Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Rozdrobnienie nie służy Wywiad

„Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Według najnowszego sondażu dla Instytutu Badań Pollster opublikowanego w „Super Expressie” szeroko zjednoczona opozycja – PO, PSL, Nowoczesna, PSL, SLD Razem i Teraz – mają 50 proc. poparcia. Gdyby wspólnie wystartowały w wyborach, pokonałyby PiS. Jednak chyba za wcześnie, żeby opozycja otwierała szampana?

JACEK KUCHARCZYK: Tu wiele zależy od tego, jak wyglądało dokładnie samo pytanie, które zostało zadane, i jakie warianty odpowiedzi otrzymał pytany. Dlatego do tych liczb bardzo bym się nie przywiązywał. Niemniej na pewno można wysnuć z tych liczb jeden wniosek: większość Polaków wolałaby głosować na inną opcję polityczną niż ta, która teraz rządzi. Myślę, że została osiągnięta masa krytyczna, jeśli chodzi o poczucie, że potrzebna jest zmiana u steru państwa, aby u władzy był ktoś inny niż PiS. Teraz to opozycja musi dać wyborcom szansę i stworzyć taką realną alternatywę. Na otwieranie butelek z szampanem jest jeszcze za wcześnie, bo sondaż dotyczy opozycji wyobrażonej, nie tej istniejącej. O tak szerokim froncie anty-PiS jeszcze nie ma mowy, on faktycznie nie istnieje. To wciąż jest raczej cel różnych działań niż rzeczywistość. Ostrożnie traktowałbym te wyniki – raczej jako wskazówkę co do kierunku dalszych działań opozycji, niż jako obraz realnego układu sił politycznych w Polsce.

 

Ciągle mamy ponad połowę społeczeństwa, która nie chodzi na wybory. Jest więc spora grupa wyborców do zagospodarowania.

To jest ta wielka obietnica Biedronia, że on sięgnie po nowych wyborców, którzy zwykle nie głosują. Niestety, jest to obietnica, której szanse realizacji trudno zweryfikować. Czy Biedroń rzeczywiście zaktywizuje nowych wyborców, czy też odbierze głosy innym partiom opozycyjnym, pokażą dopiero wybory. Obawiam się, że pomimo różnych ukłonów Biedronia pod adresem wyborców PiS-u przejmie on raczej głosy dotychczasowych zwolenników opozycji. Oczywiście teoretycznie jest grupa biernych obywateli do zagospodarowania, ale ich aktywizacja cały czas pozostaje trochę fikcją polityczną. Szczególnie atrakcyjną dla tych, którzy do naszej i tak zatłoczonej sceny politycznej chcą dodać nową formację polityczną. Naturalne jest, że będą przekonywać, że nie przyczyniają się do rozdrobnienia opozycji, ponieważ chcą sięgnąć po obywatel biernych, tych którzy polityką się rozczarowali. O ile sam cel jest sensowny – na przykład widzimy, jak niski jest chociażby procent aktywnej wyborczo młodzieży – to w praktyce weryfikacja takich stwierdzeń dla socjologa czy politologa jest ogromnie trudna. Nie bardzo jest jak zbadać, czy wejście na scenę polityczną Biedronia faktycznie zwiększy deklaracje udziału w wyborach. Gdyby rzeczywiście tak było, że udałoby mu się zagospodarować tych wyborczo biernych obywateli, to moglibyśmy oczekiwać, że powstanie jego ugrupowania spowoduje, że zwiększy się frekwencja wyborcza, a opozycja się wzmocni. Moim zdaniem, dzisiaj głównym wyzwaniem dla opozycji jest podtrzymywanie zaufania tych, którzy chcą iść na wybory i są przeciwnikami partii rządzącej. Ten sondaż jest ważny dlatego, że wyraźnie pokazuje społeczne oczekiwanie na jednoczenie się opozycji, a nie na tworzenie nowej oferty na scenie politycznej.

 

Robert Biedroń zapowiada, że do koalicji nie przystąpi, a jeżeli nie zaktywizuje biernych wyborców, to zaczerpnie raczej z elektoratu opozycji?

