkich, do wszystkich apeluję: otwórzcie trochę szerzej oczy, spójrzcie na nich dzisiaj, wy tam widzicie jakiegoś giganta, tytana? To jest naprawdę dość groteskowa grupa ludzi, dość taka przykra dla nas, no bo to jest dla nas wszystkich przykre, ale trochę taka parodia dyktatury. To nie jest obezwładniająca siła – zagrzewał swoich zwolenników.

Po lewej stronie sceny politycznej panuje sceptycyzm w sprawie powrotu Tuska. – Tusk przyjechał też chyba ze złudzeniem, że polska polityka się zatrzymała na te 7 lat. I, że można wrócić z hasłem „Nie dla PiS” i to wystarczy. Zresztą powiedział wprost, że to wystarczy. No nie, nie wystarczy – powiedziała OKO.press Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka Lewicy. – Wiadomo z doświadczenia całej serii wyborów, że bycie antyPiSem to za mało. PO próbowała na wszystkie sposoby i się nie udało. Dlaczego? Bo żeby wygrać z PiSem, trzeba mu odebrać trochę elektoratu – a tego nie da się zrobić, krzycząc na ten elektorat, że źle wybrał i teraz ma wybrać dobrze.

Socjaldemokracja i liberalizm: stary spór w nowych odsłonach

Niedawne zawirowania w stosunkach między Nową Lewicą i Platformą Obywatelską skłaniają do ponownego zajęcia się sprawą programowych relacji między dwoma nurtami współczesnej myśli politycznej: socjalistycznym i liberalnym.

Ponad dwadzieścia lat temu w książce poświęconej perspektywom socjaldemokracji we współczesnym świecie („Socjaldemokracja wobec wyzwań XXI wieku”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 2000) podkreślałem nie tylko różnice, ale także punkty styczne między tymi dwoma nurtami demokratycznej myśli politycznej. Wracam do tej tematyki, gdyż nabrała ona w Polsce (a także w wielu innych państwach zagrożonych wznoszącą się falą nowego autorytaryzmu) szczególnego znaczenia.

Przez długie lata w polityce polskiej liberalizm pozostawał kierunkiem o marginalnym znaczeniu. W Drugiej Rzeczpospolitej nie istniała żadna licząca się partia polityczna o wyraźnie i konsekwentnie zaznaczonej orientacji liberalnej. Prawicy nacjonalistycznej, której głównym przedstawicielem była Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego, a w latach trzydziestych Obóz Narodowo-Radykalny, przeciwstawiał się zbudowany na kulcie Marszałka Piłsudskiego obóz sanacyjny, o wyraźnie autorytarnym, choć nie nacjonalistycznym, obliczu, a także rozbity na dwa skrzydła – socjalistyczne i komunistyczne – ruch robotniczy. Idee liberalne można było znaleźć w programach ugrupowań wchodzących w skład centrowej opozycji (Front Morges), ale były to ugrupowania słabe i pozbawione szerszego oparcia społecznego.

W okresie powojennym, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, opozycja demokratyczna odwoływała się do haseł liberalnych, bardziej zresztą w odniesieniu do wolności politycznych niż do wolności gospodarowania, ale hasła te w znacznej mierze przesłonięte były odwołaniem do nieskażonych treści socjalizmu, co szczególnie wyraźnie wystąpiło w „Liście do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. W czystej postaci liberalne koncepcje ekonomiczne głosili krakowscy liberałowie skupieni wokół Mirosława Dzielskiego, ale grupa ta nie miała szerszego oparcia społecznego i na ówczesny program opozycji demokratycznej nie wywarła znaczącego wpływu. Bardzo charakterystyczne jest to, ze w czasie prac ekonomicznego zespołu „Okrągłego Stołu” liberalne koncepcje ekonomiczne w ogóle nie odegrały jakiejkolwiek roli.

Dopiero po zmianie systemu liberalizm zdobył w Polsce silniejszą pozycję, co znalazło wyraz przede wszystkim w kierunku, w jakim poszły reformy gospodarcze, od nazwiska wpływowego wicepremiera i ministra finansów nazwane „Planem Balcerowicza”. Ówczesny rozkwit nurtu liberalnego nie był jednak wynikiem zakorzenienia się tego kierunku w społeczeństwie polskim, a choćby tylko w jego elicie intelektualnej, lecz był w znacznej mierze importowany z zewnątrz, zwłaszcza z USA i Wielkiej Brytanii, gdzie w tym czasie u szczytu powodzenia byli Ronald Reagan i Margaret Thatcher – dwoje przywódców politycznych bardziej niż inni pozostający pod wpływem tak zwanego neoliberalizmu ekonomicznego w wydaniu Szkoły Chicagowskiej Friedricha Hayeka (1899-1992) i Miltona Friedmana (1912-2006). Importowi idei neoliberalnych sprzyjało to, że będąca w fatalnym stanie gospodarka polska potrzebowała znacznego wsparcia nie tylko rządów, ale także instytucji finansowych z Zachodu, te zaś faworyzowały neoliberalne podejscie do gospodarki. „Liberalizm po komunizmie” – by posłużyć się tytułem znakomitego studium Jerzego Szackiego (Kraków”: Znak 1994)– był tyleż reakcją na negatywne aspekty poprzedniego systemu co odzwierciedleniem idei aktualnie dominujących na Zachodzie.
Dopiero dojście lewicy do władzy w wyborach 1993 roku stworzyło warunki dla sformułowania i wcielania w życie alternatywnej koncepcji przebudowy gospodarki w postaci „Strategii dla Polski” – podstawowej socjaldemokratycznej koncepcji reform gospodarczych sformułowanej przez Grzegorza Kołodkę. W latach 1993-2005 główną siłą polityczną stanowiącą przeciwwagę dla socjaldemokratycznej lewicy były Unia Demokratyczna i jej następca Unia Wolności, formacja utworzona w wyniku zjednoczenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – niewielką partią polityczną, która odegrała znaczącą rolę w krótkiej kadencji sejmowej 1991-1993, ale w wyborach 1993 roku nie weszła do Sejmu.

