Warto mieć dystans i plan B

– Do życia i do tego zawodu trzeba mieć ogromny dystans. Brzmi to jak banał, ale taka jest prawda. Tak naprawdę, choć snujemy plany, nie wiemy co się zdarzy za 15-20 minut. Los może tak się potoczyć, że zmieni nam się wszystko o 180 stopni – z aktorką Zofią Zborowską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Spotykaliśmy się w Konstancinie, w scenerii ogrodowej, na tle pięknej, neogotyckiej willi, na planie Teatru Telewizji, w spektaklu „Przygoda” według Sandora Marai, reżyserowanym przez Jana Englerta. Jest Pani najmłodszą aktorką w obsadzie. To Pani pierwsza rola na telewizyjnej scenie?
Tak i już sam ten fakt był dla mnie wspaniały sam w sobie. Propozycja od tak wytrawnego aktora i reżysera oraz możliwość zagrania w takim gronie, była dla mnie bardzo zaszczytna. Byłam zaledwie cztery lata po szkole.
Ma Pani świadomość znakomitych tradycji Teatru Telewizji? Lubi Pani oglądać te przedstawienia?
Bardzo, mimo że z racji wieku nie sięgam pamięcią do lat jego świetności. Jednak w domu bardzo dużo się o tym mówiło, staram się też oglądać powtórki, które od czasu do czasu nadaje telewizja.
Jak Pani odbiera Jana Englerta jako reżysera?
Pan Jan Englert był moim profesorem w szkole teatralnej. Mam więc do niego podwójny szacunek i zawsze z dość mocno podwiniętym ogonkiem do niego podchodzę. Nie dość, że był profesorem, jeszcze jest reżyserem i aktorem.
Jakim jest pedagogiem?
Rewelacyjnym. Uważam, że nigdy nie powinien zrezygnować z uczenia w szkole, bo daje młodym ludziom, studentom zawodu, naprawdę bardzo dużo. Ma niewiarygodną cierpliwość, życzliwy dystans do nich. Ma też ogromną wiedzę, którą potrafi przekazać, bo są skądinąd wybitni aktorzy, którzy nie potrafią nic przekazać. Nie mają talentu dydaktycznego, a on ma wspaniały, jest cudownym nauczycielem. Jana Englerta lubię jako reżysera, lubię jako człowieka, lubię jako profesora. Praca z nim jest czystą przyjemnością. Jest dowcipny, ironiczny, uwielbiam jego wyrafinowany dowcip, ale jest też bardzo ciepłym człowiekiem.
On reżyserował Pani szkolne przedstawienia?
On, a poza tym także Agnieszka Glińska i Cezary Morawski, u którego zagrałam Marię w „Wieczorze Trzech Króli” Szekspira.
Proszę powiedzieć kilka słów o przedstawieniu i o granej przez Panią postaci. Jaką funkcję pełni w skomplikowanym układzie widowiska?
„Przygoda” była moim debiutem teatralnym, a zadebiutować w takim towarzystwie, to był zaszczyt dla młodej jeszcze wtedy aktorki. (śmiech). Teraz, po czterech latach grania w teatrze mieliśmy możliwość zmierzenia się z tym przed kamerą, gdzie jest zupełnie inna sytuacja, niewiarygodna intymność. W zasadzie poza jednym aktorem – Piotrem Adamczykiem – nikt z obsady się nie zmienił. Jednak sytuacje się zmieniają i sposób grania się zmienił. To jest niewiarygodna przygoda i piękna sztuka z pięknym przesłaniem. Co do postaci, to jest niepozorną pielęgniarką, ale tak naprawdę ważną postacią w tej sztuce. To trzydziestoletnia kobieta, zakochana w swoim przełożonym, czyli w profesorze Kadarze, którego gra właśnie Jan Englert. Chciałaby zrobić wszystko, żeby jakoś rozwiązać tę skomplikowaną sytuację, która zapanowała w domu profesora. Gram postać kochającą profesora miłością szczerą i niewinną. W żadnym razie nie jest jego kochanką. Chciałaby dla profesora jak najlepiej, żeby był szczęśliwy, chce żeby został ze swoją żoną Anną. Odgrywa więc pozytywną rolę. W tej sztuce jest rodzaj łańcuszka, w którym każdemu na kimś zależy i każdy robi coś dla dobra drugiej osoby. Powiedziałabym, że to przedstawienie „życiowe”, które pozostawia nadzieję, a nikomu nadziei nie należy odbierać.
