Bitwa o media My, socjaliści

W ramach wojny o zawładnięcie Polską, poza bitwą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, toczy się bitwa o opinię publiczną, którą kształtują media.

 

To władza nad mediami i treściami medialnymi jest przedmiotem rozgrywki. Ma ona charakter międzynarodowy, bowiem polskie media w znaczącej części sprywatyzowane już w latach 90. są dziś w rękach kapitału międzynarodowego.
Praktyka wskazuje, że poza kwestami ekonomicznymi i walką o zysk, istotną sprawą jest charakter i treść przekazów medialnych.
Jednym z fundamentów demokracji liberalnej, którą uprawiamy, przynajmniej teoretycznie, są wolne media i komunikacja społeczna w mediach i poza nimi. Zasadne jest więc pytanie jaka demokracja, zarówno w sensie ideowym, jak i swoistych mechanizmów realizacji, jest potrzebna. Wielu autorów twierdzi, że od dłuższego czasu znajdujemy się w erze postdemokracji, czyli sytuacji, w której nasze instytucje polityczne są trwale niezdolne do umożliwienia ludziom wywarcia rzeczywistego wpływu na politykę.
W latach 80. XX wieku w obszarze naszej cywilizacji zaczęła dominować zarówno w ekonomi, stosunkach społecznych jak i w praktyce państwa wizja neoliberalna. W doktrynalnym ujęciu neoliberalnym decyzje dotyczące gospodarki i finansów nie podlegają publicznym rozstrzygnięciom. Jednocześnie neoliberalizm podporządkowuje politykę jednej podstawowej zasadzie – konkurencyjności. Tym samym podkopuje i pozbawia dotychczasowe procedury demokratyczne wszelkiej treści. Demokracja to możliwość wyboru pomiędzy różnymi i odmiennymi orientacjami oraz zasadami organizującymi społeczeństwo. Neoliberalizm ten wybór uniemożliwia, tym bardziej, że jako doktryna konstruktywistyczna aktywnie przekształca państwo i społeczeństwo, by dostosować je do swojej wizji. Państwo musi zachować się jak podmiot rynkowy i przy podejmowaniu wszelkich działań uwzględniać rachunek zysków i strat oraz podejmować kryterium efektywności ekonomicznej. Tymczasem do żadnej z podstawowych instytucji czy wartości demokracji liberalnej – wolne wybory, demokracja przedstawicielska, swobody obywatelskie, udział społeczeństwa w procesie demokratycznym i procesie rządzenia – nie można odnieść zasad konkurencyjności gospodarczej, bądź rachunku zysków i strat.
Stąd też od wielu już lat i w Polsce, ale też w skali naszej sfery cywilizacyjnej, mamy do czynienia z kryzysem systemowym, upadkiem zasad i ograniczeniem wielu funkcji demokracji. Sytuacja ta ma poważny wpływ na media. Stały się one bowiem podmiotami rynkowymi. Są też efektem porozumienia i kompromisu pomiędzy potężnymi siłami politycznymi i gospodarczymi. Zagadnienie wolności i niezależności mediów w systemie demokratycznym uznawane jest za kluczowe. Zasadniczą cechą demokracji liberalnej jest wolny dostęp do informacji, ich wymiana i upowszechnienie.
Do analizy związków mediów masowych i mechanizmów komunikacji społecznej z demokracją mają bezpośrednio znaczenie dwa z przedstawionych warunków, a mianowicie: warunek dotyczący wolności wypowiedzi oraz istnienie alternatywnych źródeł informacji.
Dziś większość świata polityki, biznesu i mediów zgadza się co do centralnej roli mediów w procesie politycznym, w przekazywaniu i interpretowaniu obiektywnych wydarzeń w sferze politycznej oraz ułatwianiu subiektywnego ich postrzegania w szerszej sferze publicznej. Z tego powodu stronniczość ma kluczowe znaczenie polityczne, choć wiadomo powszechnie, że jest ona dość powszechnym zjawiskiem. Obiektywnych, nieprzypisywanych do poszczególnych partii politycznych czy nurtów ideowych mediów można szukać długo. Wiadomo bowiem, że prowadzenie jakiejkolwiek polityki – demokratycznej, czy niedemokratycznej – na poziomie narodowym i międzynarodowym jest coraz bardziej uzależnione od mediów.
W Polsce trwa dziś debata i spór o rolę mediów w dzisiejszym kształcie polskiej demokracji. Wielu upatruje duże ich znaczenie dla kształtowania opinii publicznej, wielu widziałoby media jako jeden z kilku filarów władzy. Odpowiedź na pytanie, czy media są, czy nie są czwartą władzą, nie jest prosta i jednoznaczna. W sensie formalnym i prawnym media władzą nie są. Media mogą mieć władzę, kiedy są wolne od presji politycznej, czy ekonomicznej, także kiedy formułują niezależne sądy i opinie. Ta niezależność pozwala im także na kontrolę innych władz – ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej. Media są władzą jeszcze w jednym ważnym aspekcie. Wiąże się on z procesami kształtowania świadomości społecznej, z wpływem na umysły odbiorców, ich postawy, zachowania, preferencje, oczekiwania, gusty, życzenia i zainteresowania.
Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że dziś w Polsce trwają trzy bitwy o media: pierwsza o formalną władzę nad mediami i wygaszenie niektórych funkcji demokracji, które dotyczą mediów m.in. swobody dostęp do informacji i wielość źródeł informacji alternatywnej. Na tym tle istotna jest orientacja społeczna wobec takich zjawisk jak lawina informacyjna, wykluczenie cyfrowe i postprawda. Druga – walka o cofnięcie procesów prywatyzacyjnych lat 90., które zachodziły z dużym udziałem kapitału zagranicznego. Dziś ponad 80 proc. instytucji medialnych jest w Polsce w rękach kapitału zagranicznego, przeważnie niemieckiego. Stan taki odnotowuje się wyłącznie w krajach postkolonialnych. Trzecia – to bitwa o podmiotowość środowiska dziennikarskiego i niezależność opinii, nastąpiło bowiem powszechne urynkowienie, co stawia interes kapitału i zysk ponad wartościami społecznymi.
Konstatując trzeba stwierdzić, że jednym z kanonów lewicy są wolne media i walka o ich demokratyczny kształt, dające społeczeństwu obiektywizm opinii.

Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Niedopatrzenie

Pani redaktor Jolancie Kowalewskiej ze szczecińskiej „Gazety Wyborczej” należą się brawa za rozpowszechnienie oburzającego tematu, o którym dziś krzyczą media w całej Polsce. Oto dwóch adwokatów ze Szczecina założyło „Blog dla mężczyzn” – przerażający wykwit mizoginii stosowanej i seksizmu. Panowie udowadniają swoimi wpisami, że kobieta jest istotą niższą, pozbawioną uczuć, cyniczną, wykorzystującą naiwnych mężczyzn.

 

Wobec dwóch panów toczy się postępowanie dyscyplinarne. „Wyborcza” napisała o tym 28 października. Niestety „zapomniała” wspomnieć, że postępowanie to wszczęto na skutek mojej – oraz redaktor Aleksandry Bełdowicz interwencji.

Jako pierwsze nagłośniłyśmy temat na łamach portalu Strajk.eu, tekst ukazał się także w „Dzienniku Trybuna”.

Rozumiemy, że nie byłoby tak spektakularnie, gdyby „Wyborcza” zająknęła się choć słowem na temat naszej publikacji, a niedaj Pan Buk rzuciła nazwą lewicowego medium.

Oczywiście, każdy ma prawo „niezależnie” oburzyć się oburzającym tematem. Jednak dobry dziennikarski obyczaj nakazuje o sprawie choćby wspomnieć, zwłaszcza jeśli przyszło się „na gotowe”.
Ciekawa jest również reakcja dziekana szczecińskiej ORA, który w rozmowie z „GW” akcentował swoje oburzenie. Kiedy jednak zgłosiło się do niego niszowe lewicowe medium, nie był zbyt chętny do pociągnięcia kolegów po fachu do odpowiedzialności. Jasne – kiedy obszczeka cię ratlerek, nie szczególnie cię to rusza. Co innego, kiedy biegnie w Twoim kierunku wkurzony mastiff. Nadal jednak jesteśmy zdania, że włos by „Gazecie” ani autorce nie spadł z głowy, gdyby wspomniała o nas w swoim tekście. Siła mediów jest ogromna. Szkoda, że wybranych.

