Gospodarka 48 godzin

Słabnące ożywienie

Napływające dane potwierdzają, że po silnym spadku globalnego produktu krajowego brutto w drugim kwartale bieżącego roku, w ostatnich miesiącach następowało ożywienie aktywności gospodarczej. Poprawie koniunktury sprzyjało dokonane wcześniej poluzowanie restrykcji epidemicznych, podjęte działania fiskalne, a także towarzyszące im poluzowanie polityki pieniężnej, w tym poprzez obniżenie stóp procentowych oraz skup aktywów – wskazuje Rada Polityki Pieniężnej. Jednakże mimo ożywienia koniunktury, aktywność gospodarcza w większości krajów pozostaje niższa niż przed wybuchem pandemii. W ostatnim okresie odnotowano ponowny wzrost liczby zachorowań na COVID-19, a w efekcie wzrosła niepewność dotycząca dalszego przebiegu pandemii oraz tempa i trwałości poprawy globalnej koniunktury. Wzrost liczby zachorowań przyczynił się do pogorszenia nastrojów na
międzynarodowych rynkach finansowych, co z kolei znalazło odzwierciedlenie między innymi w osłabieniu walut gospodarek wschodzących (w tym złotego). Ceny surowców na rynkach światowych pozostają wyraźnie niższe niż na początku roku.
Także i w Polsce napływające dane wskazują na ożywienie aktywności gospodarczej w trzecim kwartale, następujące po wyraźnym spadku PKB w II kwartale. Jednocześnie dane o sprzedaży detalicznej i produkcji sugerują, że w ostatnim czasie tempo odbudowy aktywności spowolniło wobec poprzednich miesięcy – podkreśla RPP. Towarzyszy temu ustabilizowanie liczby osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw, na poziomie wyraźnie
niższym niż przed pandemią. Przestają też rosnąć wynagrodzenia. Natomiast inflacja we wrześniu była zauważalna i według GUS wyniosła 3,2 proc. rok do roku.
W związku z tym wszystkim RPP oczekuje, że w kolejnych miesiącach tempo ożywienia aktywności gospodarczej będzie jeszcze wolniejsze niż dotychczas. Wzrost aktywności polskich przedsiębiorstw może być ograniczany przez wysoką niepewność dotyczącą dalszego przebiegu i skutków pandemii oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje. Tempo ożywienia gospodarczego w Polsce może być także ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz poluzowania polityki pieniężnej NBP. Istotny wpływ na dynamikę aktywności będzie miało także kształtowanie się koniunktury w otoczeniu polskiej gospodarki. W rezultacie Rada Polityki Pieniężnej podjęła przewidywaną decyzję o utrzymaniu stóp procentowych NBP na niezmienionym poziomie, czyli stopa referencyjna 0,10 proc., lombardowa 0,50 proc., a stopa depozytowa 0,00 proc. – czyli nic, co skutecznie rujnuje poziom naszych oszczędności w bankach.

Mniej zaległości

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zmalała liczba firm skarżących się na opóźnienia w płatnościach od kontrahentów. W drugim kwartale 2020 roku odsetek firm mających płatności opóźnione o 60 dni zmalał do 35 proc., podczas gdy w poprzednich kwartałach regularnie oscylował wokół 50 proc. – wykazało badanie zamówione przez BIG InfoMonitor. Tę pozytywną tendencję dało się zauważyć już w pierwszej połowie tego roku. W maju, czerwcu i lipcu zaległości podwyższały się wprawdzie o około 100-150 mln zł, ale było to średnio o połowę mniej niż w ubiegłym roku, gdy przybywało 250-300 mln zł miesięcznie opóźnionych należności.