Środowisko, postaci, które występują w sztuce nadają swojemu życiu ton ponadprzeciętny, niepospolity, inny od tego, który jest na zewnątrz parkanu otaczającego posiadłość profesora…
Tak. Reprezentują wysokiej klasy inteligenckość, kulturę. Dla mnie jest to niesamowite przeżycie.
Środowisko aktorskie, teatralne, filmowe jest Pani znane Pani od najwcześniejszych lat, dzięki rodzicom, znanym aktorom – Wiktorowi Zborowskiemu i Marii Winiarskiej. Czy w ogóle rozważała Pani wybranie innego zawodu niż aktorstwo?
Nie, nigdy tego nie rozważałam. Dla mnie było oczywiste, że będę zdawać do warszawskiej Akademii Teatralnej. Nie miałam absolutnie żadnego innego planu. Od dziecka byłam związana ze sceną. Jako dziewięcioletnia dziewczynka bardzo chciałam stepować i wymusiłam na rodzicach zapisanie mnie do szkoły uczącej tej sztuki. Przez osiem, czy dziewięć lat jeździłam na rozmaite zawody stepowania, na warsztaty i tym podobne. Wszystko potoczyło się naturalnie i jak poszłam do liceum, to przez dwa lata przygotowywałam się do egzaminów do szkoły teatralnej. Wybierałam i ćwiczyłem teksty, ćwiczyłam przeponę, dykcję. Miałam zajęcia przygotowawcze z doświadczoną aktorką i pedagog, panią Antoniną Girycz, która przygotowywała do szkoły również moją mamę i moją ciocię Barbarę Winiarską.
Jak się Pani czuła przed egzaminami?
Byłam bardzo pewna siebie. Chwała Bogu, że najpierw zdawałam egzamin w Łodzi, na wydział aktorski tamtejszej szkoły filmowej, gdzie odpadłam po drugim etapie, co mi utarło noska. Pozwoliło mi to z większą pokorą podejść do egzaminu w Warszawie i bardzo dobrze te egzaminy zdałam. Potem już tak świetnie się poczułam, że po pierwszym półroczu nieomal chcieli mnie wyrzucić ze szkoły… (śmiech), czyli znów było utarcie noska, ale już potem z pełnym przytupem dobrze skończyłam szkołę. Uważam jednak, że zawsze powinno się mieć plan B. Mnie się akurat udało, wstałam może dobrą nogą tego dnia, w którym były egzaminy. Mimo, że przygotowywałam się wcześniej, to zawsze jest też trochę loterii, przypadku. I na egzaminach, i w tym zawodzie, i ogólnie w życiu trzeba mieć trochę szczęścia.
Jak dotąd ma Pani szczęście?
Mam, ale i do życia i do tego zawodu trzeba mieć ogromny dystans. Brzmi to jak banał, ale taka jest prawda. Tak naprawdę, choć snujemy plany, nie wiemy co się zdarzy za 15-20 minut. Los może tak się potoczyć, że zmieni nam się wszystko o 180 stopni. Chciałabym uprawiać ten zawód i bardzo mi na tym zależy, żeby tak było, ale jeżeli zdarzy się coś, co zmieni te moje zamierzenia, to nie będę się tego kurczowo trzymać i przyjmę z pokorą to, co przyniesie mi życie. Nie mam jakiegoś wielkiego parcia na szkło, nie pcham się na ścianki. Nie podejrzewałam, że po szkole będę głównie aktorką teatralną, co więcej moi profesorowie tego nie podejrzewali. Pomimo, że skończyłam Akademię Teatralną, to zawsze ciągnęło mnie w kierunku kina, czy telewizji. Jednak jak dotąd inaczej mnie los potraktował i bardziej siedzę w dubbingu i w teatrze. Uważam, że to jest fajne, bo młoda aktorka po szkole znacznie więcej się może nauczyć w teatrze i dubbingu, niż w serialu.
