Nie jesteśmy dżentelmenami

Dżentelmeni nie mówią o pieniądzach. Dlatego pracodawcy oburzają się kiedy osoby ubiegające się o posadę zaczynają bezceremonialnie rozmowę od pytania: Ile na rękę. Dżentelmen to pojęcie anglosaskie i oznacza człowieka, który nie musi pracować na swoje utrzymanie. My, Polacy nie jesteśmy dżentelmenami. Do praccy chodzimy dla kasy. Żeby utrzymać siebie i rodzinę.

W ogłoszeniach o poszukiwaniu pracowników prawie nigdy nie ma mowy o tym „za ile”. Jak gdyby sprawa pensji była wstydliwa i drugorzędna. Rzadko też wymieni a się formę zatrudnienia. Nie ma płoszeń typu: „Zatrudnię na pełen etat, a przecież większość z nas chciałaby mieć płatny, urlop, płatne zwolnienie chorobowe,, ochronę prawa pracy.

W tym celu Ministra Pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk wysunęła projekt wzmacniający kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy. Chodzi o to by inspektorzy mogli własną decyzją ze skutkiem natychmiastowym przekształcać umowy śmieciowe, zlecenia, o dzieło lub B2B (firma z firmą, np. jednoosobową firma sprzątającą z korporacją) w umowy pracy, wszędzie tam gdzie forma zatrudnienia spełnia definicję stosunku pracy (etatu).

Premier Tusk początkowo zgodził się na procedowanie tego projektu bo w negocjacjach z Unią był to kamień milowy, od którego spełnienia uzależnione jest wypłacenie ok. 20 mld złotych z Krajowego Planu Odbudowy. Teraz jednak się z tego wycofał, żeby zrobić dobrze szemranemu biznesowi, który co roku kantuje państwo na 2,5 mld złotych.

Jednym z argumentów premiera i jego biznesowego otoczenia jest teza, że pracowniczy wola śmieciówki bo kiedy pracodawca oszczędza na daninach od umowy pracownik dostaje więcej pieniędzy. Po pierwsze niekoniecznie bo w wielu wypadkach te różnice zatrzymuje biznesmen. Po drugie, kontrole PiP większości będą dokonywane na wniosek pracowników. A skoro będą wnioskować to będą chcieć umowy o pracę.

Z własnej inicjatywy PiP jest w stanie na razie dokonywać 200 takich kontroli (ewentualnych przekształceń śmieciówek w umowy o pracę). Ciekawa jest figura, że premier mówi za ludzi pracy czego oni chcą. I najważniejsze. Rząd nawet nie próbował się dowiedzieć czego chce świat pracy.

Premier był łaskaw spotkać się z miliarderami w gmachu giełdy i namawiać ich żeby się bogacili, ale z przedstawicielami 16 milionów ludzi pracy, nie. Doradza mu miliarder, ale żaden związkowiec. Co jeszcze raz dowodzi, że to jest rząd biznesu a nie pracowników, czyli mniejszości a nie większości społeczeństwa.

Codziennie przyjmują w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej ludzi pracy dowiaduję się, że cywilnoprawną formę umowy narzuca szef. A jak człowiek chce normalną umowę, to pracy nie otrzymuje. Oszczędzają na kosztach pracy, czyli na nas.

Rekrutując pracowników obiecują jakiś enigmatyczny „rozwój „, przekonują, ze firma to jak rodzina. Jest tam mnóstwo frazesów i ani słowa o wysokości wynagrodzenia czy formie zatrudnienia. A w rodzinie wiadomo, jak w rodzinie, wszyscy się kochamy i nie spieramy się o pieniądze.

Byłoby elegancko, gdyby „dżentelmen” z Platformy spotkał się z pracownikami i zapytał co sądzą o narzucaniu im umów, które nie dają praw pracowniczych. Niekoniecznie w gmachu giełdy, a jakimś dużym zakładzie.

Na razie nic na to nie wskazuje. Ale będę o to zabiegał. Premier ma nadzieję, że Unia zgodzi się na takie poprawki w projekcie, które ów projekt unicestwią. Np. przez uzależnienie kontroli PiP od zgody pracodawcy. Albo, żeby skutek kontroli i ustalenia stosunku pracy nie był natychmiastowy, albo żeby była jakaś specjalna szybka ścieżka sądowa do dokonywania takich ustaleń.

Jednym słowem wszystko tylko nie rozwiązanie pro pracownicze. Bo tu rządzą szemrani pracodawcy, którzy dalej będą orzynać nas na miliardy złotych dla własnej korzyści, nawet jeżeli ceną za to dalsze orzynanie ma być utrata wielkich unijnych funduszy.

Reformę w rządzie poparł z oczywistych względów Minister Finansów i Minister Sprawiedliwości. Ten pierwszy dla pieniędzy, wpływów budżetowych (znów te wstrętne pieniądze), drugi poszedł dalej i zaproponował, żeby wprowadzić domniemanie umowy o pracę, a jak szef chce to niech idzie doi sądu i dowodzi, ze nie umowa tylko kontrakt cywilnoprawny.

Rzadko się zdarza żeby Minister Finansów w liberalnym rządzie stanął po stronie ludzi pracy, ale się zdarzyło. Już to powinno dać premierowi do myślenia.

Wierzę, że już wkrótce związki zawodowe upomną się o spotkanie z premierem i nie będzie już mógł twierdzić, że lud chce tyrać na firmę, którą uważa za swoją rodzinę, a praw pracowniczych nie chce.

O tym jak bardzo odklejona bywa władza liberałów niech świadczy scena sprzed trzydziestu kilku lat. Leszek Balcerowicz, wicepremier i minister Finansów spotkał się z kilkuset przedstawicielami rad pracowniczych (które wkrótce potem zlikwidował) i komisji zakładowych Solidarności.

Jeden z robotników zapytał kto i dlaczego wymyślił, że wszystkie zakłady mają być prywatne? Wtedy Balcerowicz zrobił się purpurowy ze złości i odpowiedział pytaniem: Komu jest teraz gorzej? Wszyscy obecni pracownicy podnieśli ręce.

To było ostatnie spotkanie liberałów z ludem.


Źródło: Facebook – Piotr Ikonowicz

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Izrael burzy siedzibę ONZ w okupowanej Jerozolimie. Bezprecedensowy atak na prawo międzynarodowe

Następny

Ewangelia według Mateusza