Powyborcze żale

To że Sąd Najwyższy uzna wynik wyborów prezydenckich było wiadomo w momencie gdy porównało się liczbę protestów z różnicą głosów oddanych w drugiej turze na obydwu kandydatów.

Gdyby nawet Sąd uznał za zasadne wszystkie spośród 5 847 protestów, to i tak nie zrównoważyłoby 422 385 głosów, które Rafałowi Trzaskowskiemu brakowało do zwycięstwa – argumentuje umiejący liczyć szewc Fabisiak. Takie są realia z którymi jednak nie chce się zgodzić Platforma Obywatelska, której poniekąd zrozumiała nerwowość przejawia się w nieprzemyślanych i wzajemnie ze sobą sprzecznych reakcjach. Z jednej strony składa ona protest kwestionujący wynik wyborów, z drugiej zaś uznaje ich ważność. Świadczy o tym m .in. to, że Trzaskowski spotkał się z Dudą, choć – jak łatwo było przewidzieć – spotkanie to nie przyniosło żadnych widocznych rezultatów. Obydwaj panowie wymienili się poglądami co równie dobrze mogli uczynić przy pomocy sms-ów ewentualnie poczty elektronicznej.

Kiedy szewc Fabisiak dowiedział się, że Platforma zgłosiła protest kwestionujący wynik wyborów zadał sobie pytanie czy to samo by uczyniła gdyby to jej kandydat wygrał wybory. Podważanie korzystnego dla siebie wyniku byłoby jednak ośmieszającym tę formację objawem paranoi. Jednak podobnie paranoidalnym wydaje się być platformiany protest. PO podnosi zarzut niekonstytucyjności wyborów, tendencyjnej propagandy w telewizji ponoć publicznej czy też zaangażowania rządu w promowanie konkurencyjnego kandydata. Wszystko to jest prawdą tyle, że było o tym wiadomo przynajmniej już po pierwszej rundzie. Skoro Platforma uznała wybory za niekonstytucyjne, to biorąc w nich udział sama złamała konstytucję – wnioskuje szewc Fabisiak. Gdyby była konsekwentna, to powinna zbojkotować drugą turę. Oddanie wyborów walkowerem byłoby jednak wyjątkową głupotą a skoro tak, to głupotą jest również wysuwanie argumentu o niekonstytucyjności. Reguły gry, choć oparte na nierównych szansach, były bowiem wiadome i skoro w tej nierównej grze wzięło się udział, to teraz nie ma sensu biadolenie nad przysłowiowym rozlanym mlekiem – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Platforma dała się wpuścić w wariant mecenasa Giertycha, niegdysiejszego faworyta wpływowego toruńskiego księdza a obecnie sprzymierzeńca PO, który optował za unieważnieniem wyborów w przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy.

Również pozostałe argumenty Platformy, skądinąd merytorycznie słuszne, nie dają podstawy prawnej do unieważnienia wyniku wyborów. Prawo nie zabrania bowiem premierowi tudzież jego ministrom rozdawania czeków czy też obiecywania wozów strażackich akurat podczas kampanii. Może to być sprzeczne z poczuciem przyzwoitości ale niestety nie z prawem. Zastrzeżenia co do działalności TVP wydają się być bardziej zasadne. Istotnie, pisowska telewizja prowadziła nachalną kampanię promując jednego i równocześnie gnojąc innego kandydata. Powstaje jednak pytanie o wpływ telewizyjnej propagandy na wyniki głosowania. Czy ludzie zmienili swoje polityczne preferencje pod wpływem tej propagandy czy też jedynie umocniła ona ich w poczuciu trafnego wyboru? – pyta szewc Fabisiak. I ma w tym temacie pewne wątpliwości. Uważa, że traktowanie telewizyjnych oglądaczy jak jakiejś ciemnej masy bezkrytycznie wierzącej w to co się jej wciska z ekranu jest interpretacją dosyć prymitywną. Ponadto niektórym bardziej wrażliwym telewidzom serwowane na okrągło obrazki wrzeszczącego Dudę mogłyby odebrać chęć oddania nań głosu.

Skoro Sąd Najwyższy uznał ważność wyborów, to Platformie nie pozostało nic innego jak kwestionowanie kompetencji samego sądu. Poseł Michał Szczerba argumentuje, iż uchwałę Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie można uznać za stanowisko Sądu Najwyższego jako że izba ta została ustanowiona z naruszeniem prawa. Święta prawda, lecz o tym wiedziano na długo przed wyborami do których kandydaci przystąpili z pełną tego faktu świadomością. Wylewając wiadro wody na rozpalone głowy platformerskich polityków szewc Fabisiak nie może pominąć okazji aby nie przyładować Rafałowi Trzaskowskiemu. Kiedy w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego jego uczestniczka Wanda Traczyk-Stawska mówiła o tym, że w powstaniu walczyli też komuniści, to Trzaskowski pryncypialnie zareagował w stylu tępego antykomunizmu psiocząc na mroczne czasy komuny, która nie pozwalała mówić o powstaniu. Nie wdając się w historyczne dywagacje szewc Fabisiak pragnie jedynie Rafała Trzaskowskiego poinformować, że Plac Wareckich został przemianowany na Plac Powstańców Warszawy właśnie za czasów owej komuny i znajduje się w centrum miasta, którego pan Trzaskowski jest prezydentem.

Platforma Obywatelska nie ma jednak monopolu na powyborcze biadolenie. Dotyczy to także Szymona Hołowni, który czyni to jednak w jeszcze bardziej bezsensownym stylu. Otóż twierdzi on, że Jarosław Kaczyński umożliwił podmiankę platformowego kandydata, ponieważ przestraszył się, że on Szymon Hołownia mógłby wygrać drugą turę wyborczą. A przestraszył się dlatego, że dowiedział się, iż jego Szymona Hołowni ruch ma już biura w 17 miastach. A jak powszechnie wiadomo to właśnie przy pomocy takich biur wygrywa się wybory czego nie jest świadomy ani PiS ani PO choć też posiadają struktury terenowe. Za to wie o tym doskonale Szymon Hołownia.

Czy Lewica chciała zapisać się do Platformy?

Już wszystko jasne, drugi prezydent IV RP, Andrzej Duda wygrał wybory. Przez kolejne 5 lat będzie „pierwszym obywatelem Rzeczypospolitej”. Miał za sobą cały aparat państwowy, media narodowe, lojalną i dobrze zorganizowaną partię oraz jeden z najbardziej profesjonalnych sztabów w ostatnim trzydziestoleciu.

Mając na uwadze, że wygrał o włos z Rafałem Trzaskowskim możemy stwierdzić, że w czasie swojej pierwszej kadencji nie potrafił, niczym Aleksander Kwaśniewski, „być prezydentem wszystkich Polaków”. Dzielił polskie społeczeństwo, podpisywał szkodliwe ustawy, naginał reguły demokratycznego państwa prawnego do realizacji interesów swojego prawicowego obozu politycznego. Pomimo to wygrał, zarówno w pierwszej jak i drugiej turze, pokonując wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej Rafała Trzaskowskiego. W kontekście politycznym i tego co wydarzyło się przez ostatnie dwa tygodnie warto przyjrzeć się zachowaniu części lewicy, która najwyraźniej zachciała zapisać do Platformy.

Ze zrozumiałych względów zeszłoroczne wybory parlamentarne były dla lewicy, w tym dla SLD, Wiosny i Razem, kluczowe. To przecież od obecności w Sejmie zależy, czy dana siła polityczna jest w ogóle traktowana w kategoriach poważnych. Brak reprezentacji parlamentarnej wiąże się z brakiem wpływu na prawodawstwo, na dyskurs publiczny, a przy okazji oznacza brak szans na udział w głównych programach telewizyjnych i radiowych. Powrót lewicy do Sejmu w październiku zeszłego roku, do tego z silnym trzecim wynikiem i ponad dwumilionowym poparciem wyborców był wydarzeniem doniosłym okupionym dużym wysiłkiem wieloletniej i mozolnej pracy. W partiach politycznych, w terenie, w samorządach, w działalności think tanków, postępowych fundacji i stowarzyszeń oraz związków zawodowych. Lewica startowała zatem do wyborów prezydenckich z przeświadczeniem, że najważniejsze wybory ma już za sobą, że jeszcze do niedawna niemożliwy cel został zrealizowany.