Jednak kolejne propozycje ról serialowych przyjęła by Pani chętnie?
Oczywiście. Nie mam takiego nastawienia, że tylko teatr, a seriale nie. Żyjemy w czasach, gdzie produkcji telewizyjnych jest o wiele więcej i potencjalnie są większe możliwości. Jest jednak także o wiele więcej aktorów amatorów. Nie mam nic przeciwko temu, gdy grają w serialach, ale gdy grają w teatrze, to nie wychodzi to na ogół dobrze. Oczywiście zdarzają się aktorzy wybitnie utalentowani, którzy radzą sobie w teatrze bez szkoły, jak Olga Frycz, Antek Królikowski Kuba Wesołowski, czy świętej pamięci Ania Przybylska. Olga próbowała zdawać do szkoły teatralnej wielokrotnie, ale – nie wiem dlaczego – nie przyjęli jej.
Czym się różni sytuacja aktorów Pani pokolenia od sytuacji pokolenia Pani rodziców?
Kiedyś aktorzy byli w sytuacji bardziej stabilnej. Kończyli szkołę i mimo że z różnych przyczyn były to ciężkie czasy, to prawie każdy miał zagwarantowany etat w zespole teatralnym w jakimś teatrze w Polsce, jeśli nie w Warszawie, to, jak mówiono, na prowincji. Nie było tak, jak bardzo często dziś, że kończy się szkołę i jest się zupełnie bez pracy. Mój tata nauczył mnie, że przynajmniej na początku trzeba brać wszystko, przyjmować każdą propozycję. Mówi do mnie: „Będziesz mogła nazwać się aktorką, jeśli będziesz się w pełni utrzymywać ze swojego zawodu”.
A jak ocenia Pani obecny poziom prestiżu zawodu aktorskiego?
Jest chyba zupełnie inaczej niż w czasach młodości moich rodziców. Wtedy fama wybitnych przedstawień i filmów, fama wielkich nazwisk, jak Łomnicki, Łapicki czy Holoubek sprawiała, że aktorstwo miało ogromny prestiż. Wydaje mi się, że obecnie zawód aktora stał się mało ważny. Poza tym, cały warsztat, nad którym pracujemy w szkole – głos, dykcja, ćwiczenie przepony, uczenie się, żeby nie zedrzeć głosu, ale żeby było nas słychać w ostatnim rzędzie, to wszystko jest coraz mniej ważne. Ten zawód stał się zbyt otwarty i może dlatego stał się słabo szanowany. Jest też regres jeśli chodzi o Teatr Telewizji. Jest niewiele premier, więc każda jest na wagę złota. Myślę jednak, że będziemy do tego wracać. Uważa się niestety, że widz telewizyjny jest głupi. Programy robi się więc pod takiego widza – te wszystkie tańce na lodzie i parkiecie. Uważa się, że widz jest mało wymagający, a to nieprawda. Jest bardzo dużo widzów wymagających, tyle tylko, że nie mają w telewizji czego oglądać. Ja byłam tak wychowana, że oglądało się telewizję, bo była na dobrym poziomie, natomiast teraz nie oglądam jej w ogóle. Nawet nie włączam telewizora, co nie jest dobre, bo nawet nie wiem, jakie seriale lecą. Gdyby Teatr Telewizji miał premiery częściej niż raz na jakiś czas, to miałby większą oglądalność. Już jesteśmy tak ogłupieni tą sieczką, którą karmią nas w rozmaitych telewizjach, że ludzie chcą zobaczyć coś wartościowego. A nie każdego stać, żeby pójść do teatru, bo bilety zrobiły się potwornie drogie. Jeżeli nawet wejściówka kosztuje trzydzieści-pięćdziesiąt złotych, to młodych ludzi na to nie stać. Nie tylko zresztą młodych.
Dziękuję za rozmowę.

