Zanim się udusimy

Czas ucieka, a Polacy umierają z powodu smogu. Czy po klęsce PiS-owskiego programu Czyste Powietrze są jeszcze szanse, aby na szczeblu centralnym wprowadzić jakieś rozwiązania rzeczywiście służące poprawie jakości powietrza?
Polska się dusi. Potrzeba radykalnych zmian w walce ze smogiem – oceniają polscy Zieloni. Dane zaprezentowane na koniec ubiegłego roku przez Polski Alarm Smogowy wskazują na kompletny kryzys w wymienianiu starych pieców węglowych na nowe źródła ciepła oraz klęskę rządowego programu Czyste Powietrze.
Dlatego właśnie pion propagandowy PiS, czyli tak zwana „telewizja publiczna”, ograniczył informacje dotyczące czystości powietrza w swoich programach (dez)informacyjnych – aby nie przypominać potencjalnemu elektoratowi Prawa i Sprawiedliwości o niedotrzymanych obietnicach. Nie da się jednak ukryć prawdy, skoro na mapach dotyczących skażeń powietrza Polska regularnie jest zaznaczana na fioletowo, jako jeden z paru najbardziej zatrutych krajów w Europie.
Warto przypomnieć, że budżet programu Czyste Powietrze zaplanowano na prawie 103 mld zł na lata 2018 – 2029. Tymczasem pierwsze dwa lata jego funkcjonowania przyniosły około 172 tys. wniosków o dofinansowanie wymiany pieców na łączną kwotę niecałych 3,3 mld zł. To zdecydowanie za mało, aby zrealizować ów program, zakładający modernizację 3 mln pieców w polskich domach przez 11 lat. – W ciągu najbliższych dwóch lat zdecydowanie powinna wzrosnąć liczba złożonych wniosków w programie antysmogowym Czyste Powietrze – taką właśnie nadzieję wyraził w ubiegłym roku premier Mateusz Morawiecki. W istocie, cały ten program opierał się na mniej lub bardziej nierealnych nadziejach.
Prawda zaś jest taka, że te gminy i miasta, które wymieniają piece węglowe, robią to głównie dzięki gminnym programom dotacyjnym, a nie programowi rządowemu. Jak wskazuje Partia Zieloni, we Wrocławiu w ramach dotacji z gminnego programu wymieniono 1427 kotłów, natomiast w ramach programu Czyste Powietrze zaledwie 15. W Krakowie proporcje są jeszcze większe i wynoszą 4186 kotłów wymienionych przez gminę do tylko 2 w ramach programu Czyste Powietrze. – Wymiana pieców – kopciuchów znalazła się w kompletnym kryzysie. Mamy smogowy armagedon. Polskie miasta znajdują się niejednokrotnie w pierwszej dziesiątce najbardziej zanieczyszczonych miast świata. Polska się dusi, bo nie walczymy wystarczająco mocno ze smogiem – i stanowi fioletową plamę na mapie Europy – stwierdziły posłanki Małgorzata Tracz i Urszula Zielińska, komentując kolejne dni z rekordowym poziomem smogu w polskim powietrzu.
Czy program Czyste Powietrze można jeszcze tak przebudować, aby stał się bardziej dostępny i skuteczniejszy? To będzie trudne, bo ów program od początku został pomyślany głównie jako produkt PiS-owskiej propagandy sukcesu – a nie mechanizm mogący rzeczywiście coś zmienić na lepsze.
Tym niemniej jednak, obie posłanki postanowiły serio potraktować zapisane w nim zadania – i zaprezentowały zestaw propozycji, mogących prowadzić do reformy i usprawnienia rządowego programu Czyste Powietrze. Oto one:
