Hanfu – nowy trend w chińskiej modzie?

W ostatnich latach na chińskich ulicach i w parkach często można zobaczyć osoby w bardzo fantazyjnych kostiumach. Długie szaty oraz suknie są pięknie zdobione i kolorowe. Choć wydaje się, że jest to bardzo nowoczesny trend, to w rzeczywistości jest to odwołanie do tradycji.

Historia tych ubrań sięga prawie 5000 lat. Hanfu, bo tak nazywa się ten strój, to tradycyjne ubranie ludu Han. Często mylony jest z ubiorem z czasów dynastii Han (202 p.n.e – 220), ale tak naprawdę występował on przez całą historię Chin, aż do dynastii Qing (1636 -1912).
Cechą charakterystyczną jest krzyżowanie się tkaniny z lewej i prawej strony, gdzie lewa część na wierzchu, a prawa znajduje się bliżej ciała. W ubraniach hanfu nie ma guzików, materiał wiąże się sznurkiem, co daje dużą swobodę podczas ruchu.
Historia hanfu rozpoczyna się od Żółtego Cesarza (2717 p.n.e. – około 2599 p.n.e.), który miał zaprojektować ubranie. Istnieje wiele legend dotyczących tego okresu. Odzież ta uległa zmianie w czasach dynastii Zhou (1046 p.n.e. – 256 p.n.e.), a następnie sfinalizowana za dynastii Han.
Prawdziwa historia hanfu sięga dynastii Yin i Shang (około 1600 p.n.e. – około 1046 p.n.e.). W tym okresie stworzono nie tylko krój ubrania, ale też dbano o materiał czy jego kolor. Ustalono wówczas całą kodyfikację związaną z ubiorem, która dotyczyła na przykład różnych klas społecznych oraz płci. Powstał wtedy system ogólny, a mianowicie górnej i dolnej części garderoby.
Do Okresu Wiosny i Jesieni oraz w okresie Walczących Królestw (770 p.n.e. – 221 p.n.e.) w związku ze znaczącym znaczeniem filozofii oraz szkół filozoficznych w Chinach, hanfu uległo kulturowym zmianom. Między poszczególnymi stylami ubrania pojawiły się znaczące różnice. W tym okresie pojawiła się tak zwane „odzież głęboka”, czyli shenyi, która różniła się od stylu „ubrań górnych i dolnych”. Shenyi to krój, gdzie doszło do połączenia górnej i dolnej części spódnicy bez otwierania rąbka w dolnej części.
Dynastie Qin (221 p.n.e. – 207 p.n.e.) i Han były zjednoczone w całym kraju, co wpłynęło na to, że hanfu było spójne. Zmiany dotyczyły kolorów tkanin. W czasie dynastii Han zaczął pojawiać się quju czyli ubranie, w którym całe ciało jest owinięte materiałem. Strój ten był bardzo delikatny i elegancki. W zachodniej dynastii Han nadal obowiązywał system głębokiego ubioru. Styl ten jest nie tylko piękny, ale ma również funkcje ułatwiające poruszanie się za pomoc braku trapezu na wysokości kolan.
W trakcie panowania dynastii Wei, Jin, Południowych i Północnych (220 – 589) wiele kultur stopniowo połączyło się w jedną. Wówczas to krój hanfu był wciąż ulepszany, stopniowo tworząc unikalny styl z tego okresu, mianowicie swobodny i lekko.
Okres dynastii Tang (618 – 907) to czas pokoju i bezpieczeństwa w Chinach. Zdarzało się, że młode kobiety w tamtym czasie miały spory apetyt. Aby ukryć krągłości i wyglądać szczupło, pas spódnicy został podniesiony bardzo wysoko rękawy były coraz dłuższe, tak że zakrywały całe dłonie. W tym czasie powstał styl „spódnica do poziomu piersi”. W środkowym i późnym okresie Tang ubrania hanfu były coraz bardziej zdobne i eleganckie.
Za czasów dynastii Song (960 –1279) gospodarka szybko się rozwinęła, powstały różne przemysły wytwórcze i rozrywkowe. Zróżnicowanie życia ludzi położyło również podwaliny pod rozwój odzieży. Wtedy było wiele rodzajów odzieży męskiej i damskiej. Style zostały zmodyfikowane i na tej podstawie dodano więcej typów.
Dynastia Ming (1368―1644) przywiązywała dużą wagę do etykiety ubioru, jej forma była również bardzo charakterystyczna. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety ubierali się bardzo wytwornie. Szlachetne kobiety z dynastii Ming nosiły przeważnie szaty z dużymi czerwonymi rękawami. W garderobie Chinek z tamtego okresu pojawiały się także ubrania w kolorze różowym, fioletowym, zielonym, a także w jasnych odcieniach.
Można powiedzieć, że największym punktem zwrotnym w historii hanfu była dynastia Qing. Armia Qing przekroczyła granice i spotkała się z oporem mas. Rząd wymyślił politykę „golenia włosów i zmiany ubrania”. To co było do tej pory tradycją uległo zmianie lub zanikowi. W późnym okresie dynastii Ming i wczesnym dynastii Qing hanfu zaczęło znikać z chińskich ulic, by następnie dać miejsce ubraniom uważanym dziś za współczesne.
Hanfu wywarło również wpływ na cały krąg kulturowy Han. Niektóre grupy etniczne w Azji, między innymi w Japonii, Korei Południowej, Korei Północnej, Wietnamie, Mongolii czy Bhutanie, w swoich ubiorach narodowych maję elementy pochodzące z hanfu. Można pokusić się o stwierdzenie, że rozwój hanfu ma ścisły związek z tłem kulturowym i historycznym. Wraz z ciągłym rozwojem chińskiej gospodarki, uznaniem społeczeństwa dla wielokulturowości i szacunkiem ludzi dla tradycyjnej kultury, starożytne hanfu pojawiło się na chińskich ulicach i w szafach XXI wieku. Ubranie to stało się nowym rozdziałem trendów w modzie.

