Wreszcie!

Wywiad z Tomaszem Markiewką, filozofem z UMK i publicystą „Krytyki Politycznej” (fragment)

Wszystko wskazuje na to, że będą trzy bloki wyborcze: PO z Nowoczesną i Inicjatywą Polską, PSL oraz lewica, która się zjednoczy: SLD, Razem, Wiosna mają iść do wyborów w jednym zespole. Jak pan ocenia ten pomysł?
Ten podział jest sensowny, bo oddaje różnice ideowe na opozycji. PO wierzy, że polską gospodarkę rozruszają ulgi podatkowe i pomoc dla przedsiębiorców, prawdę mówiąc, to jest trochę powrót do lat 90. Lewica stawia na usługi publiczne i chce zmienić dziwaczny system podatkowy, który sprawia, że nauczycielka zarabiająca 2 tys. zł płaci proporcjonalnie wyższe podatki niż osoba zarabiająca kilkanaście tysięcy. PSL pragnie walczyć o elektorat wiejski. Tutaj jest naprawdę niewiele elementów wspólnych, a przecież są jeszcze różnice dotyczące praw kobiet, praw mniejszości, polityki energetycznej i mnóstwa innych rzeczy.

Wydaje się więc to uczciwe wobec wyborcy lewicowego. Partie, które mają wyraźne lewicowe przekonania nie podłączają się do PO, tylko obiecują, że się dogadają. Potrafią?
Powinni się dogadać, to jest test na ich odpowiedzialność. Brutalna prawda jest taka, że ani SLD, ani Wiosna, ani Razem nie są w stanie wejść do Sejmu w pojedynkę. Rozdrobniona lewica jest słaba, zjednoczona lewica może zawalczyć na początek nawet o 15-20 proc. głosów. W tej chwili główną siłą na opozycji jest PO, ale na dłuższą metę tak nie musi być, lewica jest aktywniejsza programowo, dostrzega zmiany na świecie, rozumie wyzwania ekonomiczne oraz ekologiczne. Dodatkowo w jej otoczeniu jest wiele młodych osób, które na własnej skórze odczuły zaniedbania polskiej polityki ostatnich kilkunastu lat. To ogromny potencjał. Od liderów formacji lewicowych zależy, czy go nie zmarnują.

Co by się zmieniło, gdyby lewicowe ugrupowania zdołały wprowadzić do Sejmu swoich posłów?
Przekleństwem polskiej polityki ostatnich lat jest to, że sprowadza się ona do wojny PiS-u i PO, dwóch w gruncie rzeczy prawicowych partii. Wiem, że część przeciwników PiS nazywa ugrupowanie Kaczyńskiego socjalistami, a niektórzy przeciwnicy PO uważają partię Schetyny za lewaków, ale to oczywisty absurd. Obydwie partie są konserwatywne, obydwie całkowicie lekceważą problem usług publicznych, od transportu, po szkoły i żłobki, obydwie nie mają żadnej odpowiedzi na kryzys klimatyczny. Wejście lewicy do Sejmu mogłoby pomóc w poszerzeniu naszej debaty politycznej. Nie sprowadzałaby się ona tylko do tego, że PiS nienawidzi Tuska, a PO Kaczyńskiego. Skorzystać mogliby wszyscy, paradoksalnie także zwolennicy PiS i PO, bo obecność w Sejmie nowej siły zmusiłaby dwie prawicowe partie do tego, aby wyjść poza logikę wzajemnej wojny i zacząć zachowywać się trochę mądrzej. Nic tak nie mobilizuje do pracy jak świadomość, że wcale nie ma się monopolu na władzę i można ją stracić na rzecz kogoś innego.

Tekst pochodzi z „Gazety Pomorskiej”, rozmawiała Karina Obara.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *