Mały zamach

Pisałem już kiedyś, że słowo „zamach” ma w języku polskim kilka znaczeń. Można się „zamachnąć” na szwagra, męża czy żonę, można zamachać na powitanie czy pożegnanie, można w końcu organizować i przeprowadzać zamach na określone wartości naszego życia, albo „zamach stanu”, czyli siłowe przejęcie władzy w kraju.

Taki duży zamach stanu w 1926 roku przeprowadził Józef Piłsudski na czele wiernych mu legionistów. Małych zamachów na wartości i wolność myśli i przekonań obywateli było więcej. Wydawało mi się wprawdzie, że ten etap rozwojowy mamy już za sobą, ale przyznaję się do błędu. Okazuje się bowiem, że obecna władza nie jest zadowolona ze swojej pozycji i z możliwości krytykowania ich decyzji, jakie daje demokracja. To przecież – ich zdaniem – niemoralne i wręcz wstrętne, aby ktoś krytykował ich posunięcia, które przecież zawsze mają na celu uszczęśliwianie narodu. Z bólem serca stwierdzam, że jest wielu obywateli, którzy podzielają ten pogląd. Nasuwa się wniosek, że jednak rozwój kraju i patriotyczna jedność przekonań jego mieszkańców mogą być łatwiejsze w warunkach autokracji, niż demokracji. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech porówna tempo rozwojowe krajów Europy i Chin, które właśnie w warunkach autokracji stały się w krótkim czasie gospodarczą potęgą.

Takie właśnie rozumowanie przyświeca zapewne ostatnim pomysłom niektórych posłów i wierchuszki PISu. Psychicznie są już tak głęboko w warunkach autokracji, że świadomie lub podświadomie lansują jej kilka uniwersalnych podstaw.

Fundamenty autokracji

Po pierwsze – my, czyli autokraci, zawsze mamy rację. Ta racja wypływa z faktu, że wszyscy jesteśmy zabójczo inteligentni, mamy genialnego wodza i umiejętnie prowadzoną propagandę.

Po drugie, – jeśli ktoś ośmiela się mieć inne zdanie, to nie jest patriotą, podkopuje naszą jedność, zagraża realizacji naszych planów, a więc jest „wrogiem ludu”.

Po trzecie wylęgarniami takich antypatriotycznych poglądów i działań są środki masowego przekazu, w całości lub decydującej części utrzymywane z zagranicznych pieniędzy. Musimy z nimi walczyć, strasząc ich odbieraniem licencji lub kupując je w całości albo w formie udziałów za pieniądze zarobione przez nasze „Narodowe” spółki. Wtedy możemy mieć „jakiś tam” wpływ na to, co piszą i pokazują,

Jakie są pierwotne źródła tych przekonań bijące ostatnio ze wzmożona siłą w sercach naszych wielbicieli autokracji, póki, co trzymających władzę?

Trzeba wygrywać kolejne wybory!

To proste. Aby utrzymywać tą władzę, trzeba wygrywać kolejne wybory. Taki wrzód demokracji psujący nam jeszcze „czystość autokracji”. A żeby wygrywać wybory, trzeba mieć większe od innych poparcie społeczne. W Polsce – i słusznie – doprowadziliśmy do ograniczenia znaczenia inteligenckiego poziomu i wykształcenia kandydatów na posłów, senatorów i na stanowiska rządowe. Poparcie uzyskuje ten, o którym częściej się mówi, którego się pokazuje jak coś otwiera i głaszcze dziecięce główki. Pisanie o tych patriotycznych zdarzeniach nie daje pożądanych efektów, bo w Polsce czytelnictwo – także codziennej prasy – stale się zmniejsza i w niektórych miastach i wsiach osiągnęło poziom niemal zerowy. Uczucia Narodu są ukierunkowywane głównie przez telewizję. Telewizor jest naszym okienkiem na świat, w niektórych domach czynnym przez cały dzień. Bo to i sport można oglądać, i porady kuchenne i światową modę. No i odpowiednio ufryzowane wiadomości, chociaż u znacznej części odbiorców nie budzą one większego zainteresowana. Ale je oglądają,. bo to jednak można się dowiedzieć, kogo wsadzili do aresztu, albo postawili przed sądem, co i o kim myślą prokuratorzy, co porabia pan prezydent i nasz miłościwie panujący właściciel kota. Można też czasem posłuchać opowieści o realnych i nierealnych marzeniach premiera.

Przewaga telewizji nad radiem i słowem pisanym polega przede wszystkim na tym, że widać tych mądrych ludzi i mogą oni budzić u telewidza sympatię albo antypatię nawet wtedy, kiedy tenże telewidz nie rozumie, o czym mówią.. Chcąc niechcąc stają się celebrytami. Jeśli budzą sympatię, to to, co mówią traktowane jest, jako niepodważalna prawda i bezwarunkowo przekonuje ich sympatyków, którzy gotowi są do poświęceń jej w obronie.