Unia Wolności nie była ugrupowaniem jednolitym ideologicznie, gdyż w jej szeregach obok zdeklarowanych liberałów znajdowali się tacy ludzie, jak Jacek Kuroń – do końca życia wierny swym socjalistycznym przekonaniom, a także lewicujący chrześcijańscy demokraci, których wyrazicielem był Tadeusz Mazowiecki. Ani jedni, ani drudzy nie byli jednak w stanie nadać ton polityce tej partii. Unia Wolności pozostawała amalgamatem o niejednoznacznym obliczu ideologicznym. Po wyborach prezydenckich 2000 roku skrzydło liberalne oderwało się od Unii Wolności tworząc (wraz z częścią polityków dawnej Akcji Wyborczej Solidarności) Platformę Obywatelską – pierwszą w polskiej historii silną i zdolną do rządzenia partię liberalną. Po klęsce wyborczej SLD w wyborach 2005 roku polityka polska została zdominowana przez konflikt między dwiema najsilniejszymi partiami wywodzącymi się z dawnej opozycji demokratycznej: liberalną Platformą Obywatelską i prawicowo-autorytarną partią „Prawo i Sprawiedliwość”.

Podział ten trwa nadal, choć dziś polityka polska nie jest już z w takim stopniu spolaryzowana na osi PiS-PO, jak to było w piętnastoleciu 2005-2020. Platforma Obywatelska osłabła, pojawił się – wokół Szymona Hołowni – nowy ruch polityczny o centrowym charakterze, do gry wróciła – jako trzecia siła parlamentarna – odrodzona lewica. O nowej sytuacji powstałej po opozycyjnej stronie sceny politycznej pisałem niedawno („Perspektywy polskiej opozycji”, Dziennik Trybuna, 5-6 maja br.) zwracając uwagę na wysoce szkodliwe konsekwencje konfliktów w łonie opozycji, której wspólnym , i w skali najbliższych dwóch-trzech lat najważniejszym, zadaniem jest położenie kresu szkodliwym dla Polski rządom Prawa i Sprawiedliwości a także usunięcie konsekwencji tych rządów, zwłaszcza w obszarze wymiaru sprawiedliwości.

Porozumienie głównych sił opozycyjnych wymaga poważnego podejścia do ideowych treści, na których opierają się główne formacje opozycyjne. Zarówno lewica, jak i inne ugrupowania opozycyjne, w tym zwłaszcza Platforma Obywatelska, stoją przed poważnym wyzwaniem, jakim jest określenie strategii – a nie tylko wybór doraźnej taktyki. Dotyczy to zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, w której dochodzi do najwyraźniejszego rozchwiania ideologicznego. To, w jakim kierunku ewoluować będzie Platforma Obywatelska, będzie w istotny sposób wpływało na jej rolę polityczną i na oblicze opozycji w Polsce. Obecny kryzys tej partii (list 51 parlamentarzystów krytykujących kierownictwo PO, usunięcie z niej dwóch wpływowych przedstawicieli prawego skrzydła tej partii, posłów Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego, wystąpienie z partii posłanki do Parlamentu Europejskiego Róży Thun) wywołał falę komentarzy, w których mówi się wręcz o „pogrzebie Platformy” (Robert Walenciak” w „Przeglądzie”) lub o „końcu gry” (Dominika Długosz w „Newsweek Polska). Obecny kryzys w Platformie jest przejawem nie tylko niezadowolenia z powodu błędnej taktyki przywództwa Platformy, ale także poważnych rozbieżności ideologicznych mających swe źródło w dwoistości liberalizmu jako ideologii politycznej. Zdanie sobie sprawy z tych rozbieżności jest ważne między innymi dlatego, by do jednego worka nie wrzucać wszystkich liberałów, co przydarza się niektórym szczególnie krewkim krytykom z lewicy.

W drugiej połowie poprzedniego stulecia w państwach demokratycznego Zachodu ujawnił się istotny podział liberalizmu na nurty konserwatywny i progresywny. Ten pierwszy, zazwyczaj nazywany neoliberalizmem, kluczowe dla liberałów pojęcie wolności zdefiniował jako niczym nieograniczoną grę sił rynkowych, przy jak największym zredukowaniu roli państwa i odrzuceniu programu redukcji nierówności ekonomicznej i wynikającej z niej niesprawiedliwości. Nurt ten na bok odsuwał – jako rzekomo mniej istotne – prawa człowieka i postulat wolności rozumianej nie jako swoboda działań ekonomicznych, lecz jako prawo dokonywania wyborów życiowych bez ingerencji władzy państwowej. W skrajnych wypadkach neoliberałowie byli nawet gotowi wspierać krwawe dyktatury (jak chilijska dyktatura Augusto Pinocheta po zamachu stanu z września 1973 roku), chwaloną za to, że położyła kres „socjalistycznym eksperymentom” lewicy. Byli nawet tacy polscy liberałowie, którzy pielgrzymowali do Pinocheta, gdy był on czasowo zatrzymany w Wielkiej Brytanii.

Reakcją na wznoszącą się falę neoliberalizmu była wyraźna ewolucja części teoretyków liberalnych w stronę progresywnych wartości. John Rawls (1921-2002) w swej bardzo interesującej reinterpretacji ekonomicznej doktryny liberalizmu („Theory of Justice”) dowodził, że różnice ekonomiczne są usprawiedliwione tylko w takim stopniu, w jakim przyczyniają się do poprawy sytuacji najbiedniejszych. Zarówno on, jak Isaiah Berlin (1909-1997) głosili tezę , że państwo nie ma prawa narzucać obywatelom wierzeń religijnych czy norm moralnych. Tak rozumiany liberalizm koncentruje się nie na tematyce wolnego rynku, lecz na szeroko pojętych prawach człowieka, w tym na sprawiedliwości społecznej i na wolności sumienia.