Po pierwsze, należy natychmiast przestać dofinansowywać kotły węglowe. Wsparcie finansowe musi być oferowane tylko dla czystych i niskoemisyjnych źródeł ciepła. Dziś natomiast takie samo dofinansowanie można otrzymać zarówno dla kotła na węgiel, jak i do nowoczesnej pompy ciepła.
Po drugie, należy zwiększyć poziom dofinansowania dla osób mniej zamożnych z poziomu 60 proc. dziś, do 100 proc. kosztów instalacji – i wypłacać tę kwotę z góry przed zakupem nowego źródła ciepła. Od początku przecież było oczywiste, ze tak nikły, obecny poziom dofinansowania nie może stanowić skutecznej zachęty do rezygnowania z „kopciuchów”. Osoby, dla których przewidziano tzw. wyższy poziom dofinansowania, mają dochody na poziomie do 1400 zł miesięcznie. Oznacza to, że, zakup nawet najtańszego kotła węglowego piątej klasy wiąże się dla nich z wydatkiem dwóch do trzech miesięcznych pensji, na co z reguły nie mogą sobie pozwolić.
Po trzecie, wnioski aplikacyjne o dofinansowanie powinny zostać uproszczone, czas ich rozpatrywania – skrócony, a w dystrybucję dotacji powinny zostać włączone znacznie szerzej niż dziś, gminy i banki.
Po czwarte, niezbędne jest realne wsparcie wymiany „kopciuchów” także w budownictwie wielorodzinnym, w ramach Funduszu Termomodernizacji i Remontów.
I po piąte wreszcie, rząd powinien zapewnić realne wsparcie w przejściu przez procedurę wnioskowania i rozliczania programu. Mimo, że za sprawą telewizyjnej propagandy duża część Polek i Polaków mogła już usłyszeć o programie, to złożenie wniosku i rozliczenie go jest trudnym procesem, wyłączającym wiele osób ze skorzystania z programu. – Od początku istnienia programu Czyste Powietrze razem z organizacjami pozarządowymi wytykamy wiele barier i problemów, z którymi spotyka się przeciętna polska rodzina chcąc z niego skorzystać. Szereg ważnych spraw wymaga natychmiastowego załatwienia i pomocy ze strony państwa. Czasu jest mało, bo smog co roku zabija 50 tysięcy osób – oświadczyła Urszula Zielińska, wiceprzewodnicząca Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa.
O podobne rozwiązania zabiegają wszystkie organizacje walczące ze smogiem, pragnące aby program Czyste Powietrze przestał być tylko nieudaną, propagandową atrapą. Najwyższy czas, aby rząd przyjął te propozycje. Zieloni chcą także, aby posłowie Komisji ds. Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych zajęli się pilnym podsumowaniem efektywności programu Czyste Powietrze. Stawka jest duża, bo jeśli wierzyć rządowym obietnicom, pieniądze na walkę ze smogiem są – i należy je rozsądnie wykorzystać. – Większa efektywność programu Czyste Powietrze to także szansa dla polskiej gospodarki na odbudowę po pandemii. Rząd zapowiedział, że w ciągu 10 lat przeznaczy na ten cel 103 mld zł. Do dziś wydano zaledwie 3 mld. Mamy wciąż 100 mld zł do wydania i dodatkowe 8 mld euro z Funduszu Odbudowy, które mogą stanowić wielki zastrzyk dla polskiego biznesu – przypomniała pos. Małgorzata Tracz.