Obawiam się, że wejście Biedronia będzie raczej przeszkodą, jeśli chodzi o tworzenie szerokiego frontu opozycyjnego wobec PiS-u. Poza tym, nawet jeśli patrzymy na ordynację wyborczą, to może okazać się niebezpieczne. Biorąc pod uwagę obecne sondaże, każdy dodatkowy głos na zjednoczoną opozycję będzie miał większe przełożenie na podział miejsc w parlamencie, niż głos na inicjatywę Biedronia.

 

Według cytowanego sondażu, gdyby partie poszły osobno, to zarówno Nowoczesna, jak i Razem i Teraz nie wchodzą. Jedynie PO, PSL, SLD znalazłyby się w parlamencie, co dałoby prawdopodobnie drugą kadencję PiS-owi.

Rozdrobnienie nie służy opozycji. Proszę zobaczyć, że w najlepszych okresach PiS-u nie popierało więcej niż 1/3 Polaków, natomiast ich siłą było zawsze to, że opozycja była rozdrobniona, że część tych, którzy nie popierali PiS-u, nie ufali też opozycji i że głosy przeciwników władzy się dzieliły. To jest to błędne koło polskiej polityki, które sprawia, że PiS mając poparcie de facto mniejszości społeczeństwa, rządzi w sposób niemalże absolutny.

 

Polska opozycja odrobiła węgierską lekcję?

Powiedziałbym, że zaczyna odrabiać, bo jeżeli popatrzeć na to, co się faktycznie dzieje na scenie politycznej, to są to dwa kroki w przód, jeden wstecz, albo nawet dwa kroki do przodu i dwa do tyłu. Za każdym razem, kiedy następuje ruch zjednoczeniowy, to jednocześnie pojawiają się też nowe inicjatywy czy podziały. Czasem mają tylko dać jej inicjatorom siłę przetargową. Powołanie nowej inicjatywy przez Ryszarda Petru być może ma być właśnie takim wstępem do negocjowania z Koalicją Obywatelską z założeniem: wiem, że nie wygram, ale gdy wystartuję samodzielnie, to zabiorę wam 2 proc. poparcia, więc proszę o poważną ofertę.

 

Czy PSL powinno również wejść do szerokiej koalicji? Samodzielnie wchodzi do Sejmu, a programowo, jako partia konserwatywna, raczej ma daleko do Nowoczesnej czy SLD. Pojawiają się informacje, że trwają rozmowy, ale do pełnego porozumienia jeszcze daleko.

Moim zdaniem PSL ideowo znakomicie odnalazłby się w takiej koalicji, szczególnie że pierwszym testem zdolności koalicyjnej będą wybory europejskie. Budowanie takiej obywatelskiej i jednocześnie proeuropejskiej koalicji nie powinno być szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kwestie polityki europejskiej. Między PSL a KO nie widzę poważnych kwestii konfliktowych. Ta koalicja wydaje mi się naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że PO jest w tej samej grupie w Parlamencie Europejskim co PSL. Zarówno racje ideowe (proeuropejskość), jak i praktyczne (ordynacja) sprzyjają temu, żeby PSL dołączył do Koalicji. Moim zdaniem jest to podstawowy warunek wyraźnego sukcesu Koalicji w wyborach, którego zresztą bardzo potrzebuje. Boję się tylko, że przeciwko takiej koalicji wystąpią siły w poszczególnych ugrupowaniach. Już teraz trwa walka o miejsca na listach wyborczych. Mandaty w PE są dla działaczy partyjnych bardzo cenne. Zarówno dla działaczy PSL, jak i działaczy KO koalicja oznacza na dzień dzisiejszy podzielenie się miejscami na listach. Premią oczywiście będzie to, że tych mandatów będzie więcej, tylko że to wymaga okiełznania indywidualnych ambicji polityków. Warto, aby zrozumieć, że indywidualny interes polityków niekoniecznie przekłada się na interes całej formacji, a w tym przypadku także i Polski. Bardzo się boję tych sił odśrodkowych, które przy obecnej ordynacji są bardzo istotne. Układanie list wyborczych jest silnym instrumentem zarówno dla władz partii, jak i polityków, którzy konkurują ze sobą bardzo ostro. Przy systemie list otwartych (głos na partię i na konkretną osobę z listy danej partii) to się niestety przekłada także na kampanie wyborcze. Sam słyszałem od osób, które startowały w wyborach do PE, że największym ich problemem byli koleżanki i koledzy z ich własnej listy wyborczej. Tak naprawdę to z nimi toczyła się walka wyborcza. To skutek ordynacji, jaką mamy.