Internet dla bogatych

Przez lata wierzyliśmy, że powszechny dostęp do internetu zniweluje różnice społeczne. Tak, jak kiedyś informacja była przywilejem bogatych, tak bowiem teraz globalna sieć miała raz na zawsze skończyć z postrzeganiem wiedzy jako towaru. Nic z tego. Najnowsze badania dowodzą, że zarobki nadal decydują o jakości informacji, które otrzymujemy.

 

Analizę wykorzystania internetu przez różne grupy społeczne zlecił Reuters Institute for the Study of Journalism. Dwójka badaczy związanych z Oxford University – Antonis Kalogeropoulos i Rasmus Kleis Nielsen – ustaliła, że wielkość zarobków kształtuje sposób, w jaki korzystamy z informacji, nie mniej niż to było przed nadejściem świata 2.0. Ich zdaniem, „ekspansja nowych mediów często powoduje, że osoby, które mogą i potrafią korzystać z informacji stają się coraz bogatsze, natomiast w przypadku pozostałych pogłębia się bieda i wykluczenie”. Co więcej, „to nasz status społeczny decyduje o tym, z jakich źródeł internetowych czerpiemy swoją wiedzę”.

Okazuje się, że różnice w sposobie korzystania z informacji znajdujących się w internecie są większe nawet niż w przypadku mediów tradycyjnych. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie przeprowadzono badania, konsumpcja prasy czy telewizji pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie, bez względu na wykształcenie i zarobki. Potężny rozdźwięk pojawia się natomiast w liczbie wykorzystywanych źródeł dostępnych online. O ile osoby lepiej sytuowane sprawdzają informacje za pośrednictwem co najmniej dwóch stron internetowych, o tyle biedniejszym i gorzej wyedukowanym przeważnie wystarcza zaledwie jedna.

Co to oznacza? Między innymi to, że osoby biedniejsze są bardziej narażone na fake newsy. Według badań przeprowadzonych przez Kalogeropoulosa i Nielsena, znaczny odsetek tej grupy społecznej czerpie informacje z mediów społecznościowych. Tymczasem – czego doświadczamy na co dzień – to właśnie Facebook czy Twitter są wylęgarniami fałszywych wiadomości. Z kolei osoby z wyższymi zarobkami najczęściej zaglądają bezpośrednio do internetowych wydań uznanych tytułów medialnych. O wiele częściej też niż biedniejsi, korzystają z newsletterów, alertów i innych narzędzi do agregacji wiadomości.

Istotne różnice występują także w samych stronach internetowych, z których czerpane są dane. Osoby lepiej sytuowane odwiedzają przede wszystkim serwisy informacyjne o ustabilizowanej renomie, zazwyczaj prowadzone przez duże tytuły prasowe, w tym zwłaszcza te uznane za prestiżowe. Natomiast użytkownicy o zarobkach poniżej średniej przeważnie wybierają źródła nastawione na sensację i plotki. Oznacza to, że internet nie zdołał odwrócić trendu, który od lat daje się zaobserwować w przypadku mediów tradycyjnych. Opublikowane właśnie badania wskazują bowiem, że osoby majętne trzykrotnie częściej niż pozostałe grupy społeczne sięgają po tzw. prasę prestiżową. Z kolei gorzej sytuowani o wiele chętniej wybierają tabloid i pisma plotkarskie.

Kalogeropoulos i Nielsen nie dają nadziei na szybką poprawę. „Z każdym krokiem w kierunku coraz bardziej cyfrowego świata mediów – piszą – społeczne nierówności w dostępie do informacji będą wzrastać. Dotychczas wydawało się, że to poglądy polityczne głównie powodują, że wybieramy te, a nie inne media. Okazuje się jednak, że różnice społeczne, ale również wiek, płeć czy pochodzenie etniczne odgrywają równie istotną rolę w doborze źródeł. W zasadzie, większość dziennikarzy chciałaby, aby tworzone przez nich wiadomości trafiały do wszystkich, bez względu na zasobność portfela. Niestety, mimo łatwości, z jaką można obecnie korzystać z internetu, tak się nie dzieje”.

