Stażystę za darmo zatrudnię

Wyzysk młodych pracowników niejedno ma imię. Pracodawcy wykorzystują różne sposoby, by młodych w jak największym stopniu wykorzystać, jednocześnie ograniczając swoje zobowiązania wobec nich do minimum. I mają ku temu legalne narzędzia: dwie najpopularniejsze formy wyzysku w tej materii to zatrudnianie na umowy cywilnoprawne (tzw. śmieciówki) oraz na umowy o praktyki absolwenckie.

Na śmieciówkach, czyli umowie zlecenie lub umowie o dzieło zatrudnionych jest w Polsce prawie 1,5 mln osób – to prawie 10 proc. wszystkich pracowników.

Przeważająca część z nich to właśnie ludzie młodzi. W grupie wiekowej 18 – 24 aż 62 proc. pracowników zatrudnionych jest na umowach cywilnoprawnych, zaś wśród osób w wieku 25 – 30 – 37 proc.

Pracujący w ramach takich umów nie są pracownikami w rozumieniu Kodeksu pracy.  Nie mają oni zatem prawa do ochrony gwarantowanej przez ów Kodeks i sądy pracy, nie mają zapewnionego okresu wypowiedzenia, odprawy, zasiłku chorobowego, płatnego urlopu wypoczynkowego, ochrony zatrudnienia w okresie ciąży i wynagrodzenia postojowego. Nie obowiązują ich także normy dotyczące wymiaru czasu pracy. Pracodawca może bez konsekwencji wypowiedzieć im umowę w każdej chwili (lub nie dać nowego ,,zlecenia”), czyli pozbawić ich pracy i zarobku z dnia na dzień. W przypadku kryzysu (takiego jak np. obecny, pandemiczny) i redukcji kadrowych są oni pierwsi w kolejce do zwolnienia. To nie teoria: pisaliśmy w marcu tego roku o katastrofalnej sytuacji, w jakiej znaleźli się zatrudnieni na śmieciówkach pracownicy usług, kiedy ich miejsca pracy musiały przerwać działalność.

Tak niska pozycja względem pracodawcy i stan ciągłej niepewności zatrudnienia czyni przysługujące „śmieciówkowcom” prawo do zrzeszania się oraz przynależności do związków zawodowych czysto teoretycznym. Gdy nie ma zrzeszania się i solidarnego upominania się o swoje prawa – są kilkunastogodzinne zmiany, niższe wynagrodzenia i utrudniony dostęp do szkoleń i programów podwyższania kwalifikacji. Od umów zleceń zleceniodawcy są przynajmniej zobowiązani odprowadzać składki ZUS, a od umów o dzieło – nie.  Mimo że bardzo duża część takich umów spełnia kryteria stosunku pracy, pracodawcy wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję wobec młodych, często rozpaczliwie poszukującym pracy i mającym bardzo niską pozycję negocjacyjną, narzucając im właśnie korzystne dla siebie umowy cywilnoprawne.

Kolejnym problemem śmieciówek jest to, że o ile staże i praktyki są zazwyczaj formą wyzysku krótkotrwałego, o tyle utrzymywanie cywilnoprawnej formy zatrudnienia pracodawcy mogą ciągnąć nawet przez wiele lat.

A to skutkuje patologizacją nie tylko życia zawodowego, ale i prywatnego – oznacza bowiem dla młodych ludzi życie w ciągłej niepewności, permanentny brak stabilizacji. Bez stałego etatu nie mają oni szans na kredyt mieszkaniowy i o wiele rzadziej decydują się na założenie rodziny.

Kolejną dotykającą młodych patologią polskiego rynku pracy są nadużycia w zakresie stażów i praktyk. „Ustawa o praktykach absolwenckich” z 2009 roku stworzyła pod nie idealny grunt. Opisane w niej ,,praktyki absolwenckie” spełniają w zasadzie dotychczasową definicję stażu (mają być bowiem ,,etapem przejściowym między edukacją a zatrudnieniem”), ale… nie zostały przez ustawodawcę określone tym mianem, rozmywając różnice między pojęciami. Zgodnie z tą ustawą za takie praktyki pracodawca nie musi wypłacać żadnego wynagrodzenia, a zatrudniony na taką umowę pracownik nie podlega ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnym – jedynym obowiązkiem pracodawcy jest zapewnienie mu „odpowiednich warunków pracy”. To w zasadzie zachęta, by stawiać wysokie wymagania rekrutacyjne na takie staże (ustawa pozwala zatrudniać w tej formie także ,,stażystów z doświadczeniem” do 30 roku życia) i robi sobie ze praktykantów darmowe lub półdarmowe uzupełnienie kadr.