Zofia Zborowska – ur. 17 maja 1987 w Warszawie. Absolwentka Akademii Teatralnej (2010). Na scenie zagrała m.in. w „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha w reżyserii Magdy Umer w teatrze „Polonia” i Klarę w „Zemście” Aleksandra Fredro w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza w „Och-teatrze”. Zagrała też w filmach fabularnych: „Złoto dezerterów”, ”Miłość na wybiegu”, „Robert Mitchum est mort”, „Kanadyjskie sukienki”, „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”. W serialach m.in. „Ojciec Mateusz”, „Daleko od noszy”, „Lokatorzy”, „Przystań”. Liczne role dubbingowe, m.in. w fabularyzowanym dokumencie „Powstanie Warszawskie”, w serialu animowanym „Mordziaki”.

Polacy powinni studiować

Zwolnienia młodych ludzi z podatku PIT mogą być koniem trojańskim dla przyszłości Polski.

Nie potrzeba być wielkim znawcą polityki by dostrzec cele działań PiS-u i jego sukcesy. Główne hasło to utrzymać się u władzy, bez oglądania się na dalekosiężne skutki swoich działań.
Tymczasem dobry rząd to ten, który dostrzega skutki swoich działań i jest na tyle odpowiedzialny że potrafi realizować program nawet wbrew oczekiwaniom społecznym. Jeżeli obywatele są rozumni i widzą dalej niż czubek własnego nosa potrafią to docenić. O wiele łatwiej jest bawić się w populistę wykorzystując niechęć społeczeństwa do ponoszenia jakichkolwiek ciężarów reform i wszelkich innych; podatków, opłat, ubezpieczeń itp.

Polecą na ulgę?

Niestety, promowanie głupoty i ciemnoty jest najskuteczniejszą polityką PiS-u, teraz i zapewne na przyszłość. Społeczeństwo zacofane nie rozumiejące wiele, to pewna władza tej partii i jej sprzymierzeńca kleru.
Najjaśniej politykę PiS-u widać przy rozdawaniu pieniędzy, nie chciano dać nauczycielom (zbyt mądrzy aby głosować na tę partię), opiekunom niepełnosprawnych (szkoda, a zresztą nieliczni). Młodzi Polacy mają zaś polecieć na ulgę w podatku dochodowym i głosować na PiS.
Tu jest ukryta pułapka, zapewne liczni młodzi odłożą studia na potem, ruszą do pracy lub biznesu z myślą szybkiego zarobienia dzięki uldze. Bardzo nielicznym się uda, ulga się rozpłynie, większość pozostanie na stanowiskach znacznie niżej płatnych niż ci po dobrych studiach. Powrót do nauki nie będzie prosty ani tani (płatne studia).