Krótsze życie ze smogiem

Skoro rząd nie chce tego robić, to coraz częściej sami próbujemy oczyszczać powietrze, którym musimy oddychać. Ale jednocześnie i sami też bardzo skutecznie zatruwamy siebie i innych dymem oraz spalinami.
Jakość powietrza ma bezpośredni wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Obecnie, w sezonie jesienno zimowym, gdy zmagamy się z problemami związanymi ze smogiem, zapyleniem, wtórną emisją pyłów itd., to niebezpieczeństwo zagrażające nam z atmosfery staje się coraz bardziej istotne.
Czym właściwie jest smog? W powietrzu unoszą się cząsteczki pochodzące ze spalania: w piecu, elektrowni, czy nawet w samochodowym silniku. Pochodzą również z zakładów przemysłowych i, o czym niewielu wie, ze zużycia opon, hamulców i asfaltu. Jest to tak zwany smog wtórny czy też wtórna emisja. Jeśli uświadomimy sobie, że brudny przydrożny śnieg zimą zawdzięcza swój koloryt właśnie tym cząsteczkom, to strach pomyśleć, czym oddychamy.
Wiele drobin pyłów jest na tyle lekkich, że nie opadają, a dryfują w atmosferze. Jeśli nie ma wiatru lub ukształtowanie terenu sprzyja zastojowi powietrza, to smog gęstnieje, tworząc mieszaninę bardzo szkodliwą dla zdrowia. W naszej strefie klimatycznej występuje głównie smog typu londyńskiego, zawierający m.in. tlenki azotu, tlenki węgla, dwutlenek siarki, ozon, benzen i pyły zawieszone: PM10 i PM2,5, wśród nich są też beznopireny i metale ciężkie, takie jak: nikiel, ołów, kadm czy arsen. Istny chemiczny koktajl, niestety, szkodliwy dla zdrowia. Smog szkodzi ludzkiemu organizmowi i to na bardzo wielu płaszczyznach. Jest szkodliwy dla skóry, o czym nie każdy wie, może powodować problemy ze zdrowiem psychicznym no i oczywiście jest śmiertelnie niebezpieczny dla płuc.
Zanieczyszczenia powietrza to palący (czasem dosłownie) problem współczesnych społeczeństw. Szacuje się, że 1 na 9 zgonów na świecie związanych jest z zanieczyszczonym powietrzem. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje, że 3,8 mln przedwczesnych śmierci spowodowanych jest zanieczyszczonym wewnętrznym powietrzem. Jest to liczba o milion większa niż liczba zgonów spowodowanych powietrzem na zewnątrz. Widać więc, że problem czystości powietrza, którym oddychamy w domu, jest niebagatelny. Nasz kraj nadal nie najlepiej radzi sobie z tym wyzwaniem.
Raporty krajowe i międzynarodowe nie pozostawiają złudzeń – jesteśmy w czołówce krajów europejskich jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza. A niektóre z polskich miast okupują wciąż, niechlubne pierwsze miejsca w rankingach miast z najgorszym powietrzem. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie dba o podejmowanie jakichkolwiek skutecznych działań, by ograniczyć zatruwanie powietrza. W tej sytuacji można i trzeba sobie z tym zagrożeniem jakoś samemu radzić – na przykład inwestując w dobry, solidny i skuteczny oczyszczacz powietrza.
Należy zwrócić uwagę na możliwość wyposażenia oczyszczacza w różne filtry, które radzą sobie także z innymi zagrożeniami, mogącymi znajdować się w naszej najbliższej atmosferze. Przykładem może być filtr wychwytujący szkodliwe formaldehydy, który sprawdzi się doskonale podczas remontu. Jeśli na przykład nasza pociecha ciągle wraca z przedszkola czy szkoły przeziębiona, to z pomocą przyjdzie zaś filtr zdrowotny, który pomoże wychwycić drobnoustroje będące przyczyną przeziębień.
Gdy zmagamy się z alergią, co z kolei najczęściej ma miejsce wiosna i latem, to odpowiedni oczyszczacz także będzie odpowiedzią na to wyzwanie, gdyż ma on także możliwość wychwytywania wszelkich alergenów dzięki specjalistycznemu filtrowi, w który można urządzenie doposażyć. Dobrze dobrany oczyszczacz z powodzeniem zastąpi też odświeżacze powietrza, gdyż niezależnie od zastosowanego filtra, usuwa z powietrza różne zapachy.
Nie można niestety pominąć milczeniem faktu, ze sami Polacy, z właściwą sobie niefrasobliwością i brakiem troski o zdrowie innych, przyczyniają się do zatruwania powietrza, którym wszyscy musimy oddychać. Nagminnie, zwłaszcza zimą, widzi się (oraz słyszy i czuje) samochody stojące z włączonymi silnikami, które dymem z rury wydechowej zatruwają otoczenie. Kierowcom takich aut nawet przez myśl nie przejdzie, że mogliby zgasić silnik, bo przecież szkodzą innym. Ich to guzik obchodzi – sobie samym nie szkodzą, gdyż dym z rury zostaje przecież na zewnątrz z tyłu pojazdu, a poza tym za kilka minut pojadą gdzie indziej.
Innym, coraz dotkliwszym przykładem, jest zatruwanie miejskiego powietrza przez nowobogackich, nagminnie rozpalających kominki. Smród dymu z takich kominków jest wszechobecny w dzielnicach willowych dużych miast.
Oczywiście, ten kominkowo-piecowy dym jeszcze bardziej smrodzi i truje w małych miasteczkach, co się czuje szczególnie właśnie w zimie. Mieszkańców tych miasteczek czy wsi można jednak jakoś zrozumieć. Muszą przecież czymś palić w swoich kotłach czy piecykach i nie są zwykle na tyle zamożni, by szybko wymienić swoje „kopciuchy” na mniej trujące urządzenia grzewcze – zwłaszcza, że nie mogą liczyć na żadne znaczące wsparcie ze strony rządu.
Dla „kominkowych” trucicieli z miejskich willi nie ma jednak usprawiedliwienia, bo oni nie muszą się ogrzewać ciepłem z kominków – i zatruwają otoczenie tylko dla własnego widzimisię. Dochodzi do takich absurdów, że coraz częściej kominki zakładają sobie mieszkańcy wielopiętrowych budynków w dużych miastach!. Z powodu smogu, w czwartek 17 grudnia w Warszawie został wydany zakaz palenia w kominkach – po raz pierwszy w dziejach stolicy. Tak podła była bowiem jakość warszawskiego powietrza. Niestety, na razie nic pod tym względem nie zmienia się w Polsce na lepsze – a przez kłęby dymu trudno dostrzec nadzieję na poprawę sytuacji.