Starcie z zatorami

Zatory płatnicze to jeden z największych problemów polskiej gospodarki.
Chodzi o zjawisko polegające na znaczących opóźnieniach w regulowaniu płatności za dostawę towarów lub usług kontrahentom. Przedsiębiorcy, którzy nie otrzymują pieniędzy bardzo często nie są później w stanie zapłacić swoim kontrahentom i pracownikom, muszą również sami poszukiwać finansowania zewnętrznego, ponosząc przy tym znaczne koszty.
Nieterminowe płatności i zbyt długie terminy zapłaty  zwiększają również koszty prowadzenia działalności gospodarczej, a w najtrudniejszych sytuacjach mogą prowadzić do upadłości lub likwidacji dotkniętych nimi przedsiębiorców.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął w czerwcu postępowania wobec 51 przedsiębiorców, u których mogą występować największe zatory płatnicze. Zostali oni wytypowani po analizie informacji dotyczących opóźnień, uzyskanych 20 maja z Krajowej Administracji Skarbowej. Wśród nich są duże firmy działające na terenie całej Polski – m.in. producenci słodyczy, sprzętu AGD, odzieży czy firmy logistyczne.
⦁ Zidentyfikowaliśmy obszary rynku, w których ryzyko powstawania zatorów płatniczych jest największe. Dzięki danym z KAS zbadaliśmy blisko milion transakcji z udziałem prawie 100 tys. przedsiębiorców, co pozwoliło na wyodrębnienie 51 podmiotów, które podejrzewamy o największe zaległości w płatnościach – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK może interweniować, jeśli suma zaległych świadczeń pieniężnych przedsiębiorcy w ciągu 3 kolejnych miesięcy wyniesie co najmniej 5 mln zł (od 2022 r. będzie to 2 mln zł). Dotyczy to zaległości z faktur wystawionych po 1 stycznia 2020 r. lub wcześniej, jeśli termin płatności stał się wymagalny w 2020 r.
W tej chwili zmierza do końca postępowanie dotyczące praktyk związanych z wykorzystywaniem przewagi kontraktowej przez blisko 100 największych podmiotów z branży rolno-spożywczej. Jednym z badanych wątków są również nadmierne opóźnienia w płatnościach.

Naprawdę dobra zmiana dla sprawców wykroczeń

Pod rządami PiS prawie połowa ukaranych nie płaci mandatów, a budżet państwa traci setki milionów złotych.

Czterech panów w Polsce w latach 2016-2018 zdołało dostać ponad 500 mandatów. Musieli się naprawdę postarać!
Jeden z nich, samodzielny rekordzista, otrzymał w tym okresie mandaty na kwotę przekraczającą 147 tys. zł, której oczywiście nie zapłacił. Wydaje się wątpliwe, czy takie stosowanie kar o charakterze finansowym, zapewnia ich wychowawcze i zapobiegawcze oddziaływanie.

Nie płacą, bo mogą

Należności z mandatów karnych rosną, bo system ich dochodzenia jest w Polsce nieskuteczny. Budżet państwa traci na tym rocznie wiele milionów złotych. Istotna część kar grzywny nie zostaje wyegzekwowana, a należności wynikające z tych kar ulegają przedawnieniu.
Skuteczność, prowadzonej przez skarbówkę egzekucji zaległości z mandatów była w latach 2016-2018 niższa niż w latach 2011-2012, za rządów Platformy Obywatelskiej. W Polsce, w latach 2016-2018 skuteczność ta wynosiła bowiem 35,5 proc., a w latach 2011-2012 – 42,1 proc.
PiS nie umie sobie z tym poradzić. Jedyne rozwiązanie jakie stosuje ta ekipa, to centralizowanie wszystkiego czego się tylko da. Dlatego rząd wprowadził w 2016 r. zmianę systemu poboru kwot z mandatów, polegającą oczywiście na jego scentralizowaniu. Rząd PiS spodziewał się napływu wzmożonego strumienia gotówki, ale naturalnie nic z tego nie wyszło. Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, zmieniony system nie spowodował poprawy skuteczności windykacji, a w dodatku nie zapewnia wiarygodnych danych o stanie należności i zaległościach z tego tytułu.
Tak więc, nie wiadomo dokładnie, ile kasy z nałożonych mandatów nie trafia do budżetu. Jeszcze przed tą niefortunną PiS-owską centralizacją można było ustalić, że w latach 2011-2012 Skarb Państwa tracił ponad 100 milionów złotych rocznie z powodu przedawnienia się należności z tytułu mandatów. Teraz jest to na pewno o wiele więcej.
Tylko niespełna połowa ukaranych (47 proc.) płaci dobrowolnie mandaty. W przypadku ok. 23 proc. spraw, kary grzywny zostały jakoś wyegzekwowane, pomimo uchylania się ukaranych od dokonania płatności.
Natomiast w przypadku ok. 30 proc. spraw, państwu nie udało się wyegzekwować kar – i znaczna ich część po upływie trzech lat od daty ich nałożenia ulegała przedawnieniu.
Unikanie zapłaty mandatu nie wiąże się dla ukaranego z jakąkolwiek inną, dotkliwą sankcją o charakterze finansowym bądź niefinansowym. Stanowi tym samym zachętę do odłożenia tej niemiłej płatności.
„Znacząca skala przypadków, w których pomimo zaangażowania organów państwa, nie doszło do wyegzekwowania nałożonych kar, utrwalała w części społeczeństwa przekonanie o braku nieuchronności wykonania kary” – stwierdza NIK w raporcie o dochodzeniu należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych.

