Nr 1 rządu: wojsko, nie zdrowie

Zamykane oddziały, czy nawet całe szpitale, brak lekarzy specjalistów, umieranie w kilkuletniej kolejce na zabieg. To obraz ochrony zdrowia za rządów PiS. Powodem jest dramatyczne niedofinansowanie i brak planu uzdrowienia systemu. Ekipa Kaczyńskiego nie żałuje jednak pieniędzy na armię. Jej budżet w 2020 roku będzie rekordowy.

Nie dalej jak na pierwszym sejmowym posiedzeniu posłowie PiS opuścili salę obrad, kiedy przyszła pora na wystąpienie posłanki Koalicji Obywatelskiej o szpitalach powiatowych, zamykanych z powodu braków kadrowych. 16 listopada poznaliśmy kolejne niepokojące informacje o skali zniszczenia publicznej ochrony zdrowia.

Zadłużenie szpitali podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości wzrosło o 3 miliardy złotych od czasów nastania „dobrej” zmiany. Obecnie łącznie zaległości publicznych placówek wynoszą 14 mld złotych.

Sytuacja jest dramatyczna. Ostatnie badania ankietowe Ministerstwa Zdrowia wskazują, że szybko przybywa zobowiązań wymagalnych, czyli takich, po które zaraz się ustawią komornicy, o ile już nie stoją w kolejce. W czerwcu było ich 1,6 mld zł, czyli o 10 proc. więcej niż w marcu.

Efekt jest taki, że lekarzy jest za mało i pracują przemęczeni, a pacjenci często nie doczekują zabiegu. – Co jakiś czas dowiadujemy się, że lekarz umarł na dyżurze. Pacjenci natomiast umierają po cichu. Jeśli porównamy statystki leczenia chorób nowotworowych, to przekonamy się, że rocznie kilkanaście tysięcy Polaków umiera, bo jest za niskie finansowanie – mówił Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy podczas czerwcowej demonstracji „Czas na zdrowie! – Pacjenci i Medycy razem”.

Na brak środków nie może narzekać armia. Na przełomie sierpnia i września rząd zadekretował przeznaczenie w 2020 roku na zbrojenia rekordowej kwoty 50 mld złotych. Oznacza to wzrost o 11 mld od roku 2015. Nasz kraj jeszcze nigdy nie zwiększał wydatków na ten cel w takim tempie. To aż o 5 mld złotych więcej niż w roku 2018.

Z jednej strony – dopieszczenie przemysłu potencjalnego zabijania, z drugiej – obywatele umierający w kolejkach na operacje – czy można znaleźć bardziej odpowiednią alegorię „dobrej zmiany”?

Vivat Polonia!

PPGNŻ, czyli Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza.

No i po święcie…
I po defiladzie…
Pierwsze wrażenie – bardzo pomysłowe uzupełnienie rzutu pieszego. Było przez to kolorowo i na bogato. W defiladzie Wojsk Lądowych wzięło udział aż 27 poddziałów kompanii reprezentacyjnych. Słusznie – przecież nie po to zwykła niegdyś Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego przeobrażona została w Pułk Reprezentacyjny, żeby tylu chłopa chodziło tylko po placach apelowych sobie a muzom. Niech ich świat zobaczy i niech podziwia.
Towarzyszyło im 60 pocztów sztandarowych. Sześćdziesiąt! No, ale i sztandarów ci u nas dostatek. Kiedy je z gabloty wyjąć, kiedy światu pokazać, jak nie
na defiladzie?
Rzut pieszy naszych sił zbrojnych uzupełniały też pododdziały policji, straży pożarnej, klasy mundurowe szkół średnich i pododdziały uczelni wojskowych.
Publiczność z ciekawością wypatrywała zwłaszcza podchorążych z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. To waleczni, zadziorni chłopcy, którzy zdobyli serca rodaków szturmem uprzednio zajmując koszarowe kible. W przeddzień swojej promocji w praktyce pokazali, że wszystko może być groźną bronią w walce o honor polskiego podchorążego: rolki papieru toaletowego, słoiki z moczem, sprzęty łazienkowe, krzesła, no i zapałki oczywiście. Podobno młodsze roczniki Akademii cudem uporały się ze sprzątaniem pobojowiska i ledwo, ledwo zdążyły zaprowadzić jaki taki porządek przed uroczystą promocją.
Defiladę rzutu pieszego uświetnił także rzut ratowników górniczych i oczywiście orkiestra górnicza, której tamburmajor, jak na udział w wojskowej paradzie przystało, miał włosy opadające spod górniczego czaka aż na plecy.
Niestety, rzut pieszy nie obył się bez poważnej wpadki. Nie defilował pododdział kapelanów wojskowych! Bardzo ważny i niezwykle nowoczesny komponent Polskich Sił Zbrojnych. Jedynym wytłumaczeniem tego krzyczącego braku mogą być tylko ich niespotykane w świecie walory bojowe, które z przyczyn oczywistych nie powinny być ujawniane przed przedstawicielami armii obcych, obecnymi na katowickiej defiladzie.
Rzut zmotoryzowany – jak zwykle ciekawy – choć sprzęt jakby znajomy, sprawiający wrażenie, że oglądamy w kółko to samo. No, ale w „M jak Miłość” też ciągle występują ci sami aktorzy, a miłośników serialu nie brakuje. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, trzeba zauważyć, że tym razem rzut zmotoryzowany uzupełniały wspaniałe radiowozy pościgowe Żandarmerii Wojskowej, więźniarki nawet, a także błyszczące, niebite limuzyny SOP, których obecność na defiladzie skutecznie zadała kłam plotkom, że wszystkie są już potrzaskane w licznych kraksach rządowych kolumn.
Pokaz lotniczy – jak zwykle imponujący. Zwraca uwagę generalna modernizacja polskiego lotnictwa, która dokonana została bez kosztów, mimo, że objęła wszystkie rodzaje wojsk lotniczych. Otóż do lamusa przeszły „śmigłowce”, „odrzutowce”, myśliwce”, a nawet „samoloty myśliwsko-szturmowe” i „transportowe”. Polskie Siły Powietrzne wyposażone są już wyłącznie w „statki powietrzne”. Geniusz lingwistyczny wojskowych uczonych i konferansjerów jeszcze raz zadziwił całą Polskę! Nad głowami „ukrytej opcji niemieckiej” przeleciały więc „statki powietrzne” wyposażone w śmigła na dachach, w silniki podwieszane pod skrzydłami i w ogonach. Jeśli chodzi na przykład o „statki powietrzne” ze śmigłami na dachach, to zaprezentowały się maszyny bojowe, transportowe i ratownicze, w tym ratownictwa morskiego. Jak napisał na Fb znany szczeciński prof. Jerzy Kochan – wszystkie trzy.
Wspaniałe wrażenie podczas defilady Wojska Polskiego robiły zwłaszcza maszyny amerykańskie, zarówno w barwach polskich, jak i własnych. Tych ostatnich było nawet jakby więcej, ale może
to złudzenie.
Najpiękniej jednak, niczym łabędź w locie, prezentował się cudny statek powietrzny pasażerski, „Gulfstream”. Powinien on jednak nosić czyjeś imię, żeby duma, która z niego bije była dumą naszą, polską. Proponuję ochrzcić go imieniem „Luft Marszałka Marka Kuchcińskiego”.
Na koniec jeszcze jedna propozycja. Racjonalizatorska. Grób Nieznanego Żołnierza, przed którym tradycyjnie, od dziesiątków lat defiluje Wojsko Polskie z okazji swojego święta, znajduje się w Warszawie. Tu przywieziono bezimienne żołnierskie prochy z Cmentarza Obrońców Lwowa. To jest symbol żołnierskiego poświęcenia dla Ojczyzny. W tym miejscu od dziesiątków lat oddajemy hołd wszystkim, którzy kiedykolwiek i gdziekolwiek oddali życie za Polskę. Wszystkim! Pan prezydent Duda razem z kolegami udowodnił jednak, że nawet narodowe świętości można traktować elastycznie. Przeniesienie defilady z okazji Święta Wojska Polskiego sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, który – jak Wawel, Katedra Gnieźnieńska, czy Katedra Warszawska, jest jednym z symboli wielowiekowej historii Polski, pod katowicki „Spodek”, który jest symbolem tylko fragmentu naszej historii – Polski Ludowej, było tyle nowatorskie, co… skandaliczne. Teraz wolno już wszystko – w zależności od potrzeb parada wojskowa z okazji 15 sierpnia może odbywać się z całym szacunkiem dla Katowic – w Malborku, na Psim Polu, pod Grunwaldem, w Kielcach, Toruniu, czy Rzeszowie. Wszystko jedno. Wszędzie walczyliśmy – jak nie z najeźdźcami, to ze sobą, a przynajmniej z gajowym, który pilnował pańskich zajęcy. My strzelaliśmy i do nas strzelali, a wszelka krew jednaka. Pan prezydent Duda dał początek nowej tradycji, która za PiS-u rozwinie się na pewno.
Zgłaszam więc wniosek racjonalizatorski. Kieruję go do wojskowych inżynierów i techników, do panów oficerów, a zwłaszcza panów generałów, którzy nie raz już udowodnili, że dla władzy zrobią wszystko. Niech Wojsko Polskie, zamiast budować jakieś Forty Trumpy, czy co gorsza jakieś nowe trasy katowickie, szpitale i temu podobne pierdoły, zbuduje pierwszy w świecie Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza! Będzie go mogło wozić, gdziekolwiek. Wszędzie za potrzebą jakiegoś prezydenta, premiera, czy innego prezesa. Sukces gwarantowany – zwłaszcza wizerunkowy. A kto wie, może też międzynarodowy. Być może bowiem pomysł podchwycą inni. Pan prezydent Putin będzie mógł przenieść defiladę moskiewską z Placu Czerwonego do Soczi na przykład, gdzie bardzo lubi pomieszkiwać. Albo dajmy na to – Francja. Gdy zobaczy, jak rozkładamy swój Grób na parkingu pod Łomżą, to pomyśli sobie – czemu nie? A kto powiedział, że defilady z okazji 14 lipca moją się odbywać ciągle na tych samych Polach Elizejskich?…
Vivat Polonia!

Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Obywatelu, broń się sam

Przez kraj przetoczyła się informacja, że w ramach budowania potęgi naszej armii, rząd da pieniądze na wyremontowanie 200 czołgów T-72. Są to konstrukcje radzieckie pochodzące z lat siedemdziesiątych. Specjaliści od uzbrojenia i byli wojskowi wyśmieli ten pomysł. Aktualni wojskowi milczą. Żaden nie skrytykował pomysłu, ale też nie pochwalił. Każdy chce mieć pracę.
Dla mniej zorientowanych wytłumaczę to tak. Bierzemy radziecką Wołgę. W Rosji jeszcze są czasami używane, w Polsce można je spotkać na ulicach, ale jako odrestaurowane zabytki. Bierzemy więc Wołgę, wsadzamy do niej silnik nowszy, ale nie za nowy, bo karoseria się rozpadnie. Najlepiej wolnossący disel od, np., leciwego mercedesa. Podmieniamy zawieszenie i felgi. Opony też. Trzeba też wymienić instalację elektryczną. Nowe oświetlenie też, ale elementy od innych aut nie muszą pasować. Jak inny silnik to i skrzynią biegów trzeba też inną dobrać. Klimatyzacji raczej nie da się dorobić. O takich elementach jak abs czy tcs nawet trudno marzyć, ale można kombinować. Do tego poduszki powietrzne, o kurtynach nie wspominając. No i niestety karoseria. Oryginalna była pancerna, ale rdzewiała. Galwanizacji blach w tamtych czasach nie stosowano. Z siedzeniami też trzeba będzie coś zrobić. I tak należy jeszcze zmienić lub poprawić wiele elementów. W sumie wyjdzie z tego monstrum, którym można będzie nawet się przejechać kilkaset metrów, ale do codziennego użytku takie urządzenie nie będzie się nadawało. Tak samo będzie ze zmodernizowanym czołgiem. Będą stały i zaświadczały o głupocie naszych rządzących. Dopóki nas ktoś nie napadnie. Mam nadzieję, że to tylko przedwyborcze wzdęcie i z tej modernizacji nic nie wyjdzie. Dla dobra kraju i chwały naszego wojska.

Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Patrząc na to, mamy skansen

„W prawidłowo funkcjonującym systemie bezpieczeństwa lotów takie zdarzenia byłyby wychwytywane zanim doszłoby do wypadku” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Maciej Lasek, ekspert lotniczy, członek komisji Millera.

JUSTYNA KOĆ: Wypadek samolotu MiG-29 w Drgiczu jest trzecim w ciągu ostatnich 2 lat. Wcześniej przez 25 lat nie doszło do żadnego wypadku. Czas, aby wysłużone MiG-29 przestały latać?
DR MACIEJ LASEK: To są relatywnie młode maszyny, bo MiG-29 jest konstrukcją z tych samych lat, co F-16. Oczywiście każdy z tych samolotów podlegał modyfikacjom, pojawiały się nowe ich wersje, ale generalnie rozwiązania techniczne zastosowane w tym typie samolotu nie odbiegają od stosowanych współcześnie w samolotach tej klasy używanych w lotnictwie wojskowym innych państw. Problem leży gdzie indziej. Przez ostatnie 2 lata straciliśmy więcej niż 3 samoloty: jeden jeszcze spalił się w Malborku na lotnisku, wystąpiły też 2 przypadki problemów z hermetyzacją kabiny. Do tego można doliczyć wypadki 3 śmigłowców. A to wszystko zdarzyło się w ciągu ostatnich 3 lat.
Poprzednio przez 6 lat lotnictwo wojskowe nie straciło ani jednego samolotu i śmigłowca.
W prawidłowo funkcjonującym systemie bezpieczeństwa lotów takie zdarzenia byłyby wychwytywane zanim doszłoby do wypadku. Niestety, zmiany których dokonał w armii minister Antoni Macierewicz, dotknęły również Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP). Gdyby KBWLLP przez ostatnie lata sprawnie, tak jak przed 2016 rokiem, badała wypadki, to zarówno piloci, jak i mechanicy i ich dowódcy szybko mogliby się dowiedzieć, czy przyczyną wypadku były problemy z techniką, niewłaściwą obsługą czy szkoleniem.

