Rzecznik naszych praw

Rzecznik Praw Obywatelskich stał się dla mediów publicznych wrogiem numer jeden. Atmosfera nienawiści i szczucie jaką propagują posłuszni władzy dziennikarze jest wynikiem tego, że Adam Bodnar stanął w obronie uniwersalnych praw człowieka i zasady domniemania niewinności.

Każda osoba nie skazana przez Sąd jest w świetle prawa niewinna. Ta elementarna wydawać by się mogło oczywistość, nie jest powszechnie znana. Adam Bodnar stanął nie w obronie czynu, jaki popełnił podejrzany, zbrodni okrutnej i odrażającej, ale w obronie ludzkiej godności. A taka należy się w świetle prawa, zarówno polskiego jak i europejskiego, każdemu. Taka jest cywilizacja zachodnia w przeciwieństwie do standardów wschodnich.

Na takie zbrodnie reagujemy impulsywnie.

Decydują emocje i chęć zemsty. To zrozumiałe. Oburzają nas zbrodnie, zwłaszcza na dzieciach w dodatku o podłożu seksualnym. To nie społeczeństwo jest od wymierzenia kary w imię zemsty. To państwo jest od wymierzenia sprawiedliwej kary. Adam Bodnar słusznie poddał w wątpliwość sposób zatrzymania podejrzanego. Na oczach opinii publicznej zobaczyliśmy podejrzanego w bieliźnie, co było ewidentnym nagięciem prawa i miało poniżyć podejrzanego. To był pokaz siła państwa policyjnego. Nikt o zdrowych zmysłach nie stanie w obronie czynu, jaki popełnił podejrzany.

Chyba niczego nie nauczył nas sprawa Tomasza Komendy.

On był podejrzany o dokonanie podobnej zbrodni, choć nie na dziecku, to kontekst sprawy jest bardzo podobny. Jego też chciano zlinczować, choć nie było jeszcze wiadomo, czy dopuścić się tej zbrodni. Wyrok zapadł w sercach i głowach wielu. Dziś wiemy, że przyznanie się do winy Tomasza Komendy wymuszono biciem podczas przesłuchania. Zatem przyznanie się do winy o niczym jeszcze nie świadczy. To Sąd ma osądzić, przesłuchać i wydać sprawiedliwy wyrok, jeśli uzna, że podejrzany popełnił przestępstwo. Podobnie było zapewne w sprawie Arkadiusza Kraski, skazanego niewinnie na 20 lat pozbawienia wolności.
Żądając sprawiedliwości społeczeństwo często zapomina, nie tylko o domniemaniu niewinności, o którym mówi Art. 42 ust. 3 Konstytucji RP i co stanowi Kodeks postępowania sądowego, o znaczeniu roli obrońcy. Największy przecież zbrodniach powinien go mieć. Tak było w Norymberdze. Nikt przecież nie miał wątpliwości, że ci, którzy zasiedli na ławie oskarżonych, winni są okropności jakich dokonali. Ale cywilizowany świat chciał i potrafił wznieść się ponad emocje i ukazać ich zbrodnie w oparciu o prawo międzynarodowe. To fundament naszej cywilizacji. Tam nie było bicia czy wyprowadzania oskarżonych w bieliźnie. Taka jest rola obrońcy. Podobnie lekarz, który operuje, a zatem ratuje życie, jakiegoś przestępcy, który ma na koncie kilka morderstw. Czy powinien odejść od stołu operacyjnego? Nie, przecież to absurd!

To w imię fundamentalnych praw człowieka wystąpił Adam Bodnar.

Rzecznik Praw Obywatelskich dobrze sprawuje swój urząd, ma stać na straży praw człowieka a od wymierzenia kary jest Sąd. Państwo i jego cały aparat nie może mścić się na podejrzanym, aby rzucić go na pożarcie opinii publicznej, ma wydać zapewne surowy wyrok. Podczas pielgrzymki do Polaki w 1991 roku Jan Paweł II, w przemówieniu do więźniów wygłoszonym w Płocku, powiedział m.in.: „Jestem tutaj wśród was, drodzy bracia i siostry – mówię: siostry, bo przemawiając do was tu, w więzieniu w Płocku, zwracam się do wszystkich osób uwięzionych w Polsce – mówię do was jako sługa Ewangelii. Jest ona także ewangelią więzień i więźniów. Chrystus był więźniem i został skazany na śmierć, więźniami byli apostołowie, a także wielu wśród tych, których Kościół czci jako świętych. Tak więc ewangelia więźniów ma długą i zróżnicowaną historię. Zapewne też wielu z tych, którzy do tej historii przynależą, znajdzie się kiedyś – podczas ostatecznego sądu – „po prawicy”.

Prawa człowieka są wartością uniwersalną.

I nie można ich stosować wybiórczo. To wielka wartość, która cechować powinna każdego cywilizowanego człowieka oraz każde państwo, które chce zbudować trwały, demokratyczny fundament. I w obronie tych fundamentalnych zasad wystąpił Adam Bodnar. Jego postępowanie zasługuje na ogromne uznanie.

Księga Wyjścia (17)