Dwie strony medalu

Jakie znaczenie może mieć ta ulga dla Skarbu Państwa i rządzących? Oficjalne czynniki przedstawiają tylko straty fiskusa związane z ulgą, mające wynieść ponoć 1,5 mld. zł.
Drugą stroną tej operacji mogą być mniejsze nakłady państwa na szkolnictwo wyższe na skutek rezygnacji ze studiowania części młodej populacji. Mniejsze wydatki państwa to jednak niewielkie skutki, dalekosiężnym efektem będzie obniżenie tempa rozwoju kraju. Rozwój społeczny zależy od poziomu wykształcenia narodu – dla Polski takim impulsem było postawienie w PRL-u na rozwój bezpłatnego szkolnictwa, z zamiarem wyciągnięcia społeczeństwa z zacofania i ciemnoty oraz ukształtowania nowocześnie myślących nowych pokoleń. Niestety, nasze plany szybkiego skoku z zacofania do nowoczesności załamały się w latach 70 ubiegłego wieku.
Edukacja przeorała oblicze krajów Europy Środkowej i Wschodniej, oraz częściowo Zachodniej, gdzie za przykładem krajów socjalistycznych następowało odejście od płatnej nauki
Czy obecnie chodzi o to, aby odciągnąć młodzież od studiowania, skończyć z zepsuciem odziedziczonym po PRL-u i powrócić do „właściwych” wzorców Polski przedrozbiorowej i przedwojennej? Bo im naród mniej uświadomiony i wyedukowany, tym łatwiej nim rządzić. O Polsce mądrej i wykształconej pozostanie wspomnienie.

 

 

Płaca dla każdego studenta

Teraz!

Jak co roku w marcu weryfikowana jest wysokość stypendiów na uczelniach. Tym razem mocno po kieszeniach dostali studenci UŚ, w mniejszym stopniu także doktoranci. Nagła utrata dochodu o kilkaset złotych, czasem to jest nawet 1/4 czy 1/3 czyichś miesięcznych środków utrzymania (czynsze, kredyty, raty, leki, dzieci do wykarmienia itd.). Dałem się dodać do grupy oburzonych studentów, bo może akurat jako starszy kolega mógłbym się podzielić swoimi doświadczeniami.
Zapachniało protestem, ale zapach szybko się rozszedł. Pojawił się zwyczajowy swąd.
Oskarżenia, że rząd szasta pieniędzmi na „madki” z 500+. Że czemu tu się dziwić, nie ma cudów, tabelki się muszą zgadzać. Oczywiście tabelki księgowej UŚ. Excel stypendystów jest, jak wiadomo, z gumy. Potem przyszło rozstrzygające oświadczenie samorządu studenckiego, stojącego na straży żelaznych praw ekonomii (czyt. interesów władz uczelni): „stypendia się zmniejszają w marcu, bo zawsze się wtedy zmniejszają/ są teraz niższe, bo były wyższe”. A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. A po samorządzie kariera w rektoracie – dodajmy.
Nie piszę tego, żeby się naigrywać ze studentów-poczciwców, którym gilotyna się otwiera, ale niestety to oni lądują pod nią, bo brak im perspektywy poznawczej. A skąd by mieli ją wziąć? Żyjemy w czasach, w których to student płaci po godzinach pracodawcy za możliwość nabycia doświadczenia do CV (sic!) albo bierze kredyt na studia, który potem odpracowuje niczym niewolnik swojego wierzyciela, podczas gdy to kapitał powinien ponosić PEŁNY KOSZT kształcenia swojego przyszłego pracownika.
Tzn. student powinien się móc utrzymać z samego faktu, że studiuje, wykonuje pracę naukową. Każdy student. I tak, od takiego studenta można wtedy wymagać zaangażowania, choć jego kierunek i cele są już jego/jej dowolną sprawą.
Ale jeśli student czuje się winny, że studiuje, prawie winny, że żyje, że nie nalewa kawy, nie wklepuje faktur i nie robi bezpłatnych staży, tylko pobiera parę śmiesznych stówek z systemu szkolnictwa, w którym pełno niegospodarności, jeśli studiując nie czuje, że pracuje i nie jest nikomu nic winien, to faktycznie zostaje wzorowo dostosowany na bycie dymanym przez rynek pracy bez wazeliny, a współpraca uczelni z biznesem w dostarczaniu ledwie żywego towaru ma się doskonale.
Szacun i solidarność dla tych studentek i studentów, których horyzonty nie dały się jeszcze zawęzić do kolumny arkusza kalkulacyjnego!