 

Załóżmy, że powstanie taka wielka koalicja, która wygra wybory, i co dalej? Trzeba uformować rząd, podzielić resorty? Może się okazać, że to jednak PiS stworzy rząd, bo tak szeroka koalicja nie będzie w stanie?

Jeżeli PiS będzie w stanie przeciągnąć różnych posłów na swoją stronę, to może tak się stać. Oczywiście to jest ryzykowna sytuacja.
Rozpady koalicji czy nawet partii są zawsze możliwe.
Moim zdaniem generalnie powinna być wprowadzona zasada, że gdy ktoś startuje z list partii X, a potem wychodzi z klubu, to mandat przechodzi na następną osobę na liście. To byłaby logiczna konsekwencja systemu, jaki mamy, czyli otwartych list wyborczych, gdzie najpierw głosujemy na partię, a potem dopiero na osobę. Taki skutek utraty mandatu ograniczyłby korupcję polityczną na różnych szczeblach. Taka zasada byłaby wskazana, ale wprowadzić się jej teraz raczej nie da, bo zmiana nie jest w interesie partii rządzącej.

 

Trwają rozmowy między PO i Nowoczesną, aby stworzyć jeden klub w parlamencie. Na razie nieudane, bo Nowoczesna jest silnie podzielona w tej sprawie. To dobry pomysł?

Moim zdaniem dobry, bo to byłoby scementowanie koalicji na poziomie parlamentu. To pokazuje, że jednoczenie opozycji jest czymś głębszym, niż tylko stworzeniem jednej listy wyborczej. To powinno zachęcić inne partie do wchodzenia w koalicję. Nie sądzę, aby to się skończyło po połączeniu klubów.

 

A czy w ten sposób opozycja parlamentarna nie ograniczy sobie prawa do wystąpień? Już w tej chwili przez marszałka Kuchcińskiego jest ona mocno ograniczona, a jednak każdy klub zabiera głos osobno.

To, że marszałek Kuchciński ogranicza wypowiedzi posłów, nie znaczy wcale, że dwa kluby mają większy wpływ na możliwość kształtowania debaty, bo ona jest i tak sztucznie ograniczana. Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć.

 

W weekend mieliśmy dwa wydarzenia ważne dla partii rządzącej. Podsumowanie trzech lat rządów i urodziny Radia Maryja. Na obu występował premier Morawiecki, na żadnym nie było Jarosława Kaczyńskiego. PiS wraca na stare tory chowania niepopularnych polityków, aby puścić oko do centrowego elektoratu?

To powrót do strategii, która była skuteczna w 2015 roku. Opiera się ona o trzy elementy. Po pierwsze, stworzyć swój twardy elektorat, który będzie uodporniony na wszelkie błędy czy zawirowania ideowe partii. Następnie otworzyć się na centrowych wyborców. Trzeci element to dzielić i demonizować inne partie. Myślę, że PiS będzie do tej strategii wracać, mimo że ona niespecjalnie wypaliła w wyborach samorządowych w dużych miastach. W Warszawie próbowano powtórzyć kampanię prezydencką z 2015 roku i to się skończyło wielką klapą, ale Warszawa to nie cała Polska. Niemniej niewątpliwie PiS wysyła dziś sygnały w dwóch kierunkach. Te tańce w Radiu Maryja to jest ukłon do twardego elektoratu i Kościoła. To wszystko jest dość schizofreniczne, jeśli najpierw premier mówi, że wszyscy jesteśmy Polakami, a później w Radiu Maryja mówi, że jedni bardziej kochają Polskę niż drudzy. Takie wysyłanie różnych komunikatów do różnych grup jest pewną specjalnością PiS-u. Wszystko w nadziei, że obydwie grupy nie połapią się w sprzeczności tych komunikatów, że dla jednych PiS ma miękki wizerunek partii, która chce dobrze rządzić w interesie wszystkich, a dla drugich wizerunek partii mocno ideowej, która ma wyrazisty (i jednocześnie wykluczający wielu) ideał wspólnoty narodowej. Cała sztuka komunikacji politycznej polega na tym, żeby te dwie narracje w najmniejszym stopniu się nie skonfliktowały. Pytanie na dzisiaj jest takie, czy PiS będzie nadal w stanie budować poparcie w oparciu o te dwie sprzeczne narracje.