I wtedy zaczęły się schody. Nikt z liderów „zjednoczonej” Lewicy nie powiedział zaraz po ogłoszeniu wyników jasno i wyraźnie, że chce startować. Lewica niczym w 2015 roku zaczęła na siłę poszukiwać chętnej lub chętnego. W końcu Robert Biedroń podjął się straceńczej misji startu w wyborach, w których zwyczajnie nie mógł wygrać. Do tego doszły mankamenty jego wiarygodności (nie zrzekł się mandatu do PE, pomimo wcześniejszych zapowiedzi, że tak uczyni), języka, którym się posługiwał w kampanii („wstydzę się, że w moim kraju żyją ludzie, którzy są gorsi od komunistów, bo zniszczyli mój kraj bardziej niż komuniści”), wszystkim kandydatom pomieszała szyki pandemia koronawirusa, a wreszcie wszedł do gry Rafał Trzaskowski, który odebrał polityczny tlen wszystkim „opozycyjno-demokratycznym” kandydatom.

Jeśli wyborcy SLD, Razem, Wiosny i PPS chcieliby, aby ważne dla nich tematy wybrzmiały w drugiej turze, to trzeba było zrobić wszystko, by Robert Biedroń osiągnął jak najlepszy wynik. Tak się nie stało. Na dodatek były premier z poręki SLD Włodzimierz Cimoszewicz zapisał kolejny rozdział swojej nielojalności względem lewicy mówiąc na parę dni przed głosowaniem: „Jeżeli Robert Biedroń mógł liczyć w tych wyborach na wynik przekraczający polityczne poparcie dla Lewicy, to widziałbym sens kandydowania […] Jeżeli nie może na to liczyć, a wszystko na to wskazuje, to wielkiego politycznego sensu w tym nie widzę”. Jak skończyła się przygoda Roberta Biedronia z ubieganiem się o urząd Prezydenta RP każdy widział. 2,22 proc. i 432 tys. głosów nakazałoby dokonać szybkiej i krytycznej refleksji co poszło nie tak, co można było zrobić lepiej, dlaczego w lewicowym segmencie wyborczym wygrał Rafał Trzaskowski i jakie rodzi to niebezpieczeństwa dla całego socjaldemokratycznego projektu. W miejsce tego część posłów Lewicy, działaczy SLD i Wiosny rzuciło się do entuzjastycznej kampanii na rzecz obozu neoliberalnego, bezwarunkowo angażując się na rzecz Rafała Trzaskowskiego. Rozdając materiały wyborcze stojąc ramię w ramię z politykami Platformy, w dniu wyborów publikując w mediach społecznościowych zdjęcia z podpisem „Trzaskamy”, bądź ubierając się na niebiesko manifestując swoje preferencje wyborcze. Czyżby część lewicy zapragnęła zapisać się do drużyny zwycięzców pierwszy raz od prawie 20 lat polepszając tym swoje samopoczucie?

Czy 8 lat antypracowniczych rządów PO-PSL nie nauczyło ich, że Platforma robiła wszystko by lewica w Polsce przestała istnieć? Czy Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych spotykając się w świetle kamer z kandydatem Platformy zapomniało, ile manifestacji przeprowadziło przeciwko partii Donalda Tuska, w którego rządzie ministrem był Rafał Trzaskowski? Czy pewien lewicowy tygodnik wrzucając uśmiechnięte zdjęcie Trzaskowskiego z podpisem ZMIANA przemyślał, że może być to powrót do czasów prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat? Czy pewien lewicowy dziennik głosząc na swojej okładce „Lewica wybiera Trzaskowskiego!” zastanowił się, że postuluje publicznie trwałe zwasalizowanie socjaldemokracji?

Zrozumiałe jest to, że spora część lewicy chciała i zagłosowała na Rafała Trzaskowskiego w kontrze, w sprzeciwie, w proteście przeciwko Andrzejowi Dudzie i praktyce rządów Prawa i Sprawiedliwości. Ale jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego. W końcu to w zarządzanej przez Rafała Trzaskowskiego Warszawie 17 stycznia jako data wyzwolenia Warszawy wciąż jest symbolem niechciany. Przecież w 2017 roku Rafał Trzaskowski wspólnie z prezesem PiS oddawał cześć i chwałę Narodowym Siłom Zbrojnym i Brygadzie Świętokrzyskiej w Sejmie RP. „Socjaldemokratyczny” kandydat Platformy jeszcze niedawno głosował przeciwko obniżeniu wieku emerytalnego, tym samym dając pełne świadectwo swoim „propracowniczym” poglądom. Program 500+ natomiast nazywał, tak jak partyjni koledzy, „rozdawnictwem”.

Kandydat obozu neoliberalnego przegrał, a część polityków i polityczek lewicy naraziło się na śmieszność. Stoi u boku partii, która przegrała szóste wybory z rzędu, będąc chcąc nie chcąc w smutnej grupie z drwiącymi z wyborców Andrzeja Dudy liberalnymi dziennikarzami, którzy wskazują na ich gorsze wykształcenie czy sytuację materialną. Koleżeństwo godne pozazdroszczenia polityków, którzy na co dzień chcą dbać o interes przegranych transformacji i globalizacji.

Przed nami 3,5 roku bez wyborów, podczas których nie raz i nie dwa razy socjaldemokracja będzie wystawiana na próbę, podczas debat sejmowych, podczas głosowań, podczas codziennej, mozolnej politycznej pracy. Obóz liberalny przy każdej nakazującej się okazji będzie chciał zlutować lewicę z PiS, pozbawić ją głosu, prawa do własnego zdania, do własnej ideowo-symbolicznej tożsamości tak jak czyni to od wielu lat. Od tego czy lewica zdecyduje się na samodzielny kurs, zachowując równy dystans do PiS i PO zależy jej przyszłość w 2023 roku. Gdyż albo lewica będzie niepodległa, odważna i wiarygodna albo nie będzie jej wcale!

Pozytyw vs. Negatyw

Koniec balu panno Lalu. Wszystko policzone, inaczej nie będzie. Walka była zażarta i wyrównana, a i tak skończyło się, tak jak każdy podejrzewał, że się skończy. Przewaga Dudy z pierwszej tury była zbyt wielka, czasu za mało. Poza tym potwierdziło się to, co każdy w Polsce dobrze wie: jak nie wygrywasz na wsi, to nie wygrasz w tym kraju żadnych wyborów.

Platforma, poniewczasie, zdaje się to zauważać. Na wieś trzeba wymyślić coś ekstra, bo inaczej nie rozbieriosz. Ongiś, program dla wsi Platforma próbowała budować i wychodzić do remiz i pod strzechy. Pilotował go Robert Tyszkiewicz z Białegostoku, ale gdy 5 lat temu, jako szef sztabu, przegrał wygraną reelekcję Bronisława Komorowskiego, odsunął się w cień, co zrozumiałe. Dziś słychać z obozu PO i Rafała Trzaskowskiego nieśmiałe mamrotanie, że może warto by było coś z tą Polską wschodnią i wiejską wykombinować. Na razie nie bardzo wiadomo co, bo i nie do końca też wiadomo, jak potoczą się losy samej partii.

Mimo że porażka dotarła już do trzewi i głów kierownictwa, nikt nie wie, jak się to przełoży na partyjny organizm. Wyjścia mogą być dwa. Albo nawet trzy. I obstawiam, że PO wyjdzie z powyborczych ekspiacji właśnie tym trzecim. Pierwsze drzwi prowadzą do przesilenia i zmiany lidera. Obecny lider, Borys Budka, choć z mocnym mandatem, może być trochę za słaby, żeby zmóc wewnętrzną presję, która na pewno się pojawi, a która to będzie miała na celu wysunięcie na stolec przewodniczącego partii Rafała Trzaskowskiego i budowanie wokół niego nowej Platformy. Drugie wyjście, to długi i żmudny czas rozliczania błędów i wypaczeń, który będzie Platformę wykrwawiał, a po którym nastąpi, podług życzeń reformatorów, sanacja i nowe otwarcie ze starymi nazwiskami u steru. Trzecie wyjście, najbardziej prawdopodobne, to zmiana dla samej zmiany. Partia będzie mówić, że rodzi się nowy ruch społeczny, nowa siła w narodzie, bo przecież 10 milionów głosów to nie w kij dmuchał; że młodzież gremialnie poparła Trzaskowskiego, a to wszak młodzież jest przyszłością narodu i nie wolno zmarnotrawić takiego kapitału. I tak będą mówić o tym partyjni notable w telewizjach, sejmach, senatach i na wiecach, aż się ów narodowy zryw rozpłynie w Wiśle, żeby zostawić po sobie stare, dobre 15-18 procent poparcia dla Koalicji Obywatelskiej. Tyle się będzie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