Redefinicja liberalizmu zbiegła się w czasie z przemianami ideologicznymi na lewicy – najpierw w demokratycznych państwach Zachodu, później w dawnych państwach socjalistycznych. Odchodzeniu od ortodoksyjnie pojmowanej ideologii komunistycznej prowadziło – zwłaszcza w tych ostatnich – do ukształtowania się socjaldemokratycznej lewicy, łączącej socjalistyczne ideały sprawiedliwości społecznej z afirmacją niezbywalnych praw i wolności każdego człowieka. Na tej płaszczyźnie rysuje się możliwość współdziałania socjaldemokratów i liberałów, między którymi utrzymują się różnice (zwłaszcza w stopniu, w jakim akcentują postulaty sprawiedliwości społecznej i postulaty wolności), ale nie musi istnieć przepaść nie do pokonania.

W polskiej myśli politycznej problem ten najjaśniej widział i najbardziej konsekwentnie interpretował Andrzej Walicki (1930-2020), co niedawno interesująco zinterpretował jego przyjaciel Paweł Kozłowski („Spotkania z Andrzejem Walickim”, Warszawa: Książka i Prasa 2021). Walicki w ostatnich latach życia coraz wyraźniej ewoluował ku lewicy, podkreślał znaczenie takiej interpretacji liberalizmu, która kładąc nacisk na prawa człowieka i wolności polityczne spotyka się w swej drodze z na nowo zdefiniowanymi ideami demokratycznego socjalizmu. Ważnym elementem tego zbliżenia jest odrzucenie nacjonalistycznej koncepcji narodu, jako „wspólnoty krwi” i akceptacja takiej wizji więzi narodowej, w której sprawą centralną jest poczucie obywatelskiej wspólnoty.

Co z tego wynika dla praktycznej polityki? Przede wszystkim odrzucenie przekonania, że lewica jest organicznie skazana na konflikt z liberalizmem – każdym liberalizmem, a nie tylko z jego konserwatywnym, skrajnie wolnorynkowym wydaniem. Zrozumienie kierunku, w jakim ewoluuje nowoczesny liberalizm – liberalizm Rawlsa i Berlina, a w Polsce Walickiego – powinno pomagać w poszukiwaniu tego, co może łączyć lewicę i progresywne skrzydło liberałów. Z upływem czasu, gdy coraz mniej będą się liczyły wspomnienia z przeszłości, rosnąć powinno znaczenie tego, co wspólne w tych dwóch nurtach ideowych.

Nie jest, rzecz prosta, pewne, czy w Platformie Obywatelskiej progresywne rozumienie liberalizmu weźmie górę nad wciąż silnymi ciągotami neoliberalnymi. Są jednak pewne sygnały, że taka ewolucja powoli się dokonuje. Platforma Obywatelska rewiduje obecnie swój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do ustawy antyaborcyjnej – najbardziej (poza Maltą) restrykcyjnej w całej Unii Europejskiej. Spotyka się to z oporem skrzydła konserwatywnego, ale zarazem stanowi sygnał, że coś się w tej partii zmienia. Zmianie ideologicznej w PO sprzyjać powinna dość wyraźna ewolucja na lewo młodego pokolenia. W tym samym kierunku działać będzie konflikt z rządzącą prawicą – coraz bardziej odwołującą się do najbardziej konserwatywnych koncepcji ideologicznych i niemal jawnie hołubiącej faszyzujących nacjonalistów. Zarazem jednak ta ewolucja Platformy Obywatelskiej rodzi opór w szeregach jej najbardziej konserwatywnych działaczy Nie wiem, co z tego wyniknie: zahamowanie przemian, dalsza ewolucja programowa, czy rozłam. W każdym jednak razie politycy lewicy powinni bacznie obserwować przemiany zachodzące w do niedawna jeszcze najsilniejszej partii opozycyjnej i być gotowi na takie przedefiniowanie wzajemnych relacji, jakie może stać się realne jeśli w Platformie górę weźmie progresywne rozumienie idei liberalnych.

Partactwem Obezwładnieni

W taki sposób szewc Fabisiak odczytuje skrót nazwy PO jakim posługuje się partia, która sama zamknęła się w kręgu politycznej a także medialnej partaniny.

Jak trafnie zauważył Marek Dyduch, Platforma uprawia polityczne dziadostwo. W jaskrawy sposób objawiło się to podczas sejmowego głosowania nad ratyfikacją unijnego Funduszu Odbudowy. PO sama wpędziła się w kanał oponując przeciwko „zdradzieckim” negocjacjom Lewicy z rządem – które to negocjacje tak jak to ma miejsce na całym świecie toczyły się w zaciszu gabinetowym zamiast w świetle kamer – oraz założeniom będącego konsekwencją przyjęcia tego funduszu Krajowego Planu Odbudowy. Jednocześnie PO zarzekała się, że jest obiema górnymi kończynami za tym aby unijne środki wpłynęły do Polski. Popadając w tego rodzaju schizofrenię nie miała zatem innego wyjścia jak wstrzymać się od głosu. W ten sposób zachowała się jak chwiejna moralnie panienka, która i chciałaby i boi się.