I o to chodzi

Und hier ist der hund begraben! Zapożyczyliśmy kiedyś od Niemców tą formułę, wskazującą na ukryte źródło podejmowania decyzji lub rzeczywisty cel ich podejmowania. Ten nasz pies jest płytko pogrzebany i ma zapędzić do współpracy lub przynajmniej poparcia tą część Polaków, którzy widzą rzeczywistość tylko przez pryzmat pieniędzy – zwłaszcza tych, na które nie muszą zapracować. A najlepszą drogą tego zapędzania jest posłuszna telewizja, do znudzenia powtarzająca pochwały zaradności władzy i obrzydzająca tych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne zdanie, lub w ogóle nie należą do naszego narodu i mówią do nas obcymi językami.

Telewizja w obecnym świecie przesyconym techniką miała być nośnikiem wszelakich kultur, a stała się podstawowym instrumentem zarówno wysublimowanej jak, i zupełnie topornej propagandy. Wujcio Goebbels, gdyby nie umarł śmiercią nienaturalna w czasie oblężenia Berlina i cieszył się dobrym zdrowiem 123 – latka, byłby zachwycony możliwościami wykorzystywania tego instrumentu.

Nic więc dziwnego, że nasi autokraci Ida tym tokiem rozumowania. Mamy jedną posłuszną telewizję wpajająca narodowi prawdziwa prawdę, że jest szczęśliwy i będzie jeszcze bardziej, bo mamy genialnie opracowane plany rozwoju Polski. Ale mamy też inną, która nie jest tak optymistyczna, ciągle coś wytyka i z czegoś się śmieje. Ci, którzy bezmyślnie ją oglądają kibicują nawet (o zgrozo!) satyrycznym teatrom i ich programom, obrażającym naszą molarność pracowicie odbudowywaną przez ministra od oświaty i edukacji. To tragiczne, że można kogoś zapraszać np. na „pożar w burdelu!”.

Grupa rozsądnych posłów nie mogła już znieść tego antypatriotycznego działania i opracowała projekt zmian ustawy medialnej, w którym inwestowanie w rozwój takich stacji i kanałów przez zagraniczny kapitał musi być ściśle kontrolowane, limitowane i ograniczone do krajów europejskich. Problem jednak w tym, że największa niepraworządna stacja i jej kanał informacyjny jest własnością wielkiej firmy amerykańskiej. I można nie wiedzie kim w Rosji była Katarzyna, ale trzeba widzieć, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie leżą w Europie.

Ten pogrzebany pies przestaje merdać do nas ogonem i zaczyna ostrzyć zęby. Amerykanie bowiem są wcieleniem łagodności, ale bardzo nie lubią dwóch sytuacji – ograniczania wolności słowa i psucia ich interesów. Wtedy nadają sygnał ostrzegawczy – przyjmują naszych notabli na korytarzach lub w przedpokojach. Wolę nie przewidywać następnych etapów.

Co się stało w Mjanmnie?

Wojskowy zamach stanu przeprowadzony w Myanmarze przez Min Aung Hlainga, głównodowodzącego armii, wywołał protesty społeczne, których wojskowi najwyraźniej się nie spodziewali. Ale również ich zamach stanu był dla wielu zaskoczeniem. Jak pisali klasycy, w burżuazyjnej strategii politycznej przewrót wojskowy jest zazwyczaj środkiem ostatecznym, a żeby był udany, należy go dokonać dopiero wtedy, gdy ruch robotniczy, chłopski i młodzieżowy został już zdemoralizowany. Tak było w 1922 roku we Włoszech, kiedy do władzy doszedł Mussolini, i tak było w przypadku Pinocheta w 1973 roku w Chile. Co natomiast stało się w Mjanmnie?