Powoli, lecz systematycznie, globalna sieć ulega więc takim samym podziałom, co świat realny. Dla tych, którzy posiadają pieniądze i odpowiedni kapitał kulturowy powstają strony z informacjami wysokiej jakości. Wykorzystują one najnowsze technologie i dostosowują swoją zawartość pod wyrafinowane gusta odbiorców. Oczywiście wszystko za opłatą. Cała reszta musi się zadowolić darmową rozrywką dla mas. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy jest spadające zaufanie do mediów, które niczym w XVIII w., kierują swoją uwagę głównie w stronę wąskiej elity.

Badania zlecone przez Reuters Institute for the Study of Journalism przeprowadzono w Wielkiej Brytanii. Nie ulega jednak wątpliwości, że podobne rezultaty przyniosłaby analiza sposobów korzystania z informacji online przez inne społeczeństwa. W rankingu sprawiedliwości społecznej, pośród państw członkowskich Unii Europejskiej, Wielka Brytania zajmuje miejsce w połowie stawki. O wiele większe nierówności występują m.in. w Polsce, Włoszech czy na Węgrzech. Są to jednocześnie te państwa, gdzie wzrasta radykalizacja społeczeństw, a do głosu dochodzą różnej maści populiści. Media społecznościowe, fałszywe konta i szemrane serwisy informacyjne – to ich naturalne zaplecze. I tak zapewne pozostanie, póki pieniądze wciąż będą decydować o tym, co i jak możemy przeczytać w internecie.

„Bez dogmatu”, numery I i II/2018 Recenzja

Już 116 numerów kwartalnika „Bez dogmatu” ukazało się od jego zaistnienia w 1993 roku. Przez kilka pierwszych lat ukazywał się jako miesięcznik, ale już od wielu lat ukazuje się co kwartał. Przez wiele lat był głównie czasopismem o profilu wolnomyślicielskim, koncentrującym się na krytyce religii i jej instytucji, od lat ma profil bardziej ogólny, jako pismo kulturalno-polityczne, choć przymiotnik „społeczne” też mógłby dołączyć do formuły jego identyfikacji. Coraz częściej ukazują się numery monograficzne pisma.

Pierwszy tegoroczny numer (115) poświęcony jest kwestiom relacji polsko-żydowskich i antysemityzmowi. W „Kronice wypadków antysemickich” Piotr Szumlewicz zebrał z różnych źródeł przejawy mniej czy bardziej otwartych przejawów antysemityzmu w Polsce. Tej samej problematyce poświęcony jest tekst Anny Tatar „Topienie B’żyduli i zdejmowanie jarmułki”, przy czym autorka oparła się na informacjach zebranych przez Stowarzyszenie „Nigdy więcej”. O statusie Żydów jako „gości” i różnych aspektach tego zjawiska opowiada Bożena Keff w tekście „Regulamin gości” i „zestaw z drzewkiem”. W tekście „Dokąd od antysemityzmu?” zastanawia się nad tym pytaniem Stefan Zgliczyński i ostrzega, że antysemityzm werbalny i pozornie nieradykalny zawsze, w pewnych okolicznościach, może przybrać postać legitymizacji prawnej w postaci antysemickich ustaw. Autor obawia się też dalszego narastania fali antysemickiej w Polsce. W tekście „(Nie)wygodni faszyści” Anna Małyszko zajęła się znaną kwestią filiacji między władzą PiS a kręgami neonazistowskimi. O książce Anny K. Kłys „Tajemnica pana Cukra. Polsko-żydowska opowiada Agnieszka Mrozik w tekście „Antysemityzm nasz powszedni”, a o „Młynach bożych. Zapiskach o Kościele i Zgładzie z jej autorem Jackiem Leociakiem rozmawia Michał Kozłowski. Poświęconą przedstawieniu mickiewiczowskich „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym na przełomie lat 1967/1968 i jego bogatym kontekstom politycznym książkę Janusza Majcherka i Tomasza Mościckiego „Kryptonim „Dziady”. Teatr Narodowy 1968” omawia Krzysztof Lubczyński. Poza problematyką „żydowską” można znaleźć w tym numerze pisma także pakiet tekstów o bieżącej problematyce społeczno-politycznej.