Nocne okienko, czyli pocałunek śmierci

Aptekarze to jedna z grup szczególnie narażonych na zakażenie koronawirusem. Zasługują więc na wzmożone środki ostrożności. 

Naczelna Izba Aptekarska zarekomendowała aptekom wydawanie pacjentom medykamentów w wyznaczonych strefach lub przez okienka  do sprzedaży nocnej. NIA uważa, że w ten sposób dochodzi do ograniczenia bezpośredniej styczności personelu aptek w kontaktach z klientami, co zmniejsza zagrożenie koronawirusem COVID-19.

Ta rekomendacja wywołała rozłam w świecie aptekarskim, ponieważ część środowiska uznała sprzedaż przez okienka nocne za „pocałunek śmierci”.

Związek Zawodowy Techników Farmaceutycznych, w piśmie swojej wicprezes Anety Klimczak gorąco zaprotestował przeciw sprzedaży przez okienka nocne – i zaapelował do atekarzy, aby broń Boże tego nie robili. Związek zarzucił też Ministerstwu Zdrowia, że poparło rekomendację Naczelnej Rady Aptekarskiej, zwiększającą zagrożenie dla pracowników aptek – co zdaniem techników farmacji stanowiło wręcz śmiertelne niebezpieczeństwo. 

W piśmie czytamy: „Wielu z Was traktuje sprawę zabezpieczeń aptek tak jakby ich to nie  dotyczyło. W sumie dla większości społeczeństwa to racja, ich szansa na kontakt z osoba zarażoną jest minimalna. Jednak w przypadku aptek jest zupełnie inaczej.

Musimy pamiętać, że pierwsze objawy koronawirusa to zwykłe przeziębienie. Przy przeziębieniu pierwsze kroki człowiek kieruje do apteki po jakieś  lekarstwo. Dopiero jak ono nie pomaga i zaczynają się duszności wszczynany jest alarm. Dlatego dla Was ta szansa jest tysiące razy większa, kontakt z koronawirusem to prawie pewność.

Dlatego zrozumcie wszyscy – tutaj naprawdę idzie o życie wasze i waszych rodzin bo jeżeli wy złapiecie infekcje to jest wielka szansa, że podzielicie się nią z całą rodziną.

Dlaczego sprzedaż przez okienko to pocałunek śmierci? W tym momencie muszę przypomnieć jak wygląda mechanizm zarażania   infekcjami przenoszonymi droga kropelkową. Jest on w większości przypadków podobny. W wydzielinach dróg oddechowych chorej osoby znajdują się miliony zarazków produkowanych przez zainfekowany organizm. Gdy kaszlemy następuje szybki skurcz mięśni powodujący, że powietrze jest wypychane z płuc z dużą prędkością. Organizm w ten sposób próbuje oczyścić drogi oddechowe.

Mechanizm ten powoduje, że wraz z wyrzucanym powietrzem z organizmu wydalane zostają fragmenty wydzieliny. Wskutek kaszlu wirusy przenoszą się z dolnej części dróg oddechowych w górę aż do ust. Powoduje to stan, w którym człowiek zarażony wprost rozsiewa cząstki wydzielin zawierające zarazki, nie tylko w czasie kasłania ale nawet w czasie mówienia.

Izba ekspedycyjna (w aptece) musi być wyposażona w intensywną wentylację, która powinna zapewnić dwukrotną wymianę powietrza w ciągu godziny. Z reguły są to kominy wentylacyjne, które wysysają powietrze z pomieszczenia. Normalnie napływa ono przez wywietrzniki w oknach czy nieszczelności drzwi. Jednak jeżeli otwarte jest okienko (do sprzedaży nocnej) to powietrze, mając mniejszy opór zaczyna napływać przez nie.

Zjawisko to powoduje, iż w okienku powstaje przepływ powietrza skierowany do wnętrza apteki. Z reguły jest on wyczuwalny jako przeciąg. Jeśli pochylimy się nad takim okienkiem to nasza twarz znajdzie się w strumieniu powietrza wpływającego do apteki. Teraz wystarczy, że zarażona osoba z drugiej strony coś powie, nie musi nawet kasłać. Uwolnione zostają miliony zarazków, które niesione prądem powietrza momentalnie dostają się do naszych płuc. To idzie o nasze bezpieczeństwo. Nie ma czasu na obojętność” – kończy wiceprezes ZZTF Aneta Klimczak.

Zarzuciła też resortowi zdrowia opieszałość w wprowadzeniu obowiązku   montażu szyb ochronnych i niechęć do wydania „paru groszy na szyby”. A także wspieranie szkodliwej propagandy, przedstawiającej aptekę jako miejsce pierwszego kontaktu dla osób chorych. Tymczasem, konieczny jest jasny komunikat, zalecający, by leki wykupywali wyłącznie zdrowi członkowie rodziny.

Paranoja i Schizofrenia

Polska święci właśnie swój kolejny triumf międzynarodowy goszcząc w Katowicach światowy szczyt energetyczny COP24.

 

Uroczyście otwierając obrady Prezydent RP ogłosił światu całemu, że „Polska, tak jak 100 lat temu, gotowa jest do wzięcia części swojej odpowiedzialności za międzynarodowe bezpieczeństwo, tym razem w obszarze polityki klimatycznej”. A. Duda poczuł się więc jak bohaterski żołnierz na froncie Bitwy Warszawskiej 1920 r przyrównując walkę o czyste powietrze z walką z Rosją radziecką. Co tam szeregowy żołnierz – wódz prawdziwy! Coś w tym jest, gdyż i dzisiaj liczyć możemy tylko na cud. Zwłaszcza, że dalej prezydent przekonywał zdumiony świat, że „użytkowanie węgla nie stoi tym samym w sprzeczności z ochroną klimatu” – wzbudzając powszechne zaskoczenie a i oburzenie ekologów.
Skąd ta miłość polskich rządów do węgla? Jej wyznawcy odwołują się do tradycji i do wymogów bezpieczeństwa energetycznego kraju. Tradycję najlepiej kultywować jest w skansenach i muzeach. Mam prawo twierdzić, że Śląsk byłby wdzięczny za uwolnienie go od zmory górnictwa. Uznajmy strój górniczy za rodzaj stroju regionalnego, pielęgnujmy tradycje, literaturę, piosenki, ale nie prowadźmy Polski w XXI wiek przy dźwiękach górniczej orkiestry.
Dla uczczenia obrad COP24 w Katowicach w ich przeddzień Minister Gospodarki ogłosił, że węgiel jeszcze przez dziesięciolecia będzie podstawą polskiej energetyki. Właśnie uruchomiono dwa nowe bloki energetyczne na nim bazujące. Co to oznacza? Oznacza to dalsze uzależnianie się energetyczne Polski od Rosji i Ukrainy. Polska skazana jest bowiem na import węgla, gdyż ten krajowy, znacznie zasiarczony, nie nadaje się do spalania w kotłach polskich elektrociepłowni. Trzeba go uszlachetniać dodając lepsze asortymenty, a te najbliższe i najtańsze są właśnie w Rosji i na Ukrainie, skąd pokrywamy 70 proc. zapotrzebowania. Oczywiście możemy z tego importu zrezygnować na rzecz droższego np. z Kolumbii, tym bardziej że patriotyczny odbiorca z radością zapewne zaakceptuję kolejną informację o kolejnej podwyżce cen energii elektrycznej. Alternatywą mogły by być elektrownie opalane gazem, ale tu również ekonomia wskazuje na wschód. Mogą też być odnawialne źródła energii (głównie wiatr), ale, nie wiedzieć czemu, rząd ogłosił właśnie szlaban na lądowe elektrownie wiatrowe. Są takie podstawą strategii energetycznej Austrii czy Niemiec – w Polsce nie mogą. Musi być węgiel.
Swoją małą, lecz znamienną cegiełkę do uczczenia COP24 dołożył również Sejm odrzucając na tydzień przed katowickim szczytem projekt ustawy przewidujący istotne i skuteczne zaostrzenie kar za demontaż filtra cząstek stałych w samochodach z silnikiem diesla. W Unii Europejskiej jest to wprawdzie karane bardzo dotkliwie, ale nie będzie Unia nam narzucać jak mamy się karać!
A tymczasem rosną ceny energii elektrycznej. Właśnie Prezydent Rzeszowa zaniepokoił opinię publiczną informacją, że dostawca podniósł jej cenę dla miasta na 2019r. o ponad 60 procent. Rząd nie ukrywa, że ceny energii wzrosną, ale od razu uspokaja, że indywidualni odbiorcy tego nie odczują, gdyż tą podwyżkę rząd zrekompensuje dystrybutorom. Minister Tchórzewski w kabaretowy wręcz sposób ucieka od konkretnych odpowiedzi na pytania mediów w jaki sposób rząd chce to przeprowadzić, pogłębiając tym samym odczucie, że po prostu rząd robi z nas wariata. Po pierwsze, skoro ceny energii dla odbiorców komercyjnych wzrosną w tak znacznym stopniu jak dla Rzeszowa, to jest oczywistą oczywistością, że za ten wzrost zapłacimy my wszyscy wyższymi cenami za produkcję, transport i usługi. Po drugie, skąd rząd weźmie na rekompensaty za wzrost cen energii dla odbiorców indywidualnych? Przy założeniu, że mamy w Polsce około 14 mln mieszkań, że w każdym przeciętne koszty energii elektrycznej to 200 zł miesięcznie, a wzrost cen będzie na poziomie 50 proc., szacunkowy wzrost wydatków budżetowych z tego tytułu to około 17 mld zł rocznie. Skąd? Czyim kosztem?
Rząd pogubił się w rozdawanych na prawo i lewo obietnicach i w wyliczeniach ich kosztów. Nic dziwnego więc, że ten stan chaosu prowokuje do zupełnie nieuzasadnionych i z gruntu nieprawdziwych spekulacji, że oto przychylność dla PiS niedawno jeszcze pozującej na niezależną stacji telewizyjnej ma jakiś związek z energetycznymi interesami jej właściciela. Nie zdziwiłbym się, gdyby wielu z uczestników COP24, poważnych polityków, fachowców, w prywatnych rozmowach kwitowało gospodarza krótko: paranoja i schizofrenia. Pozostaje tylko refleksja, że każdy szczyt kiedyś się kończy, a za nią ta, że po szczycie zwykle przychodzi dołek. Niestety.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Smog atakuje, rząd obiecuje

