Bigos paryski

Eric Zemmour jeszcze nie zgłosił oficjalnie swojej kandydatury w wyborach na prezydenta Francji, a już ma 10 procent poparcia w sondażach. Na czele jest urzędujący prezydent Macron, nieco za nim Marine Le Pen. Zemmour ma tylko o jeden punkt procentowy mniej niż kandydat radykalnej lewicy, Francji Niepodległej, Jean Luc Melenchon. Jeden z postulatów Zemmoura, to obowiązkowe przyjmowanie imion francuskich przez obywateli. Zamiast Mohamedów, Abdullachów byliby Jean, Pierre, Paul. Oczywiście wcale nie jest pewne, że jego poparcie wzrośnie ponad obecne. Media francuskie, w tym telewizje, grzeją temat Zemmoura i nazywają go „perturbatorem”, „prowokatorem”. Jedno z lewicowych pism nazwało jego pojawienie się „ofensywą reakcji”. On sam w telewizyjnych programach przedstawia się jako „eseista” i mówi, że „Francja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa”. Nie jest tak zwanym białym, rdzennym Francuzem a jest bardziej gorliwym nacjonalistą niż pani Le Pen. Do tego ostatnio wystąpił w obronie rządów PiS. Rano w jednej z telewizji, na pasku: „Eric Zemmour – tylko o nim się mówi”. Na okładce jednego z tygodników: „Prawica – niebezpieczeństwo śmierci”. Rzeczywiście, jest sześcioro kandydatów prawicy i mogą się wzajemnie „zjeść”. Kandydatów lewicy tylko dwoje – Melenchon i pani Hidalgo, mer Paryża. No i oczywiście przewrotna kpina na okładce satyrycznego pisma „Charlie Hebdo”: Zemmour jako muzułmański prorok o na islamsko przerobionym nazwisku. Gdzie jest źródło zjawiska Zemmour? W problemach Francji z imigracją i zalewem islamu. I w tym, że próbuje leczyć ego Francuzów: wydał książkę „Francja nie powiedziała ostatniego słowa”.


Na placu Stalingrad w Paryżu Bigos mija ogromne obozowisko imigrantów. Całą niegdysiejszą elegancję miasta diabli dawno już zresztą wzięli. Paryż jest tak brudny, jak nigdy w ciągu minionych czterdziestu lat, odkąd Bigos tam bywa. Ani Francja, ani Zachód w ogóle już sobie z tą falą nie poradzi. Lewica z definicji sprzyja imigracji, ale co powie, gdy za kilkanaście lat francuscy talibowie narzucą szariat już nie tylko muzułmanom, ale całej Francji i zniewolą wszystkie kobiety? „Prorok” literacki Houellebecq już to przewidział w swojej sławnej powieści „Uległość”.


Tradycyjnie laicka Francja już nie jest taka skrupulatnie laicka. Jeszcze kilkanaście lat temu żaden urzędnik Republiki Francuskiej nie przekroczyłby oficjalnie progu n.p. świątyni katolickiej, dziś coraz częściej to robią. Wygląda to na reakcję obronną wobec naporu agresywnego islamizmu, ale na pewno nie oznacza nawrócenia na wiarę, na co liczą niektórzy KĄSERWATYŚCI od kąsania. A najbardziej kąsający są konserwatyści polscy czyli karnowszczyzna, kurszczyzna czy sakiewszczyzna.


Bigos ogląda francuski piąty kanał telewizyjny, a w nim relacja z wizyty papieża Franciszka w Budapeszcie. Pokazują pokorne Węgry pod władzą Orbana, mowa m.in. o polityce pronatalnej, o promowaniu wielodzietności dwa plus sześć nawet, wypowiada się węgierski ojciec rodziny, a tu nagle przeskok do Warszawy, migawki ze styczniowych demonstracji Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, ostre, dynamiczne, ze sławnymi ośmioma gwiazdkami. Efekt silnego kontrastu między pokorą a nastrojem buntu. Bigos przez chwilę doznaje czegoś w rodzaju uczucia dumy, że tak we Francji pokazano ojczyznę Bigosu.


Duduś strzelił focha i nie spotkał się z kanclerz Angelą Merkel, która przyjechała do Polski z pożegnalną wizytą. Duduś ministrant, człowieczek malutki. Obraził się infantylnie, bo nie został zaproszony odpowiednio godnie, zaproszeniem na tacy. Honor wyobraża sobie tak, jak go nauczył ksiądz katecheta oraz tatuś z mamusią w katolickim kółeczku. Lech Wałęsa powiedział swego czasu: „Mamy durnia za prezydenta”.


Są też inni durnie. Przedstawiciel karnowszczyzny, niejaki Wikło Marcin nazwał decyzje UE w sprawie tzw. Izby Dyscyplinarnej „okupacyjnym terrorem”. Stuknijcie się w łeb, Wikło.


Pani mer Paryża Anna Hidalgo zapowiedziała podniesienie płac nauczycieli o 100 procent bo zarabiają dwa razy mniej niż nauczyciele niemieccy. A w kraju „cudu gospodarczego”, czyli w Polsce za rządów PiS o znaczącej podwyżce płac nauczycieli nie ma mowy. Kwadratura koła?


Przykry detal w pogranicza – powiedzmy tak oględnie – polsko francuskiego. Bigos stoi na ulicy Chevaleret, nieopodal polskiego Zakładu Świętego Kazimierza. Po przeciwnej stronie ulicy młoda, czarnoskóra kobieta z nosem w telefonie komórkowym. Z naprzeciwka idzie jakiś naprażony, agresywny młodzian i coś niezrozumiale bełkoce. Dopiero po chwili Bigos orientuje się, że ten wulgarny bełkot to – pożal się boże – polszczyzna. Młodzian kieruje pod adresem czarnoskórej wiązankę najgorszych wulgaryzmów. Ona na pewno tego nie rozumie literalnie, ale agresję pod swoim adresem na pewno wyczuwa. Bigos doznaje impulsu, by … mniejsza o to, ale to dzieje się bardzo szybko i jakakolwiek interwencja jest niecelowa. Dlaczego ta podobno wspaniała, katolicka Polska eksportuje tyle ohydnego chamstwa?


A w ojczyźnie Bigosu? W ojczyźnie Bigosu, w reakcji na zamiar Czarnka Przmysława, by wprowadzić iluzoryczny wybór między religią etyką, młodzież coraz częściej deklaruje wybór „opcji zerowej”, bo nie ufa etyce wykładanej przez czarnkowych satelitów. A we Francji trwa akurat dyskusja, i to w telewizji, nad pomysłem, by dyrektorzy szkół byli wybierani przez nauczycieli, podczas gdy w ojczyźnie Bigosu nauczyciele mają być poddanymi kuratorów i dyrektorów


Prawolski komentariat bardzo irytuje się, że pojawiło się kilka książek podejmujących klasowe podejście do historii. Zamiast kolejnych hagiografii i malowanek na temat przewag polskiego oręża, świętych i rycerstwa, kilku autorów zajęło się wyzyskiem klasowym, niewolnictwem chłopów, czyli najciemniejszymi stronami dziejów kraju. Prawolski komentariat z oburzeniem mówi o powrocie do marksizmu na uniwersytetach, do klasowej interpretacji historii.