Ballada ogórkowa

Jeździłem więc między szpitalami w Lublinie i specjalistami w Puławach. Przez te dni byłem całkowicie wyłączony z życia i tylko drobne okruchy informacji ze świata do mnie docierały. Stan napięcia psychicznego doskonale widać na Fb, gdy wrzucam dużo postów, to znaczy że coś nie gra, a gdy milczę, to wszystko w porządku. Czyli standardowo zacząłem traktować tę platformę jako wentyl emocji, mimo że pisałem zupełnie o czymś innym, zajmowało mnie to tak, że przestawałem myśleć co mi tam wykryli. Na szczęście okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku i znowu ucichłem. Z tych krótkich migawek, które zapamiętałem najzabawniejsza była o tym, że prezydent USA postraszył Chińczyków tym, że nie dostaną Google’a. Pamiętam, że zanosząc się śmiechem pomyślałem , że to jest już jedyna rzecz, której Amerykanie mogą nie dać Chińczykom. Za to ci drudzy, gdyby zechcieli odciąć USA od swoich produktów, to Trump miałby niemały problem. Zarówno odzieżowy jak i elektroniczny. W końcu stanęłoby na tym, że Google straciłoby monopol i – jak niegdyś – mielibyśmy wiele wyszukiwarek wynalezionych przez chińskich informatyków. Skończyłby się problem z pozycjonowaniem. Pamiętam jeszcze początki Internetu, gdzie tych wyszukiwarek było wiele i każda inaczej pozycjonowała.
Poprzedni felieton przeładowany był tematami, żeby więc zachować rytm i proporcje w tym będzie „gówno” i to dosłownie.
Na Ukrainie, podczas marszu równości, grupa dziewięciu homofobów zamierzała obrzucić uczestników prezerwatywami z kałem. Oczywiście, pojawiło się pytanie w jaki sposób je napełnili. Okazało się, że postanowili skorzystać z darmowej amunicji pozyskanej z przenośnych toalet toi-toi. Opróżnili cztery przenośne kible, by zrobić 200 bomb. Wiele wysiłku musiało kosztować „rycerskich obrońców tradycyjnych wartości” napakowanie tych ekskrementów. Trud okazał się jednak bezcelowy, bo wcześniej, gdy jechali autobusem, zatrzymała ich policja. Zapewne ktoś zgłosił fetor. Nawet gdyby udało im się dojechać i rzucić te dwieście gównianych bomb, to szkody jakie zrobiliby uczestnikom nijak by się miały do tego, jak sami wcześniej musieli wymazać się tym gównem.
Jak co roku nadszedł czas upałów, przegrzany mózg z ledwością wydaje polecania palcom, by stukały w klawiaturę, bo trzeba napisać kolejny felieton. Trochę lepiej jest nocą, więc tym razem nocne pisanie.
Zaczęły się wakacje a wraz z nimi „sezon ogórkowy”. Oznacza to, że media będą powtarzały jedną i te samą informację aż do znudzenia. Telewizje śniadaniowe z kilkunastominutową częstotliwością powiedzą, by unikać słońca i pić dużo wody.
Od wielkiego dzwonu trafia się jakaś sensacja, nawet z drobnej zrobią „wydarzenie”, a jeśli naprawdę stanie się coś przerażającego, to jest takim bonusem, rodzynkiem medialnym i będą go żuć aż do znudzenia. Takim rodzynkiem było zabójstwo dziesięciolatki i niemalże natychmiast złapany „sprawca”. Mimo, że facet jest dopiero podejrzany, to już padły najcięższe oskarżenia, a to co idzie w eter, pozostaje w głowach odbiorców, rozbudza wyobraźnię, a „podblokowe” ławki pałają chęcią zemsty. W końcu ktoś w TVN zorientował się, że w tej sprawie interweniował RPO i TVP mówi dokładnie to samo, więc natychmiast zmienili narrację z „morderca” na „podejrzany” i stacja zaczęła się wycofywać, ponownie podbijając temat. Znowu przewaliło się tysiąc specjalistów i znawców prawa, co wypełniło ramówki.
Tak więc, najpierw TVN z pasją dobermana na sterydach rzuciło się na faceta, a teraz niczym mops kanapowy, w towarzystwie innych” kanapolubnych”, usiłuje rozkminić, dlaczego lud chce go zlinczować. Czyżby lud nie znał prawa? To skandal – takim rozumowanie chyba posługiwali się autorzy materiałów. Wyroku jeszcze nie ma, patrzą zdziwionymi oczyma w obiektyw, jakby mieli pretensje do widzów, że nie potrafią rozróżnić kiedy dziennikarz ich stacji mówi o zatrzymanym „mordercy” serio, a kiedy to tylko taka figura retoryczna, ponieważ w gruncie rzeczy chodziło o podejrzanego. Chyba większość dziennikarzy spotkała się z przypadkami oczyszczonych z zarzutów podejrzanych i skazanych, którzy okazywali się, nawet już po latach, niewinni.
W tym konkretnym przypadku należałoby zachować wstrzemięźliwość, aż do uprawomocnienia wyroku. Wtedy już jako skazany legalnie może być nazywany bestią, ale nie wolno napisać że zakłócał ciszę nocną, jeśli tego nie robił, bo mógłby wytoczyć proces i opierając się na prawie prasowym wygrałby niezłą kasę. Życie pokazuje, że coraz więcej zdarza się pomyłek sądowych, coraz częściej wyroki wydawane są pod presją opinii, a to publicznej, a to politycznej. Pojawił się nawet ktoś na podobieństwo Robespierre’a – Minister Ziobro, który już raz ogłosił, że ten pan nikogo więcej nie zabije. Jak się okazało w przeprowadzonym dochodzeniu i procesie sądowym, może zabije, a może nie, ale na pewno nie nikogo więcej, bo dotychczas jeszcze nie zabił. Wtedy również ten sam Robespierre ogłosił sukces. Teraz stawia gilotynę, co tylko oznacza, że prawdopodobieństwo winy spadło, ale wzrosło ryzyko skazania. A porównanie do Robespierre’a ma jedynie charakter karykaturalny.