Przysłowiowo rodzinny Duda

Postanowiliśmy się przyjrzeć o co chodzi, w trzech zadaniach wypowiedzianych przez prezydenta RP.

„Żeby państwo było silne, musi dbać o rodzinę, a rodzina musi być oparta na swoim najważniejszym fundamencie: na tradycji. Musimy go strzec i nie możemy narzucić sobie pseudo nowoczesności w tym zakresie. Wiemy, co pozwoliło nam przetrwać najtrudniejsze momenty w naszych dziejach: rodzina, która miała dzieci, wychowywała je w polskości” – wykrzykiwał w Jędrzejowie Andrzej Duda.
Żeby zrozumieć o czym mówi, wypada sięgnąć do tego co stanowi clou tradycji. Znaczy do mądrości pokoleń przekazywanej w formie odwiecznych prawd – do polskich przysłów ludowych. Dzięki nim można się przekonać, że prezydent wie o czym mówi. Postępy „pseudo nowoczesności” poczyniły wszak olbrzymie spustoszenia w społecznej świadomości.
Jak inaczej można zinterpretować fakt, że policja w tamtym roku dostała ledwie ok. 65 tys. zgłoszeń o biciu kobiet przez swoich facetów. Nawet gdyby przyjąć za socjologami, że na policję trafia tylko co dziesiąty przypadek spuszczenia babie łomotu, to i tak wyszłoby, że tradycyjnych wartości rodzinnych przestrzega ledwie 650 tys mężczyzn. Niepomnych widać wielowiekowej tradycji mówiącej, że „gdy chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Nie ma zatem miłości w polskiej rodzinie. Gdyby była, jak nakazuje odwieczny przykaz stanowiący, że „kto się czubi, ten się lubi”, to wpierdol partnerce winno przecież spuszczać jakieś 15 milionów facetów.
Polscy mężczyźni zapomnieli już, że „babska droga: od pieca do proga”? Nie pamiętają, że wedle tradycji „złe gospodarstwo, gdzie kądziel przewodzi nad mieczem”? Mamusie i babcie nie nauczyły współczesnych mężczyzn, iż „ani na wsi, ani w mieście nie wierz niewieście”?
Współczesne pokolenia nie są chyba jednak „wychowywane w polskości”. Gdyby było inaczej, to nie miałyby żadnych praw. Choćby dlatego, że dla każdego jasnym być powinno, że „baby mają długie włosy, a krótki rozum”. Dzięki czemu „nim się baba uszpili, chłop przejdzie pół mili”. Nie wspominając już o tym, że „co mąż zbierze workiem, to żona wyniesie garnkiem”.
„Pseudo nowoczesność” zatriumfowała na tyle, że niewielu stosuje się do wyniesionej z domu prawdy „ożeń syna, kiedy zechcesz, a wydaj córkę, kiedy możesz”. A to dlatego, że „jak się córka urodzi, to jakby się siedmiu złodziei do komory podkopało”.
Tradycja ma się źle i w kwestii posiadania i wychowania dzieci. W tamtym roku wpierdol – według policyjnych statystyk- dostało tylko 12 tysięcy nieletnich. I nawet gdyby to przemnożyć razy dziesięć, to spośród kilku milionów małoletnich, tradycyjnej polskości w wychowaniu zaznał ułamek z nich. Tradycja zaś mówi jasno, że „kto folguje rózdze, nienawidzi syna swego, lecz kto go miłuje, ustawnie ćwiczy”. Gdyby, komuś tej historycznej wiedzy było mało, to winien się wsprzeć wskazaniem płynącym tak z tradycji jak i z nieba. Wszak „różdżką Duch Święty dziateczek bić radzi, różdżka bynajmniej zdrowiu nie zawadzi”.
Andrzej Duda w gloryfikowaniu tradycyjnej rodzinnej polskośći popadł przy okazji w konflikt z faktami. Tradycja nie każe mieć licznego potomstwa, a wręcz przeciwnie. Powiedzenie „dał Bóg dziecko, da i na dziecko”, od zawsze wyrażało raczej sarkazm niż nadzieję. Ludowa prawda była inna, i wyrażała się słowami „kto ma pszczoły, ma miód- kto ma dzieci, ma smród”. Naród mawiał też – nie bez sensu – „ubogiemu dzieciątko, bogatemu cielątko”.
Jeśli jednak się progenitura komuś przytrafiła, to jej rola sprowadzała się do niebycia, bo „dzieci i ryby głosu nie mają”. Pseudo nowoczesne partnerstwo jednak i w tej działce robi tradycji wbrew. Jak dziś rodzic, posiadacz komórki, może sprostać narodowemu wezwaniu „jeszcze tego nie było, by jajko kurę uczyło”, kiedy to właśnie latorośl zna się na elektronicznym badziewiu lepiej?