Czyli raczej winny jest człowiek, niż same maszyny?
Gdybyśmy porównali wylatane godziny MiG-ów 29 z samolotami pasażerskimi, to można by powiedzieć, że to są młode samoloty. Samoloty pasażerskie mają po kilkadziesiąt tysięcy wylatanych godzin, ale są prawidłowo eksploatowane, obsługiwane zgodnie z zaleceniami producenta, w oparciu o części zatwierdzone przez producenta. Oczywiście wykonują też inny rodzaj lotów, ale ich konstrukcja jest też znacznie mniej wytrzymała, niż samolotów myśliwskich. I może tutaj leży problem MIG-ów 29.
Przypomnę, że prawdopodobną przyczyną śmierci pilota w lipcu pod Pasłękiem był brak możliwości bezpiecznego katapultowania. Fotel nie zadziałał prawidłowo, ponieważ w trakcie jego remontu zastosowano niewłaściwy pierścień ze zbyt mocnego materiału.
Gdyby ten fotel był odpowiednio serwisowany u producenta, to nikt nie wpadłby na tak głupi pomysł, żeby wprowadzić modyfikację, która jak okazało się, spowodowała niewłaściwie działanie jednego z najbezpieczniejszych foteli na świecie i w konsekwencji śmierć pilota.
Na problemy z MiG-ami trzeba spojrzeć z wielu perspektyw: czy piloci są odpowiednio szkoleni, czy mają wystarczającą liczbę lotów treningowych, bo tajemnicą poliszynela jest, że przyczyną pierwszego wypadku MiG-a, lądującego pod Mińskiem w nocy, była przyczyna związana ze szkoleniem. Wskazywać na to może fakt, że bardzo szybko wznowiono loty na tych maszynach po przeprowadzeniu dodatkowych szkoleń dla pilotów. Pół roku później doszło do katastrofy pod Pasłękiem, przyczyna prawdopodobnie techniczna, mówiono o nagłej utracie paliwa, ale bez raportu nie mamy pewności, czy wynikała ona z usterki jakiegoś podzespołu, czy niewłaściwej obsługi.
Jak długo komisja badająca wypadek nie przekazuje informacji do jednostek lotniczych o przyczynach i sposobach uniknięcia takich zdarzeń w przyszłości, tak długo piloci wsiadający za stery mają prawo się bać.

Po wypadku pod Pasłękiem maszyny zostały uziemione, komisja rozpoczęła pracę nad raportem, ale przed jego zakończeniem maszyny wróciły do latania. To wbrew procedurom?
Z żadnego wypadku, o których rozmawiamy, raport nie został ukończony. Jednak maszyny zostały dopuszczone do lotów. Myślę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie dopuszcza do lotów samolotów, które uważa za niesprawne, zatem zapewne poznano przyczyny tych wypadków. Tylko skoro je poznano, to dlaczego przez pół roku od tamtej pory nie ma raportu i piloci nie zostali zaznajomieni z przyczyną wypadku i co należy robić, aby do ponownego wypadku nie doszło? To oznacza, że zapobieganie wypadkom, którego najważniejszym elementem są zalecenia profilaktyczne, nie działa. A to już bardzo źle.

Antoni Macierewicz jako szef MON zwolnił wielu ekspertów z komórki zajmującej się badaniem przyczyn katastrof, reszta sama odeszła. Czy to może być przyczyną?
Niestety tak. W lotnictwie bezpieczeństwa nie buduje się z dnia na dzień. Potrzeba ekspertów, którzy widzieli niejeden wypadek, uczestniczyli w wielu badaniach, wielu kursach, bo tylko w ten sposób zdobywa się doświadczenie. Jeżeli z takich ludzi się rezygnuje, a Antoni Macierewicz pozbył się wszystkich, którzy byli związani z Komisją Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego przed 2016 rokiem, od szefa po poszczególnych specjalistów, to takie są efekty. Ci specjaliści oczywiście zostali zastąpieni kolejnymi, ale mimo dobrych chęci i intencji, aby zostać doświadczonym badaczem wypadków, potrzeba lat. Jeżeli niszczy się wiele lat budowany system zapobiegania wypadkom lotniczym, to prędzej czy później zacznie to skutkować właśnie takimi tragediami.
Jeżeli nie ma nikogo, kto nadzoruje, pokazuje co jest źle, jak trzeba postępować, żeby nie popełniać błędów, to ludzie prędzej czy później zaczynają chodzić na skróty i dochodzi do wypadku.
Były Szef wojskowej komisji, pułkownik Mirosław Grochowski, za którego czasów zbadano wypadki samolotu CASA w Mirosławcu, samolotu Bryza w Babich Dołach, śmigłowca Mi-24 w Inowrocławiu, Tu-154 pod Smoleńskiem i wiele innych, włożył razem ze swoim zespołem ogrom pracy w to, żeby lotnictwo wojskowe stało się bezpieczniejsze. W efekcie przez 6 lat nie doszło do żadnego wypadku lotniczego. Dopiero w 2017 roku straciliśmy śmigłowiec Głuszec we Włoszech, potem śmigłowiec w Dęblinie, później samolot w Mińsku, znowu śmigłowiec w Inowrocławiu, samolot pod Pasłękiem i teraz kolejny. Tego nie można traktować jako przypadki.
To efekt nierozsądnych działań polityków majstrujących w systemie bezpieczeństwa lotów lotnictwa wojskowego.

Prezydent Andrzej Duda i minister Mariusz Błaszczak spotkali się w siedzibie Biura Bezpieczeństwa Narodowego z dowódcami sił zbrojnych. Tematem rozmów była kolejna katastrofa myśliwca MiG-29. Skomentuje to pan?
Mimo że pan minister Błaszczak ogłasza, że teraz kupimy samoloty F-35, to pomijając koszty, jest to program rozłożony na wiele lat. A sprawnych samolotów potrzebujemy już teraz.
Moim zdaniem dobrze wyszkolony pilot, przestrzegający reguł, w dobrze serwisowanym samolocie będzie bezpiecznie latał nawet na samolocie MiG-29. Jednak jeżeli podejmiemy decyzję o rezygnacji z tych samolotów, to musimy coś w zamian dać pilotom. Niech to będą chociażby kolejne samoloty F-16. Cześć ekspertów uważa, że dobrze by było związać się z producentami europejskimi, przy okazji mógłoby dojść do transferu technologii. Niestety, przy F-16 nie ma nawet o tym mowy. Kupując samoloty czy śmigłowce produkowane w Europie, jak choćby Eurofighter, Saab Gripen czy śmigłowce Caracal, mieliśmy szansę na transfer technologii. Wówczas nasze zakłady remontowe miałyby więcej pracy, biura konstrukcyjne mogłyby się czegoś nowego nauczyć.
Stalibyśmy się poważniejszym graczem na rynku, a nie tylko petentem.

Mówi się, że naprawa samolotów w Bydgoszczy pozostawia wiele do życzenia. To prawda?
Trudno mi się do tego odnieść. Jednakże każdy remont powinien być prowadzony w zakładzie mającym certyfikat udzielony przez producenta. Bierze on w ten sposób odpowiedzialność za cały proces remontu, również za części, narzędzia i procedury remontowe. Niestety, mamy samoloty produkcji rosyjskiej i sytuacja polityczna przekłada się tu na bezpieczeństwo lotów. Jeżeli podejmuje się decyzję o zerwaniu jakiekolwiek współpracy z producentem samolotu, to jednocześnie trzeba wziąć odpowiedzialność za to, że jakość remontu może odbiegać od zalecanej przez producenta.

Na początku stycznia tego roku rząd zapowiedział, że kupi Black Hawki, 4 sztuki, wcześniej wycofał się zakupów Caracali. Jakie to będzie rodzić konsekwencje, oprócz tego, że helikopterów ciągle brakuje?
Przede wszystkim wyboru śmigłowca Caracal dokonali piloci, a nie politycy. Śmigłowiec miał być kupowany w kilku wersjach, zatem był monotypem. A to oznacza standaryzację szkoleń, obsług, części, co jest istotne szczególnie w wojsku, bo łatwo wówczas zastąpić jednego specjalistę drugim bez dodatkowego szkolenia. Niestety, decyzją polityczną śmigłowce nie zostały kupione, mimo że przetarg został rozstrzygnięty. Zaraz po rezygnacji z Caracali mieliśmy zapewnienia ministra Macierewicza, że kupimy śmigłowce w Mielcu.