10 milionów głosów Rafała Trzaskowskiego to nie tyle 10 milionów za nim samym i jego programem; śmiem przypuszczać, że co najmniej połowa jest głosami przeciw Dudzie i PiS-owi. Rafał Trzaskowski dobrze to wie. Borys Budka dobrze to wie. Andrzej Duda też dobrze to wie. Tylko że Andrzej Duda nic z tym nie zrobi, bo nie musi. Budka i Trzaskowski są w gorszej sytuacji. Muszą wymyślić, i to szybko, żeby para nie poszła w gwizdek, coś pozytywnego, co trafi do ludzi i przekona ich, że mają na Polskę lepszy pomysł niż PiS. Zwłaszcza na Polskę wiejską i powiatową. Samo pokazywanie się na prowincji nie wystarczy. Czymś tych ludzi trzeba do siebie przekonać. Ba, ale czym? Ile to już razy, człowieku prosty słyszałeś; że dosyć anty-PiSu, straszenia, szczucia i polaryzacji; że teraz już na pewno koniec. I co? Jak przychodziła kolejna kampania, dalej straszono LGBT i PiS-em, jak dzieci czarną wołgą. Sięgano po stare, sprawdzone argumenty, bo wciąż działały. I pewien jestem, że działać będą przy kolejnej elekcji. Bo przecież trzy lata to za mało, żeby zwołać ekspertów, pochylić się nad prawdziwymi problemami Polski małych miast i wsi, czyli np. nad depopulacją, która aż kłuje w oczy, kiedy patrzy się w okna pustych domów. Czy zrobi to Platforma z Borysem Budką czy z Rafałem Trzaskowskim na przedzie, to akurat bez znaczenia. Za 5 lat, kiedy Andrzej Duda nie będzie już startował, młodzież, która wsparła dziś Trzaskowskiego, może mieć na siebie zupełnie inny pomysł. Może ją wokół palca opleść Krzysztof Bosak. A wtedy straszenie PiS-em na niewiele się zda.

Chciałbym wierzyć, że lekcja z tych wyborów zostanie przez Platformę i całą opozycję odrobione; że zostaną wyciągnięte wnioski i zadzierzgnięta współpraca ponad podziałami, bo wiadomo z kim się bijemy i o co. Chciałbym, żeby za parę lat, przy urnie wyborczej, nikt nie straszył mnie już PiS-em i Kaczyńskim, a zaproponował coś od siebie, wcześniej niż w ostatnim tygodniu kampanii. Coś pozytywnego, jak śpiewała artystka. Na wsi albo w mieście.

Knucie, nie rozmowy

Marszałek Senatu, Tomasz Grodzki dwa dni temu dał do zrozumienia, że jego ugrupowanie – KO – prowadzi rozmowy ze skrajnie prawicową Konfederacją o możliwym poparciu kandydata neoliberalnych elit na prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Natychmiast zaprzeczył temu z pełna mocą Krzysztof Bosak. I na tym powinienem zakończyć, bo skoro politycy Konfederacji zaprzeczają… Tylko że ja im nie wierzę.

Prawicowi politycy przez lata przyzwyczaili nas do tego, że nader oszczędnie gospodarują prawdą. Następuje to wtedy, kiedy poruszają ustami. Zatem trudno ode mnie wymagać, bym uwierzył nawet najbardziej ich gorącym zaprzeczeniom. Tym bardziej, że Grodzki ponownie potwierdził fakt rozmów przed parunastoma godzinami. Wyciągnijmy zatem wnioski.

Po pierwsze trzeba uporządkować nazewnictwo, używane przez Grodzkiego i jego kolegów. Z Konfederacją nie toczy się „rozmów”. Z nimi można co najwyżej knuć. Z ludźmi z Konfederacji nie osiąga się „politycznego porozumienia”, tylko przedstawia się rezultaty spisku. Ponieważ słowa, używane zazwyczaj w kręgach w miarę cywilizowanych działaczy politycznych nie mogą mieć zastosowania do bandziorów, machających maczetą w geście jednoznacznie zachęcającym do zabójstwa lub pokazujących lewicowym działaczom gest podrzynania gardła. Chcę być jednoznacznie zrozumiany: kto wchodzi w układy z kimś, dla kogo wzywanie do morderstw jest sposobem na uprawianie polityki, ten sam staje się im równy w ich antyludzkim wezwaniom.

To nie domniemanie, to tylko konstatacja faktu. Politycy PO nie mogą się nawet przez chwile tłumaczyć, że nie wiedzą, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Wystarczy najprostsze przeszukanie internetu, by pojąć, że ich „partnerzy” są rasistami i ksenofobami, chętnymi do krwawych rozpraw z tymi, którym odmawiają praw ludzkich. Zresztą nie kto inny, jak tylko prominentny polityk KO Sławomir Nitras użył pod adresem lewicy słów: „Kiedy będziemy rządzili z Konfederacją, to my będziemy rządzili, a Konfederacja zajmie się Wami”. Powiedział to przecież nie dlatego, że miał rozkoszne przekonanie, że Konfederacja zajmuje się budowaniem szkół dla dobrze urodzonych panien, tylko wiedział, że jest organizacją, dla której przemoc fizyczna jest czymś tak normalnym jak wycieranie nosa. Nitras po prostu miał nadzieje na wizję jego idealnego świata: państwo rządzi, a jego pałkarze trzymają hołotę domagająca się sprawiedliwości pod butem.

Grodzki zatem opowiadając o knuciu z Konfederacją może mówić prawdę. Jego ugrupowanie, w którym zresztą jest zaskakująco wielu polityków wywodzących się z partii Janusza Maczety Korwin Mikkego już dawno straciło dziewictwo w dogadywaniu się ze prawicową ekstremą. To pożądany i miły ich poglądom partner.

Kasta we frakcji

W sobotę w Warszawie obradowała Rada Krajowa Platformy Obywatelskiej. W sobotę w Warszawie odbyła się manifestacja poparcia dla polityki rządu w kwestii reformowania wymiaru sprawiedliwości. Na jedną i drugą uroczystość zjechali się do Warszawy ludzie z całego kraju, dzięki czemu PKB Warszawy podskoczyło o parę oczek wzwyż. Wzwyż podskoczył w tym czasie w Toruniu także skoczek Armand Duplantis i zrobił to najwyżej na świecie, czemu dał wyraz wybuchem ogromnej radości, co dziwić nie powinno. Samozadowolenie Platformy i rządu już tak.

W składzie zarządu PO znaleźli się nowi. Ale żadni oni nowi, bo nazwiska owe (Nitras, Grodzki, Pawełek, Kierwiński) są z Platformą i w Platformie od lat. Rada Krajowa zatwierdziła również plan sztabu oraz sam sztab kandydatki na prezydenta z jej ramienia. Konwencja wyborcza odbędzie się 29 lutego. Sztabem pokierują ludzie z partyjnej nominacji, żeby złośliwie nie napisać-łapanki, politycy, którzy specjalnego wyrobienia kampanijnego nie posiadają, co i nie wróży sukcesu. Bo kim dla niewtajemniczonych jest p. Michał Gramatyka, oprócz tego, że dziś jest posłem, a kiedyś startował w przyspieszonych wyborach na senatora za Elżbietę „taki mamy klimat” Bieńkowską. I przegrał z Czesławem Ryszką z PiS-u. Jako rzekł ongiś książę Lampedusy: „Tyle się musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło”.
Naród przyjechał też do Warszawy na zaproszenie rządu, żeby pod Trybunałem Konstytucyjnym wyrażać dla działań rządu poparcie, w rytm hasła „kasta-basta”. Były zagrzewające do boju przemówienia i podtrzymujące na duchu apele. Głównie ludzi starych do jeszcze starszych. Trzon manifestacji stanowiła bowiem młodzież w wieku 60 plus, oraz armia zaciężna rekrutująca się z przyjaciół i członków klubów „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, którego sama postura musi budzić respekt u wroga. Ciekawostką wartą odnotowania w kronikach, był brak tego dnia na manifestacji Krzysztofa Bosaka, kandydata narodowców na prezydenta, który akuratnie żenił się parę ulic dalej i ze zrozumiałych względów miał co innego w głowie, choć kto go tam wie.

Kiedy Warszawa bawiła się w najlepsze na wiecach, radach i weselach, w Olsztynie tymczasem, poziom wód w miejscowej palestrze się wyrównał i pozycji lidera pozazdrościł Pawłowi Juszczyszynowi jego pryncypał urzędowy, Maciej Nawacki. Kiedy koledzy Juszczyszyna przynieśli do prezesa Nawackiego uchwałę wzywającą do wsparcia zawieszonego sędziego Pawła i chcieli ją oficjalnie poddać pod głosowanie, prezes do tego nie dopuścił, a tekst uchwały podarł na ich oczach. Niczym Nancy Pelosi, która darła tekst przemówienia Trumpa w Kongresie. Wzór miał więc nie byle jaki.