Statystyki dotyczące pracowitości Polaków, pokazują niestety, że i tu pseudo progresywiści są górą. Nie wyssaliśmy z mlekiem matki, tego, co nakazuje bycie Polakiem. Opieprzania się znaczy. Nie trafiło nam do przekonania twierdzenie „praca nie zając, nie ucieknie”. Większość społeczeństwa nie wierzy też w prawdziwość sformułowania „pracuj, a garb ci sam wyrośnie”. Ani nawet w to, że „rób a rób, zarobisz na grób”.
Całkiem inaczej rzecz się ma z narodowym etosem spożywania alkoholu. Duda na tym polu może być dumny z rodaków. Znów zaczęliśmy dbać o tradycję, w związku z czym spożycie procentów rośnie. Naród wie bowiem, że „aniołowie pijanych na rękach swych noszą”. Oraz to, że „nic tak dobrze nie przenika jak gorzałka do przełyka”.
Zdrowotność społeczeństwa wskazuje, że w tym aspekcie tradycja narodowa podupada. Pseudo nowoczesność wygrywa ze staropolska prawdą, iż „lepiej zjeść i odchorować niż się miałoby zmarnować”. Lewactwo notuje też sukcesy w nihilistycznej koncepcji higieny. Jakże urągającej staropolskiemu przekonaniu, że „świnia się nie myje – i żyje”.
Przyrodzona nam ponoć tolerancja i gościnność kwitną jak zwykle, w myśl przysłowia „gość i ryba trzeciego dnia cuchną”. Bycie Polakiem od zawsze stanowiło dla Polaka nobilitację. Przynależność do innych nacji – wręcz przeciwnie. Stąd mamusie wpajały dzieciom „nie udawaj Greka”. Postponowały jes słownie by „nie nosiło ich jak Żyda po pustym sklepie”. Przestrzegały przed słuchaniem intelektualistów, twierdząc, że to „austriackie gadanie”. I raz tylko jeden stawiały nie Polaka za wzór, co prawda skrupulatności, ale zawsze. Mówiły przecież „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi”. Oczywiście wspomniane braterstwo w kontekście międzynarodowym też występowało, ale mało kto widać słów babci, że „jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem” słuchało, o czym świadczą miliony naszych pracujących i mieszkających dziś za Odrą., i Piszczek z Lewandowskim też.
Gloryfikujący tradycję, prezydent na pewno jest dumny, z wielowiekowych wartości polskich, z dziedziny poczucia prawa i sprawiedliwości. Wie, że naród wychowany w myśl tezy, że „lepiej dać kije stu niewinnym jak puścić płazem jednemu winnemu”, jest świadom tego iż, „jak się chce psa uderzyć, kij się znajdzie”. W swojej zbiorowej mądrości Polacy już dawno orzekli, że „bardziej to ludziom smakuje, czego prawo zakazuje”.Wie, że tolerancyjność w tym zakresie nie ma sobie równych, bo „na tym cała sztuka, kto kogo oszuka”. A ponieważ przy okazji Polacy wyznają tezę „dwóch głupich: jeden, co daje, drugi, co nie bierze”, to Duda wciąż może sobie spokojnie robić zdjęcia nawet z ministrem Szumowskim.
Wszak szacunek do władzy winniśmy mieć w genach. To w DNA pobrzmiewają bowiem takie mądrości jak „jedz chleb z każdą warzą, a rób, co ci każą”, z nieprzemijajacą tezą „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.
Gdyby przyjąć, że przysłowia są mądrością narodów, to zdać by się mogło, że Polacy są mądrzejsi inaczej. Tymczasem z punktu widzenia prazydenta tak nie jest. Jeżdzi zatem po kraju i świecie opowiadając bzdury o rodzinie, dzieciach i tradycji. Ma świadomość, że stoją za nim miliardowe transfery socjalne. A jak stanowi stare polskie przysłowie „kto pieniądze ma, temu duda gra”.

Tradycyjna chińska kultura czyli wizyta na ulicy Liulichang w Pekinie

Ulica Liulichang w Pekinie jest bardzo znana i słynie ze swej bogatej spuścizny kulturowej. Powstała ona w czasach dynastii Qing, w XVII wieku. Już w tamtym okresie handlowano tutaj książkami, obrazami, kaligrafią i porcelaną.

