Zapomnijmy o tanim prądzie

Prawo i Sprawiedliwość, chcąc zachować władzę, przyjęło spec-ustawę obowiązującą tylko w 2019 r. Ustawa zamroziła ceny energii w roku wyborów. Potem mogły już one rosnąć bez ograniczeń.
W ostatnich latach znacząco wzrosły ceny prądu w Polsce, a główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi rząd Prawa i Sprawiedliwości. „Minister odpowiedzialny za sprawy energii nie zapobiegł skokowemu wzrostowi cen energii elektrycznej” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim najnowszym raporcie.
Nie zapobiegł – choć mógł i powinien. Skokowy wzrost cen nastąpił, mimo dokładnej wiedzy rządu PiS o polityce Unii Europejskiej, polegającej na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla, oraz świadomości jej skutków dla polskiej energetyki.
Te skutki były zaś takie, że ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla wciąż rosły, a w konsekwencji musiały też rosnąć ceny energii wytwarzanej z tradycyjnych paliw kopalnych.
W drugiej dekadzie XXI w. Unia Europejska konsekwentnie dążyła do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. W 2015 r. Parlament Europejski przyjął dyrektywę ograniczającą podaż uprawnień do emisji CO2 (weszła w życie w 2018 r.), która spowodowała wzrost cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, a to doprowadziło z kolei do wzrostu cen energii elektrycznej wytwarzanej z paliw kopalnych.
Minister Energii otrzymywał wiele sygnałów dotyczących wzrostu cen energii m.in. od Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE). Poinformował on też o skali żądań ze strony czterech przedsiębiorców pełniących funkcję tzw. sprzedawców z urzędu. Domagali się oni podniesienia cen energii od 30 do 35 proc.
W urzędach ministra właściwego do spraw energii nie było jednak informacji, świadczących o działaniach, których efektem byłoby gromadzenie wyników analiz, dotyczących zjawisk kształtujących cenę prądu w Polsce. NIK jako nierzetelne oceniła nieprowadzenie w latach 2016 – 2020 cyklicznych analiz rynku energii.
Była wprawdzie ustawa o cenach energii elektrycznej, mająca zapobiec wzrostowi cen prądu, ale działała tylko w 2019 r., miała charakter doraźny, a jej cel był głównie propagandowy i przedwyborczy – chodziło o pokazanie, jak bardzo rząd PiS troszczy się, żeby obywatele nie płacili zbyt dużo za prąd. W rzeczywistości, rząd PiS miał dobro obywateli w…
Wprowadzenie tej ustawy prominenci PiS zaczęli rozważać jesienią 2018 r. W listopadzie 2018 r. rząd zapowiedział, że ceny energii elektrycznej w 2019 r. nie wzrosną. Chodziło o to, by w ten sposób zwiększyć szanse Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2019 r.
Ustawa, która niby to miała miała spełnić obietnice rządu o braku wzrostu cen energii została przygotowana w pośpiechu. W ocenie NIK jej przygotowanie było niezgodne z zasadami legislacji, bez konsultacji z podmiotami podlegającymi regulacji ustawy, z niekompletną oceną skutków ustawy. Nie uzyskano też wymaganych opinii zgodności z unijnymi prawem.
Projekt ustawy nie został upubliczniony w Wykazie Prac Legislacyjnych Rady Ministrów. Za zgodą premiera był procedowany w trybie odrębnym. Oznaczało to, że projekt nie został skierowany do uzgodnień resortowych, nie był też opiniowany przez Radę Legislacyjną przy prezesie Rady Ministrów, Stały Komitet Rady Ministrów, komisję prawniczą, prezesa URE czy jakikolwiek właściwy kompetencyjnie podmiot. Co ważniejsze, nie wskazano też źródeł, z których projektowane zmiany miałyby zostać sfinansowane. NIK zwraca uwagę, że żadna ze spółek obrotu energią nie uczestniczyła w jakiejkolwiek formie w pracach nad pierwotnym projektem ustawy.
28 grudnia 2018 r. Sejm uchwalił tę ustawę, zwaną potocznie ustawą prądową lub ustawą o cenach energii elektrycznej, która weszła w życie 1 stycznia 2019 r. Zmniejszyła ona podatek akcyzowy z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh, obniżyła stawki tzw. opłaty przejściowej, wprowadziła mechanizm utrzymania cen energii elektrycznej z pierwszego półrocza 2018 r. do końca 2019 r., przy jednoczesnej wypłacie utraconych przychodów dla przedsiębiorstw obrotu. Wypłatą rekompensat i różnic cen zajmowała się państwowa spółka Zarządca Rozliczeń SA. Pieniądze pochodziły z specjalnego Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Koszt tych rekompensat wyniósł około 4,5 mld zł.
W ślad za przygotowaniem ustawy nie poszły prace nad rozporządzeniem w sprawie sposobu obliczenia różnicy ceny i rekompensaty finansowej. Zostało ono wydane ponad pół roku później. Prace nad rozporządzeniem rozpoczęły się dopiero po wejściu ustawy w życie a zgodnie z prawem powinno ono zacząć obowiązywać razem z ustawą, na podstawie której jest wydane.
Ustawa obowiązywała niedługo, bo tylko w 2019 r. Mimo to, w tym czasie była czterokrotnie nowelizowana, w tym dwukrotnie ze względu na naruszenie przepisów Unii Europejskiej. Pierwszy raz już po niespełna dwóch miesiącach. Ostatni – w lipcu 2019 r. czyli po pół roku jej obowiązywania. Pierwsze dwie i ostatnia nowelizacje procedowane były jako projekty poselskie. Oznaczało to, że nie przeprowadzono oceny skutków regulacji ani konsultacji z opinią publiczną i zainteresowanymi podmiotami. Trzecia procedowana była przez Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. W ocenie NIK świadczy to nie tylko o nierzetelnym przygotowaniu projektu i kolejnych nowelizacji, ale również o braku przestrzegania zasady stabilności i pewności regulacji prawnych dla podmiotów objętych tymi regulacjami.
Co dała ustawa? W najpopularniejszej taryfie G stosowanej przez gospodarstwa domowe, oszczędności na cenach prądu wyniosły przeciętnie w skali 2019 roku od 109 zł do 305 zł na jedno gospodarstwo. Najwyższa zaoszczędzona kwota przez przedsiębiorcę stosującego tę taryfę wynosiła 127 tys. zł.
Po wygaśnięciu ustawy, czyli po 1 stycznia 2020 r. ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wzrosły od razu o prawie 20 proc. – czym oczywiście w rządzie PiS nikt się nie przejmował, bo to było już po wyborach parlamentarnych z 2019 r.
Żeby zbadać praktyki podnoszenia cen prądu, NIK skontrolowała Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Urząd Regulacji Energetyki, Zarządcę Rozliczeń SA. Kontrola objęła okres od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2020 r.
Strategicznym dokumentem odnoszącym się do spraw energetyki jest u nas Polityka Energetyczna Polski. Po raz pierwszy została ona przyjęta w 2009 r., za rządów Platformy Obywatelskiej. Dziś w naszym kraju na cenę wytwarzania energii elektrycznej główny wpływ mają ceny węgla kamiennego i brunatnego oraz cena uprawnień do emisji CO2.
Uprawnienia do emisji CO2 muszą kupować podmioty, wykorzystujące instalacje emitujące dwutlenek węgla – a więc elektrownie i elektrociepłownie produkujące prąd z węgla i gazu. Do 2018 r. ceny uprawnień nie były zbyt wysokie ze względu na ich dużą podaż. Jednak w kwietniu 2018 r. weszła w życie dyrektywa Parlamentu Europejskiego, która zmieniła system handlu uprawnieniami. Doprowadziło to szybkiego wzrostu cen uprawnień, a w konsekwencji natychmiast zaczęły rosnąć ceny energii na rynku hurtowym.
W I kwartale 2017 r. jedna megawatogodzina kosztowała 160,6 zł, w I kwartale 2020 r. – już 250,9 zł. Za trendami na rynku hurtowym ochoczo podążyły firmy energetyczne, które przygotowały nowe cenniki z taryfami wyższymi nawet o połowę niż w 2018 r.
Warto tu zauważyć, że część tych podwyżek mogła być świadomym nadużyciem i wykorzystywaniem dominującej pozycji rynkowej. Wysokość cen energii na rynku hurtowym i detalicznym próbował monitorować szef Urzędu Regulacji Energetyki. Podejrzewając nielegalne praktyki, przeprowadził dwa postępowania wyjaśniające. W ich wyniku do prokuratury zostały złożone dwa zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa manipulacji na rynku, po których prokuratura wszczęła dochodzenie.
W sumie, w latach 2016 – 2020 do prezesa URE wpłynęło dziewięć zawiadomień o możliwych manipulacjach cenami. Skierowano trzy powiadomienia do prokuratury. Wpłynęło także 21 sygnałów od innych podmiotów. Część z nich też skończyła się powiadomieniami o podejrzeniu przestępstwa. Wszystkie te sprawy utkwiły jednak w martwym punkcie.