Parę dni wcześniej przeczytałem w internetach, że poseł Nitras planuje uruchomienie zbiórki pieniężnej w ramach rekompensaty za uszczuplenie sędziemu Juszczyszynowi zarobków, żeby chłop nie przymierał głodem. Innymi słowy: wzywa do powołania frakcji. Frakcji dla kasty, jakby chcieli ci z sobotniego wiecu pod TK. Kiedyś, u mnie w kapeli, też funkcjonowała frakcja. Było bowiem tak, że gdy w zespole występował problem alkoholowy, muzycy sami z siebie poddawali się badaniu alkomatem. Ten, który przekroczył 0,0 promila grał tego dnia za darmo. Jego gaża była dzielona między pozostałych wykonawców w częściach równych. Grupka kolegów, najbardziej zainteresowanych i zagrożonych karami, zawiązała wtedy frakcję. Zadaniem frakcji było rachowanie, jaki procent został dodany do wypłaty, a tym samym, odjęty poszkodowanemu, a następnie działkowanie się z poszkodowanym jego dolą poza oficjalnym obiegiem. Niestety, frakcja nie wytrzymała próby czasu. Po pierwsze, nie wszyscy chcieli się do frakcji przyłączyć, bo uważali, że to fałszywie pojętą solidarność i podtrzymywanie zgubnego nałogu. Po drugie zaś i ostatnie: od jakiegoś czasu ostatni z pijących przestał pić i nie ma się na kogo składać.

Logika konfrontacji

Na kilkanaście dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego lider Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się na podporządkowanie kampanii wyborczej tego ugrupowania logice ideologicznej konfrontacji. Linię tej konfrontacji wyznaczyć ma obrona rzekomo zagrożonego Kościoła Katolickiego, atakowanie którego ma być równoznaczne z „podniesieniem ręki na Polskę”. Jest to bardzo czytelny przekaz: kto jest przeciw Prawu i Sprawiedliwości, jest zarazem przeciw Kościołowi Katolickiemu, a tym samym przeciw Polsce.

Przyjęcie takiej, konfrontacyjnej, logiki walki oznacza porzucenie nadziei na to, że zwycięstwo wyborcze można uzyskać przez odwołanie się do umiarkowanego środka.
Prawo i Sprawiedliwość było gotowe na znaczne ustępstwa w imię strategii łagodzenia konfliktu. Zaczęło licytować się z Koalicją Europejską w deklaracjach poparcia dla Unii Europejskiej, jakby zapominając o tym, że jednym z pierwszych posunięć premier Beaty Szydło było usunięcie flag Unii Europejskiej z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i że flaga ta została przez ulubioną posłankę PiS nazwana „szmatą”. Do zamrażarki sejmowej poszedł projekt radykalnego zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, za co między innymi PiS płaci wzmocnieniem skrajnie prawicowej Konfederacji. Wszystko to miało sens jako strategia obliczona na pozyskiwanie przynajmniej części ludzi środka. Strategii tej sprzyjały postawy „symetrystów” – tych ludzi lewicy, dla których nie ma zasadniczej różnicy między PiS i PO.
Strategia walki o umiarkowanych miała sens. Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego miałaby wygrać wybory, to musiałaby uzyskać lepszy wynik niż w wyborach samorządowych 2018 roku, w których zdobyła ona wprawdzie największą liczbę głosów, ale znalazła się w mniejszości wśród radnych sejmików wojewódzkich.
Porzucenie tej strategii na rzecz konfrontacji ideologicznej można zrozumieć jedynie wtedy, gdy przyjmie się założenie, że przywódca partii rządzącej zdał sobie sprawę z nieskuteczności polityki umiaru. Sondaże socjologiczne nie dają tu jednoznacznego obrazu – głownie dlatego, że notorycznie zawyżają prognozowaną frekwencję, co czyni całą prognozę wysoce wątpliwą. Zapewne więc istnieją inne, bardziej wiarygodne, źródła wiedzy o tym, jak kształtuje się prawdopodobny wynik wyborów.
Wybór strategii konfrontacyjnej ma swoje koszty. Nawet wielu ludziom bliskim Kościołowi nie podoba się zapał, z jakim policja zabrała się za represjonowanie autorki rzekomo bluźnierczego wizerunki Matki Boskiej w aureoli o kolorach tęczy, co zresztą „rozsławiło” nasze państwo w świecie. Trudno też przyjąć, że rzeczywistym powodem zwrotu ku konfrontacji jest krytyczne wobec Kościoła wystąpienie redaktora naczelnego „Liberté” poprzedzające wykład Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim. Sadzę raczej, że wydarzenia te posłużyły Jarosławowi Kaczyńskiemu jako pretekst do zmiany języka propagandy.
Byłby to więc wyraz desperacji, której jedynym logicznym wyjaśnieniem jest poczucie, że zwycięstwo wyborcze wymyka się z rąk. Czy jednak jest to posunięcie politycznie trafne?
Logika konfrontacji ma swoje koszty. Już w tej chwili widać, że brutalność policji wobec Elżbiety Podleśnej wywołało zażenowanie w samym obozie władzy. Minister Brudziński usiłuje się wytłumaczyć argumentem, że nastąpiła „obraza uczuć religijnych”, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podległa mu policja tym razem była tak stanowcza, a nawet brutalna, podczas gdy z reguły nie reaguje lub reaguje bardzo słabo na otwarte akty antysemityzmu i na używanie faszystowskiej symboliki przez bliskich wielu politykom PiS działaczy skrajnej prawicy nacjonalistycznej.
Jarosław Kaczyński postawił wszystko na jedną kartę. Jest nią poparcie polityczne, którego Prawu i Sprawiedliwości ma udzielić hierarchia Kościoła Katolickiego. Jest to szkodliwe dla Polski, gdyż wprowadza nas w klimat „zimnej wojny religijnej”. To zaś grozi państwu i podważa sama istotę demokracji, której podstawą jest szacunek dla politycznego przeciwnika i poczucie wspólnoty obywatelskiej.
Do takich właśnie wartości odwołał się Donald Tusk w warszawskim wykładzie. Był to, moim zdaniem, najważniejszy element jego wystąpienia. Były premier wrócił tu do tej linii politycznej, która zapewniła mu zwycięstwo w starciu z Jarosławem Kaczyńskim w czasie kampanii przez wyborami 2007 roku, wygranymi przez Platformę Obywatelską. Jest to mądra i dobra dla Polski linia polityczna. Myśląc o przyszłości powinniśmy pamiętać, że nawet przegrana Prawa i Sprawiedliwości nie usunie politycznych podziałów i że jutro Polski zależeć będzie od tego, byśmy rozumieli, iż jest ona naszą wspólną ojczyzną.
W konfrontacyjnej strategii Jarosława Kaczyńskiego centralne miejsce zajmuje przekonanie o politycznej sile Kościoła. Dziwi mnie to u polityka, który berze czynny udział w polityce polskiej od bardzo dawna. Czy trzeba mu przypominać, jakim fiaskiem skończył się apel Episkopatu (z sierpnia 1995 roku) wzywającego wiernych, by w wyborach prezydenckich nie oddali głosu na kandydata wywodzącego się z systemu PRL? Wprawdzie nie padło wówczas żadne nazwisko, ale wśród kilkunastu kandydatów tylko jeden był dwukrotnym ministrem w rządach PRL. I to ten – przez hierarchię kościelną niechciany kandydat – został prezydentem, a pięć lat później powtórzył ten sukces wygrywając już w pierwszej turze. Dwa lata po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego Episkopat rzucił na szalę swój autorytet opowiadając się przeciw poddanemu głosowaniu powszechnemu projektowi Konstytucji jako rzekomo nie respektującej należycie „wartości chrześcijańskich”. Nie na wiele się to zdało i Konstytucja weszła w życie.
Od tego czasu wiele się zmieniło – ale nie w kierunku wzmocnienia politycznej pozycji Kościoła. Ujawnione w skali światowej skandale pedofilskie odbiły się także na świadomości społecznej w Polsce, czego jednym z przejawów jest sukces filmu „Kler”. W samym Kościele dojrzewa wyraźny podział na jego skrzydło fundamentalistyczne i na zwolenników katolicyzmu otwartego. Ci ostatni są w tej chwili w mniejszości, ale politycznym błędem jest stawianie na skrzydło konserwatywne, gdyż nie zapewnia to powszechnego poparcia wśród ludzi wierzących.
Myślę więc , że wybór strategii konfrontacyjnej jest błędem, który nie przyniesie PiS-owi wygranej – ani w maju ani na jesieni. Konsekwencją tej strategii będzie jednak dalsze psucie kultury politycznej w Polsce.
Odbudowanie demokratycznego klimatu politycznego będzie jednym z najważniejszych, a zarazem najtrudniejszych zadań obecnej opozycji, gdy obejmie ona rządy. Będzie to wymagało umiaru i gotowości do konstruktywnego dialogu, wszędzie tam, gdzie trzeba i można znajdować wspólny język. Nie oznacza to puszczenia w niepamięć oczywistego łamania prawa przez dzisiejszych „gospodarzy RP”, ale oznacza gotowość odróżnienia stosunku do nich od postawy przyjmowanej wobec milionów ich dotychczasowych wyborców.
Koalicja Europejska – właśnie dlatego, że jest porozumieniem ponad istotnymi różnicami ideologicznymi – ma warunki, by stać się autorem takiej zmiany klimatu politycznego. Także dlatego warto pracować na jej jak najlepszy wynik wyborczy.