Motywem wiodącym numeru II/2018 (116) „Bez dogmatu” jest zjawisko antykomunizmu. Numer otwiera tekst Michała Kozłowskiego „Aspidochelon lub wąska kładka”, w którym podjął on kwestie polskiej, specyficznej wersji antykomunizmu i jej paradoksów. W kontekście tegorocznej, 200-rocznicy urodzin Karola Marksa mieszczą się teksty: Piotra Szumlewicza („Widmo Marksa krąży po Europie”) i Tymoteusza Kochana („Chorzy na Marksa”). Triadzie „Polak-Katolik-Antykomunista” poświęcony jest tekst Tomasza Jativy. „Opór wobec dekomunizacji. Punkt zwrotny w lewicowej polityce historycznej” omawia Michał Kowalczyk. O „PiS-u snach o potędze” i „Polityce społecznej PiS” piszą Piotr Szumlewicz i Rafał Bakalarczyk. Włoskich radykałów lat sześćdziesiątych XX wieku czyta na nowo Jarosław Pietrzak. O tym jak należy organizować społeczne protesty, aby były skuteczne i przynosiły dobre skutki w tekście „Polityka od wewnątrz” zastanawia się Sebastian Słowiński. Wspomnieniowy wywiad z Wandą Tycner, redaktorką naczelną czasopisma Światowej Demokratycznej Federacji Kobiet przeprowadziła Agnieszka Mrozik. „Przyczyny klęski PRL” analizuje Dawid Kański a o „Rewolucji zdrowotności i medykalizacji w roku 1900” napisał Dariusz Łukasiewicz.

Woda na młyn i inne płyny ustrojowe

Redaktor Lisicki nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.

 

Zajrzałem jak co dzień na strony internetowe pism politycznych. Na stronie „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego, pod tekstem o tym, że Skiba żąda od TVP miliona złotych na WOŚP za bezprawne wykorzystanie jego utworu w pisowskim sz-czujniku „W tylewizji” znalazłem wpis, w którym „internauta” grozi artyście ucięciem głowy i „nasraniem” na nią.
Zadzwoniłem do tejże redakcji i zażądałem usunięcia wpisu. Usunęli, trochę jak komórki rakowe, z dużym zapasem kilkudniowym wstecz. Jednak redaktor Lisicki i tak nie odpuszcza. Wzywa: „Stańmy się homofobami”. Szczucie ma chyba we krwi.
Na redaktora Lisiewicza z „Gazety Polskiej” doniosłem do prokuratury za wzywanie do bicia działaczy antyalkoholowych kijem. Nic mu nie zrobią, ale jeśli choć wezwą raz na przesłuchanie, tak jak uporczywie nękają demonstrantów spod Sejmu i ubierających pomniki w koszulki z napisem „konstytucja”, to dobre i to.

 

Opary myśli narodowej

Po stronie pisowsko-prawolskiej takich agresywnych fantazji i wzywania do fizycznej przemocy jest coraz więcej. Celują w tym internetowi trolle. Trzeba uczciwie przyznać, że po stronie antypisowskiej wezwań do agresji fizycznej nie napotkałem, co nie znaczy, że nie mogą się zdarzać. Ja jednak napotykam ją tylko po tamtej stronie. Jeśli zatem pojawi się kandydat na następcę Ryszarda Cyby, który przed laty zabił pracownika biura PiS w Łodzi, to tym razem raczej pojawi się on po przeciwnej stronie. Narodzi się on raczej w oparach myśli snutych przez redaktorów Lisickiego i Lisiewicza oraz ich zwolenników niż po stronie antypisowskiej. Sam nie jestem bez winy i bywa, że nie przebieram w słowach, ale głowy niczyjej – w sensie fizycznym – dotąd nie żądałem. Nigdy też nie żądaliśmy jej w „Dzienniku Trybuna”. Redaktorzy pism pisowsko-prawolskich! Nie igrajcie z ogniem!

 

Biedny policjant patrzy na naziola

Nie porównujcie szturchania policjantów pod Sejmem (nie popieram), bo oni potrafią się obronić w razie czego, do sytuacji bezbronnego Skiby czy działaczy antyalkoholowych a także „lewaków” czy „koderastów”, którym prawolsko-pisowsko-nazistowskie trolle grożą śmiercią na porządku dziennym. Do tego dzieła dołącza się policja. Biedna – nie potrafiła zidentyfikować zamaskowanych bandytów z Wrocławia z zeszłorocznej zadymy, więc sprawę umorzyła. Nie może też dać rady z identyfikacją osobników z tzw. „Marszu Niepodległości” z 11.11.2017. Powiada, że ci niezamaskowani byli albo odwróceni tyłem do kamer, albo czekali w kolejce do sklepu. Wykonujących napisy na pisowskich biurach policjanci identyfikowali w trymiga.