Świętsi od papieża

PO zawiesiła swojego senatora za to, że udzielił wywiadu portalowi Sputnik. W dodatku w pochlebnych słowach wypowiadał się w nim o przywódcy Rosji, śmiał się z polskiej obsesji szukania kremlowskich agentów i dokonał obiektywnych konstatacji ekonomicznych.

 

Przeczytałam wywiad Macieja Grubskiego z Agnieszką Piwar na portalu Sputnik Polska. Absolutnie nie jest mi politycznie po drodze z rozmówczynią senatora, ale nie w tym rzecz. Za wywiad ten Grubski został zawieszony oraz odsądzony od czci i wiary przez kierownictwo partii. Więcej, został nawet oskarżony o szkodzenie polskim interesom. W zasadzie każdy kulturoznawca, filolog czy współpracownik zagranicznej firmy mógłby być oskarżony o wspieranie obcej agentury. Dokładnie to w istocie pokazuje w swoim wywiadzie senator PO, żartując, że jako przewodniczący Polsko-Irańskiej Grupy Parlamentarnej, agentem zostałby z automatu już dawno, gdyby wszyscy byli wyczuleni na „wątki irańskie” tak samo jak na „rosyjskie” w debacie publicznej, działalności fundacji czy biznesie.

Jak dla mnie Grubski oberwał za niewinność. Tym bardziej, że w tekście postawił ważne pytania: po pierwsze o trwałość sojuszy z USA, które za wszelką cenę podtrzymujemy, po drugie o sens wtrącania się Polski w politykę wewnętrzną Ukrainy, po trzecie zaś o realne koszty sprowadzania gazu i ropy od Amerykanów i Saudów.

Ponadto powiedział Grubski wprost – tak samo jak ojciec urzędującego premiera – że dobre stosunki polsko-rosyjskie jak najbardziej leżą w naszym interesie. Szczerze mówiąc, doszukiwanie się w tym agenturalnych inspiracji czy próby realizacji obcych interesów uważam za ogromną nadinterpretację.

„Owszem, w historii bywało różnie: trudno, łatwo, przyjaźnie, wrogo. Na przykład w czasach PRL gospodarcze relacje z Rosją (a właściwie z ZSRR) nie do końca były wtedy dla Polski korzystne, ale były” – mówi senator. Cóż w tym sensacyjnego?

„Wymyśliliśmy sobie wtedy, że wspierając Ukrainę będziemy mieli bufor bezpieczeństwa w stosunku do Rosji” – to fragment o Majdanie. Jest to fragment, w którym Grubski przyznaje, że jego samego ta koncepcja jeszcze 4 lata temu w pełni przekonywała, ale rzeczywistość zmusiła go do weryfikacji tych tez.

„Dzisiaj zastanowiłbym się nad moim udziałem w ruchu rewolucyjnym na Ukrainie, ponieważ i tak tymi działaniami nie spowodowaliśmy pozytywnych zmian w tym kraju” – owszem, to mogło się nie spodobać kierownictwu, bo de facto podważa jego nieomylność, do której podważenia nie wszyscy jak widać dojrzeli.

Przez zawieszenie Grubskiego i nadanie całej sprawie atmosfery skandalu Platforma pokazała, że niczym się de facto nie różni od ogarniętego teoriami spiskowymi Antoniego Macierewicza, po drugie – że jest całkowicie niezdolna do podjęcia dyskusji we własnym gronie. O ileż ciekawiej byłoby, gdyby Grubskiego do debaty o Rosji zaprosił któryś z partyjnych kolegów i podjął rozmowę na argumenty. A tak, pozostaje wrażenie, że po pierwsze istnieje krąg zakazanych mediów, do których nie wolno chadzać i zestaw poglądów, których nie wypada mówić głośno. Mimo że w zasadzie Grubski oprócz postawienia kilku niewygodnych pytań nie powiedział nic rewolucyjnego.

PO i inne demencje WYBORY SAMORZĄDOWE

We wtorek w TVP Ino zwyczajowo dochodzi do ostrej polemiki (kiedyś to się nazywało „pyskówka”) pomiędzy działaczka Platformy Obywatelskiej, a działaczem Prawa i Sprawiedliwości.