Rozdrobnienie nie służy Wywiad

„Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Według najnowszego sondażu dla Instytutu Badań Pollster opublikowanego w „Super Expressie” szeroko zjednoczona opozycja – PO, PSL, Nowoczesna, PSL, SLD Razem i Teraz – mają 50 proc. poparcia. Gdyby wspólnie wystartowały w wyborach, pokonałyby PiS. Jednak chyba za wcześnie, żeby opozycja otwierała szampana?

JACEK KUCHARCZYK: Tu wiele zależy od tego, jak wyglądało dokładnie samo pytanie, które zostało zadane, i jakie warianty odpowiedzi otrzymał pytany. Dlatego do tych liczb bardzo bym się nie przywiązywał. Niemniej na pewno można wysnuć z tych liczb jeden wniosek: większość Polaków wolałaby głosować na inną opcję polityczną niż ta, która teraz rządzi. Myślę, że została osiągnięta masa krytyczna, jeśli chodzi o poczucie, że potrzebna jest zmiana u steru państwa, aby u władzy był ktoś inny niż PiS. Teraz to opozycja musi dać wyborcom szansę i stworzyć taką realną alternatywę. Na otwieranie butelek z szampanem jest jeszcze za wcześnie, bo sondaż dotyczy opozycji wyobrażonej, nie tej istniejącej. O tak szerokim froncie anty-PiS jeszcze nie ma mowy, on faktycznie nie istnieje. To wciąż jest raczej cel różnych działań niż rzeczywistość. Ostrożnie traktowałbym te wyniki – raczej jako wskazówkę co do kierunku dalszych działań opozycji, niż jako obraz realnego układu sił politycznych w Polsce.

 

Ciągle mamy ponad połowę społeczeństwa, która nie chodzi na wybory. Jest więc spora grupa wyborców do zagospodarowania.

To jest ta wielka obietnica Biedronia, że on sięgnie po nowych wyborców, którzy zwykle nie głosują. Niestety, jest to obietnica, której szanse realizacji trudno zweryfikować. Czy Biedroń rzeczywiście zaktywizuje nowych wyborców, czy też odbierze głosy innym partiom opozycyjnym, pokażą dopiero wybory. Obawiam się, że pomimo różnych ukłonów Biedronia pod adresem wyborców PiS-u przejmie on raczej głosy dotychczasowych zwolenników opozycji. Oczywiście teoretycznie jest grupa biernych obywateli do zagospodarowania, ale ich aktywizacja cały czas pozostaje trochę fikcją polityczną. Szczególnie atrakcyjną dla tych, którzy do naszej i tak zatłoczonej sceny politycznej chcą dodać nową formację polityczną. Naturalne jest, że będą przekonywać, że nie przyczyniają się do rozdrobnienia opozycji, ponieważ chcą sięgnąć po obywatel biernych, tych którzy polityką się rozczarowali. O ile sam cel jest sensowny – na przykład widzimy, jak niski jest chociażby procent aktywnej wyborczo młodzieży – to w praktyce weryfikacja takich stwierdzeń dla socjologa czy politologa jest ogromnie trudna. Nie bardzo jest jak zbadać, czy wejście na scenę polityczną Biedronia faktycznie zwiększy deklaracje udziału w wyborach. Gdyby rzeczywiście tak było, że udałoby mu się zagospodarować tych wyborczo biernych obywateli, to moglibyśmy oczekiwać, że powstanie jego ugrupowania spowoduje, że zwiększy się frekwencja wyborcza, a opozycja się wzmocni. Moim zdaniem, dzisiaj głównym wyzwaniem dla opozycji jest podtrzymywanie zaufania tych, którzy chcą iść na wybory i są przeciwnikami partii rządzącej. Ten sondaż jest ważny dlatego, że wyraźnie pokazuje społeczne oczekiwanie na jednoczenie się opozycji, a nie na tworzenie nowej oferty na scenie politycznej.

 

Robert Biedroń zapowiada, że do koalicji nie przystąpi, a jeżeli nie zaktywizuje biernych wyborców, to zaczerpnie raczej z elektoratu opozycji?

Obawiam się, że wejście Biedronia będzie raczej przeszkodą, jeśli chodzi o tworzenie szerokiego frontu opozycyjnego wobec PiS-u. Poza tym, nawet jeśli patrzymy na ordynację wyborczą, to może okazać się niebezpieczne. Biorąc pod uwagę obecne sondaże, każdy dodatkowy głos na zjednoczoną opozycję będzie miał większe przełożenie na podział miejsc w parlamencie, niż głos na inicjatywę Biedronia.

 

Według cytowanego sondażu, gdyby partie poszły osobno, to zarówno Nowoczesna, jak i Razem i Teraz nie wchodzą. Jedynie PO, PSL, SLD znalazłyby się w parlamencie, co dałoby prawdopodobnie drugą kadencję PiS-owi.

Rozdrobnienie nie służy opozycji. Proszę zobaczyć, że w najlepszych okresach PiS-u nie popierało więcej niż 1/3 Polaków, natomiast ich siłą było zawsze to, że opozycja była rozdrobniona, że część tych, którzy nie popierali PiS-u, nie ufali też opozycji i że głosy przeciwników władzy się dzieliły. To jest to błędne koło polskiej polityki, które sprawia, że PiS mając poparcie de facto mniejszości społeczeństwa, rządzi w sposób niemalże absolutny.

 

Polska opozycja odrobiła węgierską lekcję?

Powiedziałbym, że zaczyna odrabiać, bo jeżeli popatrzeć na to, co się faktycznie dzieje na scenie politycznej, to są to dwa kroki w przód, jeden wstecz, albo nawet dwa kroki do przodu i dwa do tyłu. Za każdym razem, kiedy następuje ruch zjednoczeniowy, to jednocześnie pojawiają się też nowe inicjatywy czy podziały. Czasem mają tylko dać jej inicjatorom siłę przetargową. Powołanie nowej inicjatywy przez Ryszarda Petru być może ma być właśnie takim wstępem do negocjowania z Koalicją Obywatelską z założeniem: wiem, że nie wygram, ale gdy wystartuję samodzielnie, to zabiorę wam 2 proc. poparcia, więc proszę o poważną ofertę.

 

Czy PSL powinno również wejść do szerokiej koalicji? Samodzielnie wchodzi do Sejmu, a programowo, jako partia konserwatywna, raczej ma daleko do Nowoczesnej czy SLD. Pojawiają się informacje, że trwają rozmowy, ale do pełnego porozumienia jeszcze daleko.

Moim zdaniem PSL ideowo znakomicie odnalazłby się w takiej koalicji, szczególnie że pierwszym testem zdolności koalicyjnej będą wybory europejskie. Budowanie takiej obywatelskiej i jednocześnie proeuropejskiej koalicji nie powinno być szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kwestie polityki europejskiej. Między PSL a KO nie widzę poważnych kwestii konfliktowych. Ta koalicja wydaje mi się naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że PO jest w tej samej grupie w Parlamencie Europejskim co PSL. Zarówno racje ideowe (proeuropejskość), jak i praktyczne (ordynacja) sprzyjają temu, żeby PSL dołączył do Koalicji. Moim zdaniem jest to podstawowy warunek wyraźnego sukcesu Koalicji w wyborach, którego zresztą bardzo potrzebuje. Boję się tylko, że przeciwko takiej koalicji wystąpią siły w poszczególnych ugrupowaniach. Już teraz trwa walka o miejsca na listach wyborczych. Mandaty w PE są dla działaczy partyjnych bardzo cenne. Zarówno dla działaczy PSL, jak i działaczy KO koalicja oznacza na dzień dzisiejszy podzielenie się miejscami na listach. Premią oczywiście będzie to, że tych mandatów będzie więcej, tylko że to wymaga okiełznania indywidualnych ambicji polityków. Warto, aby zrozumieć, że indywidualny interes polityków niekoniecznie przekłada się na interes całej formacji, a w tym przypadku także i Polski. Bardzo się boję tych sił odśrodkowych, które przy obecnej ordynacji są bardzo istotne. Układanie list wyborczych jest silnym instrumentem zarówno dla władz partii, jak i polityków, którzy konkurują ze sobą bardzo ostro. Przy systemie list otwartych (głos na partię i na konkretną osobę z listy danej partii) to się niestety przekłada także na kampanie wyborcze. Sam słyszałem od osób, które startowały w wyborach do PE, że największym ich problemem byli koleżanki i koledzy z ich własnej listy wyborczej. Tak naprawdę to z nimi toczyła się walka wyborcza. To skutek ordynacji, jaką mamy.