Mjanma, dawna Birma, uzyskała formalną niepodległość w 1948 roku od rządów brytyjskich. Miejscowa rodząca się burżuazja i właściciele ziemscy nie byli w stanie rozwinąć kraju po II wojnie światowej. Nie byli też w stanie rozwiązać złożonej kwestii narodowej w Birmie (135 grup etnicznych!), z mniejszościami narodowymi – jak Kaczinowie czy Szanowie – toczącymi zbrojne walki o samostanowienie. Po uzyskaniu niepodległości nowy reżim stanął również przed problemem konieczności zmierzenia się z silną Partią Komunistyczną, której autorytet został ogromnie wzmocniony dzięki roli, jaką odegrała w wojnie z Japończykami i w walce o niepodległość. Niestety, przywódcy komunistów postawili na politykę frontu ludowego, wychodząc z założenia, że w Birmie nastąpi rewolucja burżuazyjno-demokratyczna, tworząca podstawy dla kapitalistycznego rozwoju. Jednak birmańska burżuazja szybko zwróciła się przeciwko chwilowym sojusznikom, a to z kolei skłoniło partię, by wszcząć walkę zbrojną, porzucić miasta i zwrócić się ku chłopstwu. W konsekwencji w 1953 r. partia została zdelegalizowana. Tymczasem kolejne niestabilne rządy okazywały się niezdolne do rozwiązania problemów, z którymi borykał się kraj. Słaba burżuazja nie była w stanie zrealizować żadnego z podstawowych zadań rewolucji demokratycznej. Chłopi domagali się ziemi, a naród jako całość pragnął wyzwolenia spod jarzma imperializmu.
Realną alternatywą wydawały się modele radziecki, a w większym nawet stopniu chiński, który Birma „widziała” przez granicę. Właśnie w tym kontekście w 1962 r. grupa radykalnych oficerów pod przywództwem Nay Wina dokonała zamachu stanu. Kasta oficerska postrzegała siebie jako jedyną warstwę, która może powstrzymać kraj przed rozpadem i przyjęła „birmańsko-buddyjską drogę do socjalizmu”. Wprowadzono jednopartyjny reżim na wzór radziecko-chiński, nacjonalizując biznesy zagranicznych właścicieli, a nawet lokalnej birmańskiej burżuazji. Początkowo w oparciu o gospodarkę państwową, kraj rozwijał się w dość szybkim tempie, ze wzlotami i upadkami, ale w niektórych latach osiągał nawet dwucyfrowy procentowy roczny wzrost PKB, sięgający 10-13 proc., co zapewniło reżimowi pewien stopień stabilności i legitymizacji. Choć rząd przedstawiał się jako „niezaangażowany”, ostatecznie kraj de facto znalazł się w strefie wpływów maoistowskich Chin. Pozostał u władzy aż do poważnego kryzysu gospodarczego, który doprowadził do protestów w 1988 roku, kiedy to Nay Win został zmuszony do rezygnacji. W latach 1986-88 PKB gwałtownie spadł, w samym 1988 roku o –11 procent.
Aby zrozumieć kolejny etap historii Birmy, musimy spojrzeć na arenę międzynarodową. Związek Radziecki przeżywał kryzys, zakończony ostatecznie jego upadkiem. Zaledwie kilka lat wcześniej Chiny pod rządami Denga rozpoczęły proces otwierania się na inwestycje zagraniczne i coraz bardziej zmierzały w kierunku gospodarki rynkowej. Gospodarka planowa jawiła się jako system, który zawiódł. Tymczasem kapitalizm tymczasowo podniósł się z kryzysu lat 70. Nieuchronnie wpłynęło to na sposób myślenia kasty urzędniczej rządzącej wówczas Myanmarem. Ich własne zaufanie do systemu, któremu przewodzili, zostało zachwiane.
8888
Narastały również niepokoje społeczne. W połowie lat 80. wybuchły wielkie protesty studenckie, które osiągnęły kulminację i stały się znane jako powstanie 8888, od daty początkowej 8 sierpnia 1988 r. Protest rozszerzył się na szerokie kręgi społeczne i został krwawo stłumiony: we wrześniu tego samego roku doszło do kolejnego puczu, a reżim wojskowy zabił tysiące ludzi. Właśnie w tym okresie Aung San Suu Kyi, przemawiająca w sierpniu na ogromnym wiecu, gromadzącym pół miliona uczestników, stała się ikoną walki o demokrację. Wojsko, mimo brutalnej pierwszej reakcji na protesty, odczuwało jednak presję polityczną na tyle wielką, by w 1990 r. rozpisać wybory. NLD, Narodowa Liga na rzecz Demokracji, z Aung San Suu Kyi jako kandydatką, stanęła do wyborów i odniosła w nich spektakularne zwycięstwo, zdobywając 81 proc. głosów i 392 z 492 miejsc w parlamencie. Wojsko odmówiło uznania wyniku wyborów i zablokowało proces demokratyzacji, umieszczając Aung San Suu Kyi w areszcie domowym. W 2007 r. napięcia ponownie