Do dzisiaj jest ona znana w stolicy, jak i w całym kraju. Chińczycy, zarówno młodzi jak i starzy, starają się wciąż kontynuować stare tradycje. Dzięki temu ulica Liulichang nadal kwitnie.
Historia ulicy Liulichang
Kiedy myśli się o chińskiej, kolorowej glazurze, często przychodzi skojarzenie z kolorem żółtym. Dawno, bo w czasach dynastii Yuan w XIII wieku, w miejscu dzisiejszej ulicy Liulichang istniało dużo pieców wypalających glazurę. Wykonane tutaj dachówki można do dziś oglądać na dachach wielu pekińskich pałaców. Skąd właśnie pochodzi nazwa ulicy – Liulichang czyli „liuli” – kolorowa glazura, „chang” – zakład, fabryka.
W czasach dynastii Ming w XIV wieku Pekin bardzo się rozbudowywał. Dzięki wielkiemu popytowi na kolorową glazurę przybywało pieców, w których ją wypalano. Cesarz Qianlong, gdy pewnego razu z Zakazanego Miasta oglądał panoramę stolicy, zobaczył dymy unoszące się z pieców glazurniczych. Kazał więc je zlikwidować i przenieść dalej. Jednak nazwa ulicy przetrwała do dziś.
W czasach dynastii Qing przy ulicy tej gromadziło się wielu urzędników, uczonych i artystów przybyłych do Pekinu z całego kraju. Było to ich ulubione miejsce, gdzie mogli sami tworzyć, a także kupować książki. Oprócz księgarnii pojawiły się tu sklepy z kaligrafią, pędzlami i obrazami.
Cała ulica Liulichang liczyła 800 metrów od wschodu do zachodu. W 1927 roku nowo powstała ulica Xinhua podzieliła drogę na dwie części – Liulichang Xijie czyli zachodnią ulicę i Liulichang Dongjie czyli wschodnią.
Od wprowadzenia w życie polityki reform i otwarcia w 1978 roku, przy wsparciu rządu, ulica Liulichang przeszła wiele remontów i napraw dzięki czemu zyskała nową młodość.
Spotkanie z tradycyjną kulturą na ulicy Liulichang
Na ulicy Liulichang znajduje się wiele księgarnii, galerii oraz sklepów z antykami, między innymi Daqianhualang czyli Galeria Daqian, która zajmuje się także oprawianiem obrazów, Rongbaozhai (Studio of Glorious Treasures) – sklep z kaligrafią i malarstwem, Huaiyinshanfang – sklep z rzeźbami i ozdobami z brązu, Cuiwenge – sklep zajmujący się głównie badaniami i handlem działami sztuki kaligraficznej, malarstwem, sprzedażą materiałów do grawerowania pieczęci oraz sprzętu do tworzenia kaligrafii.
Wśród tych sklepów Rongbaozhai cieszy się z wielką popularnością, ze względu na tworzone w tym miejscu tradycyjne linoryty za pomocą bloków drewnianych. Sztuka ta została wymieniona przez Radę Państwa Chin jako pierwsza partia krajowych niematerialnych projektów dziedzictwa kulturowego w 2006 roku. W sklepie można zobaczyć, jak pracownicy tworzą obrazy za pomocą kolejnych odbić bloków drewnianych.
Rongbaozhai został założony we wczesnych latach dynastii Qing w 1672 roku, wtedy był znany jako Songzhuzhai. Wówczasne działalności tego sklepu głównie obejmowała: sprzedaż papieru do kaligrafii, malowanie i tworzenie wachlarzy oraz składanych parawanów, pędzli i atramentów do kaligrafii, pojemników z tuszem, misek z wodą oraz innych sprzętów związanych z kaligrafią. Ponadto zajmował się handlem autentycznych obrazów i dzieł kaligraficznych znanych artystów z okresu starożytnego i współczesnego. Dopiero w 1894 roku nazwa sklepu została zmieniona na Rongbaozhai. W ciągu 300 lat historii rzemieślnicy Rongbaozhai naprawili i oprawili kilka tysięcy cennych prac kaligraficznych i malarskich przy użyciu tradycyjnych technik. Podczas prowadzenia działalności gospodarczej, zwraca uwagę na kolekcję skarbów kaligrafii i malarstwa. Od wielu lat Rongbaozhai ma bogatą kolekcję starożytnych i współczesnych arcydzieł, znaną pod nazwą „Ludowe Zakazane Miasto”.
Obok Rongbaozhai jest sklep Daiyuexuan, w którym produkuje się i sprzedaje pędzle do pisania. Został on założony w 1916 roku. Dawni chińscy przywódcy używali pędzli dostarczonych przez Daiyuexuan, w tym przewodniczący Mao Zedong i premier Zhou Enlai.
Daiyuexuan dzieli się na dwie części. W pierwszej można kupić pędzle, w drugiej znajdują się rzemieślnicy, którzy ręcznie je robią. Wykonanie każdego pędzla zajmuje co najmniej dziesięć kroków, m.in. wybranie materiałów czyli dokładna selekcja włosów z futra królika czy łasicy, dopasowanie, grawerowanie na uchwycie pędzla. Rzemieślnicy z Daiyuexuan przestrzegają zasad dokładnego doboru materiałów i znakomitego wykonania. Jakość pędzli do pisania jest dobra, a wybór jest szeroki. Dlatego pędzle Daiyuexuan cieszą się z wielką popularnością wśród artystów, zwłaszcza malarzy. Dzięki temu sklep ten w ciągu tylu lat ulega nieustannemu rozwojowi.
Ulica Liulichang dziś
Jeśli lubisz chińską kulturę albo chcesz poznać dziedzictwo kulturowe starej stolicy, to kiedy przyjedziesz do Pekinu, musisz udać się na ulicę Liulichang. Dziś spacerują po niej chińscy i zagraniczni turyści. Tutaj każdy znajdzie prezent dla siebie lub przyjaciół, którzy są miłośnikami tradycyjnej kultury chińskiej.
Warto wspomnieć, że wiele sklepów na tej ulicy nadal zachowuje tradycję, dzieląc swoją przestrzeń na miejsce handlu i miejsce dla rzemieślników. To dzięki pracy ich rąk może przetrwać kultura Chin.
Ulica ta stała się oknem, dzięki któremu można zobaczyć i zapoznać się dziedzictwem chińskich artystów. Wielu odwiedzających ulicę Liulichang przyznaje, że miejsce to ma dużo uroku i panuje tutaj wspaniała atmosfera.