Niezależnie jednak od wyroku, a zwłaszcza wyroku uniewinniającego. Ten chłopak został już skazany, a ponieważ „przypadkiem” wyciekły jego zdjęcia, to będzie mu naprawdę ciężko, gdy okaże się, że sprawcą był zupełnie ktoś inny.
Niestety, media czekać nie mogą, bo już nie mają nowych specjalistów od namawiania by siedzieć w domu i pić dużo wody, temat więc trzeba było bezrefleksyjnie puścić w eter natychmiast, nie zastanawiając się czy złamie to komuś życie jeśli okaże się niewinny.
Właśnie w takim kontekście przypomniałem w jednym z postów o tzw. „kobietach szydełkujących”, które we Francji traktowały dekapitację jak coś w rodzaju cyrku objazdowego. Konkluzja tego postu była taka, że żyję w kraju, w którym mieszka 40 milionów kobiet i mężczyzn z szydełkami w łapach. Pod tym postem oczywiście rzuciły się na mnie feministki, że francuscy mężczyźni również traktowali ścinanie jako rozrywkę. Tak, przychodziła cała gawiedź – nawet dzieci – popatrzeć jak kolejna głowa spada do wiklinowego kosza, ale w historii zapisały się „kobiety szydełkujące” jako pewne zjawisko i pozostały synonimem okrucieństwa tłumu. Mimo, że radochę mieli wszyscy uczestnicy tego krwawego widowiska.
Porównałem tę historię, do chęci linczu na chłopaku, zatrzymanym i podejrzanym o zabójstwo dziesięciolatki. Być może winnym, a być może nie.
Teraz wpadł drugi medialny rodzynek, biologiczna matka i morderstwo. Nauczone poprzednim doświadczeniem media już nie skupiły uwagi na podejrzanej, ale skierowały nagonkę na pracowników pomocowych. Kilka lat temu jedna z pracownic takiej placówki w Lublinie została ukarana za naruszenie miru domowego, gdy wiedziona jakimś instynktem, postanowiła skontrolować rodzinę w sobotę, bez uprzedzenia. Okazało się, że jest to niezgodne z prawem, bo wolno jej tylko od poniedziałku do piątku po wcześniejszej zapowiedzi. Warto wiedzieć takie rzeczy nim zacznie się rzucać oskarżenia, tym bardziej, że w tym opisywanym przypadku pracownik socjalny był przeciwny oddawaniu dziecka rodzinie biologicznej – jak się okazało miał rację – ale sąd w myśl nowych trendów politycznych, że rodzina biologiczna jest najważniejsza, nie zważał na tę opinię. Pojawia się pytanie do homofonów, czy nie lepiej, by dziecko adoptowała para homoseksualna, ale wolna od przemocy, potrafiąca zapewnić mu wykształcenie, zaspokoić wszystkie potrzeby i dać domowe ciepło? To też pytanie do pani poseł Lubnauer, która określiła się przeciwniczką takich adopcji. Kolejnym powszechnym mitem było odbieranie dzieci z powodu biedy. Zwykle w rodzinach gdzie alkohol i narkotyki są na pierwszym miejscu nie jest za bogato, ale dziecko zostaje odebrane z powodu zaniedbań. Bieda wynika z nałogu rodziców i nie ma wpływu na decyzję, którą podejmuje sąd, nie pracownik OPS-u czy CPR-u. Chociaż tak myśli większość ludzi. Teraz oberwą więc pracownicy ośrodków, sędzia wykręci się tym, że rodzina biologiczna über alles, a klaps to estyma. Zgodnie z luźną interpretacją słów Rzecznika Praw Dziecka. Estyma, to inaczej szacunek, poważanie, hołd, uznanie lub zachwyt. Jest jeszcze kilka synonimów, ale dokładnie to samo oznaczających.
Wracając jeszcze do wspomnianej matki, sąd oparł się na tym, że chodziła na terapię, a wykonywane testy nie wykazały by cokolwiek brała. Mam jednak pewne doświadczenie i wiem, że jest cała gama środków psychoaktywnych, których żadne testy nie wykażą. Nie będę wymieniał, by nie ułatwiać startu w narkomańskim świecie młodych oszustów. Narkoman jest z założenia oszustem, podobnie jak alkoholik i każdy inny nałogowiec. Dziwne, że słowniki synonimów jeszcze tego nie zauważyły, a może zauważyły, ale ponieważ jest to również, albo przede wszystkim choroba, to podejście też jest zupełnie inne.
Z tych makabrycznych tematów, przejdę do znacznie przyjemniejszego. Dzięki Iwonie, która zgodziła się pomóc mi wypromować książkę, ukazała się już kilka opinii uznanych blogerów książkowych. Opinii, których się nie spodziewałem, a tak dobrych, że dzięki nim ponownie wskrzesiłem w sobie ochotę na wydanie dwóch kolejnych tomów serii „Z dna”. Dwie kolejne części książki, o której powoli zapominałem. Na szczęście są ludzie z pasją i siłą przebicia. Gdyby nie Iwona, zapewne moje pisanie skończyłoby się na stwierdzeniu – kiedyś to wydam.

Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala. W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów. Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska. Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej. Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.
Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii. O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Oliver Craig (RemaIn): – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?
Dominic Cumming (Leave):- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.
– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.
– Tak…
– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…
– Tylko odkryliśmy.
– Rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?
– Wasi eksperci mieli swój plan…
– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.
– Wcale nie.
– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.
– Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.
– Szczujecie ich.
– Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.
– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?
– Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?
– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.
– Zmiany cieszą.
– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?
– … brakuje mi snu. Chcę spać.
– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?
– Tak. Ty masz dwie córki?
– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.
– Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.
– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.
Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa. PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie, to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Księga Wyjścia (16)

Ballada tęczowo-samorządowa.

Dziewięćdziesiąt pięć kilo, pokazał czytnik wagi gdy postanowiłem sprawdzić swoją masę. Bzdura – pomyślałem – jeszcze nie tak dawno ważyłem 58 – 60 kg, co przy wzroście 183 było sporą niedowagą. Ale już przywykłem, po prostu taka budowa. Nie uwierzyłem wadze i wziąłem z półki kolejną, to było w markecie gdzie można do woli korzystać z wag. Mają ich trzy półki, tylko w niektórych klienci zdążyli już rąbnąć baterie. Druga pokazała tę samą wartość, następna też i następna. No cóż, powinienem się cieszyć, ale już nie dam rady zrobić stu pompek czym zawsze mogłem zaszpanować i to mnie zasmuciło, poza tym czwarte piętro, a tu dodatkowe trzydzieści pięć kilo. Czyli worek cementu i wiadro farby. No nic, poza tym że musiałem kupić nową garderobę, co było dosyć kosztowne, to nic specjalnego się nie zmieniło, tylko wciąż nie mogę przywyknąć do swojej wielkości, co stwarza zabawne sytuacje, gdy pęka krzesełko, które dotychczas świetnie się sprawowało. Ale poza tym jest nawet fajnie wrócić do prawidłowej wagi. No może jedynie ten problem z nerkami, ale to przejściowe i szczegóły napiszę przy okazji.
Oczywiście, sąd w Poznaniu wciąż nie przysłał mi kasy za przyjazd na rozprawę. Już chyba trzeci raz o tym piszę, pominę więc szczegóły, a tym, co nie czytali powiem, że byłem wezwany na świadka z klauzulą „stawiennictwo obowiązkowe”, stawiłem się, złożyłem zeznania, wypełniłem formularz, dołączyłem bilety i fakturę za hostel Moon, pani w okienku powiedziała, że prześlą pocztą. Przesłuchanie miałem 28 maja, kasy wciąż nie ma, gdy zadzwoniłem to mnie spławili. Tak to wygląda w skrócie.
Mimo apelu nikt z ruchu LGBT nie przysłał flagi, przypomnę, że Rada Miasta Puławy wydaliła uchwałę, ogłaszającą miasto wole od LGBT. Pierwotnie plan był taki by wywiesić ją za oknem, ale później pomyślałem że fajnie byłoby wetknąć w rękę Wojtyle, którego pomnik stoi tuż obok UM. Od razu się rozweseli, bo jakiś smutny stoi. Niestety, działacze mnie olali. Szkoda. Wiele lat temu, gdy pracowałem jeszcze w „Dzienniku Wschodnim” Rada Miasta przyjęła uchwałę, że ponieważ szkaluję miasto pisząc o różnych bzdurach i kuriozach, złożą wniosek do prokuratury, by mnie ścigała. Prokurator wniosek wyśmiał, a ja tym bardziej miałem ubaw. Chodziło chyba o tę działkę, którą postanowili oddać kościołowi za symboliczną złotówkę. Dobre ćwierć hektara, a może i pół w samym środku miasta. Między dworcem autobusowym, a ratuszem i największym domem kultury, czyli „Domem Chemika”.
Ubaw był tym większy, że niektórzy radni odwiedzali mnie wieczorową porą, nieoficjalnie oczywiście, żeby podrzucić kwity na swoich kolegów. Mimo, że proceder ten jest obrzydliwy, to z punktu widzenia dziennikarza niezwykle cenny.
Tu zdradzę pewne arkana warsztatu pracy dziennikarza, żeby zdobyć oficjalne informacje wystarczy pójść do biura prasowego, działu promocji itp. Tam dowiemy się, że miasto kwitnie, prezydent jest wspaniały, a ludziom żyje się dostatnio. A w ogóle to szczęście miasta nie opuszcza. Gdy jednak jakiś urzędnik, lub radny miał żal do kolegi, to wówczas przychodził do mnie. Często nawet do domu, by złożyć pełną relację z lokalnych przekrętów i odpowiednio to dokumentując, jeśli tylko umoczony jest w to ich wróg, ale w pracy kolega. Po opisaniu jakieś afery ten ktoś domyślał się skąd wziąłem materiały i przynosił mi na tego, który był wcześniej. Tak kręciła się praca w jednej z największych regionalnych gazet. Prawie każdy był w coś umoczony, stąd wniosek do prokuratora, bo byłem dla nich wrzodem. Tylko raz odpuściłem. Członek prezydium rady – nie będę podawał nazwiska – miał knajpę, w której stał „jednoręki bandyta”. Problem w tym, że było to już nielegalne. Artykuł miałem gotowy, gdy pewnego ranka podjechałem pod redakcję czekał już na mnie i z trzęsącym się podbródkiem prosił bym tego nie publikował, bo zniszczy to nie tylko jego, ale również jego rodzinę. Niezbyt chętnie, ale tekst wykasowałem.
Innym razem pewien bezdomny przeglądając śmietniki znalazł cały worek wyciągów bankowych z PKO BP. Było tam wszystko o klientach, imiona nazwiska, adresy stan kont i operacje. Wziąłem w torbę część tych papierów i pojechałem z kolegą – by mieć świadka – do dyrektora placówki – też zasłona milczenia nad nazwiskiem – gdy zapytałem co robią z takimi dokumentami, odpowiedział, że niszczą i że nikt niepowołany nie ma do nich dostępu. Powiedziałem mu, że widziałem te wyciągi i dokumenty, bo jeden ze znajomych przeszukiwaczy śmietników mi je przyniósł. Wówczas dyrektor parsknął śmiechem i powiedział, że jest to niemożliwe. Wraz z kolegą przekręciliśmy torbę gdzie wspomniane dokumenty miałem i wysypały się na biurku tuż przed nosem dyrektora. Konfuzja, panika, poluzowanie krawata – pierwsze jego reakcje potem zapytał czy możemy porozmawiać o tym później w cztery oczy. Umówiłem się z nim też wieczorową porą w redakcji (wtedy nie było mody na nagrywanie). Próbował mnie przekonać, że ta publikacja nie przyniesie nic dobrego i w sugestywny sposób położył na dzielącym nas stoliku neseser, który podsunął lekko w moją stronę. Udałem, że nie zauważyłem gestu, a wszelkie teatralne miny rozpaczy tym razem nie zrobiły wrażenia. Historia ukazała się w gazecie, ja dostałem wierszówkę w okolicach dwudziestu złotych, a dyrektor jakimś cudem utrzymał stanowisko, ale z tego co wiem, nie było to łatwe. Być może neseser zadziałał
na przełożonych.
Przez tego typu pracę kilkakrotnie zmieniałem domowy numer telefonu, bo pogróżki trafiały się dosyć często i nasilały w środku nocy. Uodporniłem się na nie, ale żona bardzo się bała. Bo wtedy miałem jeszcze żonę i małe dziecko.
Ponieważ znowu osiadłem w tym mieście, to żeby rozweselić ponure urzędy, pomyślałem o tej fladze, ale ruch LGBT najwyraźniej zajęty jest własnymi marszami, paradami i wykazuje siłę jedynie w grupie, jak dotychczas nic nie przyszło, mimo, że ktoś z nich obiecał mi przysłać tę tęczową flagę. Podałem mu nawet namiary. Oburzył się, gdy mu powiedziałem, że Wojtyła ma fajny kij w ręku, w sam raz by taką flagę zawiesić. Następni asekuranci. Moje plany były znacznie większe, zamierzałem za pomocą drona zawiesić flagę na czubku ratusza, tuż nad zegarem. I teraz mam problem – lemat, jak to mawiał Czarnowąsy z „Moskwy – Pietuszki”, nie zamierzam ich wyręczać w walce o równe prawa, jeśli oni nie maja odwagi wkurzyć radnych, z drugiej chęć zrobienia takiego psikusa jest tak ogromna, że pewnie w końcu sam gdzieś kupię taką flagę. A najzabawniejsze jest to, że zanim to wszystko zrobię uprzedzam niniejszym tekstem o swoich zamiarach. I dopóki nikt nie złapie mnie za rękę, to nic nie będzie mógł zrobić, a jeśli złapie, to jest jakiś paragraf za nielegalne wieszanie flag?
W poprzednim felietonie wspomniałem o ponownym wydaniu książki „Z dna”. Tym razem jednak zajęła się tym Iwona, moja agentka od książki. Okazała się niesamowitym człowiekiem, nie dość, że umieściła ją w popularnym portalu literackim Lubimyczytać.pl, to zainteresowała wielu blogerów, którym wysłała już ją w formie e-booka. Na portalu pojawiły się pierwsze opinie i to jest coś co pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
I jeszcze jedna wiadomość J. wciąż mieszka w swoim mieszkaniu. Jak na razie rozpatrują podanie, które wysłaliśmy również do Rzecznika Praw Obywatelskich, Praw Pacjenta i Ministerstwa Rodziny, Zdrowia i Polityki Społecznej. Już nie będę przypominał, o co chodzi z tą eksmisją, zainteresowanych odsyłam do poprzednich felietonów „Księgi wyjścia”, gdzie ze szczegółami wszystko opisałem.
We czwartek szykuje się parada Bożego Ciała – coś jak parada równości, tylko w drugą stronę i zamiast kolorów tęczy, ulice zdominuje czerń, będą chodzić i blokować ulice. Kiedyś zablokowali mnie, gdy zaparkowałem w ślepej uliczce, nie dość, że tam weszli całą szerokością, to zrobili sobie jeszcze przystanek przy którym śpiewali i klękali. Doskonale to pamiętam, bo się śpieszyłem. Próbowałem powolutku przebić się przez tłum, nie było łatwo, uczestnicy rzucili się na auto, a tylu uderzeń starszych kobiet, to chyba żaden samochód nie odczuł. W końcu jakoś się udało i bezpiecznie, nie robiąc nikomu krzywdy przejechałem… cdn