wzrosły, wybuchł kolejny ruch protestu nazwany szafranową rewolucją, znowu stłumiony. Jednak rok później wojsko zostało zmuszone do zezwolenia na referendum w sprawie tego, czy obywatele chcą wyborów parlamentarnych. Wynik pokazał powszechne pragnienie zakończenia rządów wojskowych. W 2010 r. Aung San Suu Kyi wyszła na wolność, mieszkańcy Mjanmy poszli do urn. Jednocześnie wojskowi upewnili się, że nie ma niebezpieczeństwa utraty przez nich kluczowych instytucji władzy. To oni napisali konstytucję, która automatycznie daje im 25 proc. posłów w parlamencie i gwarantuje kontrolę nad kluczowymi ministerstwami i nad granicami. Zapisali również klauzulę, która daje im większość miejsc w Narodowej Radzie Obrony i Bezpieczeństwa, ogłaszającej stan wyjątkowy. NLD zbojkotowała wybory, ponieważ nie spełniono jej wszystkich żądań, m.in. nie zwolniono więźniów politycznych. W takiej sytuacji zwyciężyła ze znaczną większością partia wojskowych: Partia Solidarności i Rozwoju (USDP). Ale już w 2015 r. w kolejnych wyborach to NLD z Aung San Suu Kyi, która zdążyła w międzyczasie otrzymać pokojowego Nobla (1991) i międzynarodową sławę, zdobyła obie izby parlamentu. I wtedy… maska opadła.
Przywódcy wojskowi promowali buddyjski szowinizm wśród większości populacji Bamarów (największa grupa etniczna, 68 proc. ludności) jako sposób na odwrócenie uwagi od rzeczywistych problemów gospodarczych i społecznych. W ostatnim okresie skupili uwagę na mniejszości muzułmańskiej, Rohindżach, z których wielu zostało wypędzonych z kraju i umieszczonych w obozach dla uchodźców w Bangladeszu. W 2017 r. wojsko, wspierane przez reakcyjne gangi buddyjskie, spaliło całe wioski Rohingów i zabiło tysiące osób. Aung San Suu Kyi zamiast potępić te działania, kryła je na arenie międzynarodowej. Coraz bardziej opierała się na większości Bamarów, po tym, jak wcześniej obiecała mniejszościom etnicznym, że będzie bronić ich praw i położy kres wielu nadal toczącym się małym, lokalnym wojnom. Jej program gospodarczy nigdy nie był tak postępowy, jak przedstawiały go media: zawierał liberalny program prywatyzacji i większe otwarcie na zagraniczny kapitał. Jej Plan Zrównoważonego Rozwoju Gospodarczego Mjanmy pozwala zagranicznym kapitalistom na inwestowanie do 35 proc. w lokalne firmy, a także na posiadanie do 35 proc. udziałów w spółkach notowanych na giełdzie w Rangunie. Gdzie prawdziwe reformy w interesie robotników i chłopów? Na to miejsca nie ma – program „ikony demokracji” oznaczał przejście od kontroli nad gospodarką przez wojskowych oligarchów do kontroli przez zagraniczny kapitał.
Tym, co działało na korzyść Aung San Suu Kyi, gdy po raz pierwszy objęła rządy w 2015 r., było silne powiązanie gospodarki Mjanmy z gospodarką Chin. W latach 2015-19 kraj ten odnotowywał średnioroczny wzrost na poziomie 6,5 proc. Jednak dane na rok 2020 wskazywały na znaczne spowolnienie do około 2 procent, wraz z pogarszającymi się finansami publicznymi z powodu skutków pandemii. Jak zauważył The Economist w listopadzie ubiegłego roku, wielu obywateli „nie doczekało się jeszcze dobrobytu, który obiecała Suu Kyi. Co czwarty według Banku Światowego żył w 2017 roku w biedzie. Około 54 procent stwierdziło, że nie było w stanie uzyskać dostępu do podstawowych usług, takich jak woda, transport publiczny i opieka zdrowotna, w porównaniu z 48 procentami pięć lat temu. Zyski z reform gospodarczych i wzrostu gospodarczego pod rządami NLD muszą być jeszcze zauważone przez zwykłych obywateli” – napisali autorzy badania.
Dla zwykłych ludzi pracy demokracja nie jest abstrakcyjną zasadą, ale bardzo konkretną kwestią. Jest postrzegana jako środek, dzięki któremu można uzyskać lepsze życie, więcej miejsc pracy, lepsze płace, lepsze usługi. Ludzie cierpieli przez dziesięciolecia pod rządami wojska i oczekiwali prawdziwych zmian pod rządami Aung San Suu Kyi. Tymczasem Aung San Suu Kyi utrzymała swoje poparcie wśród Bamarów i niektórych mniejszości etnicznych częściowo dlatego, że rządy wojska są wciąż świeże w umysłach mas, ale poczyniła również znaczne ustępstwa wobec szowinizmu buddyjsko-bamarskiego.
Rola Chin