 

Drugi Duda poczuł pismo nosem

Jak było do przewidzenia, związek „Solidarność” poczuł pismo nosem i chce uprzedzić falę protestów pracowniczych. Duda Piotr i jego ludzie spotkali się więc z premierem Mati. Po spotkaniu Mati tokował wesoło, a Duda Piotr stał obok niego z ponurą miną nie wróżącą Matiemu wiele dobrego. Duda Piotr to szczery robociarz, choć pobożny i wątpię by miał naturalna sympatię do „Bankiera” rodem ze stajni Tuska. Szczery i porywczy Duda nie potrafi ukryć emocji, dyplomatą nie jest, więc potwierdza to pogłoski, że przez te pięć godzin rozmów nie było miło. Tym bardziej, że „S” żąda dymisji ministerki edukacji Anny Zalewskiej. Jest to PiS-owi bardzo nie na rękę, bo podważa wersję że „dobra zmiana” w edukacji była dobrą zmianą, a nie deformą i blamażem. Gdyby to mówił tylko Związek Nauczycielstwa Polskiego, to można by rzecz zwekslować na wrednych „komuchów” Broniarza, ale w tej sytuacji się nie da. Gdyby związek Dudy Piotra podtrzymał swoje stanowisko i współfirmował wotum nieufności dla Zalewskiej, mogłoby to przynieść PiS stratę.

 

Pyton w Polskim Radiu

Na propisowskich portalach pojawiła się pogłoska, że zawieszenie w czynnościach prezesa Polskiego Radia S.A. Jacka Sobali, to próba „puczu” w Radzie Nadzorczej. Ktoś napisał: „nie udało się w grudnia 2016 w Sejmie, próbują puczu w Polskim Radiu”. Jakikolwiek jest mechanizm sytuacji zaistniałej w gmachu przy ulicy Malczewskiego w Warszawie, stanowi to sygnał, że mają tam miejsce ruchy odśrodkowe wewnątrzpisowskie czyli tarcia w „łonie obozu”. Gdyby jacyś przedstawiciele opozycji zewnętrznej mogli zadziałać wcześniej, zrobiliby to. Zawieszenie Sobali nie mogło się dokonać bez przyzwolenia z pisowskiej góry, to logiczne. Sobala kojarzony jest z „sakiewiczowszczyzną” (Tomasz Sakiewicz), z frakcją „Klubów Gazety Polskiej” czyli nurtu silnie promacierewiczowskiego, a więc bliskiego pisowskim ultrasom i najtwardszemu elektoratowi. Nie przepadają za nim jako za polityczną konkurencją bracia Karnowscy, zblatowani z Jackiem Kurskim i TVP. Do tego stopnia, że ci pobożni katolicy pojawili się na bezbożnym cywilnym – pożal się Boże – ślubie rozwodnika Kurskiego w Sulejówku. Jedna z możliwych wersji zdarzeń może więc być taka, że ludzie „kurszczyzny” chcą odbić radio z rąk wewnętrznej konkurencji – „sakiewiczowszczyzny”. Ta ma do TVP słaby dostęp, choć niektórzy uważają za jej eksponenta Michała Rachonia, który ma z żoną dwie kolumny i Sakiewicza. No, ale jak wiadomo, Kurski ostatnio próbuje trochę rozpychającego się Rachonia przykrócić. Teraz „sakiewszczyzna” może stracić i radio. I niech nikogo nie zwiedzie, że adwokat Andrzej Rogoyski, specjalista od prawa kanonicznego (sic!), który pełni teraz honory gospodarza Polskiego Radia, nie jest jakimś sztandarowym pisowcem. Trolle „sakiewiczowszczyzny” już atakują szefa Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego („PZPR”), że sprzyja „puczowi”.
Tak czy inaczej, każda rozróba wewnętrzna w obozie Zjednoczonej Prawicy jest wodą na nasz antypisowski i lewicowy młyn. W każdym razie pyton ma godnych następców tego upalnego lata.