 

Załóżmy, że powstanie taka wielka koalicja, która wygra wybory, i co dalej? Trzeba uformować rząd, podzielić resorty? Może się okazać, że to jednak PiS stworzy rząd, bo tak szeroka koalicja nie będzie w stanie?

Jeżeli PiS będzie w stanie przeciągnąć różnych posłów na swoją stronę, to może tak się stać. Oczywiście to jest ryzykowna sytuacja.
Rozpady koalicji czy nawet partii są zawsze możliwe.
Moim zdaniem generalnie powinna być wprowadzona zasada, że gdy ktoś startuje z list partii X, a potem wychodzi z klubu, to mandat przechodzi na następną osobę na liście. To byłaby logiczna konsekwencja systemu, jaki mamy, czyli otwartych list wyborczych, gdzie najpierw głosujemy na partię, a potem dopiero na osobę. Taki skutek utraty mandatu ograniczyłby korupcję polityczną na różnych szczeblach. Taka zasada byłaby wskazana, ale wprowadzić się jej teraz raczej nie da, bo zmiana nie jest w interesie partii rządzącej.

 

Trwają rozmowy między PO i Nowoczesną, aby stworzyć jeden klub w parlamencie. Na razie nieudane, bo Nowoczesna jest silnie podzielona w tej sprawie. To dobry pomysł?

Moim zdaniem dobry, bo to byłoby scementowanie koalicji na poziomie parlamentu. To pokazuje, że jednoczenie opozycji jest czymś głębszym, niż tylko stworzeniem jednej listy wyborczej. To powinno zachęcić inne partie do wchodzenia w koalicję. Nie sądzę, aby to się skończyło po połączeniu klubów.

 

A czy w ten sposób opozycja parlamentarna nie ograniczy sobie prawa do wystąpień? Już w tej chwili przez marszałka Kuchcińskiego jest ona mocno ograniczona, a jednak każdy klub zabiera głos osobno.

To, że marszałek Kuchciński ogranicza wypowiedzi posłów, nie znaczy wcale, że dwa kluby mają większy wpływ na możliwość kształtowania debaty, bo ona jest i tak sztucznie ograniczana. Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć.

 

W weekend mieliśmy dwa wydarzenia ważne dla partii rządzącej. Podsumowanie trzech lat rządów i urodziny Radia Maryja. Na obu występował premier Morawiecki, na żadnym nie było Jarosława Kaczyńskiego. PiS wraca na stare tory chowania niepopularnych polityków, aby puścić oko do centrowego elektoratu?

To powrót do strategii, która była skuteczna w 2015 roku. Opiera się ona o trzy elementy. Po pierwsze, stworzyć swój twardy elektorat, który będzie uodporniony na wszelkie błędy czy zawirowania ideowe partii. Następnie otworzyć się na centrowych wyborców. Trzeci element to dzielić i demonizować inne partie. Myślę, że PiS będzie do tej strategii wracać, mimo że ona niespecjalnie wypaliła w wyborach samorządowych w dużych miastach. W Warszawie próbowano powtórzyć kampanię prezydencką z 2015 roku i to się skończyło wielką klapą, ale Warszawa to nie cała Polska. Niemniej niewątpliwie PiS wysyła dziś sygnały w dwóch kierunkach. Te tańce w Radiu Maryja to jest ukłon do twardego elektoratu i Kościoła. To wszystko jest dość schizofreniczne, jeśli najpierw premier mówi, że wszyscy jesteśmy Polakami, a później w Radiu Maryja mówi, że jedni bardziej kochają Polskę niż drudzy. Takie wysyłanie różnych komunikatów do różnych grup jest pewną specjalnością PiS-u. Wszystko w nadziei, że obydwie grupy nie połapią się w sprzeczności tych komunikatów, że dla jednych PiS ma miękki wizerunek partii, która chce dobrze rządzić w interesie wszystkich, a dla drugich wizerunek partii mocno ideowej, która ma wyrazisty (i jednocześnie wykluczający wielu) ideał wspólnoty narodowej. Cała sztuka komunikacji politycznej polega na tym, żeby te dwie narracje w najmniejszym stopniu się nie skonfliktowały. Pytanie na dzisiaj jest takie, czy PiS będzie nadal w stanie budować poparcie w oparciu o te dwie sprzeczne narracje.

Świętsi od papieża

PO zawiesiła swojego senatora za to, że udzielił wywiadu portalowi Sputnik. W dodatku w pochlebnych słowach wypowiadał się w nim o przywódcy Rosji, śmiał się z polskiej obsesji szukania kremlowskich agentów i dokonał obiektywnych konstatacji ekonomicznych.

 

Przeczytałam wywiad Macieja Grubskiego z Agnieszką Piwar na portalu Sputnik Polska. Absolutnie nie jest mi politycznie po drodze z rozmówczynią senatora, ale nie w tym rzecz. Za wywiad ten Grubski został zawieszony oraz odsądzony od czci i wiary przez kierownictwo partii. Więcej, został nawet oskarżony o szkodzenie polskim interesom. W zasadzie każdy kulturoznawca, filolog czy współpracownik zagranicznej firmy mógłby być oskarżony o wspieranie obcej agentury. Dokładnie to w istocie pokazuje w swoim wywiadzie senator PO, żartując, że jako przewodniczący Polsko-Irańskiej Grupy Parlamentarnej, agentem zostałby z automatu już dawno, gdyby wszyscy byli wyczuleni na „wątki irańskie” tak samo jak na „rosyjskie” w debacie publicznej, działalności fundacji czy biznesie.

Jak dla mnie Grubski oberwał za niewinność. Tym bardziej, że w tekście postawił ważne pytania: po pierwsze o trwałość sojuszy z USA, które za wszelką cenę podtrzymujemy, po drugie o sens wtrącania się Polski w politykę wewnętrzną Ukrainy, po trzecie zaś o realne koszty sprowadzania gazu i ropy od Amerykanów i Saudów.

Ponadto powiedział Grubski wprost – tak samo jak ojciec urzędującego premiera – że dobre stosunki polsko-rosyjskie jak najbardziej leżą w naszym interesie. Szczerze mówiąc, doszukiwanie się w tym agenturalnych inspiracji czy próby realizacji obcych interesów uważam za ogromną nadinterpretację.

„Owszem, w historii bywało różnie: trudno, łatwo, przyjaźnie, wrogo. Na przykład w czasach PRL gospodarcze relacje z Rosją (a właściwie z ZSRR) nie do końca były wtedy dla Polski korzystne, ale były” – mówi senator. Cóż w tym sensacyjnego?

„Wymyśliliśmy sobie wtedy, że wspierając Ukrainę będziemy mieli bufor bezpieczeństwa w stosunku do Rosji” – to fragment o Majdanie. Jest to fragment, w którym Grubski przyznaje, że jego samego ta koncepcja jeszcze 4 lata temu w pełni przekonywała, ale rzeczywistość zmusiła go do weryfikacji tych tez.

„Dzisiaj zastanowiłbym się nad moim udziałem w ruchu rewolucyjnym na Ukrainie, ponieważ i tak tymi działaniami nie spowodowaliśmy pozytywnych zmian w tym kraju” – owszem, to mogło się nie spodobać kierownictwu, bo de facto podważa jego nieomylność, do której podważenia nie wszyscy jak widać dojrzeli.

Przez zawieszenie Grubskiego i nadanie całej sprawie atmosfery skandalu Platforma pokazała, że niczym się de facto nie różni od ogarniętego teoriami spiskowymi Antoniego Macierewicza, po drugie – że jest całkowicie niezdolna do podjęcia dyskusji we własnym gronie. O ileż ciekawiej byłoby, gdyby Grubskiego do debaty o Rosji zaprosił któryś z partyjnych kolegów i podjął rozmowę na argumenty. A tak, pozostaje wrażenie, że po pierwsze istnieje krąg zakazanych mediów, do których nie wolno chadzać i zestaw poglądów, których nie wypada mówić głośno. Mimo że w zasadzie Grubski oprócz postawienia kilku niewygodnych pytań nie powiedział nic rewolucyjnego.