Wojskowa kasta oficerska Mjanmy jest również potężną siłą gospodarczą. Wielu byłych wysokich rangą oficerów wojskowych stało się jednymi z najbogatszych ludzi w kraju. W latach 1962-88 władza i przywileje najwyższych rangą wojskowych były gwarantowane przez ich kontrolę nad państwem, które z kolei kontrolowało większość gospodarki. Jednak reżim wojskowy, który doszedł do władzy w 1988 r. pod rządami Saw Maunga, ujawnił, że kasta oficerska straciła zaufanie do systemu gospodarczego, który do tej pory dobrze im służył. Nowy reżim upatrywał w kapitalizmie, rozwiązania dla kryzysu, który doprowadził do przewrotu społecznego, i w ten sposób uruchomił proces, którego celem było rozbicie starej gospodarki państwowej i przejście do coraz większego urynkowienia. Zamierzano osiągnąć rozwój gospodarczy, chroniąc jednocześnie swoją uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie.
Chiny odegrały w tym pewną rolę, Birma podążała w końcu w pewnym sensie wytyczoną przez nie drogą. Po zamachu stanu w 1988 r., jak pisze Geopolitical Monitor, „zastępca przewodniczącego Komunistycznej Partii Birmy i inni przywódcy zostali zatrzymani podczas przewrotu, a wszyscy zostali wysłani do okręgu Menglian w Chinach. Chiny nie zamierzały już eksportować rewolucyjnych idei. Zamiast tego, ze względu na politykę otwarcia, miały nadzieję na otwarcie handlu przygranicznego z Mjanmą, aby spenetrować tym samym jej bogate zasoby”. Dalej autorzy tekstu tłumaczą, że gdy Zachód potępił wojsko i obłożył Birmę sankcjami, rząd tamtejszy nie miał innego wyboru, jak tylko ściśle współpracować z Chinami. Chiny między innymi zbudowały elektrownie wodne, a także rurociągi naftowe i gazowe z głębokowodnego portu w zatoce Makassar w Myanmarze do Kunming w Chinach. Chińska biurokracja nie była zainteresowana promowaniem jakiejkolwiek rewolucji pod przywództwem komunistów.
Te bliskie stosunki z Chinami pod rządami Denga odpowiadały potrzebom aspirujących wojskowych oligarchów. Rząd, który objął władzę po wyborach w 2010 r., bezpośrednio kontrolowany przez wojskowych, ogłosił, że w ciągu roku zamierzaą sprywatyzować 90 proc. państwowych przedsiębiorstw. Ale jak narzekało wówczas BBC, „jedna z teorii głosi, że program prywatyzacji stanowi rodzaj złotego spadochronu dla odchodzących od władzy”, a jak zaznaczał Sean Turnell, profesor ekonomii na Uniwersytecie Macquarie w Sydney w Australii, aktywa miały zostać przy ludziach reżimu. Plan został zresztą zrealizowany tylko częściowo: rolnictwo i przemysł lekki tworzą obecnie mjanmański sektor prywatny, większość dużego przemysłu pozostała pod kontrolą państwa. Przed wyborami w 2010 roku wojskowi wpadli w szał grabieży ziemi, a także zagarniania wszelkich zasobów, jakie tylko wpadły im w ręce, nawet nielegalnie. Tego rodzaju działania nadal trwają i wywołały wiele lokalnych protestów. Wiele z bardziej lukratywnych przedsiębiorstw znalazło się pod kontrolą dwóch kontrolowanych przez wojsko konglomeratów biznesowych: Myanmar Economic Corporation (MEC) i Myanmar Economic Holdings Limited (MEHL). Jako głównodowodzący Ming Aung Hlaing ma również władzę nad tymi konglomeratami, oprócz przedsiębiorstw kontrolowanych bezpośrednio przez jego rodzinę. Wojskowi są zdecydowani nie oddać kontroli nad swoją najbardziej lukratywną działalnością cywilom, którzy reprezentują zachodnie imperialistyczne interesy, co jest dodatkowym czynnikiem w utrzymywaniu dobrych stosunków z Chinami. Międzynarodowe korporacje chciałyby przeniknąć do gospodarki Myanmaru, ale wojskowi stawiają temu opór. A fakt, że główną zagraniczną potęgą w Myanmarze są Chiny, jeszcze bardziej powiększa problem.
W 2016 roku istniało jeszcze 50 korporacji publicznych i 500 państwowych fabryk, należących do różnych ministerstw i agencji państwowych, wymagających poważnych inwestycji, które mogły pochodzić jedynie z zagranicy. Przedsiębiorstwa państwowe nadal odgrywają dużą rolę w gospodarce. Generują 50 proc. dochodów budżetowych; są zaangażowane w prawie każdym sektorze, od transportu po tekstylia, od bankowości po zasoby naturalne, i nadal zatrudniają około 150 000 pracowników. Zarządzający tymi przedsiębiorstwami mogą swobodnie udzielać zamówień partnerom z sektora prywatnego, którymi bardzo często są firmy należące do oficerów.