Mówiąc o ratyfikacji unijnego programu trzeba postawić sprawę jasno. Otóż Polska nie miała innego wyjścia niż ratyfikowanie funduszu, gdyż jego zawetowanie oznaczałoby jego udupienie z konsekwencją dla wszystkich państw członkowskich UE. W Unii bowiem obowiązuje zasada jednomyślności. Czyli innymi słowy liberum veto, co zdaniem szewca Fabisiaka, stanowi najdonioślejszy wkład Polski w funkcjonowanie europejskiej wspólnoty. Skoro tak, to sejmowa większość nie mogła sobie pozwolić na odrzucenie ratyfikacji albo otwarcie głosując za albo jak Koalicja Obywatelska na sposób strusia chowającego głowę w piasek. Spośród posłów Koalicji Obywatelskiej za ratyfikacją głosował jedynie Franciszek Sterczewski. Zapytany o motywy odpowiedział, że tego życzyli sobie jego wyborcy. Wniosek z tego można by wysnuć następujący. Albo szefostwo Koalicji ma zupełnie innych wyborców niż poseł Sterczewski albo się z wyborcami nie konsultowało. Szewc Fabisiak skłania się raczej ku tej drugiej wersji.

O dziadostwie Platformy świadczy też jej reakcja na ustalenia jakie Lewica dokonała w wyniku rozmów z rządem. Ponoć Lewica nic nie uzyskała, co plastycznie argumentował Borys Budka pokazując pustą kartkę tak jak gdyby ktoś pierwej wymazał z miej ujęte w KPO postulaty Lewicy. Być może budowa 75 tys. mieszkań to jest nic dla kogoś, kto przynajmniej jedną taką nieruchomość posiada ale już nie dla tych, którzy tych mieszkań oczekują. Szewc Fabisiak nie chce w tym momencie cytować wszystkich nerwowych komentarzy platformianych i powiązanych z nią polityków. Pragnie jedynie zwrócić uwagę na dwa najbardziej kretyńskie. Autorem pierwszego jest Roman Giertych hop! hop! hop!, który widzi tu inspirację rosyjskich służb specjalnych, tym samym wpisując się w nurt tych myślicieli, dla których wszystkiemu co im się nie podoba winna jest rosyjska agentura wykazując się wyobraźnią na poziomie pewnego żołnierza, któremu wszystko kojarzyło się z pewną częścią damskiego ciała. Drugim mózgowcem okazał się Radosław Sikorski, który z kolei najwyraźniej ma pierdolca na punkcie paktu Ribbentrop-Mołotow porównując doń przed laty budowę gazociągu północnego a obecnie lewicowo-rządowe negocjacje. Jeżeli już bawić się w polityczne paralele, to trafniejsze byłoby porównanie tychże negocjacji do rozmów pomiędzy Rooseveltem i Churchillem z jednej a Stalinem z drugiej strony. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że choć byli to polityczni adwersarzy to potrafili w obliczu wspólnego celu zachować się jak mężowie stanu a nie jak rozkapryszone przedszkolaki.

Do krytyki Lewicy ochoczo przyłączyli się też nadgorliwi propagandziści ze sprzyjających Platformie mediów z Tomaszem Lisem, Gazetą Wyborczą i TVN na pierwszej linii frontu. Przykładowo, niezwykle dociekliwy redaktor tej stacji telewizyjnej Andrzej Morozowski dopytywał czy podczas rozmów z Morawickim w punkcie dotyczącym budowy mieszkań przedstawiciele uzyskali rządowe gwarancje tego, że w mieszkaniach tych będą mogły zamieszkać osoby LGBT. Zgodnie z tą logiką profesor egzaminujący studenta z układu planetarnego nagle powinien zacząć go go wypytywać o wojny peloponeskie. W komentarzach, a także wypowiedziach przynajmniej jednej z prominentnych postaci coraz mniej aktywnego Strajku Kobiet częstokroć pod adresem Lewicy pojawiają się oskarżenia o zdradę, tak jakby Lewica nagle zgodziła się na niemal całkowity zakaz aborcji czy też odpuściła swoje stanowisko wobec wielu innych kwestii. Tymczasem rozmowy dotyczyły zupełnie innych spraw niż te co do których Lewica ma odmienne zdanie niż PiS. Wszystkie te nie trzymające się przysłowiowej kupy insynuacje Włodzimierz Czarzasty podsumował jednym krótkim, lecz zrozumiałym dla ludzi myślących i nie do końca ogłupionych prymitywną propagandą zdaniem mówiąc: rozmawiałem z premierem w sprawie pieniędzy.

Szewc Fabisiak uważa, że Czarzasty rozegrał sprawę w sposób profesjonalny stawiając pod ścianą zarówno PiS, jak i PO – wbrew temu co twierdzi Platforma, iż było zgoła na odwrót najwyraźniej myląc własne pragnienia z obiektywną rzeczywistością. Najpierw wyraźnie zadeklarował poparcie dla Funduszu Odbudowy sytuując się na pozycji poważnego partnera do rozmów w odróżnieniu od zadufanej w sobie Platformy uważającej, że każdemu może dyktować swoje warunki. Następnie w skuteczny sposób ustawił sobie premiera zmuszając go do wpisania postulatów Lewicy do Krajowego Planu Odbudowy pod presją odmowy głosowania za jego przyjęciem. I na tym polega profesjonalna a nie partacka polityka – konkluduje Szewc Fabisiak.

Czyja nielojalność, czyj błąd polityczny

Od chwili podjętej przez Lewicę próby zobowiązania rządu do prawidłowego, nie budzącego wątpliwości podziału przyszłych środków unijnych, dziwne i niedorzeczne rzeczy dzieją ze zwykłymi obserwatorami życia politycznego, jak i z politykami opozycji. Ruszyła kolejna fala nienawiści wycelowana w Lewicę, a ludzie bezkrytycznie dają się jej ponieść.

To zarazem smutny przyczynek do stanu świadomości społeczeństwa, nawet tej jego części, która latami powtarzała tezy o godnej pożałowania postawie zwolenników PiSu, bezkrytycznie przyjmujących i powtarzających gebelsowskie tezy pisowskiej propagandy. Nagle po stronie opozycyjnej pojawiły się określenia: zdrajcy, sprzedaczyki, złodzieje, komuniści. Nie są bynajmniej skierowane ku pisowcom lub platformersom, a ku wczorajszemu jeszcze sojusznikowi z partii W. Czarzastego. Czyżby zasadne było podejrzenie, że bezrefleksyjność, ślepa nienawiść, nieznajomość faktów i niezrozumienie polityki nie są jedynie domeną miłośników PiSu? Wygląda, że tak.

