Dolce vita władzy

Rząd PiS nakłada kolejny podatek, tym razem „cukrowy”, wprowadzany pod obłudnym pretekstem „polityki prozdrowotnej” państwa. Tradycyjnie, biedniejsi oberwą bardziej po kieszeni.

Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt ustawy, który – pod obłudnym pretekstem troski o stan zdrowia Polaków – przewiduje wprowadzenie dodatkowych obciążeń podatkowych z tytułu sprzedaży napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące. A także opodatkowanie reklamy suplementów diety oraz sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności („małpkach”).
Te nowe ciężary finansowe nałoży na obywateli „nowelizacji niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów”.
Budżet potrzebuje kasy
Najwięcej kontrowersji budzi pierwsza z propozycji, dotycząca sprzedaży napojów zawierających cukier lub substancje słodzące. Eksperci wskazują, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowaniu odsetka osób otyłych.
Podobne podatki wprowadzono na Węgrzech, Mauritiusie, Filipinach, we Francji, w Meksyku, Wielkiej Brytanii, Irlandii, RPA, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz w niektórych miastach w Stanach Zjednoczonych.
– Istnieją badania wskazujące na minimalne zmniejszenie spożycia opodatkowanych produktów, jednak regulacje okazują się nieskuteczne w sensie ich wpływu na zdrowie publiczne. W Wielkiej Brytanii spożycie cukru nawet wzrosło, mimo wprowadzenia daniny, nie ma też udowodnionego wpływu regulacji na zmniejszenie skali otyłości – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.
Zgodnie z projektem nowelizacji, do ceny każdego napoju zawierającego cukier czy substancje słodzące, zostanie doliczona opłata stała, wynosząca 50 groszy za litr, bez względu na stopień zasłodzenia.
Jeśli natomiast napój zawiera powyżej 5 gramów cukru czy substancji słodzących na 100 mililitrów, trzeba będzie doliczyć dodatkowo po 5 gr za każdy gram słodyczy.
Jak wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, nie ma dowodów na skuteczność takich regulacji podatkowych, a ich celem jest wyłącznie uzyskanie dodatkowych środków dla budżetu.
Zabrać jak najwięcej
Nie od 2022 roku, jak pierwotnie zapowiadał rząd PiS, lecz już od kwietnia 2020 r. ma w Polsce obowiązywać ów podatek cukrowy. Jego nałożenie – oraz przyśpieszenie – jest spowodowane potrzebami budżetu, trzeszczącego w szwach.
Problemem nie jest tylko wcześniejszy termin. Zmian w stosunku do pierwotnie zapowiadanej regulacji jest więcej – opodatkowana ma nie być już „nadmierna ilość cukru” w produkcie, lecz jakakolwiek zawartość cukru lub innych substancji słodzących w napoju. Niezmienny pozostaje natomiast cel regulacji, który jest oczywiście fiskalny. Takie są podstawowe elementy stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w sprawie podatku cukrowego, przedstawione 17 stycznia 2020 r.
– Tytuł projektu nowelizacji jest mylący, bo sugeruje że wspiera on jakkolwiek prozdrowotne wybory konsumentów – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Tymczasem oczywiste jest, że chodzi tylko o zebranie kilku dodatkowych miliardów złotych wpływów do budżetu. Używanie w treści projektu słowa „opłata” nie zmienia faktu, że zakłada on wprowadzenie do polskiego systemu trzech nowych podatków, i to trzeba z całą mocą podkreślić. Podatki powinny bowiem wchodzić w życie 1 stycznia, a więc w tym przypadku najwcześniej 1 stycznia 2021 roku – dodaje. Niezależnie od merytorycznej oceny zawartości projektu, wątpliwości budzi również tryb jego procedowania, a zwłaszcza krótki czas konsultacji.
– Tekst projektu został opublikowany zaraz przed Bożym Narodzeniem, mimo że jeszcze kilka tygodni wcześniej zapowiedziano wprowadzenie podatku cukrowego na 2022 rok – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Na konsultacje przeznaczono tylko 21 dni, obejmujących tradycyjnie urlopowy okres świąteczny i noworoczny. Zakres regulacji również różni się znacznie od tego, który był komunikowany jeszcze na początku grudnia. Przedsiębiorcy mają pełne prawo czuć się zaskoczeni tak gwałtownym działaniem ustawodawcy.
Przedstawiciele ZPP i PFPŻ odnosząc się do enuncjacji medialnych Ministerstwa Zdrowia, stwierdzili jednocześnie, że wbrew twierdzeniom władz tego resortu, nie ma zgody co do proponowanych rozwiązań. Utrzymują one bowiem nieproporcjonalnie w stosunku do siły nabywczej polskiego konsumenta wysoki poziom podatku oraz nie wspierają prozdrowotnych innowacji produktowych.
Podatek cukrowy krzepi?
Przedsiębiorcy wskazują, że nie ma żadnych dowodów na prozdrowotne skutki wprowadzenia podatku cukrowego. Zamiast niego potrzebne jest kompleksowe podejście oparte na uzgodnionych zmianach składu szeregu napojów oraz szerokiej edukacji konsumentów. Wtedy będzie można liczyć na właściwe wsparcie dla rzeczywistej, a nie fikcyjnej, polityki prozdrowotne prowadzonej jakoby przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To jednak tylko nadzieje, wyjątkowo zresztą płonne. Rzecz w tym, że PiS-owscy prominenci doskonale przecież wiedzą, że ta podwyżka cen słodzonych trunków nie jest przecież wyrazem jakiejkolwiek polityki prozdrowotnej. Rząd PiS żadnej takiej polityki nie prowadzi, a nowy podatek ma na celu wyciągnięcie kolejnych miliardów złotych z kieszeni obywateli.
Najbardziej stracą na tym ci mieszkańcy naszego kraju, którzy nie ograniczają spożycia cukru – a tak się składa, że te gorsze nawyki żywieniowe są bardziej utrwalone wśród mniej zamożnych rodaków. Najgorszą wiadomością dla obecnej ekipy byłoby to, gdyby Polacy zaczęli rzeczywiście konsumować mniej napojów słodzonych. Podważyłoby to cały sens nakładania podatku cukrowego.

