Polacy nie gęsi – i swój tylko znają?

Gdy pandemia niekiedy uniemożliwia nam podróże zagraniczne, część rodaków może dojść do wniosku, że została jak Himilsbach z tym angielskim.
Wydawać by się mogło, że język światowy, czyli angielski, został już w stopniu dość przyzwoitym opanowany przez sporą część mieszkańców kraju. Okazuje się jednak, że nie do końca, zaś pod panowaniem prominentów PiS, dla których niekiedy nawet poprawna polszczyzna jest zupełnie obca, dzieje się coraz gorzej.
Według rankingu EF EPI (English Proficiency Index) – największego na świecie rankingu znajomości angielskiego – Polska obecnie znajduje się na 16. miejscu na 100 badanych krajów, w których mieszkańcy najlepiej posługują się językiem angielskim. Dla porównania, cztery lata temu plasowaliśmy się jeszcze sześć oczek wyżej, zajmując 10 miejsce. Zjazd w czasie rządów PiS jest więc ewidentny i znaczący.
Na czele tej klasyfikacji jest Holandia przed Danią. Nas wyprzedzają bezpośrednio Węgry i Serbia, zaś tuż za Polską plasuje się Rumunia (gdzie jednak dość powszechna jest znajomość francuskiego)
Wszystko może zatem wskazywać na to, że poziom naszej znajomości tego języka znacząco się pogorszył – a przecież w dzisiejszych czasach jest to podstawowa oraz kluczowa umiejętność w zdobywaniu doświadczeń, nie tylko w sferze zawodowej.
To truizm, że znajomość języków obcych ma realny wpływ na nasze życie. Dzięki ich nauce poszerzamy swoje horyzonty – mamy szanse na lepszą, dobrze płatną pracę czy realizowanie ciekawych projektów na obejmowanym już stanowisku. Jednak perspektywa zawodowa to nie jedyna przestrzeń, w której język obcy otwiera nam drzwi do nowych szans. Zagraniczne znajomości i dalekie podróże to kolejny, bardzo ważna potrzeba – i dobry motyw – aby uczyć się języków obcych.
Pomimo trudności językowych i wszechobecnej pandemii, wycieczki za granicę nadal cieszą się bardzo dużą popularnością. Według badania American Express Travel dotyczącego trendów w podróżowaniu, 56 proc. polskich respondentów uważa, że brakuje im podróży tak bardzo, że są skłonni zarezerwować wyjazd, nawet jeśli w przyszłości będą musieli z niego zrezygnować, ponosząc część kosztów. Natomiast aż 87 proc. pytanych w naszym kraju twierdzi, że planowanie podróży pozwala im z radością patrzeć w przyszłość. Te wyniki wskazują, że ludzie czerpią nadzieję i pociechę także z myślenia o podróżach oraz ich planowania. To zaś może ich zachęcać do cierpliwej nauki języka, aby móc jeszcze pełniej korzystać z wyjazdów – choć często, oprócz koronawirusa, barierą w podróżowaniu są rosnące ceny wyjazdów.
Niestety, znajomość języka angielskiego wciąż nie jest taką oczywistą sprawa wśród Polaków. Ustępujemy pod tym względem wielu krajom, będącym kiedyś koloniami brytyjskimi, gdzie posługiwanie się angielszczyzną jest oczywiste.
Jak wynika z raportu English Proficiency Index, najlepiej wykształconą pod kątem języków obcych grupą wiekową są naturalnie głównie osoby młode, w wieku 21-30 lat. Ciekawym wynikiem jest to, jak wiele czasu zajmuje naszym rodakom zgłębienie tajników języka angielskiego? Okazuje się, że trwa to raczej długo, bo potrzebują w tym celu średnio aż do 12 lat nieprzerwanego kształcenia – i dopiero ten okres prowadzi do jego biegłej znajomości.
Powodem tej przewlekłości może być nieprawidłowe podejście do przyswajania wiedzy, które zazwyczaj opiera się na żmudnej nauce zasad gramatycznych, a nie na praktycznej umiejętności swobodnej komunikacji z obcokrajowcem – a także i po prostu nasza wrodzona niechęć do systematycznej nauki oraz brak talentu do języków obcych, co także się zdarza.
Jedno jest pewne – czy to wakacje marzeń na drugim końcu świata, krótka wycieczka last-minute, czy służbowa delegacja – bez względu na powód podróży i jej charakter, oczywiste, że tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie porozumieć się z drugim człowiekiem w prawie każdej sytuacji, możemy w pełni korzystać z takiego wyjazdu oraz czuć się bezpiecznie nawet z daleka od domu. To poniekąd wyjaśnia, dlaczego Jarosław Kaczyński przed objęciem funkcji publicznych, tak unikał podróży zagranicznych.
Rzeczywistość jest jednak taka, że wielu z Polaków decyduje się na wyjazd za granicę bez znajomości chociażby podstawowych wyrażeń w języku danego kraju. Co więcej, nie każdy z nas zna nawet język angielski w stopniu pozwalającym na w miarę podstawową rozmowę z osobą innej narodowości. A podobno do swobodnej komunikacji i dogadania się z obcą osobą z innego państwa wystarczy jedynie 1000 różnych słów w języku angielskim. Oczywiście zasada ta nie zawsze dotyczy osób, które ze względu na charakter swojej pracy muszą biegle porozumiewać się językiem, a dodatkowo znać i używać specjalistycznych słów i zwrotów.
Poza tym zaś – każdy, kto próbował, wie że doskonałe opanowanie tego tysiąca słów i nabranie umiejętności ich używania, to wcale nie jest taka prosta sprawa. Ale próbować trzeba…