Chińskie dziedzictwo

W listopadzie 2019 Tybetański Tradycyjny Uniwersytet Medyczny w Lhasie świętował 30. rocznicę powstania. Jest to pierwsza chińska uczelnia wyższa zajmująca się medycyną tybetańską, posiada 6 laboratoriów w kraju i oferuje 7 kursów na poziomie licencjatu. Eksperci z tego uniwersytetu zostali wysłani do 24 krajów, aby szerzyć wiedzę na temat medycyny tybetańskiej.

Wraz z osiągnięciami medycyny tybetańskiej w Chinach, rozwija się także Tybetański Tradycyjny Uniwersytet Medyczny.
Chiny posiadają 94 szpitali publicznych medycyny tybetańskiej, szpital klasztorny oraz pięć instytutów szkolnictwa wyższego.
Zgodnie z art. 21 chińskiej konstytucji kraj „promuje nowoczesną medycynę i tradycyjną medycynę chińską”.
Przez lata toczył się spór między Chinami a Indiami, które również przypisują sobie prawa do medycyny tybetańskiej, argumentując to roszczeniami wynikającymi z terytorium.
31 października br. Indie ogłosiły powstanie regionu Ladakh, którego mieszkańcy są etnicznie powiązani z Tybetańczykami. Terytorium Ladakh wzbudza kontrowersje, z uwagi na historyczną przynależność do Chin, co wielokrotnie podkreśliło chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
Indie zwróciły się do UNESCO z wnioskiem o uznanie Sowa Rigpa, czyli medycyny tybetańskiej, jako swoje niematerialne dziedzictwo kulturowe.
Nie można jednak nie zauważyć, jak bardzo medycynie tybetańskiej pomógł zaawansowany research i badania prowadzone przez Chiny, które bardzo intensywnie pracują nad zbieraniem danych dotyczących bezpieczeństwa medycyny tybetańskiej oraz jej standaryzacją.
W lipcu dziennik „Science and Technology Daily” informował, że naukowcy z Northwest Institute of Plateau Biology przy Chińskiej Akademii Nauk opracowali standardowe próbki sześciu składników stosowanych w tybetańskich lekach. Luobu Zhaxi, wicedyrektor Tybetańskiego Centrum Medycznego w China Tibetology Research Center w Pekinie, mówi, że ponad 300 tybetańskich leków zostało zatwierdzonych przez departament administracji leków w Chinach, z czego część jest objęta oficjalnymi programami leczniczymi.
Chiny zapewniają również stosowne ulgi podatkowe firmom zajmującym się produkcją leków opartych na medycynie tybetańskiej.
Dzięki temu np. firma Ganlu, mająca swoja siedzibę w Tybetańskim Okręgu Autonomicznym, zaoszczędziła 6 milionów juanów, które wykorzystała następnie do zwiększenia zatrudnienia, co z kolei pomaga zwalczyć ubóstwo w Tybecie.
Wszystkie powyższe argumenty wskazują, że Sowa Rigpa tradycyjna tybetańska medycyna ludowa to część szeroko rozumianego chińskiego niematerialnego dziedzictwa kulturalnego. Dzisiaj to Chiny mają do niego prawo.

PPS – reaktywacja

23 października we Wrocławiu grupa lewicowych działaczy postanowiła reaktywować Polską Partię Socjalistyczną na Dolnym Śląsku. Czy odrodzona organizacja z piękną historią ma szanse wnieść nową jakość w polskie życie polityczne i społeczne?