Podatek reprograficzny coraz bliżej

Rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z ZAiKS i innych organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – stwierdza Federacja Konsumentów.
Nowy podatek od komputerów to groźny precedens – ocenia Federacja Konsumentów. I apeluje do decydentów, aby opierali się na wiedzy ekspertów i faktach, a nie zawierzali lobbystom i celebrytom.
Organizacja ta zaapelowała na swej stronie internetowej do premiera Mateusza Morawieckiego, kierowanego przez niego rządu oraz parlamentarzystów, w sprawie losów ustawy rozszerzającej opłatę reprograficzną, jaką obciążone mają być urządzenia elektroniczne – komputery czy telewizory, a możliwe, że finalnie również smartfony.
Jednocześnie, w swoim aktualnym apelu Federacja Konsumentów nigdzie nie wzywa do rezygnacji z rozszerzenia opłaty reprograficznej. Szefowie FK wskazują natomiast, że w efekcie wprowadzenia „podatku od komputerów” z kieszeni Polaków może być zabierany ponad 1 miliard złotych rocznie, a najbardziej ucierpią na tym uczniowie i studenci z biedniejszych rodzin, seniorzy czy osoby niepełnosprawne. Pieniądze te mają trafić w dużej części do artystów, także tych najbogatszych, także zagranicznych.
Wspomniany podatek ma zostać ściągnięty w wyniku rozszerzenia tzw. opłaty reprograficznej, która zdaniem FK jest już przeżytkiem – w wielu krajach ma toczyć się debata nad jej wycofaniem. Żyjemy bowiem w coraz bardziej cyfrowych czasach, gdzie rola tradycyjnych nośników, jak płyty CD czy DVD, staje się już marginalna – i zapewne mało kto dziś kopiuje muzykę na smartfonie lub laptopie. Jednakże ani organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, ani rząd nie przedstawili jakichkolwiek badań na ten temat. Lansowane są zaś tezy, które były prawdą może 20 lat temu, gdy rządziły pliki mp3. To już się nie dzieje!
Zdaniem FK Polacy mają zapłacić kolejny raz za to, za co płacą już wprost w ramach opłat za serwisy streamingowe lub oglądając reklamy podczas korzystania z serwisów dostarczających treści. I to niemało: w każdym 1 tysiącu złotych ceny komputera czy innego urządzenia ważnego dla pracy i nauki zdalnej, VAT i nowy podatek stanowią w sumie już około 220 zł. To więcej niż w bogatszych od Polski Niemczech. – Nowa opłata to oczywiście podwyżki cen na półkach sklepowych. Dlatego składamy uwagi do opublikowanego przez Rządowe Centrum Legislacyjne projektu ustawy, oraz publikujemy nasz apel do pana premiera i pozostałych decydentów. Z niepokojem obserwujemy determinację do szybkiego uchwalenia szkodliwych przepisów, które otworzą puszkę Pandory – z około połowy tych opłat, ponoszonych finalnie przez konsumentów, mają być wspierane emerytury artystów i twórców, również tych całkiem zamożnych, a pozostała część ma być dystrybuowana do nich za pośrednictwem m.in. ZAIKSu. To stworzy precedens do kolejnych tego typu nielogicznych i niesprawiedliwych rozwiązań podatkowych, a wolna ręka dla ministra kultury w zakresie stawek i urządzeń podlegających opłacie jest tym bardziej niebezpiecznym rozwiązaniem – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, Prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.
W apelu możemy przeczytać:
Szanowni Państwo, 6 maja opublikowany został projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego. Projekt przewiduje obłożenie tzw. opłatą reprograficzną w wysokości 4 proc. od ceny brutto między innymi komputerów stacjonarnych, przenośnych, a nawet telewizorów, czy dekoderów. Jednocześnie Minister Kultury otrzyma możliwość nakładania opłat na kolejne urządzenia, co może oznaczać wprowadzenie podatku również od np. smartfonów. Z kieszeni konsumentów – mimo trudnego czasu pandemii – ma zostać wyciągnięty nawet ponad 1 miliard złotych rocznie.
W opisie projektu powtórzono nieprawdziwe argumenty lobbystów opłaty, mimo iż Federacja Konsumentów od roku ostrzega, edukuje i pokazuje – w oparciu o przepisy prawa, dane i fakty – czym jest ta opłata i jakie będą konsekwencje jej wprowadzenia.
Apelujemy do rządu, aby reprezentował wszystkich obywateli i wczuwał się w ich potrzeby. Rozdysponowanie między celebrytów bardzo znaczących sum z publicznych pieniędzy podczas pandemii wystarczająco wzburzyło społeczeństwo.
Oczekujemy, że rząd poinformuje konsumentów o charakterze i skutkach opłaty. W demokracji obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej informacji o regulacjach, zwłaszcza tych, które będą ich obciążać.
Punktem wyjścia do dyskusji jest dla nas jasna deklaracja, że: jest to kolejny podatek, jego skutkiem będzie dodatkowe obciążenie fiskalne sprzętu elektronicznego, ceny detaliczne elektroniki wzrosną zaś płacona przez konsumentów opłata zostanie w części przekazana dla najlepiej zarabiających artystów, również zagranicznych. To wszystko w sytuacji, gdy w Polsce 1 mln uczniów nie ma własnego komputera, a 4,5 mln Polaków nie korzysta z Internetu.
Apelujemy by rząd nie poddawał się szantażowi moralnemu stosowanemu przez lobbystów opłaty, że chodzi o pomoc dla najuboższych. Opłata reprograficzna jest instrumentem rekompensaty dla najbogatszych, najpopularniejszych artystów, którzy obecnie otrzymują największe benefity z systemu praw autorskich.
Apelujemy również, aby jasno określono, czy i w jakiej części nowy podatek ma być przeznaczony na przywileje emerytalne dla artystów. Oczekujemy, że rząd RP zapyta o zdanie w tej sprawie również zwykłych obywateli, którzy także, na co dzień, mierzą się z konsekwencjami pandemii.
W ocenie Federacji Konsumentów, rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, m.in.inicjatora propozycji opłaty -ZAiKS. Tymczasem prawda i fakty są zupełnie inne.
Ponadto, już obecne ceny urządzeń elektronicznych są dla Polaków istotną barierą w korzystaniu z dobrodziejstw cyfryzacji. Badania opinii publicznej wskazują również, iż Polacy uważają proponowaną opłatę za podatek, którego nie akceptują. Proponowany podatek od komputerów stoi też w sprzeczności z rządowymi planami cyfryzacji kraju i zdalnego dostępu do usług administracji państwowej.
Tyle Federacja Konsumentów. Opłata została więc skrytykowana – ale nie powiedziano jej wyraźnie „nie”. To tylko jeden z wielu głosów w sprawie rozszerzenia opłaty reprograficznej, są i opinie bardziej zdecydowane. Ale rząd PiS ogromnie potrzebuje pieniędzy…