Przypomnijmy: wówczas Antoni Macierewicz w zakładach w Mielcu próbował kupić dwa stojące w hali śmigłowe w wersji wystawowej. Następnie mówił o kupnie ośmiu śmigłowców, potem jedenastu, a jego ówczesny rzecznik Bartłomiej Misiewicz twierdził, że jedynie przerwa noworoczna uniemożliwiła dostarczenie amerykańskich maszyn do Polski.
Mówił też coś o budowie śmigłowca polsko-ukraińskiego. Tak mogą mówić tylko ludzie, którzy nie mają pojęcia, na czym polega lotnictwo i jak długo trwa wprowadzenie do eksploatacji nowego typu śmigłowca. To nawet nie są lata, tylko kilkanaście lat badań, wdrożeń, aby mieć sprzedawalny produkt.
To, co mamy dziś, to kupione bez przetargu Black Hawki dla Policji w wersji podstawowej. Teraz mówi się, że dla lotnictwa morskiego będziemy kupować śmigłowce w Świdniku, produkowane przez koncert Leonardo, co oznacza, że będziemy mieć kolejny typ śmigłowca.
Dla sił specjalnych pewnie kupione zostaną śmigłowce też w wersji daleko odbiegającej od używanej przez armię USA. Dodatkowo mówi się o przedłużaniu resursów dla Mi-2, bo nie ma na czym szkolić pilotów, podobnie będzie z Mi-14, transportowymi Mi-17, szturmowymi Mi-24… Patrząc na to, mamy skansen. Gdybyśmy doprowadzili zakup śmigłowców Caracal do końca, tych problemów by nie było, już nie mówiąc o tym, że zakłady w Łodzi miałyby zamówienia w ramach offsetu. Niestety, my jak zwykle zostajemy z niczym.

Helikopter trochę z Polski

Nie dostarczamy newralgicznych, nafaszerowanych elektroniką podzespołów, ale dobrze, że możemy chociaż produkować kadłuby.

 

O tym, że amerykańskie wojska powietrzne stanowią istotną część sił militarnych świata przekonywać nikogo nie trzeba.
Liczą one niemal 320 tys. żołnierzy. Dysponują prawie 5,5 tys. rozmaitych samolotów, śmigłowców i bezzałogowych aparatów latających (1730 myśliwców, 313 samolotów szturmowych, 158 samolotów bombowych, 564 powietrznych tankowców, 199 samolotów specjalnego przeznaczenia, 769 samolotów transportowych, 1201 samolotów szkolno-treningowych, 186 śmigłowców oraz 347 dronów).
Corocznie przeznaczają ok. 100 mld dol. rocznie na modernizację i zakup sprzętu.

 

Model włosko-amerykańsko-polski

Skoro dysponuje się tak pokaźnym budżetem, nie może dziwić, że w ostatnim czasie dowództwo United States Air Force zadecydowało o wymianie dużej części śmigłowców.
Chodzi o maszyny typu UH-1N „Huey”. Cała wymiana wysłużonych „Huey” powinna zapewnić oszczędności rzędu 1 mld dol. w kosztach zakupu i całego cyklu życiowego nowych helikopterów.
Co istotne, w owej operacji istotny wkład będą mieli Polacy. Wybór Sił Lotniczych USA padł na śmigłowiec MH-139 – oparty o maszynę AW139 włoskiej grupy Leonardo, która wygrała z Black Hawkiem amerykańskiej firmy Sikorsky.
Nowy sprzęt ma spełniać kilka zadań. Śmigłowce przeznaczone mają być dla ochrony interkontynentalnych pocisków balistycznych oraz transportu członków rządu USA oraz sił bezpieczeństwa.
Dla nas istotny jest fakt, że część elementów (kadłub) MH-139 będzie produkowana przez PZL-Świdnik, a przy projekcie tej maszyny pracowali polscy inżynierowie.

 

Zamówienie na trzy lata

Główna część produkcji będzie odbywać się w amerykańskich zakładach Leonardo w Filadelfii.
Rozmaite dodatkowe komponenty będą zaś integrowane w wojskowej wersji MH-139, w zakładach Boeing Filadelfia.
W wyniku zwycięstwa w ogłoszonym przetargu, 84 tego typu śmigłowce, współprodukowane przez polskie zakłady, mają być dostarczone Amerykanom do 2021 r.
Program produkcji helikopterów MH-139 ma wartość 2,4 mld dol. i oprócz samych śmigłowców obejmuje urządzenia szkoleniowe oraz powiązany z nimi sprzęt wsparcia.

 

Sami nie wyposażymy swej armii

Wypada w tym kontekście żałować, że polskie Ministerstwo Obrony Narodowej wciąż nie dokonało wyboru nowego sprzętu (śmigłowce i okręty podwodne) dla polskiej armii.
Polskie zakłady (wspomniany PZL-Świdnik i PZL Mielec) oraz stocznia Marynarki Wojennej w Gdyni ciąle czekają na nowe, dlugofalowe zamówienia.
Stary, wysłużony sprzęt używany przez nasze wojsko za chwilę będzie nadawał się już tylko na złom. Co istotne – w przeciwieństwie do całkiem nowoczesnego sprzętu, znajdującego się na wyposażeniu naszego północno-wschodniego sąsiada z obwodu kaliningradzkiego.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.
Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.
Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.
Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r. Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.
Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach. Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?
A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?
I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne. To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19 proc. uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

 

Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

O dwóch Iwanach

…co machają z oddali.

 

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść” – transparent z tym cytatem z Adama Asnyka powieszono na ogrodzeniu Placu Słowiańskiego w Legnicy w dniu, w którym odjechać miał stamtąd Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Chwilę później Młodzież Wszechpolska powiesiła obok swój baner: „Wczoraj Mała Moskwa, dziś Wielka Legnica”. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej.
– To był pomnik przeszłości naszego miasta. Przypominał o tych pięćdziesięciu latach historii, które jednym kojarzą się dobrze, innym gorzej, ale których nie da się przecież wymazać. Promował totalitaryzm? Że niby ktoś tutaj, w Legnicy, pokochał Stalina, bo patrzył na ten pomnik? Bądźmy poważni…
Pierwszą rozmówczynię namierzyłyśmy już w podróży. Przyjechała z nami z Wrocławia do Legnicy tym samym pociągiem. Pani Urszula ma na oko około 50 lat. Pamięta, jak Rosjanie na początku lat 90. zbierali manatki. Wieloletnie stosunki sąsiedzkie ocenia jednak jako dobre. Po jednej i drugiej stronie żyli ludzie, których los wrzucił do kotła z przegródką. Radzili sobie jak umieli.
Kwitł handel wymienny. Po „moskiewskiej” stronie można było dostać dobra deficytowe, takie jak pomarańcze i słodycze. Rosjanom natomiast brakowało alkoholu. Potrzeba chwili nakręcała przyjaźnie, a nawet miłości. Nasza rozmówczyni jako nastolatka sama podkochiwała się w jednym z mieszkańców Kwadratu, zamkniętej dzielnicy wojskowej, gdzie wstęp dawała tylko przepustka, ale jej uczucie pozostało platoniczne i niespełnione. Zna natomiast historie heroin mniej sławnych niż Nowikowa, które przechytrzyły władzę w grze o zakazaną miłość. Jej obecna sąsiadka, która zakochała się w Polaku, dostała 48 godzin na to, aby się spakować i wrócić do Rosji. Ocalił ją konsul, który wymyślił fortel godny doradcy Napoleona: wziąć ślub w dużej Moskwie, a potem wrócić do Małej!