Księga Wyjścia (67)

Ballada o perfidii, która kieruje naszymi losami.

Tak się jakoś złożyło, że piszę felieton na tydzień przed jego publikacją. Zaletą tej formy artykułów jest to, że są ponadczasowe i mają charakter bardziej refleksyjno-literacki, lub jak kto woli, komentatorski.
Dlatego tak, to ostatni felieton, pisany jeszcze przed wylotem w rejon Górskiego Karabachu. Poczeka więc na swoje stałe miejsce w gazecie, by jak zawsze w piątek ukazać się na łamach DT. Nie wykluczam, że do tego czasu zdążę już wysłać świeże relacje i materiały z pięknego, ale wciąż ociekającego krwią miejsca – jeśli oczywiście zasięg pozwoli. Niech więec Was to nie zmyli – nie jest nas dwóch – a gdy to czytacie, jestem już gdzieś w pięknych górach tego spornego rejonu, z którego relacje będę przesyłał na bieżąco. W miarę sił i możliwości.
Piękne góry, ale też niezwykle niebezpieczne okolice, gdzie wszystkie strony konfliktu – ponoć już doszłyli do porozumienia – dosyć szczodrze poukrywałyli najbardziej perfidne narzędzia do zabijania i trwałego okaleczania ludzi – czyli miny przeciwpiechotne. Jeszcze nie jestem na miejscu, ale w pamięci przywołuje doświadczenia z pobytu w Kosovie, gdzie również nie szczędzono tych okrutnych pułapek, których ofiarami bywająsą głównie cywile i to wiele lat po rozstrzygnięciu, zawarciu pokoju, lub innego powodu zmiany polityki z wojennej na pokojową. Za dużo czasów w jednym zdaniu – przeszły, teraźniejszy i przyszły.
Oczywiście nikt nigdy nie ponosi żadnej winy, ofiary natomiast pozostają zazwyczaj same ze swym kalectwem. I to tylko wtedy, jeśli miałyeli szczęście i przeżyłyli. Najczęściej poszkodowane są bawiące się w lasach dzieciaki, które korzystając z zakończenia wojny mogą wreszcie pohasać do woli, wyjść ze schronów, opuścić kryjówki i pobiegać popobawić w okolicy.
Pułapki te są porozkładane chaotycznie, zwykle bez żadnych planów, które pozwoliłyby później saperom je rozbroić. Oczyścić rejon. Jeśli jakiś teren zabezpiecza przed wrogiem regularne wojsko, to zwykle ma jakiś plan – chociaż i tu nie można wykluczyć, że któryś z żołnierzy zakopał kilka więcej – ot tak, na własną rękę.