Reklama kontra nowa opłata

Ten podatek stanowi cios wymierzony w pluralizm mediów, zagrażający ich wolności i swobodzie działania.

Związek stowarzyszeń Rada Reklamy z dużym niepokojem przyjmuje założenia projektu ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów.
Zdecydowanie sprzeciwia się używaniu epidemii jako pretekstu do wprowadzenia kolejnego, nowego, wyjątkowo dotkliwego obciążenia uczestników rynku reklamowego, który tylko pogłębi kryzysową sytuację w jakiej znaleźli się polscy przedsiębiorcy, a w szczególności nadawcy, reklamodawcy a także agencje i domy mediowe.
Zdaniem Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy wprowadzenie dodatkowych opłat od przychodów reklamowych będzie skutkować osłabieniem, a często wręcz likwidacją części mediów działających w ramach wolnego rynku. Jest to cios wymierzony w pluralizm mediów, zagrażający ich wolności i swobodzie działania.
W ocenie Rady Reklamy projekt ustawy wprowadzającej dodatkowe obciążenia finansowe naliczane od przychodów z reklam, jest szkodliwy gospodarczo oraz społecznie. Dodatkowe obciążenia i tak już osłabionego przez pandemię rynku reklamowego uderzą przede wszystkim w polskiego widza, słuchacza, czytelnika i internautę, a także polskie produkcje, kulturę, rozrywkę, sport oraz media. Odbiją się też negatywnie na rynku pracy, w szczególności w odniesieniu do młodych ludzi i mniejszych przedsiębiorców.
Jest to kolejny wprowadzany na przestrzeni kilku miesięcy podatek w okresie pandemii i spowolnienia gospodarczego. Rada Reklamy apeluje do Ministerstwa Finansów, jako autora nowego, dodatkowego obciążenia mediów działających na polskim rynku, o wycofanie tego projektu.

Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Dzień solidarności

Rządowa ustawa o nowym podatku dla mediów formalnie nie dotyka „Trybuny”. Wydawca dziennika jest obywatelem polskim, dysponującym jedynie skromnym, ale „czysto polskim” kapitałem.
Nasza gazeta utrzymuje się ze sprzedaży. Bo gazecie lewicowej i opozycyjnej jednocześnie trudno jest w dzisiejszej Polsce pozyskać szczodrych reklamodawców.
Ukazujemy się nadal, bo oszczędzamy na wszystkim.
Ukazujemy się, bo nasi Czytelnicy regularnie kupują swoją „Trybunę”. Nawet kiedy mają problemy z jej nabyciem.
Dziękujemy im za to!