 

67 lat Jana i Iwana

11 lutego 1951 roku, kiedy odsłaniano pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni w Legnicy, witało go 10 tysięcy mieszkańców „Stworzyłem grupę stojącą na cokole: żołnierza polskiego i radzieckiego jako towarzyszy broni i trudów walki o wspólną sprawę. Żołnierz radziecki jest przedstawicielem niezwyciężonej armii, stojącej na straży pokoju i bezpieczeństwa narodów. Dziecko, które żołnierz polski trzyma na swym ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady” – opowiadał o swoim dziele rzeźbiarz Józef Gazy. Ten sam Gazy, który stworzył stołecznych „Czterech śpiących”. Ci mieli mniej szczęścia od legnickich kolegów. Dzięki listowi otwartemu, podpisanemu m.in. przez Kazika Staszewskiego, Edwarda Dwurnika, Pawła Kukiza czy Marcina Mellera („nie czcijmy najeźdźców i gwałcicieli”), zasnęli na zawsze i nie wrócili już na Dworzec Wileński. 24 marca 2018, kiedy legnicki pomnik był demontowany i wywożony do magazynu, na placu Słowiańskim przed Starostwem Powiatowym stało około 50 osób. Tylko nieliczne przyszły tam świętować „upadek totalitarnego symbolu”. Większość zebranych, jak czytamy w lokalnym magazynie, czuła raczej, że odchodzi powszechnie rozpoznawany symbol miasta, pamiątka po szczególnej historii. Starsi widzieli w nim pomnik swojej młodości, młodsi czasem się z niego podśmiewali, żartując, że to metapomnik tęczowej rodziny z dzieckiem. Służył za miejsce spotkań („o 12.00 pod Peerelką”), stanowił atrakcję dla przyjezdnych, nowożeńcy chętnie robili sobie pod nim zdjęcia. Jan i Iwan od początku nie mieli na Placu Słowiańskim łatwego życia. Pięć lat po odsłonięciu próbowano pomnik zniszczyć. Po 1989 zdarzało się, że ozdabiały go napisy „Ruscy won”. W 2009 r. rada miejska przegłosowała uchwałę o przeniesieniu Iwanów na cmentarz wojskowy. Tadeusz Krzakowski, prezydent z SLD, nie chciał o tym słyszeć. Ale nie mógł zatykać uszu w nieskończoność. W 2014 w samorządowych w Legnicy wygrał PO-PiS. Pozycja Sojuszu osłabła. Rok później prezydent podjął decyzję o rewitalizacji placu, po której z miejsca pamięci miałby się stać terenem rekreacyjnym, gdzie można postawić scenę, wspólnie się bawić. Chciał jednak, aby w konkursie na nową koncepcję znalazły się też propozycje, gdzie pomnik zostanie zachowany. Reżyser Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, sugerował referendum miejskie. Wtedy w badaniach sondażowych więcej było już zwolenników zachowania pomnika. Ale to wszystko działo się jeszcze, zanim przegłosowano ustawę dekomunizacyjną, a IPN z fanatycznym zapałem zabrał się do jej wdrażania. Ostatecznie pod koniec marca 2018 dźwig zdolny podnieść 40 ton rozprawił się z Iwanami w ciągu godziny. Po kilku kolejnych dniach zniknął cokół. Dziś w centralnym miejscu placu zionie puste miejsce, widać na nim jeszcze ślady czerwonej farby, którą lokalne prawicowe bojówki traktowały go w ostatnich tygodniach przed wywózką.
– Owszem, działają tutaj skrajnie prawicowe grupy, raczej z młodszego pokolenia – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. – Dają o sobie znać, ale… – rzecznik szuka odpowiedniego słowa. Wiemy, co ma na myśli. Że są „nieszkodliwi”.
Ich głos rzeczywiście przepadł, kiedy dwa tygodnie po rozbiórce pomnika legniczanie z własnej inicjatywy postawili nowy monument, słuszny politycznie. Na przełomie marca i kwietnia zawiązała się konspiracja. W ramach akcji „Aktywna Legnica” zbudowali cokół z kartonowych pudełek i przymocowali doń wielką, żółtą, dmuchaną kaczkę. Stanęła pod osłoną nocy, podobnie jak sejmowy krzyż. „Chcemy, żeby wszyscy byli czyści, żeby dbali o higienę. Wygląda to tak, że jest duży czarny postument i na samym szczycie stoi dmuchana, żółta kaczka, która symbolizuje czystość. Bo jak wiadomo małe dzieci kąpią się z takimi żółtymi kaczuszkami” – brzmiało oficjalne uzasadnienie. „Pomnik Czystości Narodu” został jednak brutalnie usunięty przez służby mundurowe. Dwóch funkcjonariuszy policji nad ranem oddaliło się majestatycznie z dmuchaną kaczką i tekturowym cokołem pod pachą, budząc powszechną wesołość u obecnych na miejscu zbrodni mieszkańców wyprowadzających psy na pierwszy spacer oraz reporterów Radia Wrocław. Tymczasem w Urzędzie Miasta, usytuowanym tuż obok Placu Słowiańskiego, już latem i jesienią poprzedniego roku starano się uzyskać zgodę wojewody dolnośląskiego, by pomnik stanął na cmentarzu wojennym w obrębie wielkiej nekropolii komunalnej przy ul. Wrocławskiej. Żołnierze, którzy odnieśli zwycięstwo nad faszyzmem, stanęliby na tej samej ziemi, w której spoczywa ich 2800 towarzyszy (i towarzyszek) broni, poległych dosłownie w przededniu zwycięstwa, w 1945 r. Zdawałoby się, rozwiązanie logiczne, jasne i niekontrowersyjne.

 

Liegnitz, Legnica, Mała Moskwa

Zdobycie Legnicy 11 lutego 1945 na rozkaz Stalina zostało uczczone w dużej Moskwie dwudziestoma salwami artyleryjskimi z 224 dział. Trzy dni wcześniej front dotarł do wschodnich dzielnic miasta. Lokalna komórka NSDAP zbyt późno zdecydowała się na ewakuację ludności. Tempo, w jakim nadchodziły jednostki 3. Armii Pancernej Gwardii dowodzone przez płk. Pawła Rybałkę, zaskoczyło wszystkich. Do obrony miasta wyznaczono oddziały 17. Dywizji Piechoty i jednostki odwodowe.
9 luty był przełomowy. Wtedy na dworzec i transporty zaopatrzenia spadły bomby. 10 lutego ostatecznie padł Zamek, ostatni bastion Wehrmachtu, gdzie broniło się około 100 żołnierzy. Co ciekawe, lokalne źródła udostępnione przez pasjonatów podają, że „w wyniku samych działań wojennych substancja miasta nie ucierpiała wiele. Ucierpiał dworzec, ponadto w wyniku ostrzału artyleryjskiego zniszczeniu uległo, jak się szacuje, ok. 120 budynków oraz Zamek. Natomiast 848 obiektów zostało poważnie uszkodzonych. Na skutek bezmyślnych zachowań żołnierzy radzieckich pod koniec 1945 r. liczba całkowicie zniszczonych budynków wzrosła do 360, a uszkodzonych była większa o 80”. Te ekscesy w pierwszych miesiącach po wojnie potem wygasły. Już w latach 60., czytamy w opracowaniach i wspomnieniach, polskie władze miasta decydowały się na rozbiórkę zabytkowej zabudowy centrum. W tym samym czasie radzieccy oficerowie z zainteresowaniem, a czasem zachwytem patrzyli na poniemiecką architekturę: nie znali podobnej z rodzinnych stron. Tam nie widywali ani gotyckich i barokowych kościołów, ani renesansowych i eklektycznych kamienic i willi. Zanim 22 maja 1992 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie opcję zerową wycofania jednostek Armii Radzieckiej, stacjonował tu Sztab Główny Północnej Grupy Wojsk. Było to największe skupisko wojsk radzieckich w Polsce. „Mała Moskwa” zajęła jedną trzecią ówczesnego terenu miasta. Dlaczego Legnica? Przed wojną była drugim po Wrocławiu kluczowym miastem Dolnego Śląska. Miała dużą liczbę koszar, lotnisko, wielki szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. No i, mimo wszystko, wyszła z wojny w zasadzie w świetnym stanie. W latach 1945–1947 żołnierze PGW wspólnie z saperami polskimi rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty, brali udział w wyremontowaniu odcinków linii kolejowych, odbudowywali mosty w całej Polsce.