 

Działacz PiS

twierdzi, że jego partia już przedstawiła swój proogram samorządowy i przedstawia w kolejnych miastach, podczas gdy Platforma ograniczyła się do krytyki działalności PiS i to w sprawach tzw. wielkiej polityki – polityki na szczeblu ogólnopolskim, szczeblu państwa, nie zaś na szczebelku samorządowym, szczeblu „małych ojczyzn”.

 

Wzburzona działaczka PO

odpowiada, że Platforma ma badzo dobry i kompetentny program samorządowy, który wkrótce przedstawi na swojej konwencji.
Jak mówi działaczka Platforma jest za dużymi uprawnieniami samorządu terytorialnego, kosztem władzy centralnej, która jest oczkiem w głowie PIS.
Zdaniem PO w samorządach powinny pozostawać praktycznie wszystkie zbierane przez państwo podatki i powinny pozostawać w gestii władz samorządowych, gdyż to one wiedzą najlepiej jak sensownie wydatkować pieniądze podatników. Zdaniem Platformy – mówiła działaczka PO – samorządy wraz z większymi finansami powinny otrzymać zarówno większe kompetencje, jak i większe obowiązki.
Ale działaczka Platformy Obywatelskiej, opowiadając takie rzeczy, zapewne nie nie zna ani mechanizmów działania państwa, ani konstytucji Polski.

 

Można zapewnić

wspomnianą działaczkę Platformy, jak i całe PO, że nawet gdyby Platforma wygrała wybory do wszystkich samorządów w Polsce i to na wszystkich szczeblach, to i tak nie zmieni tym kompetencji samorządu, ani sposobu podziału podatków na różne struktury państwa.
Tak więc opowiadanie, że Platforma Obywatelska idzie na wybory samorządowe pod hasłami zwiększenia możliwości finansowych samorządów i ich kompetencji jest albo czystą nieznajomością polskiego prawa albo robieniem z wyborców idiotów.

 

I nie wiadomo co jest groźniejsze.

Oczywiście można zwiększyć wpływy podatkowe do samorządów (rzecz jasna kosztem wpływów do skarbu państwa – przecież to się musi sumować) i kompetencje samorządów, tyle tylko, że to jest w gestii parlamentu i pod takimi hasłami można oczywiście iść do wyborów – ale parlamentarnych.

 

Zresztą to nie jeden dowód

na pomieszanie przez Platformę Obywatelską problemów wymagających poruszenia w wyborach samorządowych i parlamentarnych – podobnie rzecz się ma z kilkoma rodzajami bilbordów „PiS wziął miliony i coś tam coś tam”.

 

Wspomniane bilbordy

nie dość, że są głupie, jakby robione przez półinteligentów dla ćwierć mózgów (co chlubnie świadczy o tym jak Platforma Obywatelska ocenia polskich wyborców), to jeszcze nie nie mają nic wspólnego z wyborami samorządowymi.

 

A powiedzmy sobie szczerze

– patrząc na dotychczasowy przebieg wyborczej kampanii samorządowej, to mam wrażenie, że wszyscy ją traktują jako ostatni akord poprzedniej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, albo próbę generalną przed następnymi wyborami parlamentarnymi. A przecież nie o to chodzi.
Marzy mi się taka chwila, kiedy do moich drzwi zadzwoni pani czy pan i powie: „Panie Ilka, kandyduję na radnego, bo już dostaję szału jak patrzę na to co robią z komunikacją miejską w naszej dzielnicy.
Jak już będę radnym, to zrobię porządek z przystankami w naszej okolicy, a zielone i czerwone światła na głównych skrzyżowaniach obok nas wreszcie będą działały.

 

No i ten skwerek obok to powinno się zazielenić.

No i z przedszkolem coś trzeba zrobić – jak by dostali większą dotację to przyjęliby więcej dzieci – a wie pan ile trzeba płacić w prywatnych przedszkolach w naszej dzielnicy? Czy nie uważa pan, że dobrze myślę? – Jeśli tak tak to niech pan na mnie zagłosuje”.
Jak taka pani/pan zapuka do moich drzwi to oczywiście na nich zagłosuję.

Myślę więc jestem – Dziennik Trybuna rozmawia z Leszkiem Millerem

A o panu ciągle głośno. Tym razem zarzucają panu, że zerka pan w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Wizyta w TV Republika, komentarze na prawicowych portalach – czy jest coś na rzeczy?