Aktywiści na swym pierwszym zebraniu wybrali na przewodniczącego znanego we Wrocławiu aktywistę i animatora lewicowego życia intelektualnego, jednego z twórców Społecznego Forum Wymiany Myśli, Piotra Lewandowskiego. Warto zaznaczyć, że wrocławska filia SFWM wielokrotnie organizowała ciekawe spotkania i dyskusje w stolicy Dolnego Śląska, budząc żywe zainteresowanie kolejnymi wydarzeniami i popularyzując lewicową myśl społeczną.
– Nie może być tak, że partie lewicowe odwracają wzrok, gdy w Polsce, Europie czy na świecie, ludzie cierpią na wskutek działań międzynarodowych koncernów czy też nacjonalistycznych rządów. Brak jakichkolwiek działań nowej „lewicy parlamentarnej” podczas ostatniej agresji Turcji na Syrię, brak sprzeciwu na łamanie prawa przez Izrael na okupowanych ziemiach w Palestynie, brak reakcji polskich socjaldemokratów na brutalną przemoc stosowaną przez siły bezpieczeństwa we Francji wobec „Żółtych Kamizelek” czy też ostatnią eskalację przemocy wobec Katalończyków, świadczy dobitnie, iż w polityce zagranicznej chcą one zachować status quo. Pokazuje również, jak dalekie dla lewicy parlamentarnej są pojęcia solidarności społecznej i internacjonalizmu. Unika ona również kwestii walki z dyktatem firm farmaceutycznych, czy likwidacji nikomu niepotrzebnej instytucji, jaką jest senat – powiedział dla Portalu Strajk Piotr Lewandowski. – Uważamy że tylko mocne socjalistyczne stronnictwo może przeciwstawić się ogarniającej Polskę brunatnej zarazie. Liczymy również na to, że ciężka praca która jest przed dolnośląskim PPS, zmotywuje innych socjalistów i socjalistki w kraju do włączenia się w odbudowę ruchu socjalistycznego w Polsce.
PPS, partia z pięknymi tradycjami, z pewnością ma przed sobą również przyszłość. We Wrocławiu sformułowano ambitne cele – ale czyż nie takich wymagają nasze czasy?bardzo mocne zarzuty.

Inteligencja przegrywa

„W naszym kraju zawsze decyduje drobnomieszczanin. Chłop o mentalności drobnomieszczańskiej czy mieszkaniec małego miasta. To on dokonuje zasadniczych wyborów, a jemu nie podobają się łysogłowi, bo się ich boi, nawet jeśli hasła, które wykrzykują, są mu bliskie – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

JUSTYNA KOĆ: Umówiliśmy się na rozmowę o wydarzeniach w Białymstoku, czyli…
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Białystok – biała siła. Mam jednak wrażenie, że to nie początek, a koniec.

Koniec czego?
Flirtu rządzącego nam PiS-u z faszyzującymi skrajnościami.

Jest pan optymistą?
Jestem realistą i uważam, że dokonało się odesłanie służącego tam, gdzie jego miejsce, czyli na dalekie peryferie. Na zasadzie: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Stało się tak z różnych względów. Po pierwsze, PiS mówi tym sposobem, że to on rozdaje karty na całej prawicy, także te związane z autorytaryzmem. To coś podobnego do sytuacji, kiedy przedwojenna policja biła bojówki ONR-owskie, manifestacje ONR-Falanga – w imię autorytarnego, coraz bardziej nacjonalizującego się systemu. Drugą rzeczą, wcale z powyższym niesprzeczną, jest sprawa maski, którą przywdziewa PiS zwyczajowo przed wyborami, czyli doraźnego przejścia na język skierowany do umiarkowanego prawicowego elektoratu. Elektoratu, najoględniej mówiąc, niechętnego wprawdzie LGBT, ale też takiego, dla którego przemoc fizyczna i brutalne ekscesy są czymś odrażającym, nie do przyjęcia.
Jasne też oczywiście, że PiS nie zajmuje dziś jeszcze jednolitej postawy w tym względzie, bo niektórzy jeszcze się „nie załapali” na nowy trend, a inni są jeszcze emocjonalnie uwikłani, jak niejaka Joanna Lichocka czy minister edukacji Piontkowski, w stary i wytarty porządek ocen. Jednak dominanta opowieści PiS-owskiej zaczyna być już inna: koniec flirtu z ekstremą, kres bzdurzenia, że kibole to romantyczni patrioci.