 

Szacunek

Cmentarz komunalny w Legnicy, największa czynna nekropolia w mieście, położony jest przy Wrocławskiej 124. Do 1945 roku była to Neue Breslauer Straße. Na części kwater żydowskich Niemcy zrobili w 1938 r. cmentarz garnizonowy, a do lokalnego krematorium zwozili zwłoki z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Później karty historii odwróciły się. Po wysiedleniu ludności niemieckiej mieszkańcy w ramach zemsty dewastowali przedwojenne grobowce i płyty z napisami wyrytymi gotykiem. Cmentarna wojna do 1960 wymiotła praktycznie wszystkie niemieckie groby. Wiele płyt wykorzystano do budowy nowego ogrodzenia, tak, aby napisy skierowane były do wewnątrz i pozostawały praktycznie niewidoczne. Osobny cmentarz wojenny Armii Radzieckiej naprędce dobudowano w latach 50. – w przestrzeni pomiędzy „starą” i „nową” częścią cmentarza komunalnego. 6 listopada 1972 r. obok rzędów nagrobków dostawiono betonowy pomnik sławiący wschodnich towarzyszy broni, bohaterów walki z faszyzmem. Groby ustawione są w równych rzędach okalających alejkę wiodącą od monumentu. Na niektórych palą się znicze, leżą sztuczne czerwone goździki i maki. Miejscowi twierdzą, że wciąż bywają tu rodziny zmarłych. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają z Rosji czy Białorusi, widzą odśnieżone, wymiecione alejki, czerwone światełka pod pomnikiem. Pokój zapanował również na żydowskiej części cmentarza, chociaż nie ma już w mieście czynnej synagogi, miejscowa gmina, reaktywowana po wojnie, przestała działać w 2016 r. Na akcję sprzątania nekropolii zapraszali miłośnicy lokalnej historii z portalu Liegnitz.pl razem z Urzędem Miasta. Pracowali uczniowie miejscowych szkół, wierni zielonoświątkowej wspólnoty Anastasis, ludzie dobrej woli, łącznie trzystu ochotników i ochotniczek. Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba, bo historię się szanuje i przekazuje następnym pokoleniom. Ku refleksji i przestrodze. Z tą samą myślą swojego czasu postanowiono nazwać ulicę przylegającą do cmentarza Aleją Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA.

 

Niewolnica miłości

Kilka kroków od radzieckich kwater wojennych spoczywa Lidia Siergiejewna Nowikowa, legnicka Julia, „niewolnica miłości”, której historię nagłośnił Waldemar Krzystek w filmie „Mała Moskwa”. Mieszkańcy nie przestają się nią wzruszać, nawet jeśli prawda nie była aż tak poetycka, jak pokazano to na ekranie. Uświadomił nam to około 60-letni mężczyzna, paląc lampki na grobie Nowikowej, jedynym grobie z białego marmuru na legnickim cmentarzu. Ta biel kojarzy się z niewinnością, przypomina grób dziecka. Ukochanego dziecka – na płycie zawsze płoną znicze, stoją kwiaty. Nawet na planie cmentarza ten jeden nagrobek szczególnie wyróżniono.
Ludzie kochają tę opowieść, chociaż postać prawdziwego polskiego kochanka, sierżanta Edwarda Jońcy, nie była tak nieskazitelna jak sugerowałaby rola napisana dla Lesława Żurka. Miejscowi określali Jońcę raczej jako fircyka, etatowego Romea. Mówi się, że od początku nie był wobec swojej żony lojalny. Ponoć już goście weselni zauważyli, że źle się do niej odnosił. Historia o dziecku Polaka, które nosiła pod sercem zakochana Rosjanka, również okazała się tylko efektem inwencji reżysera. Dziecko, owszem, przyszło na świat – ale w małżeństwie Jońców. Polak nawiązał romans zaraz po narodzinach swojego syna. Dramat wyszedł na jaw dopiero po samobójczej śmierci pięknej i zdesperowanej Lidii Siergiejewny. Szczegółów nie znał nikt. Czy targnęła się na życie z bezsilności, czy była szantażowana przez zazdrosnego męża, może służby? Czy może kochanek, z którym ponoć widywała się w nocy nawet w piwnicach, powiedział, że nie widzi dla nich przyszłości? To wiedziała tylko ona. Powiesiła się na pasku z apaszki w Lasku Złotoryjskim. Jońca przyszedł na jej pogrzeb z bukietem białych róż. Później przeniesiono go do Wrocławia, w 1970 miał odejść ze służby. Nie wiadomo, co się z nim dalej działo, na jego temat krążą legendy. Jedni twierdzą, że zginął w wypadku, inni, że założył kolejną rodzinę i wyjechał z Dolnego Śląska. Bo pierwsza żona rozwiodła się z nim zaraz po pogrzebie Nowikowej. Została w Legnicy, gdzie pracowała jako nauczycielka w technikum elektronicznym. Parę lat temu za dorosłym już synem wyemigrowała do Kanady.
Nasz rozmówca nie spieszył się, opowiadał nam miłosną historię miejskiej heroiny, chociaż w międzyczasie zaczął padać deszcz. Chętnie odniósł się też do sprawy Iwanów.
– To taka sama wizytówka miasta, jak ona – wskazał na grób zakochanej, którą z wybrankiem rozdzieliła dopiero śmierć. Był pewien, że pomnik po demontażu natychmiast trafi na cmentarz wojenny, przecież w latach 90. tak właśnie postąpiono z radzieckimi pomnikami w kilkunastu miastach. Dziwił się, kiedy opowiedziałyśmy, czego dowiedziałyśmy się w Urzędzie Miasta od energicznej i konkretnej pani wiceprezydent Jadwigi Zienkiewicz.
Urząd Miasta w Legnicy otrzymał od wojewody dolnośląskiego pismo z odmową zgody na przeniesienie pomnika i pouczeniem, że „cmentarz nie służy do składowania obiektów propagandowych”. Tak orzekł – nietrudno zgadnąć – IPN. Wykonawcy polityki historycznej pouczają również, że cmentarz jest przestrzenią upamiętniania osób, które na nim spoczywają, tylko i wyłącznie ich – a więc uniwersalny pomnik żołnierzy nie może stanąć obok grobów czerwonoarmistów, którzy mają imiona i nazwiska (niektórych zresztą nie ustalono). W kolejnym liście, jaki oglądamy w Urzędzie, Instytut poucza jeszcze, że cmentarze nie powinny być narzędziem politycznych rozgrywek. Razem z mieszkańcem Legnicy, któremu trudno kulturalnie skomentować „wyczyny” IPN, poszliśmy w kierunku przyklejonych do radzieckiej nekropolii terenów zielonych. To tu ma powstać lapidarium, oficjalnie podległe Muzeum Miedzi w Legnicy. Obok eksponowanych pomników, bo znajdzie się miejsce i dla Iwanów, i dla popiersia marszałka Rokossowskiego, zdekomunizowanego już na początku lat 90., staną tablice informacyjne. Wszystko będzie zgodnie z ustawą, podkreśla wiceprezydent Zienkiewicz, bo zezwala ona na wystawianie pomników w celach informacyjnych, artystycznych, naukowych. Sam wojewoda dolnośląski wspomina w kolejnym liście o takiej ewentualności. Jakby się domyślał, że Legnica to jedno z tych miejsc, gdzie wola obrony lokalnej pamięci będzie zbyt silna, by pokornie pogodzić się z narzucaniem „dobrych zmian”. I gdzie sukcesy odnosi zmysł organizacji i zagospodarowywania, nie zacietrzewienie.