Skoro rządowa ustawa o opodatkowaniu reklam w mediach bezpośrednio nie dotyka nas, to czemu protestujemy przeciwko jej wprowadzeniu?
Czemu nie chcemy opodatkowania wrażego, obcego kapitału i dofinansowania tak pozyskanymi podatkami polskiej służby zdrowia i polskiej kultury?
Protestujemy, bo celem tego podatku nie jest dofinansowanie biednej polskiej służby zdrowia i polskiej kultury, tylko zdławienia mediów niekontrolowanych jeszcze przez PiS.
Zgadzamy się z opinią posła Adriana Zandberga, znanego krytyka wielkich korporacji. Tych zagranicznych i krajowych. Jednak w tym przypadku poseł Zandberg zauważa wielki fałsz proponowanego przez rząd pana premiera Morawieckiego podatku.
Bo ten podatek sprowadza się do tego, aby rząd mógł wyjmować pieniądze z tych mediów, których nie kontroluje i przelać je na konta tych mediów, które się rządowi podobają. Sprzyjających rządowi, bezkrytycznych wobec kaczystowskiej prawicy.
„Śmieszy mnie, gdy słyszę niektórych przedstawicieli partii rządzącej, że to ich odpowiedź na opodatkowanie gigantów. Bo w Polsce spadają nakłady gazet, lokalne media cienko przędą, bardziej niż biznesy przypominają inicjatywy społeczne. I traktowanie ich jak Google’a czy Facebooka jest po prostu niepoważne”.
„W tej sprawie nie chodzi o sprawiedliwe podatki, ale o nadużycie władzy. W Sejmie od wielu miesięcy leży nasza ustawa, zgodna z zasadami proponowanymi przez Unię Europejską, dotyczącą gigantów medialnych, którzy mają dochody powyżej 750 mln euro rocznie”, poseł Zandberg przypomniał zablokowany przez kaczystowską większość projekt ustawy Koalicyjnego Klubu Lewicy.
Proponowany przez rząd zakłamany, anty demokratyczny podatek medialny zjednoczył opozycję parlamentarną. Kluby parlamentarne Koalicji Obywatelskiej, Koalicyjnego Klubu Lewicy i PSL wystąpiły z wspólnym projektem uchwały broniącej wolnych jeszcze polskich mediów.
„Nie będziemy popierali tak fatalnych ustaw, które godzą w dobro Polski i Polaków”, zadeklarowali posłowie Konfederacji na środowej konferencji prasowej i opowiedzieli się przeciwko wprowadzeniu rządowego podatku od reklam.
Teraz los podatków i polskich niezależnych od władzy mediów zależy od głosów parlamentarzystów Porozumienia Polskiego Gowina. Jeśli oni nie poprą tego szkodliwego projektu to plan likwidacji niezależnych mediów zostanie opóźniony.
Bo kaczyści nie zrezygnują z likwidacji krytycznych wobec nich mediów. A pan prezydent Andrzej Duda, który był gościem środowych „Wiadomości” TVP, choć najpierw przyznał, że projektu nie zna, to chwile potem mówił o proteście zgodnie z kaczystowskim „przekazem dnia”.
„Tu nie chodzi o wolność słowa, tu chodzi o wielkie pieniądze”. Bo przecież „Wolność słowa w Polsce jest większa niż przed 2015 rokiem, przekonywał telewidzów pan prezydent Duda.
Czy kłamał w żywe oczy, czy tylko nie był przygotowany do rozmowy?
Czyżby nie wiedział, że w Indeksie Wolności Prasy przygotowywanym co roku przez pozarządową organizację Reporterzy bez Granic Polska znalazła się w rok 2020 na 62 pozycji. W naszym regionie gorzej wypadły tylko Węgry i Ukraina.
W 2015 roku Polska zajmowała miejsce 16-te.
Bez wolnych mediów
Jak może wyglądać Polska bez wolnych, krytycznych wobec kaczystów mediów mieliśmy okazję zobaczyć w zeszłą środę.
Pustka po licznych, pluralistycznych mediów kontrastowała z radosnym, butnym kłamstwotokiem wybijającym z kaczystowskich mediów.
Zwłaszcza z TVP i Polskiego Radia utrzymywanego przez wszystkich podatników dzięki abonamentowi radiowo – telewizyjnemu i corocznym dotacjom budżetowym w wysokości 2 miliardów złotych.
Utrzymywanych przez wszystkich podatników, choć TVP i Polskie Radio, od pięciu lat faktycznie nie pełnią już roli mediów publicznych. Są mediami partyjnymi. Łamią regularnie nie tylko prawo o radiofonii i telewizji, ale też prawo o finansowaniu partii politycznych w Polsce.
W zeszłą środę polscy obywatele o lewicowych poglądach, utrzymujący ze swych podatków TVP i Radio Publiczne, znowu byli przez te media plugawieni i obrażani. Odmawiano im prawa bycia we wspólnocie Polaków.
W czasie emisji głównego wydania telewizyjnych „Wiadomości”, doszło do kuriozalnego wydarzenia. Przerwano ten główny program „informacyjny” aby transmitować na żywo relację z prywatnej mszy z udziałem kaczystowskiej elity. W trakcie tej „mszy” ksiądz profesor Waldemar Chrostowski dał popis mowy nienawiści skierowanej wobec wszystkich spoza kaczystowskiej sekty religijnej. Mówił językiem podobnym do innej kaczystki, pani profesor poseł Pawłowicz, która już w poprzedniej kadencji Sejmu RP obiecała dziennikarzowi zadającemu jej niewygodne pytania: „Weźmiemy się za was!”.
Psucie mediów publicznych
Elity PiS ukradły polskiemu społeczeństwu media publiczne. Uczyniły z nich partyjne szczujnie i knujnie.
Telewizja Jacka Kurskiego nie tylko kłamie już w każdym programie informacyjnym. Cenzuruje wydarzenia kulturalne, nawet filmy znanej czystki Ewy Sankiewicz. Kłamie tak ordynarnie, że nawet warszawski sąd apelacyjny uznał niedawno, że określenie „pałkarska propaganda” nie narusza jej „dóbr osobistych”.
Sześć lat temu, po dojściu partii pan prezesa Kaczyńskiego do władzy, elity kulturalne PiS zapowiadały reformę abonamentu radiowo- telewizyjnego i wzmocnienie mediów publicznych.
Okazało się, że stosunkowo prosta ustawa o finansowaniu mediów publicznych przerosła intelekt pani poseł Joanny Lichockiej i pana posła Krzysztofa Czabańskiego. Zamiast obiecanych reform mediów publicznych uchwalono nowe dotacje z deficytowego już budżetu państwa na „pałkarską propagandę”.
Niestety efektem takiej „pałkarskiej propagandy” są coraz powszechniejsze postulaty likwidacji istniejących jeszcze formalnie mediów publicznych. Jak widać elity PiS wszystko czego się dotkną potrafią spieprzyć.
Dlatego trzeba solidarnie bronić wszystkich wolnych jeszcze od PiS mediów.

Nie będzie wyrównywania szans

Podatek handlowy wkrótce zacznie przynosić skutki odwrotne od oczekiwań pomysłodawców. Duże sieci handlowe już nad tym pracują.
Podatek handlowy miał wyrównać szanse małych i wielkich sklepów. Widać już, że przynajmniej w jednej branży na pewno ich nie wyrówna. Jeśli chodzi o sprzęt RTV i AGD, to zapłacą go tylko polskie firmy.
Idea była taka, że podatek handlowy będzie wyrównywać warunki konkurencji między mniejszymi a większymi podmiotami i pośrednio przeciwdziałać ekspansji zagranicznych sieci handlowych w Polsce.
Jednak w praktyce, w branży handlu artykułami RTV i AGD zapłacą go jedynie polskie firmy. Ich największy konkurent, niemiecki Media Markt, podzielił sklepy na oddzielne firmy – i nie zapłaci ani grosza. Z pewnością za nim pójdą inni.
Jest to drastyczny przykład, pokazujący, że podatek handlowy nie tylko nie osiągnie celów zamierzonych przez ustawodawcę, ale dodatkowo obciąży rodzime przedsiębiorstwa, pogarszając ich pozycję na rynku.
Cechą charakterystyczną branży RTV i AGD jest dysproporcja pomiędzy dostawcami (globalnymi koncernami) a sprzedawcami (lokalnymi przedsiębiorstwami). Rentowność oscyluje tu na poziomie od 2 do 4 proc. Stawka podatkowa podatku handlowego o wysokości 1,4 proc. skonsumuje zatem znaczną część zysku sprzedawców RTV i AGD. To z kolei pogorszy równowagę konkurencyjną pomiędzy przedsiębiorstwami polskimi, a zagranicznymi – tym bardziej, że te drugie, podatku nie zapłacą wcale.
Do tego dochodzą jeszcze gospodarcze konsekwencje pandemii koronawirusa. W czasie tego bezprecedensowego kryzysu polskie firmy mają już wystarczająco dużo obciążeń. Podnoszenie obciążeń w trakcie pandemii jest więc uważane przez przedsiębiorców za niezrozumiałe i niemożliwe do zaakceptowania, co podnosi między innymi Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Nakładanie większych obciążeń może doprowadzić również do spowolnienia gospodarczego, na które nie możemy sobie w tym momencie pozwolić.
W latach 2021 – 2027 Polska otrzyma fundusze o niespotykanej dotąd wysokości. W nowej perspektywie budżetowej Polska otrzyma około 160 mld EUR z unijnych funduszy. 57 mld EUR będzie pochodzić z Funduszu Odbudowy, który powstał, aby pomóc państwom członkowskim stawić czoła wyzwaniom pandemii koronawirusa.
Dla porównania, przez 16 lat członkostwa w UE Polska otrzymała ok. 181 mld EUR. W świetle otrzymania tak ogromnych środków, wydaje się oczywistym, że presja budżetowa na wprowadzenie nowych podatków powinna być zauważalnie mniejsza – a polski rząd nie powinien wprowadzać nowych obciążeń dla przedsiębiorców, borykających się ze skutkami obecnego kryzysu.
ZPiP wzywa do wstrzymania poboru podatku handlowego na rok 2021 r. Organizacja już wcześniej apelowała do rządu o niewprowadzanie nowych podatków w czasie trwania pandemii. Chodzi zwłaszcza o podatki o charakterze sektorowym.
Nie da się ukryć, że przedsiębiorcy jak mogą, unikają płacenia podatków. Długofalowe rozwiązanie problemów związanych z unikaniem opodatkowania leży jednak w głębokiej reformie systemu podatkowego, a nie w doraźnych zmianach. Rozważenia wymaga zwłaszcza pomysł likwidacji podatku dochodowego od przedsiębiorstw (CIT) i zastąpienia go podatkiem płaconym od przychodu. Przychód trudniej bowiem ukryć, niż dochód.