 

Z sądami jak po grudzie

Wokół Sądu Najwyższego. Ku zaskoczeniu niejednego, środowisko prawnicze, na ogół nie kojarzone z wojowniczymi skłonnościami, nie daje PiS za wygraną. Przedstawiciele Sądu Najwyższego i adwokatury twardo zapowiadają kary dyscyplinarne dla zgłaszających się na fotele po pierwszej fali czystki. Rzecznik SN Michał Laskowski podkreśla konstytucyjną odpowiedzialność Dudy Andrzeja. Dobrze, że w tej kwestii i zdecydowana większość środowiska prawniczego i opozycja, parlamentarna, a także pozaparlamentarna (ostatnio szczególnie dobitnie przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty) mówią jednym głosem: nie dla łamania konstytucji. Nawet któraś z prokuratur umorzyła, nie pomyśli PiS, jakieś postępowanie przeciw protestującym. Problem w tym, by i środowiska prawnicze i opozycja na tym nie poprzestały i zaczęły poważnie pracować nad planem wyjścia sądów z zapaści. Za rządów Ziobry średni czas trwania postępowań wydłużył się z ponad czterech miesięcy do pana pięciu. Tylko, że to pociecha marna, bo pod tym względem reforma sądownictwa, nie pisowska czystka, jest naprawdę potrzebna. Opozycja, która zdobędzie władzę, stanie z tym problemem oko w oko może w sytuacji, gdy średnia wyniesie np. pół roku albo i więcej. I co wtedy? Póki jednak co, rzeczony Ziobro ma problem. Ministerstwu Sprawiedliwości, które po blamażu i bałaganie z dostarczaniem (a raczej niedostarczaniem przez prywatną firmę wezwań sądowych, które były do odbioru w osiedlowych warzywniakach) przeprosiło się z Pocztą Polską. Problem w tym, że brak mu pieniędzy na kontrakt opiewający na kwotę, który mu ta firma zaproponowała. Będzie więc musiał „Zbig” pójść po prośbie do premiera Matiego, którego szczerze nienawidzi z wzajemnością, między innymi jako rywala do schedy po Prezesie. Będzie to dla „Zbiga” prawdziwe upokorzenie, więc miło będzie skonstatować, jak to zniesie. Jak powiadał narrator niezapomnianej „Konopielki” Edwarda Redlińskiego: „Smoktawszy, patrzym co będzie”.

 

„Lewacka szmato” – tak trzymać!

Z satysfakcją skonstatowałem, że w odpowiedzi na zalew „odzieży patriotycznej” pojawiła się w internecie kontroferta pod nazwą „lewacka szmata”. Można tam znaleźć ofertę koszulek i gadżetów o treściach najogólniej rzecz ujmując lewicowych i wolnościowych. Bardzo mnie to cieszy, bo daje nadzieję, że tylko część młodzieży w Polsce dała się nabrać na zmurszałe, agresywne ideologie i sentymenty, których anachroniczna recydywa nie przyniesie Polsce nic dobrego. I że jest nie tylko taka młodzież, która nie tylko „wyznaje wartości” i „oddaje hołd” wątpliwym często bohaterom, ale i taka, która potrafi myśleć pod prąd. Literacki wieszcz PiS Jarosław marek Rymkiewicz ( „Do Jarosława Kaczyńskiego”) powiedział kiedyś, że „Jarosław Kaczyński ugryzł ospałego polskiego żubra w dupę”. Jeśli spojrzeć na to po marksistowsku, czyli dialektycznie, to można uznać, że jest w tym powiedzeniu coś na rzeczy. Kaczyński obudził demony polskiego nacjonalizmu i sentymentalnego, anachronicznego patriotyzmu. Ale jak uczy zasada dialektyczna, teza rodzi antytezę, bodziec – reakcję. Kto wie, czy gdyby nie „Kaczor”, polska lewica nie drzemała by nadal, przepraszając że żyje i będąc wielce patriotyczną, biało-czerwoną i jak ognia bojącą się, aby nie skojarzono jej broń Panie Boże, z Marksem, Engelsem, Gramscim, a co najwyżej ze szlachetnym i poczciwym „Ignacem” Daszyńskim z Galicji, w tużurku rocznik 1900 i sumiastym wąsem. A trochę, choć trochę czystej czerwieni nie łaska, Drodzy Towarzysze? Choć odrobinę. Dlatego „Lewacka szmato” – tak trzymać.