Typowa nieudolność tej ekipy

Zmiana systemu dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych, miała, jak zapowiadał rząd, poprawić skuteczność egzekwowania tych kar. Reorganizacja polegała na scentralizowaniu obsługi mandatów karnych.
Do 31 grudnia 2015 r. to wojewodowie byli uprawnieni do poboru należności z tytułu mandatów, a wpływy z tego tytułu trafiały do Skarbu Państwa za ich pośrednictwem.
Rząd PiS niespecjalnie wierzył jednak w sprawność i sumienność swych wojewodów, więc od 2016 r. windykację powierzył Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpłaty z tytułu mandatów nie trafiają już na konta poszczególnych urzędów wojewódzkich, lecz na rachunek bankowy wskazany przez ministra finansów.
Rząd PiS obiecywał oczywiście, że na skutek centralizacji i powierzenia funkcji wierzyciela organowi podatkowemu, windykacja należności mandatowych będzie sprawna. Wysoka automatyzacja działań windykacyjnych miała sprawić, iż koszty funkcjonowania całego systemu dochodzenia takich należności zostaną na takim samym poziomie jak wtedy, gdy funkcję wierzyciela pełnili wojewodowie – a skuteczność wyraźnie wzrośnie. Naturalnie stało się odwrotnie: koszty wzrosły, a skuteczność w najlepszym razie nie spadła.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdza: „Z przeprowadzonej kontroli (obejmującej lata 2016-2018) wynika, że nie nastąpiło zwiększenie skuteczności dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych. Jednocześnie wzrosły koszty funkcjonowania tego systemu o blisko 6 mln zł rocznie czyli o ponad 30 proc.”. No i takie właśnie efekty przynosi radosna twórczość PiS-owskiej ekipy.
NIK oczywiście krytycznie ocenia dochodzenie należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych w latach 2016-2018.
Największą odpowiedzialność za te straty ponosi Minister Finansów. W tym czasie stanowisko to zajmowali: Paweł Szałamacha (do 28 IX 2016 r.), Mateusz Morawiecki (najdłużej, do 9 I 2018 r.) oraz Teresa Czerwińska. Nikt z tego grona oczywiście nie wspomina o swoich błędach i zaniechaniach, które spowodowały, że Skarb Państwa nie uzyskał setek milionów złotych.
Jak wskazuje NIK, żaden z tej trójki ministrów nie zapewnił takiej funkcjonalności systemu informatycznego przeznaczonego do obsługi mandatów, który umożliwiałby wierzycielowi (tj. Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu) sprawny i skuteczny pobór zaległości z tytułu grzywien mandatowych.
Teoretycznie taki system oczywiście istniał. Był to Scentralizowany System Podatkowy (SSP), stanowiący element składowy systemu e-Podatki.
„W ocenie NIK, system ten nie był dostosowany do potrzeb jego użytkowników, nie zapewniał pełnej automatyzacji podejmowanych czynności, zaniechano wdrożenia niektórych jego funkcjonalności oraz obsługi ulg w spłacie należności i ewidencjonowania ich skutków, jak również monitorowania terminowości odroczonych wpłat i umarzania należności” – wskazuje Izba. Skutek tych zaniechań jest jednoznaczny i trwały: narastające zaległości w podejmowaniu działań windykacyjnych przez wierzyciela.

Najgłupszy system świata?