Gorzej gdy robią to sami cywile. Początkowo pamiętają, potem gdzieś to zanika, lub ci którzy pamiętali zginęli, wyjechali, albo wycofali się zostawiając drugiej stronie te śmiertelne „„niespodzianki”. Zalegają pod ziemią nawet kilkadziesiąt lat. Sam będąc nastolatkiemkilkunastolatkiem szukałem wszelkiego rodzaju niewypałów w okolicznych lasach. W czasachokolicach mojego dzieciństwa, bardzo długo stał front. Z jednej strony Wisły – Armia Czerwona, z drugiej – Niemcy. O partyzantce już nie wspominając.
Nie było kłopotu, żeby znaleźć pociski artyleryjskie, które potem rozbrajaliśmy, co raz omal nie urwało mi nogi. Do tej pory chodzą poszukiwacze pamiątek i skrupulatnie przeszukują teren specjalnymi wykrywaczami. Za czasów mojej młodości nikt nie miał takiego sprzętu i zapewne udawało się znaleźć znacznie więcej, niż obecnym hobbystom wybuchowych wrażeń, często przekonanych, żze nic im nie grozi, bo proch już zwietrzał, wszystko przerdzewiało i nic się stać nie może. Wyprowadzę z błędu , zawsze może, nawet jeśli prochproch być może zamókł,mogły zostać ale zostały aktywne i naprawdę mające dużąa siłę rażenia spłonki, został trotyl, czy dynamit. Ale z drugiej zaś strony, tą pasją robią dobrą robotę.
Usuwają to, po czym przeszło już tysiące ludzi, ale w końcu mogłoby eksplodować pod nogami rodziny na grzybach. Nauczyłem się już uważać i rozpoznawać miejsca gdzie mogą być schowane, ukryte te potworne i bezosobowe pułapki. Jakaś anomalia na niewielkiej przestrzeni, świeża ziemia, liście lub patyki niezgodne z układem pozostałej części terenu. LeczAle i to z czasem zaniknie, urosną krzaki, drzewa, przyroda dostosuje się do pozostawionych znaków i bardzo skutecznie je zakamufluje.
Wtedy jedynym sposobem skutecznego pozbycia się śmierci spod powierzchni, jest sposób Kargula i Pawlaka – czyli podpalenie całego obszaru. Im było łatwiej, gdyżbo to jedynie trochę morgów, kilka hektarów zboża. W górach niemożliwe. Zbyt duży teren, kamieniste i niepalne podłoże, często z daleka od roślin, które mógłby strawić ogień. Podpalanie lasów nie jest więec najlepszą formą rozminowania.
Każda wojna jest bez sensu, każde strzelanie i zabijanie służy interesomkorzyściom jakiś oligarchów podsycających ludność do wzajemnej nienawiści w imię swoich interesów. W przeciwieństwie do strzałów czy bomb, przed którymi można się jakoś zabezpieczać, to wobec min pułapek jesteśmy bezbronni. Nikt nie wie dokładnie ilu takiche bezbronnych ludzi zginęło, ilu zostało okaleczonych. Widziałem ich w Kosovie dziesiątki.