Weźmiemy przykład z Estonii?

Przeciętny obywatel Estonii poświęca na wypełnienie obowiązków podatkowych średnio 50 godzin rocznie. W przypadku Polski są to 334 godziny rocznie.
Według obietnic rządu – nieco przedwczesnych, bo ustawy na ten temat jeszcze nie ma – od 1 stycznia 2021 r. firmy będą mogły się rozliczać z fiskusem w ramach tzw. estońskiego CIT-u. Istotą rozwiązania jest przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypłaty zysków z przedsiębiorstwa. Na zmianie będą mogły skorzystać firmy, które poszukują środków na nowe inwestycje i rozwój biznesu.
Ów estoński CIT to nowatorski sposób opodatkowania, który pozwoli firmom inwestować i ograniczyć formalności przy rozliczeniu podatków. Zgodnie z rozwiązaniem, podatek zostanie nałożony na przedsiębiorstwo w momencie wypłaty zysku. Oznacza to, że środki, które zostaną w firmie, będzie można przeznaczyć na inwestycje, co przełoży się na wzrost gospodarczy. Wprawdzie i do tej pory były w Polsce rozmaite ulgi inwestycyjne, ale planowane rozwiązanie ma być bardziej systemowe, a więc podobno skuteczniejsze.
Estoński CIT ma też przeciwdziałać negatywnym następstwom koronawirusa, czyli przyczynić się do zapewnienia stabilnych miejsc pracy i zwiększenia zatrudnienia. Przedsiębiorca będzie mógł wybrać, czy chce skorzystać z nowego rodzaju opodatkowania, czy woli rozliczać się na starych zasadach.
Z opodatkowania na nowych zasadach będzie mogła skorzystać spółka z ograniczoną odpowiedzialnością lub akcyjna, w której udziałowcami albo akcjonariuszami są wyłączenie osoby fizyczne. Przychody takiego przedsiębiorstwa nie będą mogły przekraczać rocznie 100 mln zł (dotyczy to ok. 97 proc. polskich firm).
Warunkiem skorzystania z estońskiego CIT-u będzie zatrudnianie co najmniej 3 pracowników (na umowę o pracę) -lub ponoszenie miesięcznych wydatków na wynagrodzenia z tytułu innych umów, w kwocie stanowiącej co najmniej trzykrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (obciążonych PIT i ZUS). Warunek ten nie musi być wszakże spełniony od razu. Dla podatników rozpoczynających działalność wystarczy wzrost zatrudnienia corocznie o co najmniej jednego zatrudnionego – począwszy od drugiego roku podatkowego – aż do osiągnięcia wymaganego poziomu 3 pracowników.
Łagodniejsze warunki przewidziano dla małych podatników – w pierwszym roku podatkowym warunek będzie spełniony, jeżeli podatnik zatrudnia co najmniej 1 osobę w przeliczeniu na pełne etaty.
Przedsiębiorca będzie mógł wybrać nowy system opodatkowania na 4 lata z możliwością przedłużenia na kolejne 4-letnie okresy. Przedłużenie będzie możliwe, jeśli w ostatnim, czwartym roku korzystania z tego systemu, wciąż będzie spełniał wymagane kryteria.
Nowe rozwiązanie skierowane jest do przedsiębiorstw, które mają mniejsze możliwości otrzymania kredytów bankowych i w związku z tym brakuje im środków na inwestycje.
Z badań OECD wynika, że w Polsce aż co trzecia mała i średnia firma nie uzyskuje potrzebnego finansowania dłużnego. Nowy system ma stworzyć bardziej uczciwe warunki dostępu dużych i mniejszych przedsiębiorstw do środków na inwestycje.

Kogo skrzepi podatek cukrowy?

Andrzej Duda wygrał wybory, więc PiS już nie musi odkładać ustaw, bijących Polaków po kieszeni.