Niestety, od samych słów i obietnic, poziom zanieczyszczenia powietrza w Polsce jakoś nie chce spaść.

 

Program „Czyste powietrze” formalnie ruszył 19 września, co oznacza, że od tej daty można składać wnioski o dofinansowanie termomodernizacji czy wymiany dotychczasowej instalacji grzewczej.
Może tu chodzić o docieplenie ścian budynku, wymianę okien, drzwi, podłóg i dachu, montaż lub modernizację instalacji centralnego ogrzewania i ciepłej wody, założenie kolektorów słonecznych czy urządzeń fotowoltaicznych, albo wentylacji mechanicznej z odzyskiem ciepła.

 

Program istniejący teoretycznie

Możliwości jest więc na pozór dużo, zaś dofinansowanie może objąć od 40 do 90 proc kosztów wymiany pieca czy termomodernizacji domu – co faktycznie oznacza kwoty od 53 tys zł, do 7 tys zł, zależnie od dochodów w gospodarstwie domowym (im wyższe, tym dofinansowanie mniejsze).
Na rzeczywiste zasilenie kasą z programu liczyć mogą jednak tylko nieliczni – a z własnej kieszeni trzeba wydać sporo.
Poza tym, przy dochodach ponad 1600 zł miesięcznie na osobę, dotacji już nie ma. Wtedy można otrzymać jedynie ulgę podatkową, sięgającą do 30 proc kosztów wymiany pieca czy termomodernizacji.
Granicę 1600 zł na osobę bardzo łatwo przekroczyć, zaś ci, którzy jej nie osiągną, i tak będą musieli wydać od kilku do kilkunastu tysięcy z własnych zasobów.
Dla uboższych Polaków, palących w piecach byle czym (i byle taniej) to poważny wydatek. Pamiętać też trzeba, że nowe piece będą wymagać spalania lepszego gatunku węgla – a więc ogrzewanie stanie się długofalowo bardziej kosztowne niż dotychczas.
Należy się zatem obawiać, że rządowy program dofinansowania nie przyniesie większych rezultatów – choć nie ma co krakać, bo na razie i tak funkcjonuje on tylko teoretycznie. A póki co, nasz kraj kompletnie nie radzi sobie ze smogiem, stanowiąc nie zieloną, ale ciemnoszarą plamę na mapie Europy.