To również wyjaśnia, dlaczego Zachód popiera Aung San Suu Kyi, którą widzi jako dźwignię do otwarcia gospodarki Myanmaru i osłabienia wojskowych. Jej zadaniem było ruszenie z miejsca programu prywatyzacji, ona sama obiecała zbudować „zdrową gospodarkę rynkową”. Warto pamiętać, że jeszcze w 2016 r. przewidywano, że jeśli Aung San Suu Kyi będzie forsować prywatyzację, w końcu dojdzie do konfrontacji z interesami wojskowych. Nawet, jeśli w systemie zapisano dla nich specjalne gwarancje.
Dlaczego więc do akcji wkroczył generał Min Aung Hlaing? Jest on obecnym głównodowodzącym sił zbrojnych Myanmaru, ale wkrótce przejdzie na emeryturę, do czego zobowiązuje go prawo, gdy w lipcu skończy 65 lat. Do tego ma osobiste zmartwienia: uważa się go za głównego odpowiedzialnego za ludobójstwo dokonane na Rohindżach. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nałożyły już na niego osobiste sankcje. Ma więc powody sądzić, że zostanie postawiony przed sądem jako zbrodniarz wojenny. On i jego rodzina odnieśli ogromne korzyści z opisanego powyżej procesu prywatyzacji, wzbogacił się kosztem obywateli Mjanmy. Zamach stanu ma być dla niego sposobem na zabezpieczenie siebie i zgromadzonego majątku, skoro wcześniej rozwiały się jego nadzieje na uzyskanie w demokratycznym trybie urzędu prezydenckiego. Aby generał mógł zostać prezydentem, wojskowi, którzy już mianują 166 posłów do parlamentu, musieli zdobyć kolejne 167 w wyborach, co im się nie udało: zdobyli w ostatnim podejściu 33 z 498 miejsc, o które walczono.
Wynik wyborów w listopadzie 2020 r. również wyraźnie pokazał, jak niewielkie poparcie mają wojskowi. Biorąc pod uwagę masowe zwycięstwo Aung San Suu Kyi i NLD, obawiali się, że masy mogą zostać zachęcone do pójścia dalej, a może nawet popchnąć Aung San Suu Kyi ku bardziej progresywnej strategii. W marcu ubiegłego roku NLD zaproponowała kilka wstępnych poprawek do konstytucji. Jedna z nich miała na celu stopniowe zmniejszenie liczby miejsc w parlamencie zarezerwowanych dla wojska.
Największy ruch protestu od 1988 r.
W ostatecznym rozrachunku zarówno Aung San Suu Kyi, jak i szefowie wojska popierają gospodarkę rynkową. Jedynym sposobem na rzeczywiste pokonanie wojskowych i odsunięcie ich od władzy zdawałaby się mobilizacja robotników i chłopów, ale to byłoby zbyt niebezpieczne dla liberalnej burżuazji, ponieważ taki masowy ruch mógłby rozwinąć własną logikę. Masy mogą zacząć wysuwać własne żądania dotyczące miejsc pracy, mieszkań, płac itd., które wykraczałyby daleko poza interesy liberałów stojących za Aung San Suu Kyi.
Wojskowi zdawali sobie sprawę z tych zagrożeń i pragnęli położyć kres narastającej niestabilności społecznej. To był dodatkowy czynnik, który popchnął ich do bezpośredniej interwencji. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że nie mogą długo rządzić poprzez bezpośrednie rządy wojskowych. Ich baza poparcia społecznego jest na to zbyt wąska. To wyjaśnia, dlaczego przejęli władzę, ale zapowiedzieli, że w ciągu roku rozpiszą nowe wybory. W międzyczasie próbują postawić Aung San Suu Kyi zarzuty karne – oskarżając ją o nielegalny import krótkofalówek! – aby wyeliminować ją jako kandydatkę. Ich celem jest sformowanie bardziej akceptowalnego i kontrolowanego rządu cywilnego, listka figowego dla rządów armii. Ale masy widzą to wszystko i nie przyjmują tego do wiadomości. Ruch protestu, który wybuchł po zamachu stanu, jest największym od 1988 roku. Nie tego spodziewali się oficerowie.
W ciągu ostatnich kilku dni wybuchły protesty studenckie, strajki robotników i walki uliczne. Wojskowi uważają, że mogą dyktować społeczeństwu, jak ma żyć, tak jak robili to w przeszłości. Ale zamiast położyć kres masowej opozycji wobec generałów, zamach stanu jedynie wydobył na powierzchnię ukryte sprzeczności.
Już teraz poważni stratedzy kapitału uważają, że jedynym sposobem na powstrzymanie tego ruchu wymykającego się spod kontroli jest przywrócenie Aung San Suu Kyi. Trudno powiedzieć, czy stanie się to w najbliższym czasie. Jedno jest jednak pewne, a mianowicie to, że w Mjanmarze ruch społeczny jest dopiero w fazie początkowej, nie schyłkowej.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Skróty pochodzą od redakcji.