Ostatni tydzień to był hardcorem i rollercoasterem na sterydach. We wtorek dowiedziałem się, że mogę zabrać się z grupą reporterów w rejon walk Górskiego Karabachu, czyli Republiki Acach. Nazwa zależy od granicy, zza której mówimy o tym rejonie. Od strony Armenii jest to Republika Acach, z Azerbejdżanu natomiast Gorski Karabach. Gdy tylko zadzwonił telefon z informacją,a że czeka mniejest wyjazd i to już teraz – szóstego grudnia, wpadłem w euforię. Trochę opadła, gdy zobaczyłem ogrom dokumentów, które muszę wypełnić, wszystkie w języku rosyjskim, wszystkie cyrylicą. Droga przez mękę, ale dzięki pomocy przyjaciół udało się złożyć wszystko w terminie. Wszelkie prośby, pozwolenia, akredytacje do ministerstw kilku państw. Najgorzej było z Armenią, kilka razy odmawiali, bo brak podpisu kierownictwa gazety – jadę jako reporter Dziennika Trybuna – a to brak pieczątki. Ponieważ mieszkam jakieś 130 kilometrów od Warszawy i tym samym od siedziby redakcji, musiałbym tam pojechać, ale nic by to nie dało, bo w siedzibie też nikogo nie było – większość pracuje online – lekko się podłamałem, naprawdę, bardzo zależało mi na tym wyjeździe. W końcu napisaliśmy, że z powodu pandemii redakcja jest nieczynna, pracujemy zdalnie i nikt nie ma dostępu do pieczątek i możliwości podpisania odpowiednich dokumentów. Przez trzy doby zdobywałem niezbędne zaświadczenia, stawającstawiając na głowie, ale mimo to wciąż przychodziły odmowy z Armenii i Republiki Arcach. Wszystkie inne państwa wyraziły zgodę, blokował mnie jedynie Erewań. Gdy myślałem, że jest już pozamiatane i nigdzie nie jadę, we czwartek rano dzwonek telefonu, ponownie od organizatorów, usłyszałem -, że „już wszystko załatwione”, mam nawet bilet, przesłany który natychmiast przesłali mi pocztą – i że wylatuję w niedzielę. Ulga, a jednocześnie pęd pakowania i organizacji niezbędnych rzeczy. Dzisiaj jest piątek, pojutrze zatemwięc wylatuję, najpierw Minsk, przesiadka i jużz prosto do Erewania. Wciąż nie jestem w pełni spakowany i wciąż nie kupiłem wszystkiego, co mi potrzeba. Ale trudno. Najważniejsze mam, czyli dyktafon, zeszyt, długopis, tablet i papierosy. Więc jadę, jadę w ten zapomniany, sporny choć podobno chwilowo spokojny rejon, w którym nie ma nic, żadnych złóż mineralnych, ziemi uprawnej. To obszar górski, kamienny, może dlatego świat specjalnie nie relacjonuje tego konfliktu. Tam nie ma światowych agencji, świat traktuje to jako lokalny konflikt, a dla mieszkańców to wojna. Wojna w najbardziej perfidnej formie, gdzie wciąż strony używają narzędzi, które zostały już oficjalnie wycofanycha z użytku przez większość państw. Mimo, że światowi giganci nie ratyfikowali tego porozumienia, nie usprawiedliwia rozsiewania opóźnionej śmierci przez każdy kraj, który prowadzi jakąś wojnę. Nie będę teraz opisywał co wiem o tym konflikcie, bo być może na miejscu zobaczę zupełnie co innego niż to, czego się tu naczytałem i będę musiał odszczekiwaćać. Szykuje sięBędzie to mój osobisty, kolejny sprawdzian po dawnej Jugosławii i Kosovie. Cczy poradzę sobie gdy wrócę. Jeżdżąc w środek konfliktu zwykle widać gdzie i jak wyglądają prawdziwe ludzkie problemy. Bardzo trudno jest potem wrócić do Polski i pisać o krajowych aferach mając jeszcze przed oczami ludzką tragedię. Nie ma nic gorszego niż wojna, to tak jakby zło całego świata skumulowało się na jednym małym skrawku ziemi. W każdym konflikcie jest właśnie to wszystko czym gardzimy, czego nienawidzimy i czego się boimy. Od zwyrodnialcóow i sadystów, przez podstępnych strategów traktujących ludzi jak statystyczne dane, po mój osobisty problem. Alkohol i narkotyki, wbrew zapewnieniom sztabów wszystkich armii świata, środki psychoaktywne wciąż podaje się żołnierzom podczas -szczególnie niebezpiecznych i wymagających sporej dozy szaleństwa – działań bojowych. A w niektórych każdemu, kto idzie walczyć. Kolejnym moim osobistym problemem jest powrót. Podczas całego pobytu mam gdzieś z tyłu głowy, że jestem tu na chwilę, że zaraz wrócę do swojego bezpiecznego mieszkania. To dosyć traumatyczne wiedząc, że ludzie z którymi dopiero rozmawiałem muszą tam zostać drżąc i walcząc o życie. Świat jest zły, wszyscy mówią, że jeśli zawsze tak było, to tak musi być, że taki jest świat, że go nie naprawię, że nikt nie naprawi. A może jednak komuś się uda. Nie musimy powielać dotychczasowych zbrodni i błędów pod pozorem „„taki jest świat” świetny pretekst by uspokoić sumienie i odwrócić głowy od zbrodni tłumaczonych humanitarną interwencją. Wystarczy, bo się nakręcam i rozpędzam, znowu dostanę opierdziel, że za długi tekst przysłałem. Do przeczytania niebawem.