Z początkiem 2021 r. wchodzi w życie podatek cukrowy. PiS wymyślił go już w 2019 r. ale nowy podatek wywołał sprzeciw w branży rolno-spożywczej, więc ze względu na wybory, wstrzymano prace nad ustawą mającą go wprowadzić. Jarosław Kaczyński nie chciał bowiem tracić głosów pracowników branży (i ich rodzin).
Wybory już za nami, o głosy wyborców nie trzeba się martwić, więc ustawę sfinalizowano (przy sprzeciwie Senatu), a prezydent podpisał ją 27 sierpnia. Podatek cukrowy ma ratować pękający w szwach budżet państwa. Wprowadzony będzie pod pretekstem „promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów”, a oficjalna propaganda głosi, że ma on zmienić nawyki żywieniowe Polaków (ponoć żeby pili mniej słodkich napojów).
Ustawa zakłada wprowadzenie opłaty od napojów słodzonych, podzielonej na część stałą i zmienną. Opłata stała to 50 gr za litr napoju z dodatkiem cukru lub substancji słodzącej, oraz dodatkowo 10 gr za litr napoju z dodatkiem substancji aktywnej (kofeina lub tauryna). Opłata zmienna to 5 gr za każdy gram cukru powyżej 5 gram/100 ml. Planowanym pierwotnie terminem wejścia w życie ustawy był 1 lipca 2020 roku, ale PiS zrezygnował z tej daty, żeby nie zmniejszyć szans Andrzeja Dudy w wyborach odbywających się 12 lipca.
Ważnym elementem nowego podatku są wysokie kary. W przypadku niedokonania wspomniaych opłat w terminie, naczelnik urzędu skarbowego będzie zobowiązany ustalić, w drodze decyzji, dodatkową opłatę (tzw. opłatę sankcyjną) na rzecz państwa.
O rezygnację z podatku cukrowego od miesięcy apelowali przedsiębiorcy z branży rolno-spożywczej. Wskazywali między innymi, że jego przyjęcie spowoduje katastrofalne skutki dla przedsiębiorców i branży spożywczej, w niełatwej już rzeczywistości gospodarczej spowodowanej COVID-19. Przekonywali, że na skutek nowej daniny pracę może stracić kilkanaście tysięcy ludzi.
Przekonywali bezskutecznie, a jedynym wynikiem ich protestów była decyzja PiS, że ustawa zostanie sfinalizowana już po wyborach, by nie szkodzić Andrzejowi Dudzie. Jeśli przedstawiciele branży mieli nadzieję, że PiS rzeczywiście ich wysłuchał i zrezygnował z podatku, to wykazali się duża naiwnością.
„Podatek cukrowy uderzy w wyniszczoną kryzysem branżę spożywczą, odchudzi portfele obywateli, a przede wszystkim zostanie uchwalony z naruszeniem elementarnych zasad legislacji. Prace nad podatkiem cukrowym trwały od grudnia ubiegłego roku i ostatecznie wstrzymane zostały na okres kampanii wyborczej. W trakcie kampanii Pana sztab deklarował, że jest Pan jedynym gwarantem powstrzymania wejścia w życie kolejnych podatków. Wielu przedsiębiorców odebrało tę deklarację jako zapowiedź, że pomysł podatku cukrowego już nie wróci” – tak pisali do Andrzeja Dudy przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskim Towarzystwie Gospodarczym. Dziś dobrze widać, jak skutecznie zostali nabici w butelkę przez rządzących.
Przedsiębiorcy wskazywali, że dyskryminacja polskich producentów jest wpisana w samą konstrukcję podatku cukrowego. Nie zachęca on do zmian receptur na niskocukrowe, a wysoka opłata stała sprawia, że najsilniej dotknięci zostaną producenci napojów konkurujący ceną z globalnymi koncernami. Ich przewaga zostanie zlikwidowana i stracą klientów na rzecz zagranicznych graczy. Podatek cukrowy uderzy zaś w najuboższą cześć społeczeństwa, która boleśniej niż zamożniejsze grupy obywateli odczuje skutki podwyżek – bo producenci oczywiście będą chcieli przerzucić nowe opłaty na konsumentów.
Wytykano również pozorny tylko efekt prozdrowotny tego rozwiązania, podkreślając, że po jego wprowadzeniu spożycie cukru może wzrosnąć (jak stało się np. w Wielkiej Brytanii). Zwracano uwagę, że jedynym realnym rezultatem podatku będzie oddanie części rynku napojów na rzecz zagranicznych koncernów.
W konsekwencji, przedstawiciele branży prosili, aby prezydent: „z całą mocą wykorzystał swoje prerogatywy” i skierował podatek cukrowy do zbadania przez Trybunał Konstytucyjny, bo „tylko w ten sposób może Pan przerwać chaos związany z wprowadzaniem nowych obciążeń w sposób skrajnie nieprzejrzysty i niezgodny z przepisami”.
Ta niezgodność z przepisami polega na tym, że rząd zmienił datę wejścia w życie podatku zapisaną w poprzednim projekcie. Aby to zrobić, musiał znowelizować ustawę, gdy była ona cały czas na etapie prac sejmowych. Taka nowelizacja ustawy jeszcze nieistniejącej jest łamaniem procedur legislacyjnych, ale PiS nie takie procedury i zasady już łamał.
Do Andrzeja Dudy apelowali też poszczególni, więksi producenci, jak np. Jan Kolański,
prezes krajowej grupy Colian. Pisał on: „Panie Prezydencie, jako reprezentant branży napojowej, mając na uwadze losy polskich przedsiębiorców, ale także zdrowie Polaków, apeluję do Pana o zorganizowanie otwartej debaty w sprawie ustawy cukrowej. Jeszcze nie jest za późno!. Rozpocznijmy dialog! Spotkajmy się, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie, jak dobrze skonstruować ustawę cukrową, by realnie realizowała dwa cele: zapewniła wpływ środków do budżetu na walkę z otyłością i cukrzycą, a nam – przedsiębiorcom, dała możliwość ocalenia dorobku wielu lat przed bankructwem. Zasiądźmy do stołu. Powołajmy radę ekspertów. Zaprośmy do niej specjalistów: dietetyków, diabetologów, kardiologów, polityków, ekonomistów, prawników. Oddajmy głos przedsiębiorcom z branży napojowej, sokowej, mlecznej, producentom energetyków, browarom. Określmy wysokość podatku na poziomie akceptowalnym dla wszystkich. Nie róbmy podziałów na lepszych i gorszych. Zadbajmy o edukację prozdrowotną, programy dla dzieci w zakresie zdrowego trybu życia, odżywiania, aktywności fizycznej. Panie Prezydencie, to są argumenty, które przemawiają za tym, by przeprocesować ustawę cukrową ponownie w sposób, który przyniesie zamierzony efekt prozdrowotny, a nie tylko fiskalny, skądinąd wątpliwy, ponieważ firmy, które zbankrutują na skutek podatku, przecież nie będą kontrybuować we wpływach do budżetu. Wierzę, że głos przedsiębiorców w końcu zostanie usłyszany i rozpoczniemy dialog społeczny. Doprowadźmy do wprowadzenia efektywnej ustawy prozdrowotnej, która umożliwi rozwój przedsiębiorcom i da nam wszystkim możliwość realnej walki z otyłością i cukrzycą”.
Jak już wiadomo, wszelkie argumenty i apele branży nie wpłynęły na Andrzeja Dudę. Głos przedsiębiorców nie został wysłuchany, ustawa nie została zmieniona, żadnego dialogu, rady ekspertów czy otwartej debaty nie było. Będzie za to nowy podatek.
Polacy spożywają około 51 kg cukru rocznie. Producenci napojów słodzonych, którzy będą płacić podatek cukrowy, dostarczają im około 10 kg cukru. W ostatnich latach konsumpcja cukru stopniowo spadała mimo braku podatku – w 2019 r. zmniejszyła się o 2,5 kg.
Warto też dodać, że przy okazji uchwalania podatku cukrowego wprowadzono zmiany dotyczące małpek – czyli niewielkich butelek wódki i wina, które w ostatnich latach bardzo zasłużyły się na polu upijania Polaków. Uchwalono, że firmy sprzedające małpki w sklepach (czyli przedsiębiorcy sprzedający napoje alkoholowe przeznaczone do spożycia poza miejscem sprzedaży) muszą wnosić opłatę za butelki o objętości nie przekraczającej 300 ml. Będzie to 25 zł od litra stuprocentowego alkoholu, co przykładowo oznacza 1 zł od 100 ml małpki wódki 40-procentowej, 2 zł od 200 ml małpki wódki 40-procentowej i 88 gr od 250 ml małpki wina 14-procentowego.
Tak więc, Polacy najprawdopodobniej przerzucą się na rozpijanie normalnych, dużych, co najmniej półlitrowych flaszek, jak pan Bóg przykazał.