Kto uratuje Sąd Najwyższy?

„Słyszałem, że istnieją tzw. czarne listy, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych”. Z Adamem Bodnarem, Rzecznikiem Praw Obywatelskich, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Czego się pan teraz najbardziej boi? Pytam o życie polityczne oraz nasze prawa i wolności.

DR ADAM BODNAR: Najważniejsza jest sytuacja dotycząca sądownictwa i Sądu Najwyższego. Nie wiemy, co się wydarzy i czy w miarę niezależny SN przetrwa jeszcze kilka miesięcy. Jest wiele zmiennych, które mają na to wpływ. Z jednej strony jest presja międzynarodowa, postępowanie wszczęte przez Komisję Europejską, a z drugiej czynniki wewnętrzne i przyspieszenie przejęcia SN.
Skoro nie udało się tego dokonać w miarę dobrowolnie poprzez wyznaczenie osoby, która miałaby kierować sądem po odwołaniu prezesa, to trwają poszukiwania innego sposobu, aby dokooptować sędziów i ewentualnie wybrać kogoś „swojego”.
Wiele wskazuje na to, że taki jest właśnie cel zaprezentowanej ostatnio nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, która zostanie przyjęta najprawdopodobniej już w tym tygodniu.

 

Czyli najbardziej boi się pan o Sąd Najwyższy?

Nie chodzi o samą instytucję, ale gwarancję praworządności. Sąd Najwyższy jest mózgiem całego wymiaru sprawiedliwości – ma wpływ na to, jak funkcjonują wszystkie pozostałe sądy, wpływ na orzecznictwo, i ma możliwość uchylania rozstrzygnięć sądów niższej instancji. Według zmienionej konstrukcji będzie miał także nowe uprawnienia dyscyplinarne i możliwość orzekania o ważności wyborów. Jeżeli przejmiemy mózg, to możemy wszystkim sterować, wiemy, jakie sygnały i gdzie wysyłać. Z jednej strony istnieje już kontrola administracyjna sprawowana poprzez ministra sprawiedliwości, która ma wpływ na poszczególne sądy, a teraz może do tego dojść jeszcze kontrola merytoryczna nad tym, co w sądach się dzieje.
To nie tak powinno być. Jedną z funkcji każdego sądu jest kontrolowanie rządzących na szczeblu lokalnym i centralnym, bo na tym polega trójpodział władzy. Jeżeli odbiera się taką możliwość władzy sądowniczej, to tworzy się pole do nadużyć władzy wykonawczej.

 

I do orzekania o nieważności wyborów? W wywiadzie dla wiadomo.co były prezes TK Jerzy Stępień mówił, że obawia się, że PiS może starać się rządzić poprzez komisarzy.