PO i inne demencje WYBORY SAMORZĄDOWE

We wtorek w TVP Ino zwyczajowo dochodzi do ostrej polemiki (kiedyś to się nazywało „pyskówka”) pomiędzy działaczka Platformy Obywatelskiej, a działaczem Prawa i Sprawiedliwości.

 

Działacz PiS

twierdzi, że jego partia już przedstawiła swój proogram samorządowy i przedstawia w kolejnych miastach, podczas gdy Platforma ograniczyła się do krytyki działalności PiS i to w sprawach tzw. wielkiej polityki – polityki na szczeblu ogólnopolskim, szczeblu państwa, nie zaś na szczebelku samorządowym, szczeblu „małych ojczyzn”.

 

Wzburzona działaczka PO

odpowiada, że Platforma ma badzo dobry i kompetentny program samorządowy, który wkrótce przedstawi na swojej konwencji.
Jak mówi działaczka Platforma jest za dużymi uprawnieniami samorządu terytorialnego, kosztem władzy centralnej, która jest oczkiem w głowie PIS.
Zdaniem PO w samorządach powinny pozostawać praktycznie wszystkie zbierane przez państwo podatki i powinny pozostawać w gestii władz samorządowych, gdyż to one wiedzą najlepiej jak sensownie wydatkować pieniądze podatników. Zdaniem Platformy – mówiła działaczka PO – samorządy wraz z większymi finansami powinny otrzymać zarówno większe kompetencje, jak i większe obowiązki.
Ale działaczka Platformy Obywatelskiej, opowiadając takie rzeczy, zapewne nie nie zna ani mechanizmów działania państwa, ani konstytucji Polski.

 

Można zapewnić

wspomnianą działaczkę Platformy, jak i całe PO, że nawet gdyby Platforma wygrała wybory do wszystkich samorządów w Polsce i to na wszystkich szczeblach, to i tak nie zmieni tym kompetencji samorządu, ani sposobu podziału podatków na różne struktury państwa.
Tak więc opowiadanie, że Platforma Obywatelska idzie na wybory samorządowe pod hasłami zwiększenia możliwości finansowych samorządów i ich kompetencji jest albo czystą nieznajomością polskiego prawa albo robieniem z wyborców idiotów.

 

I nie wiadomo co jest groźniejsze.

Oczywiście można zwiększyć wpływy podatkowe do samorządów (rzecz jasna kosztem wpływów do skarbu państwa – przecież to się musi sumować) i kompetencje samorządów, tyle tylko, że to jest w gestii parlamentu i pod takimi hasłami można oczywiście iść do wyborów – ale parlamentarnych.

 

Zresztą to nie jeden dowód

na pomieszanie przez Platformę Obywatelską problemów wymagających poruszenia w wyborach samorządowych i parlamentarnych – podobnie rzecz się ma z kilkoma rodzajami bilbordów „PiS wziął miliony i coś tam coś tam”.

 

Wspomniane bilbordy

nie dość, że są głupie, jakby robione przez półinteligentów dla ćwierć mózgów (co chlubnie świadczy o tym jak Platforma Obywatelska ocenia polskich wyborców), to jeszcze nie nie mają nic wspólnego z wyborami samorządowymi.

 

A powiedzmy sobie szczerze

– patrząc na dotychczasowy przebieg wyborczej kampanii samorządowej, to mam wrażenie, że wszyscy ją traktują jako ostatni akord poprzedniej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, albo próbę generalną przed następnymi wyborami parlamentarnymi. A przecież nie o to chodzi.
Marzy mi się taka chwila, kiedy do moich drzwi zadzwoni pani czy pan i powie: „Panie Ilka, kandyduję na radnego, bo już dostaję szału jak patrzę na to co robią z komunikacją miejską w naszej dzielnicy.
Jak już będę radnym, to zrobię porządek z przystankami w naszej okolicy, a zielone i czerwone światła na głównych skrzyżowaniach obok nas wreszcie będą działały.

 

No i ten skwerek obok to powinno się zazielenić.

No i z przedszkolem coś trzeba zrobić – jak by dostali większą dotację to przyjęliby więcej dzieci – a wie pan ile trzeba płacić w prywatnych przedszkolach w naszej dzielnicy? Czy nie uważa pan, że dobrze myślę? – Jeśli tak tak to niech pan na mnie zagłosuje”.
Jak taka pani/pan zapuka do moich drzwi to oczywiście na nich zagłosuję.

Myślę więc jestem – Dziennik Trybuna rozmawia z Leszkiem Millerem

A o panu ciągle głośno. Tym razem zarzucają panu, że zerka pan w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Wizyta w TV Republika, komentarze na prawicowych portalach – czy jest coś na rzeczy?

– Zabieram głos przy każdej okazji, uważam bowiem, że lewica powinna być suwerenna i umieć wyrazić swoje zdanie w sposób autonomiczny, nie bacząc, czy to się komuś podoba, czy nie. Moje opinie znajdują potwierdzenie w różnych środowiskach, także w Platformie Obywatelskiej. Kilka dni temu słyszałem, jak pan Grzegorz Schetyna powiedział, że w Polsce nie ma żadnego zamachu stanu, chociaż jeszcze kilka dni temu mówił coś przeciwnego. Ja to mówię od dawna. W Polsce, jak dotąd, były dwa zamachy stanu. W 1919 roku płk. Januszajtisa – to zamach operetkowy, mimo że zamachowcom udało się na krótko aresztować ówczesnego premiera i kilku ministrów, i w 1926 r. – tragiczny zamach stanu Piłsudskiego, który obalił legalny rząd Witosa i pociągnął za sobą ok. 400 ofiar zarówno pośród wojskowych jak i cywilów. Chodzi mi o to, że klasyczna definicja zamachu mówi, że to jest działanie wymierzone w legalny rząd, w legalną władzę. A przecież tą legalną władzą jest PiS – trudno powiedzieć, że PiS dokonuje zamachu na samego siebie.

To jakby pan nazwał to, co się dzieje?

– W Polsce mamy do czynienia z deplatformizacją układu PO-PSL, który od ośmiu lat rządzi krajem, przejął kontrolę nad wszystkimi ogniwami państwa. W poprzedniej kadencji Sejmu, to my – SLD, zwracaliśmy na to wielokrotnie uwagę i to my – SLD, mówiliśmy, że w wielu urzędach centralnych, wojewódzkich, sejmikach, nie można zostać sprzątaczką, jeśli nie ma się legitymacji PSL, czy PO. Teraz PiS, który wygrał wybory, będzie robił wszystko, żeby w miejsce poprzedniej stabilizacji wprowadzić nową, będącą odzwierciedleniem wyniku wyborczego. Tak jest we wszystkich demokracjach.

Trzeba było nie siedzieć w domu, ale iść i głosować. Nie byłoby dziś tego płaczu i chlipania.

– No, właśnie.

Jednak oprócz tej pańskiej zimnej logiki są jeszcze gorące emocje. Także w środowiskach eseldowskich. Ma się mianowicie panu za złe, że tak zdecydowanie i jednoznacznie krytycznie patrzy pan na to, co w każdą sobotę dzieje się na ulicach. Czytam na przykład za portalem „Na Temat”:

[LM] jasno deklaruje, że na marsz KOD-u nie pójdzie, bo to fałsz i hipokryzja, a Platforma odrzucała różne projekty ustaw już w pierwszym czytaniu. (…) Podsumował też, że Trybunał Konstytucyjny, to nie Biblia i całe zamieszanie jest przesadzone

Otóż powiem panu, że w szeregach SLD jest całkiem sporo takich, którym spodobało się, że jest ciepła woda w kranie i są wdzięczni, że do tego kranu zostali dopuszczeni. Nie wszyscy w SLD przyjmują więc pańskie słowa z aprobatą. Wiele głów kiwa się z niedowierzaniem, na wielu twarzach maluje się zdumienie, na niektórych nawet bunt.

– Nie pierwszy raz tak się dzieje. SLD zawsze miał problemy z odrzuceniem skłonności do bycia partią koncesjonowaną. Przypomnę, że wiele, wiele lat temu wpływowe środowiska orzekły, że SLD mniej wolno. Byli i są ludzie, którzy uważają, że rzeczywiście tak jest, i że Sojusz musi zawsze przytulać się do tej części elit, które uważają się za słusznie predysponowane do sprawowania władzy w Polsce. W tej sprawie zawsze miałem inne zdanie. Uważam, że SLD musi mówić własnym głosem i musi mieć dystans zarówno do jednego prawicowego obozu, jak i do drugiego. Ja po prostu uważam, że nikt nie jest wyłączony spod krytyki – również politycy PO i całe to ich środowisko. Jeśli mówią głupstwa, lub mówią rzeczy nieprawdziwe, to trzeba o tym mówić niezależnie od konsekwencji, choćby nawet i przykrych.