 

Przeobrażenie

Rosjanie wyjeżdżali stąd w 1991 r. w pośpiechu.
– Dotarło do mnie, że nie będzie już drugiej Legnicy. Ta oczekiwana wtedy sytuacja nagle uświadomiła mi, że jest to wielka zmiana nie tylko w sytuacji kraju, ale także każdej miejscowości, która „gościła” wojska radzieckie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nagle oblicze miasta zmieni się zasadniczo. Znikną z ulic radzieckie patrole i ciężarówki, ucichnie lotnisko. Pojawił się żal, gdzie później opowiemy nasze najsłynniejsze dowcipy tamtych czasów: że Legnica z lotu ptaka wygląda jak miska pierogów, połowa ruskich, połowa leniwych, a drugi – opowiadany przy każdej przebudowie drogi czy wodociągu – badają, jak głęboko Rosjanie się zakorzenili. Pomyślałem wówczas, że trzeba tę drugą, nieznaną nam Legnicę zachować dla historii – wspomina decyzję „o wyjściu” fotograf Franciszek Grzywacz w rozmowie z WP. Jako jedyny Polak otrzymał zezwolenie na fotografowanie radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Legnicy.
– Do tego czasu można było tylko fotografować pojazdy i przemarsze oddziałów radzieckich na terenie miasta. Zwróciłem się do Dowództwa PGW z prośbą o umożliwienie mi wykonania fotografii. Niestety, mimo wielu prób, nie uzyskałem zgody. Dopiero pół roku później, gdy zmarł nagle w Moskwie przedostatni dowódca PGW gen. Wiktor Dubynin, otrzymałem telefon z biura prasowego PGW, że w legnickiej cerkwi prawosławnej odbędzie się uroczyste nabożeństwo żałobne za pamięć generała, w którym będę mógł uczestniczyć i zrobić zdjęcia. Na pytanie, czy pozwolą mi tam wejść, oficer odpowiedział przyjaźnie, że „z domu Bożego nikt nikogo nie wygoni”. Zdjęcia z tego nabożeństwa zostały oprawione w album i poprzez biuro prasowe dotarły do ostatniego dowódcy PGW gen. Leonida Kowaliowa, dzięki czemu otworzyły się przede mną wszystkie radzieckie drzwi koszar, klubów i mieszkań. Nigdy nie spytałem, dlaczego tylko ja dostałem zgodę na fotografie – wspomina. – W czasie, gdy fotografowałem, oni wszyscy mieli już świadomość nieuchronnego terminu wyjazdu wojsk radzieckich z Polski i pogodzili się z tym i chętnie pozowali do pamiątkowych zdjęć. Zobaczyłem codzienne, normalne życie po drugiej stronie radzieckiego muru dzielącego Legnicę na dwie części. Niewiele różniło się od moich wyobrażeń, a wszyscy Rosjanie byli bardzo przyjaźnie nastawieni do mojej fotograficznej misji. Miasto z dnia na dzień musiało podjąć wyzwanie zagospodarowania dziesiątków zabytkowych nieruchomości, budynków, ogrodów. Zrozumiałybyśmy, gdyby na miejscu okazało się, że nie dali rady. Ale pustymi oknami i tablicami, że obiekt grozi zawaleniem, grozi tylko jedna z willi, które mijamy w dzielnicy Tarninów, dawnym zamkniętym Kwadracie. Pozostałe domy żyją, mieszczą dziś urzędy, szkoły, galerie, inne są zamieszkane. W willi, którą niegdyś zajmował marszałek Rokossowski, mieści się luksusowy hotel o nazwie Rezydencja, grającej na fascynacji nieodległą przeszłością. Stamtąd już niedaleko do gmachu dowództwa Północnej Grupy Wojsk, obecnie ZUS. Korytarzami, po których wojskowi spieszyli na odprawy i narady, w tym na tę, podczas której zdecydowano o interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., dziś chodzą interesanci: godziny przyjęć od wtorku do piątku od ósmej do piętnastej, w poniedziałki do osiemnastej. Orzecznictwo lekarskie – na lewo, sprawy emerytur, rent, kapitałów początkowych w skrzydle C. Tak samo w dawnych koszarach w innych częściach miasta: to dziś osiedla mieszkaniowe. W 1998 r. nowopowstała Wyższa Szkoła Zawodowa w Legnicy otrzymała od Skarbu Państwa działki wraz z budynkami wojskowymi. Najbardziej majestatyczny, największy budynek, dawny dom oficera z salą balową i kinem, dostał się diecezji legnickiej. Gen. Wiktor Dubynin, zanim opuścił Legnicę, z rozmachem przekazał go Kościołowi katolickiemu, w obecności delegacji władz miejscowych, na oczach mediów. I na wyrost, bo dysponentem majątku pozostawionego przez Północną Grupę Wojsk miało być państwo. Ale triumfującemu podczas transformacji ustrojowej Kościołowi żaden urzędnik nie śmiałby się sprzeciwić, a metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz nie pogardził prezentem.
W budynku, gdzie niegdyś uroczyście obchodzono rocznice rewolucji październikowej, dziś uczą się kandydaci do kapłaństwa, pracuje poradnia małżeńska. A przed budynkiem, na placu o dawno zdekomunizowanej nazwie, stanął pomnik zwieńczony wystrzeliwującym w niebo krzyżem. Na nim napis wspominający o walce z agresją ze wschodu.
Niby wszystko się zgadza, bo obelisk poświęcony jest księciu Henrykowi Pobożnemu, który w 1241 r. poległ pod Legnicą w przegranej bitwie z Mongołami. Jest na pomniku jego podobizna i to do jego walki odnosi się cytat z wypowiedzi Jana Pawła II. Ale jego wybór wydaje nam się stanowczo nieprzypadkowy. Za dobrze wiemy, jak ważne jest dla Kościoła zagospodarowywanie przestrzeni symbolicznej.