Urlop z bonem

Jedna piąta tegorocznych rodzinnych wyjazdów wakacyjnych prawdopodobnie nie doszłaby do skutku, gdyby nie turystyczne 500 plus.

Według danych z połowy sierpnia, bon turystyczny zachęcił już tysiące Polaków do wyjazdu na wakacje. Blisko 40 proc. rezerwacji od początku sierpnia zostało dokonanych z użyciem bonu i jedna piąta z nich w ogóle nie doszłaby do skutku, gdyby nie wakacyjne 500 plus.
Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę rezerwacje, w których minimum połowa wartości przypada na bon, wskaźnik ten rośnie do ponad 60 proc. Oznacza to, że bon 500 plus skłaniał tysiące Polaków do rezerwowania pobytów, na które prawdopodobnie w ogóle by się nie zdecydowali, gdyby nie otrzymane wsparcie. Widać to również po wzroście liczby rezerwacji z dostawkami, które w ciągu pierwszych dni sierpnia stanowiły aż 40 proc. wszystkich pobytów. To o 20 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok temu. Takie wnioski płyną z podsumowania pierwszych dni funkcjonowania nowego programu dokonanego przez portal rezerwacyjny Travelist.pl.
Od 1 sierpnia polskie rodziny mogą planować wakacyjny wypoczynek z uwzględnieniem bonu turystycznego 500 plus. Do połowy sierpnia według danych ZUS skorzystało z tej możliwości już blisko 50 tys. rodziców, zaś łączna wartość wykorzystanych w tym okresie bonów to 36 mln zł.
Według badania przeprowadzonego przez Travelist.pl w połowie lipca, niespełna 60 proc. respondentów planowało zrealizować bon turystyczny w trakcie tegorocznych wakacji. Dane transakcyjne z pierwszych dni sierpnia pokazują jednak, że odsetek rezerwacji z bonem dokonanych jeszcze na terminy wakacyjne jest znacznie wyższy, bo sięga prawie 90 proc. To o 7 proc. więcej niż w przypadku rezerwacji bez bonu dokonywanych w tym samym okresie. Jest to przy okazji także dowód na to, że dla rodzin z dziećmi wakacje spędzone razem w sezonie letnim, są najważniejsze.
Można zauważyć także inne rozbieżności między deklaracjami – a rzeczywistym zachowaniem rodzin korzystających z wyjazdów urlopowych. Na przykład, o ile odsetek planowanych wyjazdów z bonem nad morze i w góry w dużej mierze zgadza się z faktycznie rezerwowanymi kierunkami, o tyle w przypadku zwiedzania miast mamy do czynienia z różnicą ponad 15 punktów procentowych – tylko bowiem 5 proc. osób deklarowało wykorzystanie bonu na wyjazd do jakiegoś miasta, natomiast aż 21 proc. rzeczywiście go na ten cel wykorzystuje.
Polskie miasta w wakacje cieszą się więc niemałym zainteresowaniem polskich rodzin – sprzyja temu i pandemia koronawirusa i oczywiście fakt, że bon turystyczny 500 plus można wykorzystywać jedynie w kraju. Często jednak te wyjazdy się łączą ze sobą. Rodziny wyjeżdżające z bonem turystycznym nad Bałtyk bardzo często przy okazji zwiedzają Trójmiasto, natomiast ci, którzy ruszają w Tatry czy Beskidy niejednokrotnie robią sobie postój w Krakowie.