Młodzi pracownicy rekrutują się bowiem na takie ,,praktyki absolwenckie” i za marne grosze wykonują często pełnowymiarową pracę stanowisk juniorskich licząc, że za 3 – 6 miesięcy zostaną zatrudnieni na stałe. Tymczasem po tym okresie firma kończy z nimi współpracę i bierze sobie kolejnego takiego stażystę. Zamiast więc krótkiego okresu przejściowego między edukacją a pracą, służącego zdobyciu praktycznych kompetencji, mającego podszkolić pracownika przed zatrudnieniem na stałe, ,,praktyki absolwenckie” służą bardzo często do wykorzystywania darmowej pracy nieświadomych młodych ludzi. Istnienie takiej formy zatrudnienia stanowi wręcz otwartą zachętę do nadużyć.

Umowa o praktyki absolwenckie to dla pracodawcy układ idealny – możliwości zdobycia pracownika na pełen etat przy bardzo niskich kosztach i praktycznie zerowych zobowiązaniach.

Dlatego właśnie korzysta z tego rozwiązania nawet wiele dużych firm i międzynarodowych korporacji, które bez problemu mogłyby młodemu człowiekowi zapłacić.

Polski rynek pracy nigdy nie należał do przyjaznych dla młodych ludzi, a obecny kryzys związany z pandemią koronawirusa dodatkowo jeszcze pogorszył ich sytuację. Promowane przez Platformę Obywatelską liberalne ustawodawstwo ułatwiło masowe zatrudnianie młodych pracowników na umowach śmieciowych albo praktykach absolwenckich, dając pole do wyzysku i pozbawiając ich życiowej stabilizacji. Rząd PiS nie zrobił zaś praktycznie nic, aby cokolwiek w tej sprawie zmienić. A problemy młodych pracowników to problemy całego społeczeństwa – od nich bowiem zależy przyszłość kraju i wydolność systemu emerytalnego. Nie robiąc nic, by poprawić ich sytuację oraz skazując ich dalej łaskę i niełaskę kapitalistów państwo polskie podcina gałąź, na której samo siedzi.

Polska w pułapce niskich płac

Rynek pracy w Polsce wciąż opiera się na niskich płacach i wysokim poziomie nierówności. Zaklęcia o wstawaniu z kolan tego nie zmieniają.

Główny Urząd Statystyczny opublikował szczegółowe informacje dotyczące wynagrodzeń Polaków. Dane dotyczą października 2018 r., a więc okresu kwitnącego rozwoju gospodarki, niskiego bezrobocie i bardzo dobrej koniunktury. Obraz wyłaniający się z raportu GUS jest jednak zupełnie inny. Owoce wzrostu trafiają nadal do nielicznych.

Tylko na papierze jest dobrze

W październiku 2018 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wyniosło 5004 zł, czyli 3553 zł netto, i było ono o blisko 15 proc. wyższe niż w październiku 2016 r. Teoretycznie wygląda to więc nieźle. Bardziej szczegółowe dane dowodzą jednak, że większość pracowników w Polsce zarabia znacznie mniej niż wynosi przeciętna pensja, a część otrzymuje wciąż wynagrodzenie głodowe.

Przede wszystkim aż 66 proc. polskich pracowników zarabia poniżej średniej, przy czym dotyczy to aż 94,9 proc. pracowników wykonujących prace proste, 93,4 proc. pracowników usług i sprzedawców, 87,1 proc. rolników, ogrodników, leśników i rybaków oraz 80,2 proc. pracowników biurowych.

Dane GUS pokazują też znaczne nierówności między płciami. W październiku 2018 r. aż 71,2 proc. kobiet miały zarobki poniżej średniej i 60,9 proc. mężczyzn.

Bardzo bogaci bogacze

Z drugiej strony zarobki 0,18 proc. najbogatszych Polaków zarabiało siedmiokrotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli 35,03 tys. zł miesięcznie, 2,15 proc. najlepiej zarabiających Polaków przekraczały trzykrotność średniego wynagrodzenia, czyli 15,11 tys. zł, a wynagrodzenia 6,13 proc. pracowników uzyskiwało płace przekraczające dwukrotność średniej, czyli 10,08 tys. zł. Nieliczni zarabiają więc bardzo dużo.
Z danych GUS wynika, że znacznie niższa od średniej jest mediana (wynagrodzenie środkowe). Połowa zatrudnionych pracowników w październiku 2018 r. otrzymała 4095 zł brutto, czyli 2920 zł na rękę.