Pamiętajmy, że w przypadku wyborów samorządowych o ważności wyborów decydują sądy okręgowe, Sąd Najwyższy decyduje w przypadku wyborów parlamentarnych. Mogą się pojawić takie sytuacje, że na przykład w drugiej rundzie wyborów prezydenckich, przy niewielkiej różnicy między kandydatami, pojawią się protesty wyborcze, a na sąd okręgowy będzie wywierana presja i w końcu może on orzec w taki sposób, jaki będzie odpowiadał rządzącym. Ale to i tak jest jeszcze większa szansa na niezależną decyzję sędziego. Bo jeśli chodzi o kwestię orzekania o ważności wyborów parlamentarnych, to o tym będzie decydowała jedna izba stworzona w SN od podstaw – Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Na razie istnieje ona tylko na papierze, jeszcze nie ma w niej żadnego sędziego. Nabór prawdopodobnie będzie się odbywał w taki sposób, aby dokonać odpowiedniej „weryfikacji” kandydatów, a KRS pokazał już, na czym ona może polegać.

 

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, członkini nowej Krajowej Rady Sądownictwa, stworzyła ostatnio „czarną listę” sędziów. Co to panu przypomina?

Nie pamiętam tamtych czasów, ale wiem, że takie listy powstawały w poprzednim ustroju. Sytuacja, w której dokonuje się oceny jakiejkolwiek osoby na podstawie kryteriów, które nie są jasno zdefiniowane i prawnie ustalone, tylko różnych doniesień czy plotek, nie ma wiele wspólnego z demokratycznym państwem prawnym.
Słyszałem, że istnieją „czarne listy”, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych.

 

PiS jak mantrę powtarza, że reforma Sądu Najwyższego jest potrzebna, bo wciąż orzekają tam ci sami sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym i PRL. Jednocześnie skutkiem reformy jest to, że prezydent na zastępcę I Prezesa SN wyznacza Józefa Iwulskiego, który właśnie orzekał w PRL. Za to prawo do dalszego orzekania może stracić Stanisław Zabłocki, legendarny adwokat z czasów stanu wojennego. Coś tu nie pasuje…

Jeżeli przyjmuje się do jakichkolwiek zmian ustawowych logikę odpowiedzialności zbiorowej, to właśnie takie są efekty. Kryteria odpowiedzialności zbiorowej nie uwzględniają przecież różnych elementów osobistych. W zarzucone sieci łapią się zarówno te ryby, które chcemy złapać, ale przy okazji także przysłowiowe foki, które nigdy nie powinny w te sieci wpaść. Tak samo działa zresztą ustawa represyjna z 16 grudnia 2016 r. Problem polega na tym, że takie argumenty są używane na potrzeby krajowej i międzynarodowej opinii publicznej. Jeżeli mówi się o walce z postkomunizmem, to opinia międzynarodowa ma problem, jak się do tego odnieść. To trochę tak, jakby wkraczać w zastrzeżoną sferę ocen moralnych. Dlatego może trafiać na podatny grunt, podobnie jak w niektórych sytuacjach na arenie krajowej.
Pytanie tylko, czy partia rządząca ma do tego mandat moralny. Przypominam, że zmian w sądownictwie dokonuje wywodzący się z dawnego porządku prokurator Stanisław Piotrowicz, a jednym z głównych współpracowników ministra sprawiedliwości jest sędzia Andrzej Kryże. Dlaczego jedni są dobrzy, a inni nie?
Jeżeli rzeczywiście celem miałoby być dokończenie dekomunizacji, to zastosowano by jednakowe, transparentne kryteria dla wszystkich, a nie stosowano zasadę „to my decydujemy, kto jest komunistą”. Przykład sędziego Stanisława Zabłockiego szczególnie kłuje w oczy, bo w ogóle nie pasuje do tej narracji.

 

Będzie pan interweniował w jego sprawie?

Nie wiem, czy mógłbym zrobić więcej niż zrobiłem do tej pory. Wszystkie interwencje, które podejmowałem, dotyczyły przecież całego składu Sądu Najwyższego. Wydaje mi się, że sędzia Zabłocki, podobnie jak inni sędziowie, w ogóle tego nie oczekują. Ostatnio napisałem tekst na potrzeby anglojęzycznego bloga Verfassungsblog, w którym opisałem postać sędziego Zabłockiego. Przedstawiłem go jako człowieka, który najprawdopodobniej polegnie na ołtarzach walki politycznej o wymiar sprawiedliwości. Ale wydaje mi się, że społeczeństwo zaczyna coraz bardziej doceniać rolę takich osób. To on staje się symbolem tej walki, może nawet większym niż prof. Małgorzata Gersdorf. Nie tylko ze względu na swoją przeszłość, ale także piękną i bogatą 20-letnią kartę.
Jako sędzia SN Stanisław Zabłocki może być też przykładem do naśladowania dla sędziów niższych instancji i może dawać im siłę do walki w obronie wartości konstytucyjnych.

 

Kto lub co może jeszcze uratować Sąd Najwyższy?

Tego nie wiem, bo w tej sprawie jest bardzo dużo zmiennych: z jednej strony opinia międzynarodowa czy organizacje pozarządowe, a z drugiej determinacja strony rządowej. Jeżeli chodzi o mechanizmy prawne, to uratować Sąd Najwyższy może tylko Trybunał Sprawiedliwości UE. W przypadku mechanizmów politycznych na szczeblu europejskim staram się zachować powściągliwość, bo nie chcę dać się wciągnąć w bezpośrednią walkę polityczną. Mogę tylko wyrazić opinię, że sprawy związane z niezależnością SN nie zmierzają dzisiaj w dobrym kierunku.

 

To może się zmienić?

Żyjemy w czasach, w których na przykład rano dowiadujemy się o nowelizacji ustawy o IPN, wieczorem jest już przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta, którego w dodatku nie ma w kraju, czyli wszystko jest możliwe. Wracając do pani pierwszego pytania, to jest druga rzecz, której się obawiam.
Mamy ogromną erozję standardów funkcjonowania państwa, konsultowania decyzji politycznych, projektów aktów prawnych, szanowania drugiej strony dialogu – to wszystko jest podporządkowane bieżącym interesom politycznym i niszczy tkankę państwa. Od tego zależy nie tylko funkcjonowanie Sejmu i Senatu, ale także członków służb państwowych czy zwykłych urzędników. To jest zagrożenie, z którego na co dzień chyba nie zdajemy sobie sprawy.