Lewica co nie zrobi, jest źle; kiedy protestuje i walczy o prawa kobiet i oraz mniejszości, jest zbyt radykalna, kiedy negocjuje, jest obozem zdrady narodowej. I słyszymy to od Platformy, zarzucjącej Lewicy nielojalność wobec reszty koalicyjnej opozycji. Pytanie jednak o jakiej koalicji i o jakiej lojalności mówi PO, partia która w 2019 r. wywaliła Lewicę z Koalicji Europejskiej, po tym jak PSL doznało chadeckiego olśnienia i z własnej woli wypisało się z niesłusznej koalicji lewaków. Czy PO ma prawo moralizować po tym jak w 2005 r. obaliło najlepszą kandydaturę W. Cimoszewicza w wyborach prezydenckich, urządzając przeciw niemu rękoma Tuska i Miodowicza kryminalną prowokację, fałszując fakty i otwierając tym samym drogę do prezydentury pisowskiego kandydata Lecha Kaczyńskiego. Czy to wreszcie nie PO rozmawiało z PiSem o wspólnym popisowym rządzie, jakby nie widziało, już po spaleniu przez PiS kukły L. Wałęsy, że mają do czynienia z partią antysystemową, dążącą do wywrócenia całego ładu politycznego do góry nogami. Czy to nie PO atakowało i dyskredytowało rządy Lewicy, które wprowadziły Polskę do NATO i UE i jako jedyne pozostawiły po sobie nadwyżkę budżetową ?

Nigdy nie spodziewałbym się, że po serii antypisowskich artykułów, okoliczności zmuszą mnie do napisania tekstu krytycznego wobec części opozycji. Ale akcja propagandowa Platformy nie pozwala na milczenie. Pokazuje jak krucha może być koalicja Lewicy z prawicowym odłamem, który pogrążając sam siebie, nie waha się pociągnąć za sobą na dno swego sojusznika. A Platforma niewątpliwie idzie na dno, choć bez klasy i bez dźwięków muzyki. Niestety, ale wrzód musiał w końcu pęknąć. Dała o sobie znać cała dotychczasowa miękkość, nijakość, niezdecydowanie, bojaźń, pasywność i nieudolność Platformy. Od 6 lat, w grze z PiSem nie jest w stanie poradzić sobie z syndromem chłopca posyłanego na out po piłkę. Dzisiejsi krytykanci Lewicy, tonem Katona potępiający ją i broniący niepokalanego dziewictwa PO, niegdyś sami podkreślali nieporadność swej ulubionej partii i krytykowali ją za to, że zawsze i wszędzie zmuszana była grać na boisku wyznaczonym przez PiS, według zasad PiS, będąc przy tym zawsze w defensywie i broniąc co najwyżej własnej bramki. O strzelaniu goli nie było mowy, choć nawet Lewica chętnie by kibicowała PO-wskim napastnikom. Nic z tego, Platforma zawsze dociskana była do narożnika, gdzie siłą rzeczy traciła inicjatywę i pozbawiała się swobody ruchu. Barak jej było wyrazistości i samookreślenia. Byliśmy przecież świadkami jak nie potrafiła do końca opowiedzieć się za prawami kobiet i mniejszości seksualnych, poprzeć je jednoznacznie, bo jak mówił poseł Grupiński, stracili by poparcie u pozostałych wyborców. Barak odwagi i pryncypiów programowych ujawnił się u polityków PO gdy nie potrafili zdecydowanie opowiedzieć się wbrew PiSowi za przyjmowaniem do Polski syryjskich uchodźców, choćby byli nimi również nieislamscy Jazydzi. Poparcie buduje się na jasnym opowiedzeniem się za czym partia stoi murem, a czemu jest przeciwna, wszystkich wyborców nie zadowoli się. Tymczasem PO starała się stać okrakiem, ni to krytykując pisowskie rozdawnictwo 500 plus, bez względu na statut majątkowy adresatów tego świadczenia, ni o popierając je. Ciepłe kluchy jednym słowem.

Ostatnie zachowanie Platformy w sprawie funduszy europejskich to pokaz skrajnej niekonsekwencji i strachu przed zdecydowanymi krokami. W sytuacji gdy sama PO opracowała w 2020 r. projekt rezolucji sejmowej wzywającej Radę Ministrów do osiągnięcia porozumienia w sprawie budżetu unijnego na lata 2021-2027 oraz Funduszu Odbudowy, krytyka Lewicy o to, że przykłada rękę do tego porozumienia, jest jakimś monstrualnym absurdem. Natomiast oczekiwanie Platformy na jakąś formę zobowiązania się władz do sprawiedliwego podziału tych środków między samorządami, przedsiębiorcami i innymi podmiotami, było przejawem infantylizmu w polityce, tym bardziej, że PO zapowiedziało niepopieranie ustawy o przyjęciu Krajowego Planu Odbudowy, dopóki taki akt strzelisty ze strony PiS nie stanie się ciałem. Krytyczna przecież wobec PiSu Platforma zdecydowała się tym samym zrobić plagiat z pisowskiego, dość groteskowego stanowiska wobec Rosji, z którą wg ówczesnej minister A. Fotygi, nie rozmawiamy, dopóki nie ukorzy się przed Polską. Tymczasem rozmowy, targi polityczne, debaty, osiąganie wreszcie kompromisu, jest istotą dyplomacji i w ogóle polityki, również wewnętrznej, międzypartyjnej. Pozostawanie w drętwym oczekiwaniu, bezczynność, są zgubą dla partii, równią pochyłą, lecz taką właśnie drogę wybrała Platforma. Nie powinna iść tą drogą, która okazuje się być dla niej ślepą uliczką, bo właśnie w politycznej rozgrywce została o całe okrążenie wyprzedzona przez aktywność Lewicy, która stała się tym samym największym wrogiem Platformy, a absurdalność sytuacji polega na tym, że Lewica przejęła pałeczkę, osiągając dzięki rozmowom z PiSem, to właśnie czego pasywnie oczekiwała od PiSu Platforma.