Platforma była butna i arogancka, nie powinna się więc dziwić bucie i arogancji PiS?

– Pierwsze demonstracje KOD-u, były zdominowane przez polityków PO i PSL. Oni przemawiali, protestowali przeciwko lekceważeniu głosów obywateli. A ja przecież pamiętam, mam nadzieję, że moi koledzy też – jak próbowaliśmy forsować rozmaite rozwiązania w Sejmie – prospołeczne, probywatelskie…

Na przykład podatek bankowy.

– W pierwszym już czytaniu odrzucony głosami PO i PSL. Na przykład kwestia dotycząca podwyższenia płacy minimalnej, podwyższenia stawki godzinowej. Popieraliśmy projekty obywatelskie dotyczące referendum w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. Wszystko było odrzucane w pierwszym czytaniu, bez żadnej dyskusji. Słyszeliśmy pełen szyderstwa głos: wygrajcie wybory, to sobie będziecie to wprowadzać. Nie wygraliśmy, to prawda, ale inni wygrali i oni realizują tę sugestię. Jeśli ja potem na manifestacji KOD widzę tych samych ludzi, którzy dziś mają usta pełne frazesów o demokracji i społeczeństwie obywatelskim, to jaki ja mogę mieć do tego stosunek?

W sobotę odbyły się demonstracje w sprawie wolności słowa. Miałem podobne odczucia widząc panów Kurskiego i Blumsztajna wołających o wolność słowa. Przypominała mi się niesławnej pamięci, akcja „Wyborczej”, znana jako „afera Rywina”. Nikt wtedy nie słyszał jeszcze o „Sowie i Przyjaciołach”, kiedy redaktor naczelny „Gazety” w praktyce zaczął stosować „niekonwencjonalne” metody dziennikarskie. Nie wiem dlaczego, ale pamięć przywoływała też informacje o tym, że „Gazeta Wyborcza” otrzymała od rządu PO-PSL ponad 50 proc. ze 120 milionowej puli wydanej w latach 2004-2012 przez rząd na promocję i reklamę. Na ich miejsce też broniłbym takiej wolności.

– Dwa razy w historii III RP obalono dwa lewicowe rządy za pomocą metod, które w żadnym wypadku nie można uznać za parlamentarne. Obalono dlatego, że w normalny, demokratyczny sposób to by się nie udało. Raz, kiedy zmontowano tzw. „aferę Olina” i dorowadzono do upadku rządu Oleksego i drugi raz, kiedy wymyślono „aferę Rywina”, żeby doprowadzić do upadku mój rząd. Prawica wiedziała, że z nami normalnie się wygrać nie da, więc uciekano się do takich metod. Ludzie SLD też powinni o tym pamiętać.

Ale wracając do rzeczy – oczywiście nie podoba mi się, że minister rządu mianuje szefa publicznej telewizji i radia. Wyobraźmy sobie, że oto jest rok 2003 i minister skarbu, Wisław Kaczmarek, wręcza nominację Robertowi Kwiatkowskiemu na szefa telewizji. To nawet trudno sobie wyobrazić, co by się działo. Ale po 14 latach, ten „obyczaj” jest faktem. To też pokazuje, że w miarę oddalania się od 89 roku wiele dobrych rozwiązań dotyczących demokracji i kontroli Sejmu nad rządem, zostało przez obóz prawicy – mówię tu o PO i o PiS – zglajszachtowanych i wyrzuconych na śmietnik. Zanim w 1993 roku zostałem ministrem pracy, byłem przesłuchiwany przez odpowiednią komisję sejmową. Gdy w 2001 powstawała Komisja do Spraw Służb Specjalnych, to przyjęliśmy zasadę, że jej szefem jest zawsze przedstawiciel opozycji. Kto dziś zawraca sobie takimi „głupstwami” głowę? Widać wyraźnie jak prawica rozstawała się po kolei z tymi dobrymi, pro-demokratycznym zwyczajami. Prawica tylko mówi o demokracji, w praktyce demokracja częściej jej przeszkadza niż pomaga. Apogeum tego trendu politycznego nastąpiło w trakcie ostatniej kadencji, kiedy całkowicie odwrócono zasady relacji między Sejmem a rządem. Zgodnie z Konstytucją, to Sejm sprawuje kontrolne funkcje nad rządem, ale w praktyce to rząd kontrolował Sejm. W imię poprawności politycznej, ja mam teraz o tym wszystkim zapomnieć? No, nie! Trzeba o tym mówić i zachęcam do tego moje koleżanki i kolegów, żeby o tym mówili. Zwłaszcza tych, którzy obserwowali to z bliska. Na przykład tych, którzy pisali liczne protesty w imieniu SLD do szefa telewizji publicznej, czy do szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wskazujących na to, że różne nasze inicjatywy ważne dla obywateli są systematycznie pomijane. Jak na przykład Sejmiki Kobiet Lewicy, które w opinii ówczesnych redaktorów telewizji publicznej nie zasługiwały na żadne wzmianki. Mamy udawać, że tego nie pamiętamy, że tego nie było? Było!

Są jednak chętni, którzy łatwo puszczają to w niepamięć. Jak skomentować tę przeklętą, istniejącą od ćwierć wieku skłonność lewicy eseldowskiej do łaszenia się do środowisk dawnej Unii Wolności, teraz PO, do kręgów „Gazety Wyborczej” Jak skomentować to wypatrywanie aprobaty i biletu dostępu do kranu z ciepłą wodą?

– Mają koledzy wyraźną skłonność do tego, żeby mieć jakiegoś pana, jakiś ośrodek dyspozycyjny. Co więcej przez te ćwierć wieku wszyscy się do tego przyzwyczaili – i dysponent łask i ten, kto odbiera dyspozycje.

Czyli co – nie taki PiS straszny, a przynajmniej nie tak straszny, jak go Platforma i KOD malują?

– PiS oczywiście zachowuje się nieodpowiednio, podejmując decyzje i finalizując je w nocy, łamiąc regulamin Sejmu, dobre obyczaje itd. Odnoszę wrażenie, że to jest jakaś przemożna potrzeba rewanżu, za to, że ta partia była w ostatnich latach ośmieszana, marginalizowana. No i teraz jest chęć odreagowania, pokazania, kto tu naprawdę rządzi. To oczywiście jest szkodliwe dla państwa, to nie służy polskiej racji stanu. Mam wrażenie, że oni lepiej czują się w opozycji niż będąc władzą. Ale trudno jednak powiedzieć, że żyjemy w państwie totalitarnym. Na razie nie żyjemy. I trzeba się miarkować, trzeba obserwować, bić na alarm, jeśli jest taka potrzeba, ale nie powinno się histeryzować. Bo jeśli dziś używa się słów ostatecznych, to jakich słów trzeba będzie użyć, gdyby sytuacja naprawdę zmierzała w stronę jakiegoś rzeczywistego reżimu. Chodzi o umiar.

Czy nie czuje pan, że składając daninę zdrowemu rozsądkowi nolens volens staje się pan sojusznikiem pani Pawłowicz, pana Piotrowicza, pana Suskiego i innych równie sympatycznych pań i panów z PiS?

– Nie jestem żadnym sojusznikiem kogokolwiek. Jestem sojusznikiem zdrowego rozsądku i polskiej racji stanu. Polska demokracja i jej mechanizmy są zbyt głęboko zakorzenione wśród Polaków i w polskim życiu państwowym, by ktokolwiek mógł je zburzyć. Natomiast jestem przeciw histerii, bo on pcha do działań nieobliczalnych. Dla lewicy, dla nowego kierownictwa SLD, musi być jasne, że SLD powinno być stać na własne zdanie, na wypracowanie swojego punktu widzenia na to, co się dziś dzieje, a nie małpowanie i potarzanie słów i gestów płynących z jednego bądź drugiego obozu. Jeśli SLD nie będzie stać na suwerenne zachowania, to nikomu taka partia nie będzie potrzebna. SLD musi odnaleźć swoją własną narrację, swoje własne oceny i musi się nimi posługiwać. Tu nie ma mowy o żadnych sojuszach, doraźnych, czy długofalowych. Tu chodzi o coś znacznie więcej. Tak na marginesie – SLD tylko raz zawarł sojusz z PiS. Była to koalicja medialna, chodziło o telewizję. Została zawarta wtedy, gdy przewodniczącym SLD był Grzegorz Napieralski, dzisiejszy senator Platformy Obywatelskiej. Wówczas był kandydatem SLD na prezydenta i medialna koalicja z PiS-em pomogła mu w uzyskaniu dobrego wyniku.

Dziękujemy za rozmowę

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}