Przedwyborcza obniżka podatku dochodowego

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy obniżający podstawową stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych z 18 do 17 proc. Niższa stawka PIT dotyczyć będzie dochodów uzyskanych w 2020 r. Podniesione zostaną również koszty uzyskania przychodów dla pracowników. Zmiany w zdecydowanej większości przysłużą się najmniej zarabiającym, to jest tym, których dochody nie przekraczają w skali roku 85 528,00 zł. Pewne korzyści osiągną także osoby piastujące funkcje korporacyjne, a więc zasadniczo zaliczane do grupy bardziej zamożnej.

Chodzi przede wszystkim o członków zarządów czy osoby zatrudnione na tzw. kontraktach menadżerskich. Podwyższenie kosztów uzyskania przychodów obejmie nie tylko stosunek pracy, lecz także przychody z osobiście wykonywanej działalności przez osoby należące do składu zarządów, rad nadzorczych, komisji lub innych organów stanowiących osób prawnych, a także zarządzające przedsiębiorstwem. Zgodnie bowiem z art. 22 ust. 9 pkt 5 ustawy o PIT do pewnych kategorii przychodów z działalności wykonywanej osobiście stosuje się odpowiednio koszty pracownicze.

Jak zauważa BCC, niepokojące jest to, że te zmiany nie są adresowane do przedsiębiorców i osób dających zatrudnienie. Większą wagę przywiązuje się więc do pozyskania kolejnych wyborców niż stymulowania polskiej gospodarki czy zachęcania firm do inwestowania. Nie można również przejść obojętnie obok skutków, za które zapłacą wszyscy, to znaczy szacowanych na 10 miliardów złotych rocznych kosztów związanych z wejściem w życie proponowanych zmian. Kwota ta może również okazać się większa, co tym bardziej rodzi pytanie, czy staliśmy się już na tyle bogatym krajem, żeby sobie pozwolić na taki spadek wpływów budżetowych przy kosmetycznych różnicach jednostkowych?