– Zabieram głos przy każdej okazji, uważam bowiem, że lewica powinna być suwerenna i umieć wyrazić swoje zdanie w sposób autonomiczny, nie bacząc, czy to się komuś podoba, czy nie. Moje opinie znajdują potwierdzenie w różnych środowiskach, także w Platformie Obywatelskiej. Kilka dni temu słyszałem, jak pan Grzegorz Schetyna powiedział, że w Polsce nie ma żadnego zamachu stanu, chociaż jeszcze kilka dni temu mówił coś przeciwnego. Ja to mówię od dawna. W Polsce, jak dotąd, były dwa zamachy stanu. W 1919 roku płk. Januszajtisa – to zamach operetkowy, mimo że zamachowcom udało się na krótko aresztować ówczesnego premiera i kilku ministrów, i w 1926 r. – tragiczny zamach stanu Piłsudskiego, który obalił legalny rząd Witosa i pociągnął za sobą ok. 400 ofiar zarówno pośród wojskowych jak i cywilów. Chodzi mi o to, że klasyczna definicja zamachu mówi, że to jest działanie wymierzone w legalny rząd, w legalną władzę. A przecież tą legalną władzą jest PiS – trudno powiedzieć, że PiS dokonuje zamachu na samego siebie.

To jakby pan nazwał to, co się dzieje?

– W Polsce mamy do czynienia z deplatformizacją układu PO-PSL, który od ośmiu lat rządzi krajem, przejął kontrolę nad wszystkimi ogniwami państwa. W poprzedniej kadencji Sejmu, to my – SLD, zwracaliśmy na to wielokrotnie uwagę i to my – SLD, mówiliśmy, że w wielu urzędach centralnych, wojewódzkich, sejmikach, nie można zostać sprzątaczką, jeśli nie ma się legitymacji PSL, czy PO. Teraz PiS, który wygrał wybory, będzie robił wszystko, żeby w miejsce poprzedniej stabilizacji wprowadzić nową, będącą odzwierciedleniem wyniku wyborczego. Tak jest we wszystkich demokracjach.

Trzeba było nie siedzieć w domu, ale iść i głosować. Nie byłoby dziś tego płaczu i chlipania.

– No, właśnie.

Jednak oprócz tej pańskiej zimnej logiki są jeszcze gorące emocje. Także w środowiskach eseldowskich. Ma się mianowicie panu za złe, że tak zdecydowanie i jednoznacznie krytycznie patrzy pan na to, co w każdą sobotę dzieje się na ulicach. Czytam na przykład za portalem „Na Temat”:

[LM] jasno deklaruje, że na marsz KOD-u nie pójdzie, bo to fałsz i hipokryzja, a Platforma odrzucała różne projekty ustaw już w pierwszym czytaniu. (…) Podsumował też, że Trybunał Konstytucyjny, to nie Biblia i całe zamieszanie jest przesadzone

Otóż powiem panu, że w szeregach SLD jest całkiem sporo takich, którym spodobało się, że jest ciepła woda w kranie i są wdzięczni, że do tego kranu zostali dopuszczeni. Nie wszyscy w SLD przyjmują więc pańskie słowa z aprobatą. Wiele głów kiwa się z niedowierzaniem, na wielu twarzach maluje się zdumienie, na niektórych nawet bunt.

– Nie pierwszy raz tak się dzieje. SLD zawsze miał problemy z odrzuceniem skłonności do bycia partią koncesjonowaną. Przypomnę, że wiele, wiele lat temu wpływowe środowiska orzekły, że SLD mniej wolno. Byli i są ludzie, którzy uważają, że rzeczywiście tak jest, i że Sojusz musi zawsze przytulać się do tej części elit, które uważają się za słusznie predysponowane do sprawowania władzy w Polsce. W tej sprawie zawsze miałem inne zdanie. Uważam, że SLD musi mówić własnym głosem i musi mieć dystans zarówno do jednego prawicowego obozu, jak i do drugiego. Ja po prostu uważam, że nikt nie jest wyłączony spod krytyki – również politycy PO i całe to ich środowisko. Jeśli mówią głupstwa, lub mówią rzeczy nieprawdziwe, to trzeba o tym mówić niezależnie od konsekwencji, choćby nawet i przykrych.

Platforma była butna i arogancka, nie powinna się więc dziwić bucie i arogancji PiS?