Powiedział pan: „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść”. Co ma zatem zrobić?
Ów przysłowiowy „Murzyn” ma siedzieć cicho i szanować państwo, zwłaszcza że to coraz bardziej państwo „nasze”, PiS-owskie. Proszę zwrócić uwagę, że w wydarzeniach w Białymstoku brały udział trzy podmioty: państwo, Marsz Równości i pachołkowie białej siły. I także państwo, czyli policja i reprezentowany przez nią ład, zostało zaatakowane. Teraz więc musi okazać siłę i konsekwencję, jeżeli nie chce stać się obszarem zawirowania i chaosu. Białystok jest przy tym wyjątkowym miejscem na mapie Polski, poniekąd symbolicznym, bo kluczowym dla obrazu prawicowego ekstremizmu. Cała ta historia rozegrała się zarazem w istotnym miejscu miasta, na koronnym jego szlaku, na prospekcie, którego część jest zamknięta dla samochodowego ruchu. To zresztą przepiękny układ architektoniczny, z kościołami katolickimi i „białym” oraz „czerwonym” prawosławnym soborem.
Tam też toczy się życie rekreacyjno-radosne, zwłaszcza wieczorne, kiedy przepełniają się restauracje i puby. Sam byłem kiedyś świadkiem, jak wokół siedzących przy restauracyjnych stolikach pośrodku owego prospektu ludzi z piskiem opon krążyły bardzo szybko czarne samochody, w których nierzadko panoszyły się i popisywały łysogłowe wyrostki. Oczywiście dopóki nie przyjechała policja – bo toczyła się tym sposobem, stała najwyraźniej, taka „zabawa w chowanego”, taka gra sił. I oto nagle na terenie tej gry, do której łysogłowi żywią jakieś pretensje i gdzie szpanują wieczorną porą, gdzie starają się rozwinąć swe pawie pióra, zjawił się Marsz Równości. I zawłaszczał ich symboliczny teren.
Wrzenie szeregów łysogłowców musiało być więc ogromne.
Cały zresztą konglomerat pracował na moc tego białostockiego incydentu, zespół skrytych i półjawnych powiązań znakomicie opisany m.in. w książce Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”.

Do tej pory wobec kilkudziesięciu osób są prowadzone czynności związane z popełnieniem przestępstwa.
To jak na dotychczasowe poczynania PiS-u bardzo dużo.

PiS-owi zależało na tym, aby osią sporu w kampanii był światopogląd i spór o LGBT?
Zgadza się. I to drugi ważny aspekt tej sprawy. Spór, jaki się w Polsce toczy, PiS stara się jednak utrzymać w granicach mniej więcej wolnych od fizycznej przemocy, w granicach ideologicznej pyskówki, w głowach, a nie rozstrzygać go w ulicznych burdach, zawsze ryzykownych, zawsze grożących jakimś rykoszetem albo wymknięciem się spod kontroli. PiS chce się więc pokazywać, zwłaszcza teraz, jako normalna partia, która jest tolerancyjna, która z pewnym grymasem akceptuje – skoro już są – mniejszości i LGBT i która wreszcie, gdy pojawia się przemoc, potrafi należycie zareagować. Mówiąc w skrócie, wszystko niby ma działać jak w normalnym liberalnym państwie, nie będąc nim w istocie. PiS ma tu jednak kłopot, rozsadzający ten projekt.
W 2015 to byli imigranci, w ostatnich wyborach do PE to właśnie LGBT.
Tylko w wyborach samorządowych nie dało się tego zastosować, bo nie ma w nich siłą rzeczy jednego wyrazistego przeciwnika i działa tu nazbyt wiele rozproszonych sił, często o lokalnym charakterze. Ale i tu jednak on wyłonił się paradoksalnie dopiero po wyborach, kiedy okazało się, że w miastach, zwłaszcza dużych, wygrała opozycja, a przynajmniej ludzie nie-PiS-u. Wtedy to zaczęła się rysować w propagandzie władzy groźna wizja Polski epoki rozbiorów czy nawet rozbicia dzielnicowego.

Prof. Jadwiga Staniszkis w ostatniej rozmowie powiedziała mi, że to obraz zdemoralizowania społeczeństwa przez władzę, które kupione, przymyka oko na zło.
Tak, oczywiście: znaczna cześć społeczeństwa daje przyzwolenie na ekscesy tej władzy, jaką mamy. Są nawet „twarde dane” z badań socjologicznych, które mówią, że 20-30 proc. elektoratu PiS-u daje to przyzwolenie w sposób cyniczny. Że jest ona świadoma, iż różne poczynania władzy, choćby w sprawach sądów, gospodarki, polityki zagranicznej, kultury czy ekologii, są złe, są fatalne – ale mimo wszystko głosuje na PiS, bo to jest korzystne dla nich osobiście. To myślenie człowieka o szarych oczach i szarej, niestety, duszy.
Ta demoralizacja, o której mówi pani prof. Staniszkis, jest zresztą rezultatem procesu „długiego trwania”: bo i komunizm demoralizował, i wojna, wcześniej reżim autorytarny i anarchia I Rzeczpospolitej w jej agonalnej fazie. Tak, ta tradycja społeczeństwa nieuporządkowanego, zdemoralizowanego przez różne okazje jest długa, bardzo długa i krzepka. A teraz przyszła znowu kolejna fala demoralizacji. Nic zresztą w historii nie ginie, najwyżej zaczyna pracować w sposób niewysłowiony i podświadomy.
Notabene, tak przy okazji – nie mogę sobie tej skromnej przyjemności odmówić jako wnuk dwóch żołnierzy przelewających wówczas, i to dosłownie, krew za ojczyznę – w pierwszych miesiącach wojny „z bolszewikiem” w latach 1919-1920 w polskiej armii, siłą rzeczy, wśród żołnierzy znękanych już I wojną światową panowała wysoka dezercja, zdławiona z trudem różnymi środkami – i prawnokarnymi, i moralnymi – a także przez uświadomienie sobie przez ludzi brutalności najazdu. Jednak na początku dezercja ta wynosiła od 30 do 40 proc., a w krośnieńskim, na Podkarpaciu – 60 proc. Tam właśnie, wśród pradziadów i dziadów dzisiejszych szczególnie gorliwych zwolenników PiS, w tym jakoby „najbardziej patriotycznym” bastionie. Takie doświadczenie dziejowe nie paruje w powietrze, zostaje w głowinach.