Gospodarka 48 godzin

Ministerstwo ds. reelekcji A.Dudy
Ministerstwo Finansów opóźnia przekazywanie informacji, mówiących o tym, jak pandemia koronawirusa wpłynęła na wpływy z podatku VAT. Prawdopodobnie mamy do czynienia z dużym załamaniem wpływów podatkowych, ale resort finansów zamierza podać te dane dopiero po drugiej turze wyborów. Chodzi o to, że ich opublikowanie przed wyborami zmniejszyłoby szanse Andrzeja Dudy na reelekcję – a przecież, wedle oficjalnej propagandy partyjno-rządowej, Polska znakomicie radzi sobie z kryzysem.

Nie pracuj w wakacje
Wakacyjny rynek pracy wygląda tak, że najwięcej ofert pracy jest na wschodzie Polski, a najmniej na południu oraz – o dziwo – w centrum. Redukcje etatów zapowiadają pracodawcy z pozostałych czterech regionów, gdzie plany rekrutacyjne są najniższe od 2008 roku. Generalnie, okres wakacyjny nie oznacza korzystnych warunków do poszukiwania nowej pracy, ponieważ ofert w całym kraju jest i będzie dużo mniej niż w ostatnich latach – co oznacza spadek liczby zatrudnionych. Ciekawe, że nie ma większego zapotrzebowania na pracę sezonową nad polskim morzem. Takie wyniki przynosi analiza przygotowana przez ManpowerGroup. Jeśli ktoś nie musi, niech więc nie traci czasu na szukanie roboty w lipcu i sierpniu lecz wypocznie i nabierze zdrowia, zanim jesienią koronawirus uderzy w nas z wzmożoną siłą – chyba, że chce się wybrać pod naszą wschodnią granicę. Dodatnia prognoza letniego zatrudnienia w regionie wschodnim wynika przede wszystkim z prężnie rozwijającej się tam branży przetwórstwa spożywczego, która mimo pandemii, notuje duże zapotrzebowanie na ręce do pracy. Producenci ze wschodnich województw Polski często zaś borykają się z brakiem kadr. Polska wschodnia to również obszar rolniczy, gdzie w sezonie letnim właściciele gospodarstw poszukują pracowników do pomocy przy zbiorach. Również przedsiębiorstwa z Dolnego Śląska i województwa opolskiego będą poszukiwać nowych pracowników, jednak już nie w takiej skali, jak to miało miejsce przed rozwojem koronawirusa. W tych regionach, gdzie wciąż szuka się pracowników, największe braki kadrowe, jak podaje ManpowerGroup, odczuwają obecnie właściciele magazynów, firm produkcyjnych, kurierskich i logistycznych, potrzebni są również niewykwalifikowani i wykwalifikowani pracownicy fizyczni, osoby do obsługi wózków widłowych z uprawnieniami. Pracodawcy poszukują również specjalistów IT i osób o specjalnościach technicznych. Mimo pandemii, nie maleje zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języków obcych. W cenie jest szczególnie niemiecki, francuski, hiszpański, włoski. Kandydaci, którzy biegle posługują się jednym z nich, a także językiem angielskim, w dalszym ciągu mogą liczyć na atrakcyjne oferty pracy. To zasługa dobrze rozwiniętego i dalej rozwijającego się sektora usług biznesowych w Polsce. Natomiast cięcia etatów zapowiadane na południu, wynikają z decyzji umiejscowionych tam firm produkcyjnych, szczególnie tych z branży motoryzacyjnej, które najbardziej odczuły skutki kryzysu. Brak ciągłości w utrzymaniu łańcucha dostaw, opóźnienia w transporcie komponentów spowodowały zatrzymanie produkcji, a co za tym idzie spadek obrotów i redukcję miejsc pracy. Oprócz tego producenci aut walczą ze zmniejszonym popytem na ich produkty Tak więc, najbliższy kwartał będzie trudnym okresem na rynku pracy. Sytuacja jest wciąż nieprzewidywalna i nie wiadomo, jaki będzie finalny wpływ pandemii na polską gospodarkę.

Opodatkować Facebooka!

7 proc. dochodu cyfrowych gigantów takich jak Facebook czy Google miałoby w formie podatku cyfrowego trafić do polskiego budżetu i zasilić fundusz innowacji oraz upowszechniania szybkiego internetu. Lewica ma opracowany projekt ustawy w tej sprawie i zapewnia, że w odróżnieniu od PiS będzie przy niej obstawać, nawet gdyby pani ambasador USA zgłosiła się z pretensjami.

Jeszcze przez miesiąc socjaldemokratyczni parlamentarzyści będą dogrywać szczegóły pomysłu podczas konsultacji z organizacjami pozarządowymi czy związkami zawodowymi. Sedno sprawy jest jednak znane: cyfrowi giganci mają w końcu zacząć płacić!

Dali przykład Czesi

O opodatkowaniu Google’a, Amazona, Netfliksa i Facebooka na lewicy mówiło się od dawna. Dodatkowej inspiracji dostarczyli południowi sąsiedzi Polski. Czeski rząd wprowadził u siebie taki podatek cyfrowy, o jakim wcześniej rozmawiano – ale tylko rozmawiano – na poziomie europejskim. Siedmioprocentowym podatkiem obłożył przychód wszystkich firm i platform internetowych, które w skali globalnej osiągają zyski powyżej 750 mln euro, w samych Czechach przekraczają poziom 100 mln koron i mają co najmniej 200 tys. kont indywidualnych użytkowników. Bez żadnej przesady mowa zatem wyłącznie o najpotężniejszych z najpotężniejszych, faktycznych monopolistach w swoich sektorach sieci.
Tak samo miałoby być w Polsce. W komunikacie przekazanym Polskiej Agencji Prasowej Adrian Zandberg również wskazał jako kryteria nakładania podatku 750 mln euro globalnego skonsolidowanego przychodu. Podkreślił, że nie ma co czekać na rozwiązania na poziomie europejskim, które mogą zostać wypracowane albo nie, bo zjawisko niepłacenia podatków przez internetowych krezusów już funkcjonuje, a Polska na tym traci.

Lewica jest zresztą przekonana, że na poziomie europejskim nigdy nie dojdzie do żadnego porozumienia i każdego państwo będzie musiało samo zdecydować, czy zmienia swoje podejście do gigantycznych zysków internetowych koncernów.

