Co zrobić z Amerykanami?

Andrzej Leszyk

Ambasador zagroziła, więc nasz rząd się posłucha – ale chce zachować twarz.

Gdy pani ambasador USA Georgette Mosbacher zagroziła wstrzymaniem amerykańskich inwestycji w Polsce w przypadku przyjęcia nowej ustawy o transporcie, rząd zaczął się zastanawiać co tu zrobić, żeby zadowolić sojusznika?
Teoretycznie, było łatwiej niż w przypadku ustawy wprowadzającej karalność za zarzucanie Polakom współudziału w mordowaniu Żydów. Teraz bowiem nie naruszono interesów Izraela i środowisk żydowskich.
Z drugiej jednak strony, było i trudniej, bo rezygnacja z ustawy o transporcie powodowałaby protesty taksówkarzy, którzy blokowaliby miasta, trąbili i sprawiali różne niepotrzebne kłopoty.

Tej groźby nie można lekceważyć

Jak wiadomo, zaczęło się od tego, że jesienią ubiegłego roku Ministerstwo Infrastruktury sporządziło projekt nowej ustawy o transporcie drogowym. Przewidywał on między innymi, że pośrednicy transportowi powinni być wpisani do Krajowego Rejestru Sądowego lub do ewidencji działalności gospodarczej, co utrudniałoby funkcjonowanie amerykańskiego Ubera. Projekt powstał z pobudek politycznych, w trosce o decyzje elektoratu taksówkarskiego w ubiegłorocznych wyborach samorządowych.
Gdy przyszła ustawa stała się znana, Uber zaalarmował polityków – i w rezultacie doradcy pani ambasador USA przygotowali jej pismo do ministra Andrzeja Adamczyka. Było tam napisane m.in., że pani ambasador nie może zrozumieć, dlaczego Polska rozważa taki krok – bo zakaz działalności na polskim rynku dla jednej z największych firm technologicznych spowoduje, bez wątpienia, mrożący efekt na przyszłe inwestycje. W liście poproszono też, aby nie popełniać błędu niosącego tak daleko idące konsekwencje.
Takiej groźby nie należy lekceważyć, ale trudno też zrażać sobie taksówkarzy. Wprawdzie wybory samorządowe już minęły, więc rząd mógł mieć w nosie głosy taksówkarzy – ale tylko na krótko, bo przed nami przecież kolejne wybory, jeszcze ważniejsze.

Udają, że nie rezygnują

Radzono długo, aż wreszcie uradzono, że resort infrastruktury będzie sprawiał wrażenie, że nie zrezygnuje z nowelizacji ustawy o transporcie – ale w istocie z niej zrezygnuje, lecz już po wyborach.
Ministerstwo ogłosiło więc, że „projekt nie jest skierowany przeciwko żadnemu konkretnemu podmiotowi gospodarczemu i nie ma na celu dyskryminacji którejkolwiek z firm świadczących takie usługi”.
Zapewniło też, że celem Ministerstwa Infrastruktury jest uporządkowanie rynku przewozu osób w Polsce – i doprowadzenie do sytuacji, w której wszystkich podmiotów gospodarczych wykonujących tę samą usługę – przewóz osób – będą obowiązywać takie same przepisy. Dotyczące zwłaszcza rejestracji działalności, bezpieczeństwa podróżnych i spraw podatkowych.
W konkluzji, resort oświadczył, że prace nad projektem ustawy nie zostały wstrzymane. „Nieprawdą jest, że pod wpływem listu Pani Ambasador nastąpiła ingerencja w rozwiązania zawarte w projekcie” – czytamy. „Główne propozycje rozwiązań od początku procedowania ustawy nie uległy zmianom”.

Będzie pani zadowolona

Tak więc, resort na pozór postawił się okoniem sojusznikowi.
Kierownictwo resortu ogłosiło też jednak, że nad tekstem projektu pracują przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, Rządowego Centrum Legislacji i Ministerstwa Finansów.
Nie trzeba dodawać, że takie gremia będą nader wnikliwie pracować nad projektem. Potrwa to tak długo, że wreszcie projekt – oczywiście już po wyborach – zostanie odłożony na „święty nigdy”, a nasi amerykańscy przyjaciele będą usatysfakcjonowani.

Poprzedni

Jeszcze tylko Kubot walczy w Australian Open

Następny

Serce dla zwierząt

Zostaw komentarz