Biedna gastronomia, bogata informatyka

GUS pokazuje, że mamy bardzo zróżnicowane wynagrodzenia branżowo. Wśród pracowników sekcji „górnictwo i wydobywanie” mediana wyniosła aż 7546 zł, a wśród pracowników informacji i komunikacji 7000 zł. Z drugiej strony w dziale „działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca” mediana wyniosła zaledwie 2500 zł, a w działalności związanej z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi 2776 zł brutto.
Analiza szczegółowa grup zawodów pokazuje, że najwyższą medianę wynagrodzeń spośród wszystkich zatrudnionych zaklasyfikowanych do odpowiednich średnich grup zawodów zaobserwowano dla zatrudnionych w grupie „Kierownicy do spraw technologii informatycznych i telekomunikacyjnych”, która wynosiła 12648 złotych. W tym samym okresie wartość środkowa wynagrodzenia zatrudnionych w grupie „Fryzjerzy, kosmetyczki i pokrewni” wynosiła zaledwie 2100 zł, czyli tyle co wynagrodzenie minimalne w 2018 r.

GUS zwraca też uwagę, że dla zatrudnionych w wieku do 24 lat mediana wynosiła 3175 zł, a dla zatrudnionych należących do grupy 65 lat i więcej – 5172 zł.

Staż i dyplom mają znaczenie

Znaczne różnice mają też miejsce przy różnym stażu pracy: mediana miesięcznych wynagrodzeń zatrudnionych o stażu pracy krótszym niż 2 lata wyniosła 3082 zł, a dla osób zatrudnionych o stażu 30 lat i więcej – 4576 zł.

Jeszcze bardziej różnicującym czynnikiem jest wykształcenie. Mediana wynagrodzeń pracowników z wykształceniem gimnazjalnym w październiku 2018 r. wyniosła 2987 zł brutto, podczas gdy zatrudnionych o wykształceniu wyższym ze stopniem naukowym co najmniej doktora aż 6255 złotych.

Na państwowym lepiej?

GUS zwraca też uwagę, że pracownicy sektora prywatnego zarabiają mniej niż sektora publicznego. Mediana tych pierwszych wynosiła 3846 zł, a drugich – 4586 zł. Jednak w obrębie samego sektora publicznego nierówności s znaczne, a na niektórych niższych stanowiskach znaczących podwyżek nie było od dawna.

Wreszcie dużo wyższe są zarobki w dużych zakładach pracy (ponad 2 tys. pracowników) – 5309 zł, niż w małych (do 19 osób) – tylko 2775 zł. A przypomnijmy, że to właśnie małe firmy najczęściej są hołubione przez prawicę jako rzekomi twórcy polskiego prosperity, to im proponuje się kolejne udogodnienia i ulgi.

Z powyższych danych wynika więc, że polski rynek pracy jest bardzo zróżnicowany. Są na nim segmenty dobrze opłacane, ale są też obszary niskopłatnej pracy.

Zarabiamy mało

Najsmutniejszy wskaźnik dotyczący płac na polskim rynku pracy dotyczy jednak mediany, czyli najczęściej wypłacanego wynagrodzenia.
Dla wielu osób może się to wydać wręcz trudne do uwierzenia, ale najczęściej wypłacaną pensją w Polsce w badanym okresie była kwota 2380 zł brutto, czyli ok. 1725 zł na rękę! Wynagrodzenie do tej wysokości otrzymywało aż 13 proc. Polaków i Polek! W większych polskich miastach to kwota, która zwyczajnie nie pozwala na przeżycie. A i poza nimi z trudem zapewnia godne życie.

To prawda, że płaca minimalna wzrosła pod rządami PiS. Ale to przecież nie wszystko. Premier, prezes i prezydent powinni zapoznać się z tymi danymi. Powinni zwrócić uwagę na kategorię biednych pracujących i zrozumieć, że nie jest ona wymysłem socjologów (pewnie „lewackich”), a rzeczywistością zauważalnej części polskiego społeczeństwa.
Być może wtedy nie mówiliby z takim przekonaniem o wstawaniu Polaków z kolan. A może właśnie wiedzą świetnie i dlatego karmią nas propagandą?