– Pierwsze demonstracje KOD-u, były zdominowane przez polityków PO i PSL. Oni przemawiali, protestowali przeciwko lekceważeniu głosów obywateli. A ja przecież pamiętam, mam nadzieję, że moi koledzy też – jak próbowaliśmy forsować rozmaite rozwiązania w Sejmie – prospołeczne, probywatelskie…

Na przykład podatek bankowy.

– W pierwszym już czytaniu odrzucony głosami PO i PSL. Na przykład kwestia dotycząca podwyższenia płacy minimalnej, podwyższenia stawki godzinowej. Popieraliśmy projekty obywatelskie dotyczące referendum w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Wszystko było odrzucane w pierwszym czytaniu, bez żadnej dyskusji. Słyszeliśmy pełen szyderstwa głos: wygrajcie wybory, to sobie będziecie to wprowadzać. Nie wygraliśmy, to prawda, ale inni wygrali i oni realizują tę sugestię. Jeśli ja potem na manifestacji KOD widzę tych samych ludzi, którzy dziś mają usta pełne frazesów o demokracji i społeczeństwie obywatelskim, to jaki ja mogę mieć do tego stosunek?

W sobotę odbyły się demonstracje w sprawie wolności słowa. Miałem podobne odczucia widząc panów Kurskiego i Blumsztajna wołających o wolność słowa. Przypominała mi się niesławnej pamięci, akcja „Wyborczej”, znana jako „afera Rywina”. Nikt wtedy nie słyszał jeszcze o „Sowie i Przyjaciołach”, kiedy redaktor naczelny „Gazety” w praktyce zaczął stosować „niekonwencjonalne” metody dziennikarskie. Nie wiem dlaczego, ale pamięć przywoływała też informacje o tym, że „Gazeta Wyborcza” otrzymała od rządu PO-PSL ponad 50 proc. ze 120 milionowej puli wydanej w latach 2004-2012 przez rząd na promocję i reklamę. Na ich miejsce też broniłbym takiej wolności.

– Dwa razy w historii III RP obalono dwa lewicowe rządy za pomocą metod, które w żadnym wypadku nie można uznać za parlamentarne. Obalono dlatego, że w normalny, demokratyczny sposób to by się nie udało. Raz, kiedy zmontowano tzw. „aferę Olina” i dorowadzono do upadku rządu Oleksego i drugi raz, kiedy wymyślono „aferę Rywina”, żeby doprowadzić do upadku mój rząd. Prawica wiedziała, że z nami normalnie się wygrać nie da, więc uciekano się do takich metod. Ludzie SLD też powinni o tym pamiętać.

Ale wracając do rzeczy – oczywiście nie podoba mi się, że minister rządu mianuje szefa publicznej telewizji i radia. Wyobraźmy sobie, że oto jest rok 2003 i minister skarbu, Wisław Kaczmarek, wręcza nominację Robertowi Kwiatkowskiemu na szefa telewizji. To nawet trudno sobie wyobrazić, co by się działo. Ale po 14 latach, ten „obyczaj” jest faktem. To też pokazuje, że w miarę oddalania się od 89 roku wiele dobrych rozwiązań dotyczących demokracji i kontroli Sejmu nad rządem, zostało przez obóz prawicy – mówię tu o PO i o PiS – zglajszachtowanych i wyrzuconych na śmietnik. Zanim w 1993 roku zostałem ministrem pracy, byłem przesłuchiwany przez odpowiednią komisję sejmową. Gdy w 2001 powstawała Komisja do Spraw Służb Specjalnych, to przyjęliśmy zasadę, że jej szefem jest zawsze przedstawiciel opozycji. Kto dziś zawraca sobie takimi „głupstwami” głowę? Widać wyraźnie jak prawica rozstawała się po kolei z tymi dobrymi, pro-demokratycznym zwyczajami. Prawica tylko mówi o demokracji, w praktyce demokracja częściej jej przeszkadza niż pomaga. Apogeum tego trendu politycznego nastąpiło w trakcie ostatniej kadencji, kiedy całkowicie odwrócono zasady relacji między Sejmem a rządem. Zgodnie z Konstytucją, to Sejm sprawuje kontrolne funkcje nad rządem, ale w praktyce to rząd kontrolował Sejm. W imię poprawności politycznej, ja mam teraz o tym wszystkim zapomnieć? No, nie! Trzeba o tym mówić i zachęcam do tego moje koleżanki i kolegów, żeby o tym mówili. Zwłaszcza tych, którzy obserwowali to z bliska. Na przykład tych, którzy pisali liczne protesty w imieniu SLD do szefa telewizji publicznej, czy do szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wskazujących na to, że różne nasze inicjatywy ważne dla obywateli są systematycznie pomijane. Jak na przykład Sejmiki Kobiet Lewicy, które w opinii ówczesnych redaktorów telewizji publicznej nie zasługiwały na żadne wzmianki. Mamy udawać, że tego nie pamiętamy, że tego nie było? Było!