Zamach

Poza określeniem gwałtownego ruchu reki, zamach ma dwa podstawowe znaczenia. Uzupełniany słowem „stanu” – czyli „zamach stanu” oznacza nielegalne, niedemokratyczne przejęcie władzy w określonym kraju, zwykle przy pomocy armii, której dowódcy (lub część dowódców) wypowiada posłuszeństwo istniejącej władzy. W gruncie rzeczy każda rewolucja jest też zamachem stanu.

Co było zamachem stanu?

Cicha indoktrynacja naszej młodzieży powoduje, że jej wiedza o zamachach stanu w nowożytnej historii świata i Europy jest niezwykle uboga i często wypaczona. Rozmawiałem z sympatyczną „próbką” młodzieży przedmaturalnej, która przekonywała mnie, że w ostatnich 200 latach największymi zamachowcami byli Hitler, Mussolini i Franco, a w naszej, jakże zawsze praworządnej i katolickiej Polsce, nigdy żadnego zamachu stanu nie było. Protestowali i patrzyli na mnie z podejrzeniem o narastającą sklerozę, jak mówiłem, że Franco rzeczywiście przyjechał z Wysp Kanaryjskich i stanął na czele zamachu stanu w Hiszpanii, ale Hitler i Mussolini przejęli władze całkowicie legalnie, bo ich ugrupowania polityczne wygrały wybory. Inna sprawa, że chodziły plotki, iż schorowany prezydent Republiki Weimarskiej, niemiecki marszałek i bohater I wojny światowej, Paul von Hindenburg, po wręczeniu Hitlerowi nominacji na kanclerza powiedział swoim adiutantom, że „ten naród chyba zwariował”. Formalnie nie mógł odmówić nominacji, ale ostatnio (styczeń 2020r.) stwierdzono, że miał tak wielki autorytet, iż mógł się temu sprzeciwić. I po 87 latach Berlińska Izba Deputowanych odebrała mu honorowe obywatelstwo Berlina uznając, że przyczynił się do powstania faszystowskich Niemiec. Chyba trochę przesadzili.

O zamachu stanu Piłsudskiego w maju 1926 roku młodzież nie wie nić, albo bardzo niewiele. Ci, co wiedzą, tłumaczyli mi, że to był zamach wojskowy, ale bezkrwawy. Dziwnie ich uczono. W zamachu majowym zginęło 379 osób, w tym kilku oficerów, którzy popełnili samobójstwo, nie chcąc zarówno łamać przysięgi składanej rządowi, jak i walczyć ze swoim wodzem. Pozwolę sobie na niestosowne porównanie – w bitwie pod Arnhem z Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego poległo 93 żołnierzy. I rocznicę tej bitwy uroczyście obchodzimy razem z wyzwalanymi wówczas Holendrami. Ale zamachu majowego raczej nie.
Zamachów stanu w ostatnim stuleciu świat przeżywał zadziwiająco dużo. W Hiszpanii, w niektórych południowych republikach poradzieckich, kilkakrotnie w Egipcie, Turcji, Chile, Argentynie, Iranie, Sudanie, na Kubie.

Zamachy na demokrację

Ale „zamach” nie musi być tylko zamachem stanu. Zamach może trwać dłużej i dotyczyć praw obywatelskich i – szerzej – demokracji. W Korei Północnej nie ma zamachów stanu. Ale od wielu lat trwa zamach na prawa obywatelskie mieszkańców, sprowadzone właściwie do trzech punktów – możesz żyć, pracować i słuchać władzy. Podobnie – po zamachu stanu – jest w Iranie i, w nieco odmiennym zakresie – na Białorusi. Można dyskutować, czy w pewnym stopniu nie dotyczy to także Chin, Rosji, Wietnamu i Tajlandii..

Zamach na prawa obywatelskie i demokrację łączy się najczęściej z autokracją, zwykle mającą ukrywaną tendencję do przekształcania się w dyktaturę, – choć nikt z władzy danego kraju do tego się nie przyznaje. To przekształcanie może być jeszcze bardziej długotrwałe, i z reguły ma kilka etapów.

Przez ostatnie pięć lat Polska była – moim skromnym i zapewne niesłusznym zdaniem – we wstępnym etapie takiej zmiany. Starannie ukrywano intencje zamachu, publicznie oburzano się na wyrażających poglądy o psuciu w Polsce demokracji i jej podstawowego atrybutu – praworządności. Ale ostatnio zrobiliśmy krok naprzód i przeszliśmy do następnego etapu. Dzierżące władze ugrupowania postanowiły bardziej otwarcie pokazać przygotowania do kontynuowania zamachu, przyznać się do nie tylko faktycznej, ale także formalnej koncentracji represyjnych instrumentów władzy w rękach jednego człowieka, wspomaganego tylko przez kilku posłusznych wykonawców, pokazać, że mogą kogoś – nawet bardzo znanego – uderzyć w każdej chwili, tworząc otoczkę godną kryminalnej noweli filmowej, naruszając prawo i obyczaje.

Próg dyktatury

Delikatny brzęk łańcuszków kajdanek na rekach mecenasa Giertycha miał zapewne wystraszyć resztki opornych i dać do zrozumienia opozycji a także „ulicy i zagranicy”, że żarty się kończą. Jeśli się nie podobamy, to możemy wyjść z Unii Europejskiej, ponownie zamknąć granice i stać się oazą suwerenności i wolności położonej przez Siłę Najwyższą między blokami nienawiści. I to, że będziemy wprowadzać niezbędną, wewnętrzną dyscyplinę, zwaną przez ciemny lud zamordyzmem, nikogo nie powinno obchodzić.