 

Nie radzimy sobie

Takie właśnie pytanie: „Jak Polacy radzą sobie ze smogiem?” – w marcu tego roku na terenie całej Polski zadali badacze Centrum Badania Opinii Społecznej. Wyniki nie napawają optymizmem, bo jesteśmy jednym z państw, które w Europie wlecze się w ogonie działań pro ekologicznych.
Polskie miasta znajdują się w czołówce najbardziej zanieczyszczonych, a odpowiadają za to w głównej mierze gospodarstwa domowe oraz samochody.
Jak wynika z tego badania, tylko 44 proc. pytanych Polaków uważa, że smog jest poważnym problemem – natomiast większość respondentów, bo aż 59 proc. deklaruje, że do ogrzewania domów wykorzystuje przestarzałe piece i kotły węglowe.
Jednocześnie, z niechęcią patrzymy na rosnące rachunki za energię, a alarmy smogowe w całej Polsce nie dają zapomnieć o przekroczonych normach zawartości pyłów, spalin i innych zanieczyszczeń.

 

Na początku jest audyt

Termomodernizacja nie jest prosta i nie można jej sprowadzać do obłożenia ścian domów dodatkową izolacją. Wymaga doświadczonej ekipy, o którą dziś niełatwo. Przede wszystkim należy ocenić stan techniczny budynku i wykonać tzw. audyt energetyczny.
– Audyt energetyczny obejmuje wszystkie elementy, które mogą przyczynić się do utraty energii cieplnej. Najczęściej spotykamy się z nieszczelną stolarką okien i drzwi, niedokładnie wykończonymi ścianami, dachami i stropami, czy naprędce wykonanymi instalacjami wentylacji, klimatyzacji lub systemami ciepłej wody. Właśnie tam tworzą się mostki cieplne, przez które wychładzają się nasze domy. Dopiero po audycie, wiedząc, z jakim problemem ma się do czynienia, można kompleksowo podejść do każdej inwestycji – począwszy od nowego budownictwa, do wielopokoleniowych budynków, gdzie konstrukcja często nadszarpnięta jest zębem czasu. Tylko wtedy ma się pewność, że projekt modernizacji instalacji grzewczej będzie efektywny i ograniczy emisję szkodliwych gazów czy pyłów – mówi ekspert Jarosław Hrehorowicz.
Przeprowadzenie takiej analizy energetycznej warto zlecić certyfikowanemu doradcy, który poza oceną stanu technicznego budynku oszacuje korzyści związane z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii.
To przydatny dokument, za który, gdy ktoś ubiega się o dofinansowanie, może uzyskać do 1000 zł zwrotu kosztów (co oczywiście nigdy nie obejmie całej ceny tej analizy).

 

Nikt im tego nie zabroni

Termomodernizacja może obejmować cały dom lub tylko kilka elementów, w zależności od naszych potrzeb i możliwości finansowych. Dla ekip przeprowadzających prace termomodernizacyjne najtrudniejsze są starsze budynki, bo wymagają więcej uwagi niż te niedawno powstałe.
Badania Polskiej Izby Ekologii pokazały, że emisja pyłów z kotła węglowego, czy z kominka ręcznie zasilanego drewnem, to od 40 do nawet 800 miligramów na metr sześcienny szkodliwych dla naszego zdrowia związków PM2.5 czy PM10. Zestawienie tych wyników z zerową emisyjnością pomp ciepła, pokazuje, z jaką skalą nieefektywnych systemów ogrzewania domów mamy do czynienia – no ale przecież Polacy nie zrezygnują z palenia drewnem w kominkach. Zwłaszcza, że w naszym kraju nie funkcjonuje egzekwowanie zakazów spalania byle czego.

Trujemy tak jak truliśmy

Od słów i pustych obietnic rządu stopień zanieczyszenia powietrza się nie zmniejszy.

 

Polska wciąż jest jednym z krajów Unii Europejskiej z najgorszą jakością powietrza. Maksymalne średnioroczne stężenia tak zwanych pyłów zawieszonych są niemal dwukrotnie wyższe niż dopuszczalne. Główną przyczyną złej jakości powietrza jest u nas emisja pyłów z domowych pieców i lokalnych kotłowni węglowych. Powodowana jest przez liczne źródła wprowadzające do powietrza niewielkie ilości zanieczyszczeń, które kumulują się na małej wysokości – najczęściej w obszarach o zwartej zabudowie mieszkaniowej.