 

Polityka historyczna nie śpi

Tym bardziej, że rozsądek nie przestaje w Legnicy odnosić zwycięstw nad polityką historyczną. Oglądamy w ratuszu ulotki zapowiadające uroczyste obchody stulecia odzyskania niepodległości. Polegają na comiesięcznej weekendowej fecie: a to impreza w Zamku, to zwiedzanie katedry. Wszystko zanurzone w historii Dolnego Śląska, pełne odniesień do lokalności. Nie ma ani słowa o „faktycznym odzyskaniu niepodległości w 1989”.
Ale jest jeden lokalny Wyklęty, który atakuje już na dworcu kolejowym z plakatów sygnowanych znaczkami państwowych spółek. To wiceprezydent miasta Władysław Dybowski, adiutant Hallera, major NSZ. Lokalny Konrad Wallenrod (imię to nadał zresztą swojemu synowi). Po wojnie zapisał się do PPR. Swoje stanowisko w ratuszu miał wykorzystywać do działalności szpiegowskiej. W Legnicy pozyskał do współpracy dwóch radzieckich oficerów ze sztabu Północnej Grupy Wojsk. Zdobyte informacje przekazywał do krakowskiej komórki WiN, a ta wysyłała je do Londynu. Konrad Dybowski również działał w podziemnych strukturach w Krakowie. W 1946 wraz z ojcem został aresztowany, w 1947 obu skazano na śmierć. Spoczywają jednak nie w Legnicy, a na warszawskich Powązkach. A właściwie, jeśli trzymać się faktów, do tej pory nie wiadomo, gdzie spoczęli. Ciała majora nigdy nie odnaleziono, warszawska mogiła jest tylko symboliczna. Dekomunizacja Legnicy przyniosła mu jednak własną ulicę oraz patronat nad legnickim Klubem Gazety Polskiej, powiązanym z PiS.
Na ławeczkach koło Urzędu Miasta namierzamy dwóch typowych lobbystów wyklętości, starszego i młodszego. Noszą dumne koszulki Red is Bad i jeszcze dumniejsze srebrne łańcuchy – jeden na szyi, drugi na przegubie. Wyglądają, jakby ktoś zamówił ich z katalogu młodego prawicowca i postawił wprost na naszej drodze.
– Ruscy to okupanci – stwierdzają kategorycznie. – Tu jest polskie miasto.
Że bohaterowie to Wyklęci, wiadomo, wiedzą. Ale o tym, że mają swojego, tutejszego, już nie. Jednemu „coś się kojarzy”, ale „musiałby sprawdzić”. Widać nie czytają „Gazety Polskiej” wystarczająco uważnie.

Rozważania z defiladą w tle

Przy okazji defilady wojskowej w dniu 15 sierpnia wyszły na powierzchnię wszystkie problemy polskiej armii i Polski, jako kraju.

 

Chodzi o cały kompleks spraw związanych z naszymi tradycjami militarnymi, polityką medialną, szczególnie dotyczącą historii oraz aktualnym poziomem uzbrojenia w konfrontacji z wymogami XXI wieku. Zwraca uwagę przede wszystkim wizerunkowy brak spójności pomiędzy rzeczywistością i historią a symboliką płynącą z tego, co ujrzeliśmy na Wisłostradzie i w powietrzu nad Wisłą.
Trzeba zwrócić uwagę, że defilada odbywała się w roku 100-lecia odzyskania niepodległości, a jej wymiar historyczny i propagandowy nastawiono na mające mieć miejsce za dwa lata 100-lecie Bitwy Warszawskiej. Przede wszystkim symbolika nawiązująca do konfrontacji polsko-rosyjskiej, kiedy wiadomo, że w tym 100-leciu miały przynajmniej miejsce trzy wielkie wydarzenia, z których Bitwa Warszawska może być jedynie epizodem w konfrontacji z kilkuletnimi zmaganiami Polaków na frontach I wojny światowej i najbardziej krwawej II wojny światowej, oraz wielkimi ofiarami, jakie ponieśliśmy jako naród. Wiąże się z tym absolutnie niespójny i zakłamany przekaz historyczny dotyczący II wojny światowej, w którym zapomina się przynajmniej o dwóch sprawach: po pierwsze o sprawcach tej wojny i po drugie o proporcji wysiłku i liczbie ofiar na frontach wschodnim, zachodnim i południowym.

Istotną sprawą treści tej defilady jest wystąpienie prezydenta RP i zawarta w nim deklaracja wzrostu polskiego budżetu obronnego do poziomu 2,5 proc. PKB. To istotna deklaracja, złożona, jak można rozumieć, aby zadowolić naszego sojusznika zza oceanu po żądaniach podczas ostatniego szczytu NATO. Inne kraje sojusznicze, jak wiadomo jej nie podjęły. Deklaracja budzi zdziwienie, została złożona bowiem bez zachowania odpowiednich procedur wymaganych przy konstrukcji budżetów państwa i porozumienia na szczeblu parlamentarnym. Jest w opinii publicznej niezadane pytanie, szczególnie po ostatnich dwóch latach rządów koalicji prawicowej w MON, o realizację zatwierdzonego przez Sejm budżetu obronnego i celowość wielu wydatków, z pytaniem o tzw. gospodarność w tle.

Generalnie problem, z jakim spotyka się dziś Polska na tle innych krajów, położonych szczególnie w Europie Środkowej, dotyczy ewentualności wybuchu konfliktu militarnego i zachowania stanu bezpieczeństwa, pozwalającego na realizację w dalszej perspektywie naszych interesów narodowych w ramach m.in. Unii Europejskiej. Polska myśl polityczna początku XXI wieku zdominowana jest przez fobie historyczne potomków właścicieli utraconych w wyniku porozumień w Jałcie i Poczdamie ziem na Wschodzie. Nie bierze ona pod uwagę, co widać w codziennych przekazach medialnych rządu i jego prominentnych przedstawicieli, realiów, jakie wytworzyły się w wyniku zmian globalnych po roku 1989 i nowych kart, które próbuje otworzyć prezydent Donald Trump po spotkaniu na szczycie w Helsinkach. Jest ona absolutnie oderwana od rzeczywistości, również europejskiej, gdzie dominują idee współpracy i rozwoju, a nie wojny.

Polska polityka międzynarodowa i polityka bezpieczeństwa powinny zostać określone, w sytuacji, jaka powstaje dziś w świecie, w ramach porozumienia wszystkich sił parlamentarnych i opozycji pozaparlamentarnej. Nie może ona być dziełem jednej opcji politycznej i jednego punktu odniesienia. Już dziś sytuacja ta działa na szkodę interesów Polski w dłuższej przestrzeni czasowej. Coraz więcej środowisk i doświadczonych polskich polityków i intelektualistów uważa, co widać w polskich mediach, że polityka oparta o realizowane błędne założenia, przynosi szkodę. Generalnie w zrównoważonym dziś świecie wojna nuklearna nie jest możliwa, a na wojnę lokalną na naszych ziemiach, może wygodną nawet dla niektórych, po doświadczeniach XX wieku pozwolić sobie jako Polacy nie możemy.

Wracając do defilady 15 sierpnia. Założeniem jej organizatorów było przekazanie społeczeństwu, że jesteśmy gotowi do wojny na Wschodzie i nie oddamy piędzi ziemi potencjalnym najeźdźcom. Znamy takie przekazy z 1939 roku i wiemy jak to się skończyło.

Defilada nie pokazała, jak i w jaki sposób jesteśmy gotowi do pokoju – czy jesteśmy w stanie skutecznie odstraszać, ale również efektywnie współpracować. Jak zauważyliśmy, stan naszych sił obronnych jest na złym poziomie. Opiera się głównie o stare, muzealne uzbrojenie, w części pamiętające lata 70. ubiegłego wieku. Przestarzałe są, nawet te najnowocześniejsze F16 na tle konstrukcji, które posiadają inne kraje. O ile wiem, nie zdołaliśmy tej wielkiej inwestycji zbrojeniowej rozliczyć – może ktoś odpowie, co jest z tzw. offsetem?

15 sierpnia byliśmy świadkami wielu symbolicznych przekazów, które warto zapamiętać, bowiem one stanowić będą o przyszłości: to sierżant dowodzący grupą żołnierzy naszego największego sojusznika, to stare poradzieckie helikoptery broniące polskiego nieba, to dwóch spieszonych huzarów przypominających chwałę polskiego oręża, to wreszcie prezydent honorujący publicznie „wyklętego”.