 

Rozmawiamy o tym w czasie 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. Smutne.

Obchody się odbyły…

 

Można zapytać: po co?

To jest czas, który władza wykorzystuje do uzyskania dodatkowej legitymizacji społecznej do rządzenia. Pokazania, że jest silna i zwarta, że jest kontynuatorem pewnej wizji państwowości. Nie przypadkiem obchody odbyły się na Zamku Królewskim. Szkoda tylko, że nie zadbano o porozumienie się z opozycją w tej sprawie, bo właśnie istotą parlamentaryzmu jest dialog.

 

„Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji jej programu. Spełnianie zapowiedzi wyborczych jest nie tylko przywilejem, ale obowiązkiem względem obywateli” – to słowa prezydenta wypowiedziane podczas orędzia na Zamku Królewskim. Czyli rządzący mogą wszystko? Tak należy je rozumieć?

Rozumiem te słowa jako odniesienie do zmian dotyczących sądownictwa.
Nikt nie odbiera partii rządzącej prawa do dokonywania zmian. Ale są dwa typy zmian: zwyczajna polityka i zmiany dotyczące, na przykład, sposobu wydatkowania środków publicznych oraz zmiany, które odnoszą się stricte do ustroju konstytucyjnego. Na te ostatnie nie może być zgody, jeżeli partia nie zdobyła większości konstytucyjnej.
Tymczasem obserwujemy konsekwentne dokonywanie zmian ustroju konstytucyjnego poprzez zwykłe ustawy, bo nie ma tego kto niezależnie skontrolować przy takim a nie innym sposobie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

 

Na przykład skrócenie kadencji I Prezesa SN?

To jest jeden z najbardziej widocznych przykładów.

 

Czy jesteśmy w stanie policzyć, ile razy PiS złamał konstytucję?

Mogę powiedzieć o ustawach, które w normalnie funkcjonującym porządku demokratycznym powinny być poddane kontroli konstytucyjnej, a tak się nie stało. To ustawy o prokuraturze, służbie cywilnej, o sądach powszechnych i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Poza tym ustawy inwigilacyjne, a także ustawa o mediach publicznych, chociaż w tym przypadku wyrok nie został wykonany.
Próbowałem nawet kierować sprawy do TK, ale jak dowiadywałem się, że składy sędziowskie są zmanipulowane, a sprawozdawcą ma być m.in. osoba wybrana na zajęte już stanowisko sędziego, to niektóre wnioski wycofałem z TK.

 

Przed wejściem do pana gabinetu leży książeczka z preambułą do konstytucji. Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym jest konstytucja i że to jest jedyna gwarancja naszych praw i wolności?

To jest pytanie dla socjologa. Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko na podstawie tego, co obserwuję. Z zagrożenia zdają sobie sprawę ci, którzy odczuli, co to znaczy żyć w kraju bez konstytucji. Ja jestem z pokolenia, które co nieco jeszcze pamięta, stykam się z tym oczywiście także w życiu zawodowym. Ale jest też młodsze pokolenie, które wychowuje się w przestrzeni bez granic i dla nich konstytucja może być jak powietrze – na co dzień jej nie odczuwamy, chociaż czerpiemy z niej pełnymi garściami. A skoro to jest coś oczywistego i normalnego, to trudno wyobrazić sobie, że ktoś może nam to odebrać. Często zastanawiam się, dlaczego najbardziej masowe były protesty w lipcu 2017 roku. I doszedłem do wniosku, że kluczowe były trzy czynniki: bardzo często padało wtedy hasło Polexit i to zaraz po Brexicie, więc stało się to realnym zagrożeniem; do tego dochodziła niezwykła agresja legislacyjna, czyli na przykład projekt, który mówił wprost o „wyczyszczeniu” Sądu Najwyższego; oraz bardzo mocne i agresywne wypowiedzi polityków PiS.
To spowodowało integrację protestujących, w tym także osób młodszych. Ale władza w międzyczasie nauczyła się, jak grać emocjami, jak je rozproszyć i pokazywać lepszą twarz. W efekcie sądy zostały same, a na pewno z dużo mniejszym wsparciem społeczeństwa.

 

Prezydent chce rozpocząć debatę na temat referendum konstytucyjnego. Kto, z kim i o czym miałby rozmawiać?

Konstytucję można zmieniać, kiedy istnieje parlamentarna większość i społeczna zgoda dotycząca tego, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Teraz zmiana konstytucji miałaby służyć tylko umocnieniu obozu rządzącego. Nie widzę żadnych prób porozumienia na rzecz stworzenia nowego systemu, bo to musiałoby oznaczać chociażby rezygnację z części zmian dotyczących sądownictwa.
Do tej pory władza raczej konsekwentnie dzieli społeczeństwo na dwa wrogie sobie obozy, a nie próbowała budować porozumienia wokół wartości konstytucyjnych.

 

Jednemu obozowi miałaby służyć także zmiana ustawy aborcyjnej. W Sejmie ponownie pojawił się projekt zakazujący tzw. aborcji eugenicznej. To kolejne zagrożenie?

W Polsce w ogóle w tej chwili mamy poważny problem z dostępnością praw reprodukcyjnych. Nie chodzi tylko i wyłącznie o aborcję, ale także m.in. zawieszenie rządowego programu in vitro czy wprowadzenie recepty na tabletkę EllaOne. To wszystko, co ogranicza sferę życia prywatnego, jest wynikiem nacisku środowisk konserwatywnych i Kościoła. Z punktu widzenia politycznego to może być atrakcyjne dla części elektoratu, ale na pewno niesie też poważne problemy i podziały społeczne.

 

Społeczeństwo obywatelskie odżyło?