 

Nikt się nie śpieszy

W ubiegłym roku miastami o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Polsce były: Kraków (165 dni z przekroczonymi normami pyłów), Opoczno (150 dni) i Wodzisław Sląski (114 dni). Generalnie, najgorzej jest na południu Polski, w woj. Sląskim i Małopolskim, a najlepiej w pasie północnym. W naszym kraju z powodu zanieczyszczenia powietrza rocznie przedwcześnie umiera ok. 46 000 osób. Dlaczego atmosfera w Polsce wciąż jest tak bardzo zanieczyszczona? Odpowiedzialność za to spada na rządy Prawa i Sprawiedliwości, które poprzez swą nieudolność i opieszalość nie są w stanie – a też i nie bardzo się starają – doprowadzić do pożądanych zmian.
Krajowy system ochrony powietrza jest bardzo złożony. Wymaga współpracy wielu uczestników na różnych poziomach administracyjnych. I tak, za najważniejsze zadania odpowiadają cztery różne grupy jednostek. Niezależne od siebie podmioty planują (samorząd województwa), realizują (gminy) i zapewniają finansowanie działań naprawczych (Wojewódzki i Narodowy Fundusze Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej), a także kontrolują ich wdrażanie (Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska). To sprawia, że niezwykle trudno skoordynować działania wszystkich uczestników systemu. Wprawdzie PiS, zgodnie z regułami nomenklatury partyjnej, obsadził Wojewódzkie Fundusze Ochrony Srodowiska swoimi ludźmi ale partyjni nominaci nie wykazują się ani kompetencjami, ani chęciami do pracy.
Ten brak integracji poczynań różnych podmiotów spowoduje, że nawet wdrożenie niektórych mechanizmów (m.in. dotyczących jakości paliw stałych) może nie przyczynić się w oczekiwany sposób do poprawy jakości powietrza. Trzeba tu stosować czas przyszły, bo dotychczas rząd PiS jeszcze nie wdrożył żadnych działań, które zapowiada od dłuższego czasu.

 

Śmieciami wolno palić

Według Najwyższej Izby Kontroli, działania stosownych ministerstw, a także samorządów wojewódzkich i gminnych (z wyjątkiem nielicznych przypadków) były dotychczas daleko niewystarczające. Niekiedy są zresztą pozorne, lub nawet mogą prowadzić do pogorszenia sytuacji.
Na przykład, przygotowany w lutym tego roku przez Ministra Energii projekt rozporządzenia dotyczący wymagań jakościowych dla paliw stałych, w ocenie NIK zabezpiecza w znacznie większym stopniu interesy lobby węglowego, niż cel, jakim jest dążenie do ochrony Polaków i środowiska naturalnego przed negatywnymi skutkami zanieczyszczenia powietrza.
Poza tym NIK wskazała, że rozwiązania na szczeblu centralnym, już przyjęte lub aktualnie projektowane, będą niewystarczające dla zdecydowanej poprawy jakości powietrza. Przyjęte w 2017 r. rozporządzenie regulujące wymogi dla kotłów na paliwa stałe dotyczy tylko nowych pieców, natomiast w użytkowaniu wciąż pozostają „kopciuchy” w których pali się byle czym (także i zwykłymi śmieciami) emitujące ogromne ilości szkodliwych pyłów. Rządowi to zupełnie nie przeszkadza – i nie zamierza efektywnie finansować wymiany pieców.
Poza tym, żeby uregulowanie to mogło realnie przyczynić się do poprawy jakości powietrza w Polsce, muszą towarzyszyć mu odpowiednie przepisy w sprawie wymagań jakościowych dla paliw stałych dopuszczonych do sprzedaży (czyli w praktyce głównie węgla) . Tymczasem wspomniany projekt rozporządzenia w tej sprawie, przygotowany przez Ministra Energii nie przewiduje w ogóle paliw o takiej jakości, która zapewniłaby osiągnięcie niskich parametrów emisji zanieczyszczeń, właściwych dla kotłów klasy 5, o najwyższym stopniu czystości.

 

Obiecują, obiecują…

Dopiero w czerwcu 2018 r. NFOŚiGW i WFOŚiGW podpisały porozumienie w sprawie wspólnej i jednolitej w skali kraju oferty finansowej dla działań związanych z termomodernizacją i wymianą źródeł ciepła w budownictwie jednorodzinnym. W porozumieniu tym zwiększono skalę zaplanowanych wydatków. Przewidziano, że na zadania te przeznaczone zostaną w latach 2018-2029, w formie dotacji i pożyczek, środki w łącznej wysokości 103,0 mld zł. Dużo – ale to jednak tylko plany i nie wiadomo, ile w rzeczywistości będzie tych pieniędzy. Na szczęście, próbują jeszcze coś robić samorządy, nieco nadrabiając bierność rządu PiS.
NIK ocenia, że siągnięcie wymaganych poziomów redukcji emisji zanieczyszczeń, przy obecnym, znikomym tempie jakichkolwiek działań, może zająć w skali poszczególnych województw od 25 do niemal 100 lat. W Polsce będzie się więc truło długo.