Wielu chłopców wyjechało z naszego puebla

Jednak wielu też i wróciło. Nie ma tu żadnych konkretnych wyliczeń lecz tylko szacunki,
ale można przypuszczać, że szczyt migracji z Polski jest już za nami.

Wszystko wskazuje na to, że w roku ubiegłym, po raz pierwszy od ośmiu lat zmniejszyła się liczba Polaków, przebywających na emigracji w innych krajach.

Decydujący wpływ na spadek liczby nowych wyjazdów za granicę i wzrost liczby powrotów miała dobra sytuacja na polskim rynku pracy, w tym niski poziom bezrobocia, a także – w przypadku Wielkiej Brytanii – niepewność związana z brexitem.

Za rządów PiS wyjechało najwięcej

Zgodnie z wynikami szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w końcu 2018 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 455 tys. stałych mieszkańców naszego kraju, tj. o 85 tys. (3 proc.) mniej niż w 2017 r. W Europie mieszkało około 2 155 tys. osób (o 85 tys. mniej niż w 2017 r.), większość z nich – ok. 2 030 tys. – w krajach członkowskich Unii Europejskiej.
Na koniec 2017 r. liczba emigrantów z Polski wynosiła 2 540 tys., a więc prawie o 900 tys więcej niż rok później, z czego na Europę przypadło 2 240 tys.
Po ponad dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy więc szczytowy punkt nasilenia emigracji z naszego kraju. Pod koniec 2014 r. za granicą przebywało bowiem 2 320 tys. Polaków z czego w Europie 2 015 tys. Wszystkie te dane dotyczą ludzi przebywających za granicą powyżej trzech miesięcy. W świetle statystyki jest tu mowa o wyjazdach czasowych, bo podane liczby nie dotyczą osób, które formalnie już uregulowały swój trwały pobyt poza Polską.
Wrócą na święty nigdy
W rzeczywistości jednak często chodzi o osoby będące za granicą już od wielu lat – i prawdopodobnie większosć tej prawie dwu i półmilionowej grupy co najmniej do emerytury pozostanie w innych krajach.
W pewnym stopniu potwierdzają to dane z gminnych jednostek ewidencji ludności, bo wśród osób, których wyjazd za granicę został zgłoszony, najliczniej reprezentowana w 2018 r. była grupa wieku 30-39 lat. Natomiast 10 lat wcześniej były to osoby w wieku 20-29 lat.
„Można zatem przypuszczać, że znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała za granicą do chwili obecnej” – stwierdza GUS.

Brexit nas straszy

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Niemczech (706 tys.), Wielkiej Brytanii (695 tys.), Holandii (123 tys.) oraz w Irlandii (113 tys.). W 2018 r., w porównaniu do 2017 r., odnotowano zmniejszenie się liczby mieszkańców Polski przebywających w Wielkiej Brytanii i Włoszech.
Najbardziej znaczące zmiany zaobserwowano właśnie w przypadku Wielkiej Brytanii: liczba przebywających tam czasowo polskich emigrantów zmniejszyła się o około 98 tys. (12 proc.). Z grona osób, które opuściły Wielką Brytanię, tylko część powróciła do Polski, a pozostali przenieśli się do innych krajów. Niewielki wzrost liczby Polaków zaobserwowano w Niemczech (o 3 tys.), a także w Holandii, Austrii, Czechach, Danii, Irlandii, Szwecji, Norwegii oraz innych krajach spoza UE (głównie w Szwajcarii i Islandii).