Zdecydowanie zmieniło swój charakter.
Przez ostatnie kilkanaście lat oduczyliśmy się organizować demonstracje, a teraz są właściwie na porządku dziennym – ponownie musimy walczyć o podstawowe wartości.
Poza tym powstają nowe typy organizacji, które opierają się na masowości, spontaniczności i akcjach „na ulicy”. Pojawia się zupełnie inny rodzaj innowacyjności w organizacjach pozarządowych i społeczeństwie obywatelskim. Ale ta zmiana doprowadziła również do tego, że mnożą się organizacje, które sprzyjają władzy, a władza ma coraz więcej mechanizmów, żeby te organizacje wspierać i wzmacniać, na przykład poprzez dostęp do różnych grantów. Prawdopodobnie Narodowy Instytut Wolności powstał po to, aby wspierać ruchy prorządowe. Innym organizacjom władza raczej ogranicza finansowanie i utrudnia działanie. I to jest właśnie ta nowa sytuacja, ważna zmiana.

 

Czyli to nowy element rozgrywania i dzielenia społeczeństwa?

Niedawno opublikowano raport Agencji Praw Podstawowych UE „Zawężająca się przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego”.
Ludzie, którzy tworzą organizacje, często chcieliby robić coś innego, ale czują potrzebę i moralną siłę, aby protestować. I tym będzie coraz trudniej, natomiast wzmacniani będą ci, którzy władzy się podporządkują.

 

Co w tej chwili może i powinna jeszcze zrobić opozycja?

To, co trzeba robić cały czas, to nieustępliwość i konsekwencja w kontrolowaniu poczynań rządzących. I nie chodzi tylko o wydatkowanie środków publicznych. Podam przykład z ostatniego weekendu – Senat przyjął poprawkę do ustawy, która zakłada, że naukowcy, którzy zostaną sędziami SN, TK, NSA, będą mieli prawo dożywotniego zatrudnienia na uczelni, bez uwzględniania ocen pracowniczych. Nazywałem to programem „Motywacja Plus”, bo chodzi o to, aby zachęcić prawników do zgłaszania się do SN, a nie o to, żeby dbać o jakość nauki i edukacji. Takich tematów jest dużo, a często przechodzą bez echa, chociaż dają dużą przestrzeń do krytyki. Tu jest potrzeba codziennej, bardzo trudnej pracy.
Są momenty, kiedy politykom opozycji udaje się z niektórymi rzeczami przebić do opinii publicznej, ale według mnie to i tak za mało. Ważne jest konsekwentne pokazywanie nowych programów, pomysłów, przekonywanie, że przyszłość naszego kraju może i powinna być inna. Oparta na demokracji, praworządności, poszanowaniu praw obywatelskich.

 

Czyli nie tylko praca w parlamencie…

Wychodzenie do ludzi, pokazywanie alternatyw, angażowanie świata nauki – na to warto zwrócić większą uwagę. Uświadomione społeczeństwo może chętniej walczyłoby o swoje prawa. Nie można mówić, że nic się nie da. Z własnego doświadczenia wiem, że zawsze trzeba próbować i czasami udaje się ograniczyć zachłanność władzy. Przykład? Ustawa o jawności życia publicznego, która miała doprowadzić do lustracji majątkowej. Spotkała się ze zdecydowanym protestem i na razie zniknęła z bieżącej debaty; jest chyba w rządowej „zamrażarce”.

 

Politycy opozycji mówią wprost, że obawiają się procesów politycznych. To realne zagrożenie?

Określenie proces polityczny jest za daleko idące.
Pytanie jest takie: czy w rzeczywistości medialnej, w której funkcjonujemy, komukolwiek do czegokolwiek potrzebne są procesy polityczne? Być może ważniejsze jest dokonanie aktu publicznego zatrzymania, przetransportowania do prokuratury, użycia środków przymusu bezpośredniego. A przy tym nagłośnienie wybranych faktów z postępowania poprzez „zaprzyjaźnioną” prasę i budowanie określonej narracji, niezależnie od tego, co się wydarzy później.
Efekt jest taki, że opinia publiczna jest zmanipulowana i zaczyna wierzyć, że coś jest na rzeczy. Siła nagłówków medialnych jest ogromna. Poza tym do różnych środowisk zostaje wysłany sygnał, że władza może wszystko. I to jest bardzo niebezpieczne.

 

Nie boi się pan, że w którymś momencie przyjdzie także czas na pana? Cały czas pojawia się hasło: „Adam Bodnar musi odejść”.

Pełnię ten urząd już prawie trzy lata i słyszę to od początku. Ale staram się robić swoje, pozostać niezależnym i konsekwentnie wypełniać ustawowe obowiązki. Tak zamierzam postępować do końca mojej konstytucyjnie określonej kadencji.

 

Ale są przecież elementy, którymi władza próbuje wpłynąć na pana pracę.

To są, na przykład, próby obrażania mnie w tzw. zdaniu odrębnym przez jednego z członków TK, który używa w tym celu bardzo agresywnego języka, pełnego niewybrednych ocen i pomówień. Ale to jest także relatywne pomniejszanie środków pieniężnych na działalność Biura RPO, a przy tym dokładanie różnych nowych kompetencji, czego przykładem może być ostatnio skarga nadzwyczajna. Później ewentualnie będzie można zrzucić winę na mnie, że to tak wolno idzie.

 

Nie przewiduje pan odwołania przed upływem kadencji?

Nie zajmuję się tym.
Mam wystarczająco dużo pracy, skupiam się więc na pomaganiu obywatelom i realizacji swoich zadań w państwie. W warunkach, w jakich przyszło mi działać.
Kilkadziesiąt tysięcy skarg od ludzi kierowanych każdego roku do mojego urzędu są najlepszym uzasadnieniem, że to wszystko ma sens. Że warto bronić praw i wolności jednostki oraz dopominać się o szacunek dla konstytucji. Warto też trzymać się mojej kardynalnej zasady: kiedy komuś pomagam, nigdy nie pytam go o poglądy.