PO silnie podkreśla także, iż takie ustalenia powinny odbywać się na sali plenarnej sejmu. Pewnie tak, lecz szkopuł w tym, że ani marszałek Witek, ani wicemarszałek Terlecki nie wyrazili na to zgody, a pilne rozmowy o sprawach Polaków niech odbywają się choćby w świątyni opatrzności, a nawet w wychodku, bo liczą się tylko pozytywne rezultaty.

Póki co nie mamy wojny domowej, choć są tacy, którzy przepowiadają ją. Zatem, jak powiadał M. Robespierre, rozmowy milkną dopiero gdy zagrzmią armaty. Jakim prawem więc stetryczała PO śmie Lewicę nazywać zdrajcami i pachołkami PiSu, głównie z powodu podjęcia naturalnych w polityce rozmów, ustaleń i kompromisów. Koniec końców Lewica osiągnęła to czego pragnęłaby Platforma, wyręczyła ją i to z pewnością w dużo lepszym stylu niż A. Duda wyręczał wymiar sprawiedliwości.

Sytuacja PO jest nie do pozazdroszczenia, lecz sama doprowadziła się do pata. Potępiając Lewicę za zadbanie o to by miliardy trafiły do Polaków, pozbawia się wszelkiego ruchu; ani zagłosować za środkami, bo oznaczałoby to poparcie krytykowanych właśnie ustaleń Lewicy, ani głosowanie przeciw, bo tego Polacy nie zapomnieli by jej, a i członkowie UE również. I tylko taka sytuacja bez dobrego wyjścia jest jedynym wytłumaczeniem zaskakującego i bezsilnego ataku na Lewicę i nie jest to na pewno element cywilizowanej walki politycznej, a bardziej upodobniania się metod używanych przez PO do tych z arsenału PiS. Smutno tylko widzieć, że nie tylko szczur przyciśnięty do kąta, stara się kąsać na oślep i bronić z góry straconej pozycji.

Arogancka Platforma kontra Ikonowicz

Każdy kolejny lider Platformy Obywatelskiej jest gorszy od swojego poprzednika. Nic zatem dziwnego, że formacja ta zakleszczyła się w kręgu własnych niemożności, które stara się nadrabiać ambicjonalnym narcystycznym zadęciem połączonym z egoistyczną arogancją – uważa szewc Fabisiak.

Platformie wciąż wydaje się, że jest niekwestionowanym liderem opozycji, którą uparcie nazywa zjednoczoną oczywiście pod swoim przewodnictwem. W związku z tym uważa, że może dyktować warunki innym opozycyjnym strukturom i wymagać od nich stosowania się do platformianych dyrektyw. Zadufana w sobie PO wychodzi z założenia, że skoro jest największym liczebnie ugrupowaniem w Sejmie to tym samym ma prawo do uzurpowania sobie przewodniej roli wobec innych będących w opozycji klubów poselskich a tym samym okazywać im niekiedy ostentacyjne lekceważenie. Wyrazistym tego przykładem było podejście Platformy do kandydatury Piotra Ikonowicza na Rzecznika Praw Obywatelskich.

Kiedy w ubiegłym tygodniu Sejm głosował nad kandydatami na rzecznika, to wszyscy posłowie z klubu Lewicy oddali swego głosy na zgłoszonego przez Koalicję Obywatelską czyli de facto Platformę Sławomira Patyrę. Wynikało to z wcześniejszych ustaleń zakładających, że opozycja będzie wzajemnie wspierać swoich kandydatów. Było to o tyle racjonalne, gdyż – jak to ujął Adrian Zandberg w wywiadzie dla PAP – „w sytuacji, kiedy rządzi PiS, lepiej, żeby rzecznikiem był pan Patyra, niż poseł PiS-u”. W podobnym tonie wypowiedział się jego partyjny kolega Maciej Konieczny akcentując, że „w imię demokracji prędzej socjalista poprze liberała niż odwrotnie”. Lewica z umowy z PO wywiązała się ale tylko jednostronnie. Posłowie Platforma w przeważającej większości oprócz 12 nie poparli bowiem Piotra Ikonowicza a dziewięciu platformianych demokratów – w tym tak znane postacie, jak choćby Jan Grabiec, Paweł Kowal, Sławomir Neumann, Paweł Poncyljusz i Ireneusz Raś – zagłosowało przeciw. Zdaniem szewca Fabisiaka PO zachowała się w tym przypadku jak drobny bazarowy cwaniaczek średniego lotu, który czerpie satysfakcję z tego, że w końcu udało mu się zrobić kogoś w konia.

Zachowanie Platformy było typowe dla tego ugrupowania. Musi ona kiedy tylko ma ku temu okazję okazać swoją wyższość. Dlatego nie tylko musiała obowiązkowo zgłosić swojego kandydata, lecz także ostentacyjnie zlekceważyć innego, znacznie bowiem lepszego merytorycznie pretendenta tylko dlatego, że jego kandydaturę wysunął ktoś inny, nieważne, że też z opozycji. Jak by bowiem nie porównywać, to Ikonowicz pod względem swojego dorobku w obronie ludzi pokrzywdzonych – a więc akurat w tej dziedzinie, którą powinien się zajmować Rzecznik Praw Obywatelskich – jest nieporównywalnie lepszy i bardziej kompetentny od dwóch pozostałych rozpatrywanych przez Sejm kandydatów. O Bartłomieju Wróblewskim nie ma co wspominać, szkoda na to czasu i energii.

