Smutny polski rekord zakażeń

Władza poświęciła zdrowie i życie mieszkańców dla realizacji swych partyjnych interesów. Przed wyborami nie nastąpi przywrócenie obostrzeń, bo wpłynęłoby to fatalnie na wynik Andrzeja Dudy.
W niedzielę najwięcej nowych przypadków zakażenia koronawirusem spośród wszystkich państw Unii Europejskiej wykryto w Polsce – 576. W sobotę – tylko o jeden mniej. W sumie dało to weekend z największą liczbą zakażeń od czasu rozpoczęcia pandemii. Jeszcze gorszy był poniedziałek – aż 599 nowych zakażeń. Mamy więc w Polsce wyraźną falę wznoszącą.
Okazuje się, że w tej smutnej chorobowej statystyce zostawiliśmy inne kraje bardzo daleko za nami. Dość powiedzieć, że w drugiej pod względem liczby zachorowań Francji, było w tę feralną niedzielę tylko niespełna 350 nowych przypadków koronawirusa. A pamiętajmy, że faktyczna liczba zakażeń w Polsce jest z pewnością wyższa niż to oficjalnie podaje rząd, bo u nas w porównaniu z rozwiniętymi krajami Europy robi się mało testów. Źle to służy zdrowiu Polaków, ale dawało – do czasu – dobre wyniki w statystyce, bo rządowa propaganda sukcesu mogła się chwalić, że władza radzi sobie z pandemią więc mamy mało zakażeń.
Teraz jednak fala epidemii tak przybrała w Polsce na sile, że wykazuje ją nawet obecna, ograniczona liczba wykonywanych testów. W większości krajów Europy pandemia już ustępuje. U nas, za sprawą nieskutecznych działań, czy raczej świadomej bierności władz, wciąż się się nasila.
Rząd PiS i jego propagandowe media „publiczne” oczywiście bagatelizują ten problem, a rządowa TVP próbuje go przemilczać, tłumacząc co najwyżej, ze chodzi tu o zakażenia koronawirusem skoncentrowane niemalże w jednym miejscu (w tym przypadku są to kopalnie węgla kamiennego). To oczywiście lipa. Kopalnie są rozrzucone po całym Śląsku i trudno je uznać za jedno miejsce. Aż w jedenastu kopalniach węgla kamiennego wykryto masowe zakażenia (w każdej z nich zachorowało ponad 10 górników).
A poza tym, w Polsce ciągle pojawiają się kolejne, „pojedyncze miejsca” będące ogniskami koronawirusa – bo po prostu rząd nie przygotował kraju na nadejście epidemii – choć miał do tego i czas, i stosowną wiedzę, płynącą z doświadczeń innych krajów. Zamaist tego PiS-owscy prominenci zakłamywali rzeczywistość, a premier Morawiecki jeszcze parę dni temu opowiadał bajki, oświadczając na przykład (zupełnie serio), że „świetnie opanowaliśmy pandemię”.
Rząd dopiero teraz zamknął dwanaście najbardziej zagrożonych kopalń, choć eksperci mówili o takiej konieczności już w maju. Ale wtedy liderzy PiS upierali się przy wyborach prezydenckich w dniu 10 maja, więc zależało im na tworzeniu pozorów, że w Polsce wszystko dzieje się normalnie, można jak najbardziej przeprowadzić wybory i nie ma żadnego powodu do wprowadzania stanu nadzwyczajnego, który spowodowałby ich przesunięcie. Zamykanie kopalń bardzo zakłóciłoby ten fałszywy, potiomkinowski wizerunek, tworzony usilnie przez PiS-owską propagandę sukcesu.
W wyniku decyzji rządu kopalnie pracowały więc nadal, a ludzie się zarażali. Władza w Polsce zamiast walczyć z epidemią, przyczyniła się zatem do jej nasilenia. W związku z tym nie mogą dziwić decyzje innych państw, które, widząc jak rozwija się pandemia w Polsce, otwierają granice dla różnych krajów Europy – ale nie dla nas. Bo w tamtych państwach władza dba o życie i zdrowie swych mieszkańców, i chce ich uchronić przed niekontrolowanym napływem polskich przybyszów z niezbadaną liczbą zakażeń.
Dziś minister zdrowia Łukasz Szumowski zapowiada: „Do obostrzeń zawsze można wrócić i takie scenariusze rozważamy”. Wiadomo jednak, że do przywrócenia obostrzeń nie dojdzie przed wyborami prezydenckimi. Fatalnie wpłynęłoby to bowiem na wynik wyborczy Andrzeja Dudy, także głoszącego, jak to władza w Polsce świetnie radzi sobie z pandemią. Premier Morawiecki, którzy wraz z wszystkimi władzami partyjnymi i państwowymi uczestniczy w jego kampanii, dodaje zaś, że Polska tak doskonale pokonuje epidemię właśnie dzięki doskonałej współpracy prezydenta z rządem!
Niestety, sprawdziły się przewidywania „Trybuny”. Bardzo niedawno, bo 5 czerwca napisaliśmy, że po tym, jak sytuacja epidemiologiczna naszego kraju zaczęła się poprawiać, następuje właśnie druga fala zakażeń, rozwijająca się dokładnie od początku czerwca.
Wyjaśniliśmy, że że wzrost liczby ofiar to wynik nieodpowiedzialnych działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który pochopnie złagodził obostrzenia, ograniczające kontakty między ludźmi. Ale jeszcze bardziej szkodliwa była i jest rządowa propaganda sukcesu w mediach publicznych przejętych przez PiS, która usilnie próbowała (i próbuje nadal) wmawiać, że epidemia jest w odwrocie, wszystko idzie ku lepszemu, a rząd w pełni panuje nad sytuacją.
Wtedy, tak jak i dziś oraz przez cały czas od wybuchu pandemii, chodziło o stworzenie wrażenia, że – naturalnie dzięki sprawnym i mądrym poczynaniom rządu PiS – w Polsce w zasadzie wszystko jest już normalnie, a władza poradziła sobie z zagrożeniem. Dlatego, wedle przekazu propagandowego płynącego z rządowych mediów, warto tę władzę popierać, a zwłaszcza dać temu wyraz w wyborach prezydenckich.
Niestety, jakaś część społeczeństwa uwierzyła w rządowy przekaz, sugerujący, iż epidemia się cofa – i zaczęła ograniczać stosowanie środków ostrożności. Obawialiśmy się już wtedy, jak szkodliwe skutki może przynieść nieodpowiedzialność PiS-owskich władz partyjno-państwowych. Stało się.
Wówczas, 5 czerwca, napisaliśmy dokładnie tak: „Aż strach prorokować co się stanie, jeśli te tragiczne statystyki będą rosnąć w podobnym tempie”. Teraz niestety statystyki rosną – i strach przed przyszłością także.