Zmiany mogą także uderzyć w samorządy terytorialne, a lakoniczna treść uzasadnienia projektu ustawy zmieniającej nie wskazuje, w jaki sposób rząd zrekompensuje jednostkom samorządu terytorialnego mniejsze wpływy z podatków.

Gotują, czy dostarczają?

Odpowiedź na to pytanie może być warta dużych pieniędzy. Wszystko zależy od interpretacji oraz stawki VAT.

Przedsiębiorcy z branży gastronomicznej, mają problemy, których, według rządzących, miało już nie być. Chodzi oczywiście o problemy z przepisami finansowymi, a konkretnie, o ich działanie wstecz.
Brak tych problemów miała niby zagwarantować tzw. konstytucja biznesu i jej zapisy dotyczące, że „prawo nie działa wstecz” oraz, dosyć enigmatyczna, „klauzula pewności prawa”.

Osiem albo pięć

Chodzi w tym przypadku o kłopoty ze stosowanymi przed 2016 rokiem stawkami podatku VAT. W 2016 roku PiS-owski Minister Finansów wydał bowiem interpretację ogólną, zgodnie z którą sprzedaż dań gotowych do spożycia powinna być opodatkowana stawką 8 proc., właściwą dla usługi restauracyjnej, a nie 5 proc., jak dostawa gotowych dań i posiłków.
To było trzy lata temu, kiedy PiS obiecywał wszystkim złote góry. Żeby jednak obiecywać, a niektórym nawet trochę dawać, innym trzeba zabierać.
Rząd PiS wymyślił więc, że dobrze byłoby, gdyby dostawa gotowych dań i posiłków też została objęta ośmioprocentową stawką VAT – i żeby ci, którzy przed 2016 r korzystali ze stawki 5 proc., oddali budżetowi to, co co do tego czasu zaoszczędzili (oczywiście z odsetkami i na pięć lat wstecz). Jak wymyślili, tak zrobili – a ci którzy stosowali wcześniej pięcioprocentową stawkę, mają teraz kłopoty.
– Jak zakładałam firmę, zajrzałam na stronę Ministerstwa Finansów, gdzie było ponad 200 indywidualnych interpretacji, że właściwą stawką VAT dla sprzedaży dań gotowych jest 5 proc. – więc taką stawkę zastosowałam – mówi jedna z poszkodowanych, Natalia Urban-Pałka, dostarczająca posiłki produkowane przez jedną z firm hamburgerowych – Taką stawkę stosowali wszyscy. Teraz mamy płacić podatki z odsetkami za 5 lat wstecz.
Może nie wszyscy, ale na pewno duża część przedsiębiorców z branży gastronomicznej stosowała przed 2016 rokiem stawkę 5 proc.
Oczywiście w niektórych wypadkach stosowali ją oni nieuczciwie, także i wtedy, gdy głównym obszarem ich działalności było przygotowywanie dań i posiłków, a nie wyłącznie ich dostarczanie.

Równanie w górę

Wielu przedsiębiorców zdołało uzyskać indywidualne interpretacje podatkowe, potwierdzające, że mogą oni płacić pięcioprocentowy VAT. Stawkę 5 proc. ochoczo stosowali także ci, którzy nie mieli takiej interpretacji – ale uznali, że skoro robią mniej więcej to samo, co ci, którzy korzystają z obniżonej stawki VAT, to i oni mogą ją zastosować, mimo braku przychylnej interpretacji indywidualnej.
Fiskus postanowił jednak uporządkować sytuację i objąć wyższą, ośmioprocentową stawką, także i tych, którzy rozliczali się jako dostawcy gotowych dań i posiłków, a nie ich wytwórcy.
Nie było to całkiem pozbawione sensu, bo trudno znaleźć przedsiębiorcę z branży gastronomicznej, który by niczego nie przygotowywał do jedzenia, a jedynie dostarczał (wtedy byłby przedsiębiorcą z branży transportowej).
To ujednolicenie stawki polegało oczywiście na jej podniesieniu do 8 proc., a nie na obniżeniu do 5 proc. Trzeba przecież było jakoś ratować, coraz bardziej trzeszczący budżet państwa.