Natomiast prof. Sławomir Patyra jest być może dobrym prawnikiem, lecz nie ma żadnych znanych powszechnie osiągnięć w dziedzinie będącej w zakresie działalności rzecznika. Patyra kieruje katedrą teorii i historii prawa na Uniwersytecie Technologiczno-Humanistycznym im. Kazimierza Pułaskiego w Radomiu. Cholerycznie przydatna specjalizacja w sam raz dla rzecznika – ironizuje szewc Fabisiak. Swego czasu Patyra obronił pracę doktorską na temat prawnoustrojowego statusu Prezesa Rady Ministrów w świetle Konstytucji z 2 kwietnia 1997 roku. Jednakowoż w pracy rzecznika bardziej przydatne od roztrząsania niuansów związanych z konstytucyjną pozycją premiera byłaby umiejętność bieżącego i skutecznego reagowania na ludzką krzywdę w czym Piotr Ikonowicz ma długoletnie doświadczenie.
Na podstawie sejmowego głosowania szewc Fabisiak dochodzi do takiego oto wniosku: dwie czołowe obecnie siły polityczne – zarówno PiS, jak i PO – w doborze kandydatów na Rzecznika Praw Obywatelskich nie biorą pod uwagę przydatności kogoś, kto taką funkcję miałby pełnić, lecz kierują się wyłącznie własnym partyjnym, a tym samym politycznym, interesem. Warto o tym pamiętać, gdyby zaczęli pieprzyć na temat wrażliwości społecznej, ochrony osób wymagających wsparcia tudzież innych cynicznie wygłaszanych sloganów.

Priorytety

Walka z liberałami 6 lat od przejęcia totalnej władzy przez PiS jest już tylko chorobą.

Przypomnę, że wszyscy doskonale wiedzą o lewicowej krytyce PO i okolic. A teraz skierujmy proszę energię w walkę przeciwko PiS. Bo coraz częściej widzę, że o ile klucz do walki z liberałami jest prosty – „To złe elity są!”, to klucza do walki z PiSem nie ma wcale, no bo rzekomo jego wyborcy to „lud”, któremu się należy zemsta na Tusku aż do piekła kobiet włącznie. To oczywiste bzdurki.

Proponuję przyswoić wszystkim proste, podstawowe zasady opozycji politycznej – walczyć tylko z tymi, którzy mają władzę i w związku z tym czynią najwięcej szkód, bo mają ku temu zasoby i możliwości.

A także zasada druga – nie wspierać i nie współtworzyć niczego, co mogłoby wspierać obecny obóz rządzący, w tym nagonek, żadnych, nawet na skompromitowanych liberałów (tak! oni są skompromitowani, ale to nie oni obecnie szkodzą najbardziej!). Niech PiS sam się w to bawi, ma środki i pieniądze. Lewicy do tego nie trzeba. Wyjście z takiego założenia to podstawowa sprawa. Dość marnowania energii. Jest 2021. Czas skończyć z polityką poza realpolitik.

Lewica musi też zacząć udowadniać, że walczy o władzę, a nie o celne riposty na polityczne wpadki i krytyczne wspominki o innych partiach opozycji.

Co nie zmienia faktu, że wielka koalicja zjednoczonej opozycji miałaby rację bytu tylko po wyborach i to zawiązywana w akcie desperacji, a nie świętowania „genialnego” planu. Planu na nic, bo dodajmy, że robienie jednej wielkiej masy przeciw PiS jest drogą do klęski i dowodzi tylko tego, czego PiS pragnie dowieść: że nie ma politycznej opozycji, a jedynie sojusz odsuniętych od koryta, którzy chcą się mścić.

Który to już raz marzącym o śmierci prawdziwych podziałów politycznych liberałom marzy się wielka koalicja wszystkich ze wszystkimi do czystej walki o władzę. Bo jak ktoś mówi, że dziś nie ma już lewicy i prawicy, to zawsze oczywiście jest prawicowy, tylko stara się to ukryć.

Niech więc do prawicowca Budki i prawicowca Trzaskowskiego dojdzie, że ich pomysł jest nie tylko szkodliwy, ale też zadziała zupełnie na odwrót niż by tego chcieli. Utrata jakości przez zbicie się do kupy to sygnał do wyborców, że o nic prawdziwego i o żadne własne wartości nikomu nie chodzi. Walka o czystą władzę może się podobać politykom, ale ludzie nie dla niej idą głosować… Ludziom trzeba zaproponować coś, w co będą chcieli uwierzyć i potraktować poważnie.

I na litość, Budka pozujący na tle logo Lewicy to jakiś koszmar.

Gra w numerki

Na całej połaci śnieg, nieoczekiwana zima w środku globalnego ocieplenia. Nie mniej nieoczekiwanie Platforma Obywatelska ocknęła się z letargu, być może przedwcześnie, bo do wiosny jeszcze trochę.

Chce zagrać wysoko: poprzeczkę ustawiła na poziomie 276 (mandatów). Wedle dostępnych sondaży wyborczych jest to znacznie powyżej możliwości PO/KO. Dlatego politycy PO postanowili podeprzeć się innymi ugrupowaniami opozycyjnymi, oferując im współpracę na własnych zasadach oraz wspólną realizację własnych pomysłów. To znaczy pomysłów PO.