NIK podkreśla także, że przyjęta przez Ministerstwo Finansów organizacja rachunkowości i sprawozdawczości, dotyczącej należności i dochodów z tytułu mandatów, narusza przepisy ustawy o rachunkowości i nie zapewnia rzetelnych danych o niezapłaconych mandatach.
Jak widać, PiS-owski resort finansów nie przejmuje się ustawą o rachunkowości. Oznacza to, że niewiarygodne są też i sprawozdania budżetowe.
Dobrze chociaż, że kierownictwo resortu finansów zdaje sobie sprawę ze swej nieudolności. W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK, Ministerstwo Finansów poinformowało bowiem, iż jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie Scentralizowanego Systemu Podatkowego z uwagi na jego niewydolność.
Jak widać ów nieszczęsny Scentralizowany System Podatkowy nieco przypomina maszynę Trurla, którą jego przyjaciel Klapaucjusz uznał za „najgłupszą maszynę rozumną na całym świecie”.
W związku z tym wszystkim NIK negatywnie oceniła pobór należności z tytułu mandatów przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpływ na to miała wspomniana „ograniczona funkcjonalność” Scentralizowanego Systemu Podatkowego.
Skuteczność dochodzenia przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu należności z tytułu mandatów w całym badanym okresie (lata 2016-2018) wyniosła mniej niż 63,7 proc. Czyli, z wystawionych w latach 2016-2018 mandatów na kwotę blisko 2,1 mld zł do budżetu państwa wpłynęło nieco ponad 1,3 mld zł. Zabrakło, bagatela, prawie 800 milionów złotych.
Warto zauważyć, że za rządów Platformy Obywatelskiej, konkretnie w latach 2011-2012 (kilka lat temu NIK skontrolowała ściąganie mandatów w tym okresie) Skarb Państwa uzyskiwał co najmniej 70 proc. należności z tytułu mandatów. Tak właśnie działa w praktyce „dobra zmiana”.
Z ustaleń tegorocznej kontroli wynika, że po pierwszym roku od centralizacji systemu ściągania należności mandatowych, niezapłaconych zostało 2,8 mln z 5,4 mln mandatów wystawionych w 2016 r. Kwota zaległości z tego tytułu sięgnęła ponad 378 mln zł.
Po trzech latach od reorganizacji liczba niezapłaconych mandatów wzrosła już do blisko 6,7 mln na koniec 2018 r., a zaległości z tego tytułu wynosiły blisko 757 mln zł. Oznacza to wzrost zaległości z tytułu nieopłaconych mandatów o ponad 148 mln zł w porównaniu do roku 2011 (na koniec 2011 r. zaległości wynosiły 609 mln zł).
Ów wzrost zaległości wystąpił pomimo niższej liczby nakładanych mandatów. W latach 2011-2012 wystawiano przeciętnie ok. 5 mln mandatów rocznie, a w latach 2016-2018 ok. 4,8 mln mandatów. Na koniec 2018 r. nieopłaconych było 1,9 mln mandatów wystawionych w 2016 r., które są już bliskie przedawnieniu.
Szefowie Scentralizowanego Systemu Podatkowego, próbując jakoś radzić sobie z jego nieskutecznością, zaczęli rezygnować z ściągania najłagodniejszych mandatów, w kwocie nie przekraczającej (razem z kosztami upomnienia) 116 zł. To akurat rzeczywiście stanowiło dobrą zmianę dla wszystkich ukaranych.
NIK stwierdził jednak, iż było to było działanie nierzetelne. Oznaczało bowiem zaniechanie ściągania należności z tytułu ok. 70 proc. wszystkich nieopłaconych mandatów – gdyż mandaty stuzłotowe są nakładane najczęściej.
W całym tym krajobrazie mandatowej nieudolności, drobiazgiem jest już to, że upomnienia i tytuły wykonawcze obejmujące zaległości z mandatów, nie były na bieżąco sporządzane i przekazywane do organów egzekucyjnych. W 68 proc. spraw tytuły takie były wystawiane w okresie dłuższym niż dwa lata od wpisania mandatu do ewidencji wierzyciela.
Kontrolerzy stwierdzili też zaniechanie objęcia tytułami egzekucyjnymi 45 proc. nie wyegzekwowanych na koniec 2018 r. zaległości z mandatów, wystawionych w 2016 r. Oznaczało to, że 746 tys. grzywien w kwocie blisko 114 mln zł nie było dochodzonych w drodze egzekucji, pomimo iż od nałożenia mandatu upłynęły co najmniej niż dwa lata. Tymczasem z ustaleń poprzedniej kontroli NK wynikało, że w latach 2011-2012, za rządów PO, nie wystawiono tytułów egzekucyjnych tylko dla 0,04 proc. mandatów starszych niż 18 miesięcy. Różnica jest porażająca!