Gowin do domu!

Polska nauka nieprzerwanie od 2007 roku jest przedmiotem motywowanej ideologicznie „restrukturyzacji”, której głównym paliwem jest idea neoliberalna. Uwiąd polskiej humanistyki i nauk społecznych wynikający chociażby ze szkodliwego podporządkowania tych dziedzin logice biznesowej, fetyszyzacji rankingów, punktów oraz grantów to wyzwanie, z którym trzeba jak najszybciej się zmierzyć. Pomimo zmiany rządu z prawicy rynkowej na prawicę narodową nie nastąpiło jednak zerwanie z praktyką polityczną Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Dziś widać wyraźnie, że „reformy” Platformy Obywatelskiej doprowadziły do pogłębienia kryzysu polskiej nauki. Mimo to propozycje ustawowe rządu Prawa i Sprawiedliwości idą w kierunku kontynuacji działań rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Lansowane przez ministra Gowina utworzenie tzw. rad uczelni składających się w większości z osób spoza wspólnoty akademickiej to poważny zamach na niezależność ośrodków naukowo-dydaktycznych to cofanie polskiej nauki w rozwoju, to outsourcingowanie zarządzania uniwersytetami oraz dalsze komercjalizowanie nauki.
Reforma ministra Gowina dotycząca faworyzowania uczelni flagowych wpisują się w szkodliwą koncepcję „rozwoju” polaryzacyjno-dyfuzyjnego, która była wychwalana przez Platformę Obywatelską, a deklaratywnie krytykowana przez Prawo i Sprawiedliwość w ich programie politycznym z 2014 roku. Dziwi, dlaczego posłowie, radni, burmistrzowie oraz prezydenci miast z poręki Prawa i Sprawiedliwości, którzy powinni być adwokatami swoich małych Ojczyzn, nie protestują przed dalszą marginalizacją regionalnych ośrodków uniwersyteckich. Jak wynika z ostatniego raportu Polskiej Akademii Nauk dalszy podział na „Polskę A” i „Polskę B” oraz jego utrwalanie zakończy się w niedalekiej przyszłości zapaścią 122 miast.
Dodatkowo w ustawie wspierania uczelni flagowych brakuje konkretnych pozycji w budżecie państwa, podobnie jak miało to miejsce w „reformie” szkolnej minister Zalewskiej. Brak wspomnianych środków na rzecz uczelni flagowych może skutkować tym, że biedniejsza część Polski będzie dotować bogatsze ośrodki z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania i Wrocławia. Ucierpią na tym regionalne uczelnie oraz mieszkańcy mniejszych miast, którzy stracą szansę studiowania w miejscu zamieszkania.
SLD krytycznie odnosi się do reformy proponowanej przez rząd. Konieczne jest porzucenie neoliberalnych dogmatów w nauce dotyczących „punktów w systemie” oraz finansowania badań poprzez granty przyznawanych w uznaniowych i nietransparentnych konkursach. Wobec skrajnego niedofinansowania nauki w Polsce na tle innych państw UE, niezbędne jest także zwiększenia nakładów na badania, rozwój zgodnie z unijnymi standardami zakładającymi przeznaczanie na ten cel co najmniej 3 proc. PKB. Dodatkowo w kontekście wydawania 2 proc. na pakt militarny SLD postuluje równe wydatki na pakt cywilizacyjny, którego nauka i szkolnictwo wyższe są fundamentem.
Polskie uczelnie potrzebują reformy, jednak zmiana ta powinna zmierzać w zupełnie innym kierunku niż ten narzucany przez prorynkową i narodową prawicę. Alternatywny, kompleksowy projekt reform przedstawiły Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. SLD w pełni popiera postulaty RSzWiN ZNP oraz KKHP, jako organizacji, które od lat działają na rzecz odejścia od szkodliwych, wolnorynkowych praktyk trzech kolejnych rządów w dziedzinie nauki.