Zastawili na nas pułapkę

Jak wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, po wydaniu przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej, prezentującej stanowisko, że zamiast 5 proc. należy płacić 8 proc., firmy „niemal natychmiast” zaczęły stosować wyższą, ośmioprocentową stawkę.
Nie zawsze było to naprawdę niemal natychmiast, ale chcąc nie chcąc, wreszcie zaczęto płacić więcej.
Tyle, że od jakiegoś czasu organy podatkowe wszczynają postępowania, w ramach których zaczęły podważać deklaracje podatkowe składane w okresach poprzedzających wydanie interpretacji indywidualnej, pozwalającej na stosowanie pięcioprocentowej stawki.
Formalnie jest to zgodne z przepisami, no bo skoro nie było interpretacji uprawniającej do korzystania z niższej stawki, fiskus ma prawo, w ramach działań kontrolnych, podnieść stawkę jaką same sobie przyznały firmy.
Przedsiębiorcy uznali jednak te działania służb skarbowych za straszną krzywdę, uważając, że skoro dostali interpretację pozwalającą na płacenie niższej, pięcioprocentowej stawki VAT, to stanowiło to potwierdzenie, iż postępowali słusznie, płacąc tę obniżoną stawkę także i wcześniej.
„Resort finansów twierdził jednoznacznie, że jego intencją było, by nowa stawka była stosowana na przyszłość, to jest od momentu wydania interpretacji ogólnej. Poszczególne organy podatkowe zdecydowały się jednak kwestionować rozliczenia wcześniejsze, za okresy w których stawka 5 proc. była powszechnie stosowana i potwierdzana interpretacjami indywidualnymi. Trudno nazwać to inaczej, niż pułapką zastawioną na podatników” – żali się Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Eksperci Związku podkreślają, że postępowania toczą się nie tylko wbrew deklarowanym intencjom Ministerstwa Finansów, lecz również wbrew zasadom wywiedzionym z Konstytucji, a także nie są zgodne z klauzulą pewności prawa, wynikającą z uchwalonej niemal dokładnie rok temu tzw. konstytucji dla biznesu.
– Stosowanie taktyki polegającej na zmianie interpretacji, bez zmiany prawa, a następnie naliczaniu domiarów na okres za pięć lat wstecz, było w poprzednich latach zmorą. Jednak zaobserwowaliśmy, że organy podatkowe już rzadziej wykorzystują tę metodę, weszła też w życie konstytucja dla biznesu. Okazuje się, że to nie wystarczy i przedsiębiorcy nie mogą czuć się bezpieczni, nawet jeżeli stosują się do uzyskanej interpretacji – zwraca uwagę szef ZPP Cezary Kaźmierczak , nie dodając wszakże, że chodzi o tych przedsiębiorców, którzy stosowali się do korzystnej interpretacji, zanim jeszcze ją uzyskali.

Przepisy i intencje

Dziś wielu przedsiębiorców z branży gastronomicznej (utrzymujących, że ich główną działalnością było dostarczanie gotowych dań a nie ich przygotowywanie) stoi w obliczu konieczności zapłaty domiarów wraz z odsetkami – mimo, że uważają, iż postępowali zgodnie z obowiązującymi na dany moment interpretacjami przepisów prawa podatkowego.
Mają po swojej stronie zasady, klauzule i dobre intencje, deklarowane wcześniej przez rząd. Wiadomo jednak, dokąd prowadzi droga wybrukowana dobrymi intencjami. Ministerstwo Finansów ma natomiast za sobą twarde przepisy prawa – i ze względu na rosnące potrzeby budżetu, na pewno nie zawaha się ich użyć.
VAT, zdaniem ZPP, to podatek, który powoduje najwięcej trudności, także w zakresie stawek. Przedsiębiorcy uważają, że to absurd, żeby do niemal każdej konkretnej przyprawy, czy warzywa, była indywidualnie przyporządkowywana stawka.
Dla rządu VAT jest jednak najłatwiejszym w stosowaniu sposobem położenia ręki na cudzych dochodach. Podobne problemy, jakie mają teraz dostawcy posiłków, będą się więc powtarzać.