Dlaczego w krajach zachodnich partie konserwatywne wprowadzają związki partnerskie, a u nas minister edukacji rozważa zakazanie Parad Równości? Skąd taki ogromny mentalny rozstrzał? To efekt lat komunizmu, a może przyczyn trzeba szukać dalej, w czasach reformacji, która de facto Polskę ominęła?
Tak, w klęsce reformacji, w słabości i powierzchowności polskiego oświecenia, które pojawiło się u nas późno i funkcjonowało bardzo „naskórkowo”. Nie mając poważnego Oświecenia, nie mieliśmy poważnej tradycji racjonalistycznej. Mieliśmy za to klęskę reformacji, o której pani mówi. W to zaś wkroczył ponadto porządek dość szczególnego wojowniczego, twardego katolicyzmu, takiego, który skądinąd we Francji wiódł do budowania silnego państwa absolutystycznego. U nas jednak ów katolicyzm zbratał się z władzą magnackich „królewiąt”, anarchią, rokoszem i prywatą, z drastycznym i nieustannym osłabianiem – dla skrajnych, egoistycznych interesów – państwa i prawa, czego wyrazem było liberum veto. Ten proces trwał długo i doprowadził do agonii. Wyrazem oświecenia byłaby też emancypacja szerokich grup społecznych, a tego dokonali dopiero zaborcy, znosząc poddaństwo i pańszczyznę. No i mamy teraz to, co mamy.
W większości jesteśmy bowiem potomkami pańszczyźnianych chłopów albo tych drobnych, zapyziałych szlachciców, którzy żyli w pańszczyźnianym systemie, w kulturze agrarnej, związanej z wsią, z ziemią, niezmiennością tradycji. Oświecenie wymaga natomiast kultury miejskiej, wymaga uniwersytetów, kawiarni, wymaga ruchu ludzi i idei, wymaga dynamicznej i racjonalnej gospodarki. A skutek jego braku? Ot, przypomnę, że kiedy w Polsce trwało powstanie styczniowe, w Londynie otwierano pierwszą linię metra – to bardzo symboliczne i znamienne. (…)
Potem komuna, ale też “Solidarność”. Przy całej bezdyskusyjnej represyjności komunizmu pamiętać trzeba jednak, że stworzył on nową inteligencję. Tę inteligencję, która zresztą teraz przegrywa w konfrontacji z cieniami swych pańszczyźnianych przodków. I z grupami społecznymi, które – jeśli dostąpiły już jakiejś emancypacji – to tylko ekonomicznej i technicznej, nie kulturowej czy mentalnej. Jesteśmy więc dziś świadkami załamania pozycji nowych warstw oświeconych, inteligenckich, które w zderzeniu z przemożną siłą populizmu o agrarnych korzeniach przegrywają. Chociaż – co dobre i co może okazać się kiedyś płodne – przegrywają nie bez walki.
Inteligencja nie jest zresztą taka samotna, jak zdawać się może. Sekunduje jej część nowej klasy średniej, część niewielkich nawet przedsiębiorców czy „korpoludków”, która osiągnęła swe sukcesy dzięki pracy i przemyślności. Zresztą te inteligenckie klęski też są często urojone, nadmiernie poddane histerycznej reakcji. Gdyby na przykład zsumować wyniki wyborów do europarlamentu, to Koalicja i Wiosna otrzymały w nich tylko nieco ponad jeden procent mniej niż tzw. zjednoczona prawica.

Czy PiS odczuje teraz na własnej skórze, czym może być spór z bojówkami kibolsko-nacjonalistycznymi?
Obawiam się, że nie. Koniec sojuszu wbrew pozorom nie skończy się boleśnie dla PiS-u. Te grupy są krzykliwe i groźne, ale jednak marginalne. Ja nie widzę tu, jak mówi prof. Paweł Śpiewak, początku faszyzmu. Te faszystowskie bojówki były, są i prawdopodobnie będą. Teraz tylko pokazano im ich miejsce. W naszym kraju zawsze decyduje bowiem drobnomieszczanin. Chłop o mentalności drobnomieszczańskiej czy mieszkaniec małego miasta. To on dokonuje zasadniczych wyborów, a jemu nie podobają się łysogłowi, bo się ich boi, nawet jeśli hasła, które wykrzykują, są mu bliskie.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.