Żenujący dla przeciętnie inteligentnego obywatela cyrk prawniczy, jaki zastosowano w pośpiechu, przy zatrzymaniu Mecenasa po sześciu latach śledztwa w sprawie stanowiącej jej podstawę, budzi przeświadczenie, że przekroczono granicę dyktatury. Zakładanie kajdanek, aby przewieźć go z pracy nie do prokuratury, tylko do domu, niejasne przyczyny doprowadzenia do omdlenia, opinia lekarska sporządzona bez badania, przedstawianie zarzutów człowiekowi leżącemu w szpitalu i nie w pełni przytomnemu. Przypomina mi to, – co piszę ze strachem – działanie aparatu sprawiedliwości III Rzeszy w stosunku do uczestników zamachu von Stauffenberga na Hitlera. Ale nie wiem, czy to jest przykład godny naśladowania.

Ale nie na tym koniec. Ogłoszono postawienie zarzutów i zastosowanie „wolnościowych” środków zapobiegających ucieczce i „matactwu”. Jeden z tych środków zamienił mnie w żonę Lota, a zapewniam, że trudno mnie doprowadzić do takiego stanu. Ten środek, to zakaz wykonywania zawodu. Zawodu adwokata, który prowadzi wiele spraw będących w różnych fazach prawniczej układanki – od początków śledztwa do rozprawy w sądzie. Wiele spraw – to wielu klientów, obywateli naszego (jeszcze!) państwa, mających konstytucyjne prawo do obrony. To ich tą decyzją uderzono bardziej, niż adwokata. Nie wiem, czy prokuraturze wolno zastosować taki „środek zapobiegawczy” bez zgody sądu. Prawnicy chyba odpowiedzą na to pytanie.

Przyznaję, że zaczynam być przestraszony. Nie zamierzałem kończyć życia pod rządami dyktatury, a mam za mało instrumentów obrony przed prawicą. Z uwagi na wiek nie mogłem mieć dziadka wśród żołnierzy wyklętych. Trochę postrzelałem w czasie wojny, ale to dla młodej duchem obecnej władzy nie ma znaczenia. W PRL nie wsadzono mnie do więzienia i stać mnie było przynajmniej na obiady w jarskiej restauracji.

Bezsensownymi opowiadaniami wzbudzałem nieufność młodzieży akademickiej do każdej władzy. Czyli same negatywy. Teraz, przestraszony tymi cholernymi kajdankami, muszę się uczyć podlizywać. Zastanawiam się, czy bardziej politycznym felietonom nie nadawać formy pokornych listów, kończąc je podobnie, jak kiedyś bardziej strachliwi poddani podpisywali listy do naszych władców:
Do stóp Miłościwych Panów Prezesa, Premiera, Vice premierów, Prokuratorów, Ukochanych Wodzów i Zbawców Narodu
Wytartą wycieraczką się ścielę
Autor

Wojskowy zamach stanu i reakcja ONZ

Malijskie wojsko aresztowało w Bamako prezydenta kraju Ibrahima Boubacara Keïtę i premiera Boubou Cissé. W nocy prezydent wystąpił w telewizji z przemówieniem obwieszczającym swoją dymisję oraz rozwiązanie parlamentu i rządu. Francja i Stany Zjednoczone są bardzo zaniepokojone. Tłumy w Bamako wiwatują i bratają się z żołnierzami.

Otwiera się nowy rozdział wojny w Sahelu. Wszystko wskazuje, że puczu dokonali wojskowi z bazy Keti, oddalonej o ok. 15 km od stolicy kraju Bamako. W Bamako i innych miastach kraju od miesięcy trwały ludowe manifestacje antyrządowe, skierowane przeciw prezydentowi, zwanemu tam w skrócie IBK, i Francji, dawnej potęgi kolonialnej, która od siedmiu lat trzyma w Mali tysiące żołnierzy mających walczyć z oddziałami dżihadystów, zrodzonymi w zachodniej Afryce po rozbiciu Libii przez NATO w 2011 r.
IBK wystąpił w telewizji z przemową na granicy płaczu, co wywołało ogólną radość w stolicy, lecz równocześnie skrajny niepokój krajów sąsiednich, Stanów Zjednoczonych, jak i Francji, która zwołała na dziś Radę Bezpieczeństwa. Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej (Cédéao) zdecydowanie potępiła zamach, wezwała do uwolnienia „demokratycznie wybranego prezydenta” i podjęła kroki izolowania Mali. Do „przywrócenia porządku konstytucyjnego” wezwał sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Kraje sąsiednie, gdzie władze też są kontestowane, zamknęły granice lądowe i powietrzne z Mali (co nie dotyczy wojsk francuskich) i zapowiedziały sankcje.
W imieniu junty wystąpił pułkownik Ismaël Wagué, który zapowiedział z kolei przeprowadzenie wyborów parlamentarnych i oddanie władzy cywilom, bez podania terminu: „My, siły patriotyczne zgrupowane w Narodowym Komitecie Ocalenia Ludowego (CNSP), zdecydowaliśmy wziąć odpowiedzialność za naród i historię.” – mówił Wagué, do tej pory zastępca szefa wojsk lotniczych. Prezydent Francji Emmanuel Macron wydzwaniał wczoraj do szefów państw sąsiadujących z Mali, sondując ich, czy armia francuska powinna obalić puczystów. Na razie wezwał do mediacji.