Policji się nie śpieszy

Należy dodać, że kontrolerzy NIK mają też szereg zastrzeżeń do pracy komend policji. Ujawnione tam nieprawidłowości polegały na „istotnych opóźnieniach” we wprowadzaniu do systemu informacji o nałożonych mandatach. „Stan taki w 2016 r. był zjawiskiem powszechnym” – podkreśla NIK.
W 2016 r. w skontrolowanych jednostkach policji mniej niż 1 proc. mandatów wprowadzono do systemu w wymaganym terminie 7 dni! Ponad 5 proc. mandatów wprowadzono do systemu dopiero po upływie ponad 365 dni!. Trzeba tu pamiętać, że najwięcej mandatów karnych wystawiają w Polsce właśnie funkcjonariusze policji – aż ponad 95 proc. mandatów nałożonych w latach 2016-2018.
Tymczasem, wprowadzana w terminie do systemu informacja o wysokości nałożonej grzywny ma decydujące znaczenie dla rzetelnego ustalenia należności Skarbu Państwa. A także i dla szybkiego podjęcia działań zmierzających do ich poboru.
Najwyższa Izba Kontroli uważa, że dobrym rozwiązaniem, dyscyplinującym kierowców ukaranych mandatami, byłoby uzależnienie usunięcia punktów karnych z centralnej ewidencji kierowców od uprzedniego uiszczenia grzywny. Czyli, punkty karne już nie znikałyby automatycznie po roku, lecz dopiero po zapłaceniu mandatu. „Mogłoby to skutecznie motywować kierowców do płacenia mandatów” – stwierdza NIK. To już jednak chyba zbyt drakońska propozycja.
Można natomiast rozważyć inną sugestię NIK, która wskazuje, iż nie ma sensu wielokrotne nakładanie mandatów na te same osoby, które popełniając wykroczenia, notorycznie lekceważą normy życia społecznego, zaś mandatów nie płacą. Tylko co z nimi robić. Zamykać na długie miesiące?

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Alimenciarz na smyczy

Pracodawcy RP nie chcą odpowiadać za zaległości alimentacyjne swoich pracowników.

 

Co można zarzucić Zbigniewowi Ziobrze w jego walce z alimenciarzami? Na pewno nie to, że ukrzywdzi pracodawców. Jeśli już, to fakt, że dotychczasowe reformy dotyczyły głównie dłużników związanych z Fundusze Alimentacyjnym.
Dłużników z Funduszu ścigać łatwiej, bo de facto są oni dłużnikiem państwa. Fundusz bierze na siebie niejako rolę pośrednika – płaci dziecku ze swojej kieszeni, a od tatusia (w 90 proc. to mężczyzna) egzekwuje, jeśli trzeba – nawet karą pozbawienia wolności. Gorzej jest z tymi, gdzie zarobki matki są wyższe, tam zostawał tylko komornik. I nawet jeśli coś zajął, to kombinator potrafił wziąć kasę „do łapy”, albo strategicznie przepisać majątek na matkę czy nową partnerkę.
To takie praktyki Ziobro wziął na celownik – i straszy, że zaległości będzie egzekwować od pracodawców. Ci oczywiście słusznie podnoszą, że alimenty mają charakter osobisty, a zatrudniający z tytułu zatrudniania może ponosić odpowiedzialność jedynie za łamanie prawa pracy. I zapewne w projektowanej ustawie dostaną możliwość wykazania na drodze sądowej, że zatrudniając pana X, nie współuczestniczyli w procederze ukrywania przez niego dochodów przed dzieckiem lub dziećmi – i w takich przypadkach nie staną się współdłużnikami cywilnymi.
Ministerstwo szuka również pola dla rozwiązania problemu dłużników alimentacyjnych wymawiających się bezrobociem. Tym razem stosowną ustawę przygotować ma resort Rafalskiej. Magicznym sposobem na alimenciarzy bez zajęcia mają być roboty publiczne – na organizatora ma zostać nałożony obowiązek zatrudniania dłużników w pierwszej kolejności.
To działania, za które należy rząd PiS pochwalić. Trzeba jednak uważać, żeby nie wylać dziecka z kąpielą, ponieważ pracodawcy, mając nad sobą groźbę automatycznego współdzielenia czyjegoś prywatnego długu, po prostu przestaną alimenciarzy zatrudniać w ogóle, co spowoduje błędne koło rzeczywistego braku dochodów i możliwości wywiązania się z zaległości.
Jak jednak walczyć ze zmową szef-alimenciarz? Pomysł Ziobry z pewnością wymaga doprecyzowania, tak aby namierzać rzeczywistych kombinatorów, pomagających omijać komornika i Fundusz. Pracodawcy powinni mieć wgląd w zadłużenie człowieka, którego zatrudniają. Tylko w ten sposób zniknie społeczne przyzwolenie na uchylanie się od łożenia na własne dziecko.