Wciąż za chlebem

Podobnie jak w poprzednich latach, głównym powodem wyjazdów za granicę była oczywiście chęć podjęcia tam pracy. Wskazują na to wyniki polskich badań statystycznych prowadzonych w gospodarstwach domowych.
W sumie, na koniec ubiegłego roku najwięcej Polaków przebywało czasowo w: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Irlandii, Włoszech i Norwegii. Trzeba zwrócić uwagę, że statystyka jak zwykle oznacza jedynie szacunki i wartości przybliżone, a nie twarde dane.
„Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych funkcjonujące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach (…) Zjawisko emigracji jest trudne do uchwycenia w statystyce w pełni „ – wskazuje GUS, dodając również: „Uzyskanie danych o rzeczywistej skali migracji z konkretnego badania lub rejestru jest niezwykle trudne”.
Część osób w ogóle nie zgłasza swojego wyjazdu z naszego kraju, ani w żaden sposób nie rejestruje się za granicą, co dotyczy zwłaszcza państw Unii Europejskiej. Zdarza się też, że w poszukiwaniu lepszych warunków życia wyjeżdżają oni z jednego państwa do drugiego (taki trend dotyczy np. wyjazdów z Wielkiej Brytanii do Norwegii) i także nie zgłaszają tego faktu w żadnym kraju. Nie są więc ujmowani w jego statystykach emigracyjnych.
Wreszcie, niemała grupa Polaków ma podwójne obywatelstwo – a osoba, będąca obywatelem Polski oraz innego kraju, nie jest traktowana w tym kraju jako polski imigrant.
W rzeczywistości więc, dane statystyczne to jedynie wielkości bardzo orientacyjne. Liczba emigrantów z Polski jest zaś z pewnością wyższa, niż pokazuje to GUS.

 

Lepiej to zrobić przed wyjazdem do Rosji

Wszyscy kibice wybierający się na mundial do Rosji, a zatem także Polacy, muszą złożyć wniosek o wydanie karty FAN ID.

 

Ten specjalny dokument zastępuje wizę, jest wymagany do wejścia na stadion, ale pozwala też korzystać z darmowej komunikacji. Posiadanie karty FAN ID oraz paszportu pozwala na bezwizowy, wielorazowy wjazd i wyjazd z Rosji w dniach od 4 czerwca do 25 lipca, jednak wjazd do kraju jest możliwy tylko do 15 lipca.
Karta FAN ID wraz z dokumentem tożsamości oraz biletem to komplet niezbędny do wejścia na stadion, lecz także uprawniają kibiców do darmowych przejazdów kolejowych na wybranych trasach oraz bezpłatnych kursów transportem miejskim w dni meczowe. Miejsca w pociągach należy jednak zarezerwować wcześniej, bo wiele tras, szczególnie między Moskwą a innymi miastami będzie oblężonych.
Wniosek o wydanie FAN ID składa się przez internet wyłącznie po zakupie biletów. Do wystawienia dokumentu niezbędny jest paszport. Dokument powinien być ważny przez co najmniej sześć miesięcy od daty zakończeniu mistrzostw. Przy rejestracji w systemie FAN ID potrzebne jest też zdjęcie twarzy na jasnym tle. FAN ID wydawany jest w formie zafoliowanego formularza. Elektroniczna wersja dokumentu, przesyłana mailem po zatwierdzeniu wniosku, po wydrukowaniu zastępuje wizę, ale nie będzie respektowana przy wejściach na stadiony ani też nie uprawni do korzystania z darmowej komunikacji. Organizatorzy mistrzostw zalecają, aby wniosek o FAN ID złożyć jak najszybciej, gdyż dostawa karty pocztą może trwać trzy-cztery tygodnie. Szybciej można odebrać dokument za pośrednictwem centrów wizowych VFS Global, które w Polsce znajdują się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Poznaniu. Kartę można też uzyskać w mieszczących się w miastach gospodarzach mundialu punktach odbioru. Wizyta w jednej z tych placówek umożliwia otrzymania karty wtedy, gdy przesyłka z dokumentem nie dotrze na czas lub jeśli kibic do Rosji wjedzie dzięki normalnej wizę.
Obowiązek posiadania karty FAN ID dotyczy także osób niepełnoletnich. Karta nie zastępuje wiz tranzytowych oraz nie zwalnia z obowiązku wypełnienia i posiadania przy sobie otrzymanej na granicy karty migracyjnej. W Rosji nie obowiązuje Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Podróżujący autem muszą mieć również wykupione OC oraz oficjalne tłumaczenie polskiego prawa jazdy na język rosyjski.