Państwo wydaje już równowartość ponad połowy PKB. Za coraz wyższą cenę obywatel nadal dostaje kolejkę do lekarza, przewlekły sąd i urząd, który po latach cyfryzacji wciąż nie działa tak sprawnie, jak obiecywano.
W 2025 roku wydatki sektora instytucji rządowych i samorządowych osiągnęły 50,9 proc. PKB. W 2018 roku było to około 41 proc. Oznacza to, że państwo wydaje już równowartość ponad 50 groszy z każdej złotówki wytworzonej w gospodarce. Skala państwa rośnie więc znacznie szybciej niż jeszcze kilka lat temu.
Przez lata słyszeliśmy, że większe państwo oznacza lepsze usługi publiczne. W porządku. Gdzie są efekty? Czy łatwiej dostać się do lekarza? Czy sprawniej działa wymiar sprawiedliwości? Czy szkoła lepiej przygotowuje młodych ludzi do życia i pracy? Czy przedsiębiorca szybciej załatwia sprawę w urzędzie? Jeżeli państwo przejmuje coraz większą część zasobów gospodarki, obywatele mają prawo oczekiwać czegoś więcej niż kolejnych strategii, konferencji i prezentacji zapowiadających poprawę po następnej reformie.
Szczególnie wyraźnie widać to w wynagrodzeniach. W grudniu 2025 roku mediana miesięcznej pensji brutto w sektorze publicznym wyniosła 9857,96 zł. W sektorze prywatnym było to 6895 zł. Różnica sięgnęła niemal 43 proc. Nie chodzi o prezesów spółek ani najlepiej opłacanych specjalistów. Mediana pokazuje środek rozkładu — połowa pracowników zarabia mniej, a połowa więcej.
Oba sektory różnią się oczywiście strukturą zatrudnienia. W urzędach, szkołach i szpitalach pracuje wiele osób z wyższym wykształceniem. Tyle że sektor prywatny również zatrudnia inżynierów, informatyków, technologów, konstruktorów i menedżerów odpowiadających za wielomilionowe inwestycje. Trudno uznać, że ich kwalifikacje i odpowiedzialność są z definicji mniej warte tylko dlatego, że wynagrodzenie wypłaca przedsiębiorca, a nie instytucja publiczna.
I nie, nie można wszystkiego tłumaczyć wojną i wydatkami na obronność. W 2025 roku Polska przeznaczyła na cele obronne około 166 mld zł, czyli 4,26 proc. PKB. To ogromna i w obecnej sytuacji konieczna kwota, ale nadal stanowi tylko część wszystkich wydatków publicznych. Pozostałych dziesiątek procent PKB nie da się ukryć za czołgami, amunicją i bezpieczeństwem narodowym.
Paradoks polega na tym, że cyfryzacja i automatyzacja miały obniżać koszty funkcjonowania państwa. System informatyczny powinien zastępować wielokrotne przepisywanie tych samych danych, skracać procedury i uwalniać pracowników od najprostszych czynności. Tymczasem obywatel coraz częściej sam wypełnia formularz, sam wprowadza dane i sam pilnuje statusu sprawy, a aparat państwowy wcale nie staje się wyraźnie tańszy. Technologia miała ograniczać biurokrację, a nie przenosić jej część na ekran komputera obywatela.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, na co pieniędzy nadal brakuje. W 2024 roku Polska przeznaczyła na badania i rozwój 1,41 proc. PKB, mniej niż rok wcześniej i znacznie poniżej poziomu całej Unii Europejskiej. Państwo potrafi zwiększać wydatki bieżące, ale znacznie gorzej radzi sobie z inwestowaniem w naukę, technologie, innowacje i komercjalizację wiedzy — czyli w obszary, które zdecydują o naszej pozycji gospodarczej za kilkanaście lat. Zamiast budować własne technologie, łatwiej stworzyć nowy departament. Zamiast finansować badania prowadzące do powstania polskiego produktu, łatwiej podnieść koszty bieżącego funkcjonowania instytucji. Wydatki są natychmiastowe. Wyniki pozostają odłożone na później.
Grecja również przez lata zwiększała koszty sektora publicznego, rozdawała kolejne przywileje i odkładała korektę na później. Gdy finanse państwa przestały się spinać, rachunek zapłacili obywatele — cięciami wynagrodzeń i emerytur, masowym bezrobociem oraz wieloletnią recesją. Polska nie jest Grecją z 2009 roku, ale mechanizm powinien być ostrzeżeniem. Jeżeli sektor finansowany z podatków staje się coraz atrakcyjniejszy, a sektor, który te podatki wypracowuje, coraz mniej opłacalny, proporcje zaczynają się odwracać.
Państwo nie jest od tego, żeby konsumować coraz większą część efektów pracy obywateli. Jest od tego, żeby zapewniać bezpieczeństwo, sprawne usługi i warunki do rozwoju. Największym zagrożeniem nie jest nawet to, że pewnego dnia zabraknie pieniędzy. Znacznie wcześniej może zabraknąć ludzi gotowych podejmować ryzyko, zakładać firmy, rozwijać technologie i budować produkty. Gospodarka, w której najbardziej racjonalnym planem zawodowym staje się bezpieczny etat finansowany z podatków, nie potrzebuje kryzysu, żeby zacząć przegrywać. Wystarczy, że przestanie się rozwijać.










