Świat wstrząśnięty i zmieszany

Kolejny wybuch wulkanu intelektu, drzemiącego w mózgu Wielkiego Przywódcy Donalda Trumpa – za nami.

Nie ma już zamiaru inwazji ani nawet kupna Grenlandii, zwanej niekiedy Islandią. Nie będzie już ceł 10%, ani tym bardziej 25%, w odwecie za wysłanie kilkudziesięciu oficerów przez osiem europejskich krajów na Grenlandię w celu dokonania rekonesansu przed planowanymi ćwiczeniami wojskowymi i jako demonstracji w obronie ładu terytorialnego i politycznego w ramach Paktu Północnoatlantyckiego.

NATO się nie rozpadnie, a wręcz przeciwnie – podejmie nowe inicjatywy dla wzmocnienia obrony Arktyki, a w szczególności Grenlandii.

Po negocjacjach z rządami Danii i autonomicznej Grenlandii, na tej bryle lodu Amerykanie będą mogli zapewne zbudować nowe bazy wojskowe, dzierżawiąc w tym celu odpowiednie obszary, co jest możliwe również na podstawie obowiązującego traktatu z 1951 roku.

W ramach nowego porozumienia USA zapewne otrzyma również możliwość prowadzenia prac badawczych i eksploatacji bogactw naturalnych Grenlandii, zwłaszcza metali ziem rzadkich, ropy naftowej i gazu.

Nie sądzę jednak, aby do tej eksploatacji doszło w najbliższym czasie na poważną skalę. Globalne ocieplenie nie postępuje w takim tempie, o jakim marzy zainteresowany eksploracją krainy lodu kapitał; natura nadal ogranicza dostępność tablicy Mendelejewa w tym rejonie świata i winduje koszty wiercenia, a w konsekwencji stawia pod znakiem zapytania opłacalność biznesową.

Donald Trump sprzeda oczywiście krajowej opinii publicznej nowe porozumienie jako ogromny sukces. Nie tylko nie będzie musiał dokonywać inwazji, ale też nie będzie potrzeby płacenia 700 mld USD (wycena z kowbojskiego kapelusza) za kupno wyspy, a Stany Zjednoczone będą mogły realizować swoje cele w Arktyce.

Wyznawcy Trumpa ogłoszą, że Trump jest większy od prezydentów, którzy kupili Alaskę czy Wyspy Dziewicze.

Dla utrzymania ego Wielkiego Przywódcy w stanie nieustannej satysfakcji posłuży również Rada Pokoju, w której zasiedli m.in. Wiktor Orban, przywódcy Argentyny czy Indonezji i niektórych krajów środkowej Azji i krajów arabskich, a do której niestety aspiruje również Karol Nawrocki.

Myślę, że jej największym osiągnięciem będzie przyznanie Donaldowi Trumpowi Wszechświatowej Nagrody Pokojowej za zakończenie wielkiej liczby wojen i konfliktów, które zresztą w części sam wywołuje.

Oczywiście schlebianie Trumpowi do niczego dobrego nie prowadzi. Bardziej do jego czasowego zejścia na ziemię przyczynili się liderzy poważnych krajów europejskich na czele z Macronem, premier Kanady, gubernator Kalifornii, odważni kongresmeni amerykańscy i sędziowie, w tym również jego nominaci z Sądu Najwyższego, i amerykańska opinia publiczna, która w zdecydowanej większości była przeciwna grenlandzkiej awanturze, niż ci, którzy wybrali drogę ugłaskiwania potwora.

Dążąc do spektakularnego i szybkiego sukcesu na arenie międzynarodowej, sukcesu, którego nie potrafi odnieść w polityce wewnętrznej, Trump zaniedbał naciski na strony konfliktu na Ukrainie, zwłaszcza jeśli chodzi o presję na zaproszonego do Rady Pokoju Władymira Putina.

Rosja robi Grenlandię w Kijowie i w innych miastach wschodniej Ukrainy, atakując w sposób systematyczny infrastrukturę energetyczną, cieplną, a nawet wodociągi, bez zdecydowanej reakcji Waszyngtonu i bez nowych sankcji.

Putin konsekwentnie gra na zwłokę i łudzi Trumpa kolejnymi rozmowami, nie rezygnując ani na jotę z wyznaczonych celów wojny.

Dla postawienia spraw z głowy na nogi w rodzinie atlantyckiej w dłuższym horyzoncie czasowym potrzebna jest budowa prawdziwie zjednoczonej Europy, ze spójną polityką zagraniczną, odbudowanym przemysłem zbrojeniowym i zapewne również z europejskimi siłami zbrojnymi.

Do tego daleka droga.

Na dzisiaj szansą na więcej normalności w Ameryce i na świecie są rosnący opór społeczny wobec awanturniczej polityki Trumpa w jego własnym elektoracie i niezależność amerykańskiego systemu sądownictwa, a także wybory połówkowe do Kongresu USA w listopadzie.

Na dzisiaj uśrednione sondaże pokazują zwycięstwo demokratów w wyborach do Izby Reprezentantów wyrażone w mandatach 231:204.

Sąd Najwyższy zakwestionował już kilka istotnych decyzji administracji Trumpa; na jego wokandzie znajdują się obecnie cła, a więc podstawowy instrument polityki gospodarczej Trumpa, realizowany bez autoryzacji Kongresu. Dużo zależy od tego rozstrzygnięcia.

Utrata większości w Izbie Reprezentantów miałaby istotne znaczenie, z uwagi na możliwość blokowania w procesie legislacyjnym najbardziej kontrowersyjnych pomysłów, a przede wszystkim z powodu uprawnień budżetowych Izby.

Dla polityki zagranicznej realizowanej przez administrację większe znaczenie ma jednak Senat, który zatwierdza prezydenckie nominacje i wyraża zgodę na ratyfikację umów międzynarodowych, a w nim zdobycie większości przez opozycję będzie znacznie trudniejsze.

Do czasu wyborów połówkowych im bardziej sondaże będą nieprzychylne Trumpowi, tym więcej możemy spodziewać się nowych fajerwerków, obliczonych na użytek wewnętrzny.

Na razie mamy jednak antrakt w komedii rozgrywanej przez trupę Donalda Trumpa. Ta przerwa nie potrwa długo.

Zbyszek Zaborowski

Politolog, publicysta i doświadczony polityk lewicy. Absolwent Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Poseł na Sejm II, III, IV, V i VII kadencji (1993–2007, 2011–2015), a w 2004 roku deputowany do Parlamentu Europejskiego. W latach 2008–2010 był wicemarszałkiem województwa śląskiego, a w latach 2016–2019 wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Od wielu lat związany z życiem publicznym i samorządowym na Śląsku, aktywny także w Stowarzyszeniu Ordynacka. Autor komentarzy i analiz politycznych, angażuje się w inicjatywy społeczne i obywatelskie.

Poprzedni

Ulga zamiast strategii

Następny

Musk czy mózg. Kto za przewodnika?