Zarabiają miliardy

Firmy z grupy skrótowo nazywanej GAFA (Google – Amazon – Facebook – Apple) zarabiają na Polakach miliardy. Założenie konta na Facebooku czy w Amazonie jest darmowe, ale wiąże się z nieustannym przekazywaniem platformie danych o swoich zainteresowaniach, wyszukiwanych przedmiotach, stylu życia. Idealna podstawa, by wyświetlać użytkownikom profilowane, dopasowane do ich potencjalnych zainteresować reklamy. Na tym zarabia Facebook, i chociaż wszyscy rozumieją, że ich prywatność stała się przedmiotem handlu, to w zasadzie się z tym godzą. Czasem tylko wyśmiewając szczególnie nietrafione propozycje reklam, gdy algorytm portalu społecznościowego wyciągnie już z posiadanych danych jakieś absurdalne wnioski.

Bez Facebooka czy wyszukiwarki Google jest gotów żyć mało kto. Z drugiej strony model biznesowy Facebooka czy Google również polega na przyciąganiu maksymalnej liczby użytkowników, o których można zebrać, a potem sprzedać dane. Dlatego, argumentuje Zandberg w komunikacie, giganci pogodzą się z podatkiem. Nie „wyjdą z Polski” ani nie wprowadzą płatności za korzystanie z serwisu.

– Miliony Polaków korzystają z platform cyfrowych, takich jak sieci społecznościowe i komunikatory. Nie da się ich uniknąć. Te platformy należą do kilku wielkich firm, które mają dominującą pozycję na rynku. Działa tu tzw. efekt sieciowy – firma, która ma już na pokładzie setki milionów konsumentów, posiada olbrzymią przewagę nad ewentualną konkurencją – pisze Zandberg.

Na co te pieniądze?

W ocenie Lewicy podatek cyfrowy mógłby dać państwu 2 mld rocznie.
– Chcemy powołać za te pieniądze publiczny fundusz, finansujący badania naukowe i rozwój w zakresie nowych technologii. Te środki trafiłyby także na działalność edukacyjną, w tym doprowadzenie kabli światłowodowych do wszystkich szkół, bibliotek i instytucji kultury – objaśnia Zandberg. Lewica chciałaby kontynuowania, wzmocnienia starszych projektów cyfryzacji szkół i bibliotek. Pomogłoby to w unowocześnieniu tych instytucji, umożliwieniu, by lepiej odpowiadały na wyzwania współczesnego świata, a także, by stały się prawdziwymi centrami wyrównywania szans. Natomiast fundusz badań i rozwoju miałby skłonić utalentowanych naukowców, by swoją karier zawodową wiązali z Polską, nie z emigracją.

Morawiecki zrezygnował

Zandberg nie jest pierwszym orędownikiem podatku cyfrowego na polskim gruncie. Niemal równo rok temu media dyskutowały o wadach i zaletach takiego rozwiązania, bo „poważne plany” w tym zakresie deklarował premier Morawiecki. Miał nawet podobne argumenty: Polacy przynoszą Facebookowi i innym platformom milionowe dochody, czas, by firmę tę zacząć traktować jak każdą inną. Największa różnica dotyczyła szacowanych dochodów skarbu państwa – premier z ramienia PiS spodziewał się w budżecie dodatkowego miliarda, bo i rozważał niższą, trzyprocentową stawkę opodatkowania.

We wrześniu jednak temat zniknął i niemalże przypadkowo opinia publiczna dowiedziała się, dlaczego. Otóż krótko po hucznych warszawskich obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej, na które grający w golfa Trump wysłał wiceprezydenta, na oficjalnej anglojęzycznej witrynie Białego Domu w zbiorze oświadczeń i komentarzy dla prasy opublikowano przemowę, jaką Mike Pence skierował do Andrzeja Dudy. Po rytualnych zapewnieniach, jakoby Polskę i Amerykę łączyła szczególna przyjaźń, wiceprezydent przeszedł do interesów. Mówił o przygotowywanym porozumieniu w sprawach obronności, wspólnych projektach w zakresie energetyki i korzyściach dla gospodarki polskiej i amerykańskiej. A potem wskazał jeden konkret. „Wiem, że prezydent Trump jest panu wdzięczny za odrzucenie projektów podatku od spółek cyfrowych (digital tax)”.

Sformułowanie wyłapali dociekliwi internauci raczej lewicowej proweniencji, podały je dalej takie też media. Rząd nie miał jak przekonująco się tłumaczyć. – To jest wątek ogólnej pochwały tego, jak w Polsce jest prawidłowo zbudowany system podatkowy, jak nasze obciążenia fiskalne nie hamują możliwości inwestowania – próbował w TVN zamydlać sprawę Paweł Mucha z Kancelarii Prezydenta.

Działacze SLD i Razem celnie wyśmiewali takie „wstawanie z kolan”. Teraz też Adrian Zandberg komentuje, że w sprawie podatku cyfrowego premier Morawiecki zachowuje się jak krowa z przysłowia – głośno muczy, ale mleka daje niewiele.

Lewica się nie ugnie?

Czy politycy Lewicy, gdyby mieli realną szansę, postąpiliby inaczej?
Wiadomo, że zderzyliby się z tą samą ścianą. Amerykańska ambasador Georgette Mosbacher nie zamierza czekać, aż socjaldemokracja urośnie w siłę i podatek cyfrowy nie będzie tylko łatwym do odrzucenia projektem sejmowej mniejszości. Już wczoraj oznajmiła, że jednostronne wprowadzanie podatków, które zmusiłyby amerykańskie firmy do podzielenia się zyskami, „skomplikowałoby wielostronne negocjacje”.
– Stany Zjednoczone się zgadzają, że wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od narodowości czy sektora gospodarczego, powinny płacić sprawiedliwe stawki podatkowe. Stany Zjednoczone przyznają, że aktualizacja globalnego systemu podatkowego jest już od dawna spóźniona – łaskawie przyznała namiestniczka Imperium w Polsce. Ale równocześnie postraszyła: – W rezultacie zniechęcają one [podatki – przyp. MKF] jedynie do prowadzenia inwestycji w technologie i innowacje, o których przedstawiciele tych krajów mówią, że zależy im na ich przyciąganiu. Koniec końców – szkodzi to ich własnym gospodarkom.
A gdyby Polska nie zrozumiała aluzji, Mosbacher dodała jeszcze, że „jak mogliśmy się przekonać po reakcji na ostatnią zmianę podatkową we Francji, Stany Zjednoczone nie pozostaną bierne w obliczu dyskryminacji naszych firm”. Łączna wartość nieszczęsnych dyskryminowanych podmiotów przekroczyła już 3 bln dolarów, ale chodzi o zasadę.
Czy Lewica też będzie trzymała się swoich zasad – w tym stanowczej walki o sprawiedliwą redystrybucję?