Są jednak chętni, którzy łatwo puszczają to w niepamięć. Jak skomentować tę przeklętą, istniejącą od ćwierć wieku skłonność lewicy eseldowskiej do łaszenia się do środowisk dawnej Unii Wolności, teraz PO, do kręgów „Gazety Wyborczej” Jak skomentować to wypatrywanie aprobaty i biletu dostępu do kranu z ciepłą wodą?

– Mają koledzy wyraźną skłonność do tego, żeby mieć jakiegoś pana, jakiś ośrodek dyspozycyjny. Co więcej przez te ćwierć wieku wszyscy się do tego przyzwyczaili – i dysponent łask i ten, kto odbiera dyspozycje.

Czyli co – nie taki PiS straszny, a przynajmniej nie tak straszny, jak go Platforma i KOD malują?

– PiS oczywiście zachowuje się nieodpowiednio, podejmując decyzje i finalizując je w nocy, łamiąc regulamin Sejmu, dobre obyczaje itd. Odnoszę wrażenie, że to jest jakaś przemożna potrzeba rewanżu, za to, że ta partia była w ostatnich latach ośmieszana, marginalizowana. No i teraz jest chęć odreagowania, pokazania, kto tu naprawdę rządzi. To oczywiście jest szkodliwe dla państwa, to nie służy polskiej racji stanu. Mam wrażenie, że oni lepiej czują się w opozycji niż będąc władzą. Ale trudno jednak powiedzieć, że żyjemy w państwie totalitarnym. Na razie nie żyjemy. I trzeba się miarkować, trzeba obserwować, bić na alarm, jeśli jest taka potrzeba, ale nie powinno się histeryzować. Bo jeśli dziś używa się słów ostatecznych, to jakich słów trzeba będzie użyć, gdyby sytuacja naprawdę zmierzała w stronę jakiegoś rzeczywistego reżimu. Chodzi o umiar.

Czy nie czuje pan, że składając daninę zdrowemu rozsądkowi nolens volens staje się pan sojusznikiem pani Pawłowicz, pana Piotrowicza, pana Suskiego i innych równie sympatycznych pań i panów z PiS?

– Nie jestem żadnym sojusznikiem kogokolwiek. Jestem sojusznikiem zdrowego rozsądku i polskiej racji stanu. Polska demokracja i jej mechanizmy są zbyt głęboko zakorzenione wśród Polaków i w polskim życiu państwowym, by ktokolwiek mógł je zburzyć. Natomiast jestem przeciw histerii, bo on pcha do działań nieobliczalnych. Dla lewicy, dla nowego kierownictwa SLD, musi być jasne, że SLD powinno być stać na własne zdanie, na wypracowanie swojego punktu widzenia na to, co się dziś dzieje, a nie małpowanie i potarzanie słów i gestów płynących z jednego bądź drugiego obozu. Jeśli SLD nie będzie stać na suwerenne zachowania, to nikomu taka partia nie będzie potrzebna. SLD musi odnaleźć swoją własną narrację, swoje własne oceny i musi się nimi posługiwać. Tu nie ma mowy o żadnych sojuszach, doraźnych, czy długofalowych. Tu chodzi o coś znacznie więcej. Tak na marginesie – SLD tylko raz zawarł sojusz z PiS. Była to koalicja medialna, chodziło o telewizję. Została zawarta wtedy, gdy przewodniczącym SLD był Grzegorz Napieralski, dzisiejszy senator Platformy Obywatelskiej. Wówczas był kandydatem SLD na prezydenta i medialna koalicja z PiS-em pomogła mu w uzyskaniu dobrego wyniku.

Dziękujemy za rozmowę

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}