Trudno powiedzieć, do kogo tę ofertę skierowano. Nawet publicyści stale wspierający PO nie wydawali się nią zachwyceni, a co dopiero potencjalni koalicjanci, którzy o proponowanej współpracy dowiedzieli się z mediów po tym, jak logo ich organizacji zostało wykorzystane na konferencji PO bez ich wiedzy i zgody. Jak mówił później Włodzimierz Czarzasty, rozmowy między liderami partyjnymi się toczą, ale do ostatecznych ustaleń daleko. To zresztą łatwo odgadnąć. Lewica rozpoczęła zbiórkę podpisów pod projektem ustawy dopuszczającej legalną aborcję do 12 tygodnia. Projekt, który na pewno odpowiada na postulaty pojawiające się na protestach Strajku Kobiet, budzi kontrowersje – również z tego powodu, że raczej nie widać szans na uchwalenie go przez Sejm w tej kadencji. PO proponuje obywatelski (czyli ich) projekt ustawy o likwidacji abonamentu RTV oraz likwidacji TVP Info. Ktoś, kto podsunął ten pomysł Budce i Trzaskowskiemu, ewidentnie pracuje na rzecz PiS‑u. W demokratycznym i praworządnym kraju nie ma oczywiście miejsca na taką telewizję pseudonarodową. Zmiany, i to radykalne, w zarządzaniu telewizją publiczną są niezbędne, co jednak nie oznacza, że zbędna jest telewizja publiczna. Tak przy okazji: za rządów PO Polska jako jedyny z dużych krajów UE nie przystąpiła do porozumienia nadawców publicznych w projekcie EURONEWS, w związku z czym nie powstała polskojęzyczna wersja programu informacyjnego. Zapewne rząd PiS‑u i tak by z tego porozumienia wystąpił, ale PO nie stworzyła mu takiej sposobności.

Pozostałe propozycje programu 276 też nie wyglądają na produkt tytanów intelektu i specjalistów od polityki społecznej. Postulat przeznaczenia 6% PKB na opiekę zdrowotną rząd Morawieckiego zrealizuje zapewne już w tym roku. Kto wie, czy nawet nie zrealizował go w ubiegłym – ze względu na znaczny spadek PKB, a także wzrost rzeczywistych wydatków na ochronę zdrowia, wcześniej nie planowanych. Do wydatków tych władza doliczy przecież stadiony narodowe, tj. oczywiście szpitale na stadionach, a tanie nie są. O tym, że system opieki zdrowotnej wymaga zmian, że brakuje specjalistów, pielęgniarek, diagnostów, że pogłębiają się nierówności w dostępie do gwarantowanych usług medycznych, eksperci mówią od lat i z tym samym skutkiem: nikt ich nie słucha. Takich zmian nie da się załatwić jedną obietnicą, konieczne są międzypartyjne ustalenia z uwzględnieniem opinii specjalistów, a nie prezentacja w PowerPoincie.

Rząd PiS‑u demontuje – z niejaką konsekwencją – kolejne elementy systemu prawno-instytucjonalnego państwa. Formalnie ma jeszcze co najmniej dwa lata do dyspozycji, a jeśli zdecyduje się niebawem na przedterminowe wybory, to nawet więcej. Zamieszanie w partyjnych przystawkach Zjednoczonej Prawicy może sugerować, że taka opcja jest rozważana przez najważniejszego z prezesów. Doszło do tego, że po raz pierwszy od 1989 roku, a może pierwszy raz w życiu, muszę się zgodzić z Antonim Dudkiem w ocenie sytuacji politycznej. W felietonie dla tygodnika „Polityka” prezentację programową 276 Dudek nazywa falstartem i dziwi się, czemu PO nie zaproponowała dyskusji nad nową koncepcją założeń konstytucyjnych, którą można by nazywać Koalicją 307 (od liczby mandatów wymaganej do sejmowej większość konstytucyjnej). Może stało się tak dlatego, że – pisząc kolokwialnie – nikt w PO nie ogarnia tematu. Konieczność przebudowy instytucji politycznych po ewentualnym obaleniu PiS‑u jest dla bardziej rozgarniętych obserwatorów sceny politycznej oczywista od dawna. Sam piszę o tym już od 2016 roku, kiedy stało się dla mnie jasne, jak będą się toczyć sprawy pod tymi rządami. Zaprojektowanie, poddanie społecznej debacie, nowej konstytucji, która umożliwi stworzenie ładu prawnego po PiS-ie, to zadanie na najbliższy, coraz krótszy czas. Do uchwalenia takiego projektu potrzeba właśnie 307 mandatów. A warto pamiętać jeszcze o jednym: urzędujący prezydent, jeśli nie zostanie usunięty przed końcem kadencji, oprócz narzędzia w postaci weta dysponuje wnioskiem do Trybunału (Pani Przyłębskiej) w trybie prewencyjnym. A Trybunał rozpatruje skargi według kolejności ich złożenia i specjalnie się nie spieszy. Wnioski prezydenta Dudy z 2019 roku czekają do dziś na rozpatrzenie. Tak samo jest z wnioskami z 2018 i 2017 roku – wszystkie w trybie prewencyjnym, złożone w Trybunale przed podpisaniem ustawy. W tym tempie wnioski z roku 2023 byłyby rozpatrzone przed końcem 2030 roku. Tak więc Koalicja 276 mogłaby sobie co najwyżej wydawać rozporządzenia do istniejących, uchwalonych przez PiS ustaw.

Żadna koncepcja polityczna oparta wyłącznie na pobieżnych opiniach i przekonaniach nie daje szans na pokonanie PiS‑u, ale jest jedynie pewną drogą do kolejnej porażki. Aby cokolwiek wygrać, trzeba zbudować nową większość wokół nowego programu. Wspomina o tym również Mariusz Janicki w najnowszym numerze „Polityki”: „Dlatego rządzący nadal czują się bezpiecznie. Wiedzą, że na ulicy władzy nie stracą, bo w Polsce nie ma tradycji zajmowania rządowych gmachów, nie ma milionowych demonstracji i już raczej nie będzie. Kaczyński może przegrać tylko w zwykłych, nudnych wyborach, a tu wierzy w swój elektorat oraz w to, że wciąż kontroluje myślenie swoich przeciwników. Co nakłada taką samą odpowiedzialność na partie opozycyjne, jak na ich wyborców”.

Do roboty więc, do rozmów, do dialogu – o naprawie Rzeczypospolitej. Grę w numerki proszę zostawić loteriom Lotto i Eurojackpot, tam są wyższe wygrane.