Broszka polska

Jan Rocki

Wydawało się, że te dwa wyjątkowe okazy, którymi złośliwy los nas obdarzył – Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki, wyczerpują panopticum polskich dziwolągów. Że tyle durnot, ile oni wygadują wystarczy za wszystkie inne aż z naddatkiem. Zwłaszcza, gdy zaczynają mówić o Unii Europejskiej tracą poczucie rzeczywistości i żeglują swobodnie w przestworzach absurdu.

Kilka przykładów dla przypomnienia.

Andrzej Duda, Kamienna Góra, rok 2018:
– Bardzo często ludzie mówią: „ach, po co nam Polska, Unia Europejska jest najważniejsza”. (…) To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów, jak Polska wtedy pod koniec XVIII wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili „A może to lepiej, swary się w końcu skończą, te rokosze, te wszystkie insurekcje, te wojny, te awantury, te konfederacje, wreszcie będzie święty spokój”;

Leżajsk 2018: – [Unia] to „wyimaginowana wspólnota, z której niewiele dla Polski wynika. (…) Niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”; Zwoleń 2020: – „My, Polacy, mamy prawo sami decydować o sobie i swoich prawach. Po to walczyliśmy o demokrację. Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy” …

Kłamstw, przemilczeń, przeinaczeń, przekręceń, manipulacji na temat Unii i wokół Unii autorstwa Mateusza Morawieckiego jest z kolei tyle, że starczyłoby na referat o zbłąkanej świadomości przeplatającej świat urojony z rzeczywistym w praktyce politycznej. Przypomnę więc jeden tylko przykład, ale charakterystyczny, można powiedzieć sztandarowy. Na wiecu w Dębicy (rok 2018) premier mówił:

– Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie (…) więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL; więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. (…) Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich, bo pomagają odnawiać chodniki, ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości…

W świecie tych polityków i ich politycznych towarzyszy, sympatyków i zwolenników podobne idiotyzmy w żaden sposób nieprzystające do rzeczywistości nie zakłócają ich obywatelskiej świadomości. Mieszczą się doskonale obok jednoznacznie przeczących im faktów i gołym okiem widocznych profitów politycznych oraz materialnych, które były i są udziałem Polski w ciągu 17 lat przynależności do Unii Europejskiej. W świecie ich psychicznej odrębności i urojeń, korzyści odnoszone przez Polskę to jedno, a Polska to zupełnie coś innego – jakby nie Unia Europejska, jakiś oddzielny byt. Ten dziwaczny związek pisowskiej Polski z Europą pogłębia się z każdym rokiem od ponad pięciu już lat, a Polska coraz bardziej przypomina skołtunioną, zrzędzącą babę, wiecznie w szlafroku i w przydeptanych kapciach, która ma niekończące się pretensje, że inne są bogatsze, zadbane i domyte. Wszystko się jej należy, zaś ona sama nie poczuwa się do żadnej więzi z Unią. Przeciwnie – im więcej z Unii wydusi, tym bardziej jej nienawidzi. Podbechtywana przez kościół, wybitnego zresztą unijnego „dojarza”, hoduje w sobie coraz to nowe pokłady ignorancji i buntu przeciwko urojonym brukselskim wrogom, zamachom i nieistniejącym planom unicestwienia polskości. Nic dziwnego więc, że na takim podglebiu rosną nowe zastępy idiotów i idiotek głupich jak but pisowskich elit. Antyunijne kalki słowne, schematy myślowe, w których Unia jest wyłącznie złem, tak już im weszły w krwioobieg, że wyrósł z tego ich niby język, którym swobodnie posługują się na co dzień, często zapewne nawet nie zdając sobie sprawy, co tak naprawdę mówią. Wypowiadają niebotyczne bzdury swobodnie, bez zahamowań, perorują o najważniejszych sprawach, często wręcz żywotnych dla Polski, jak niejeden Napoleon w Tworkach o swoich zwycięskich kampaniach i przebiegłych intrygach.

Na czoło rankingu uczelni wypuszczających w świat takich właśnie orłów intelektu i myśli państwowej zdecydowanie wysuwa się Katolicki Uniwersytet Lubelski, na który polscy podatnicy łożą od dziesiątków lat milionowe dotacje. To prawdziwa kuźnia nowych elit. Niewątpliwie ich najbardziej znanym reprezentantem, jest Przemysław Czarnek, prawnik konstytucyjny, gość, którego w normalnym kraju strach byłoby obsadzić w jakiejkolwiek roli państwowej, a o ministrze oświaty on sam nawet w snach by nie marzył. W Polsce PiS jednak to, co jest normalnie nienormalne jest jak najbardziej normalne. Drugim ośrodkiem kadro twórczym jest Ordo Juris, organizacja, o której tak naprawdę niewiele wiadomo, poza tym, że to katoliccy talibowie, których kościół hoduje, ale sam za bardzo w drogę im wchodzić nie chce. Czy można się więc dziwić, że zbieramy tego owoce? Czy można się dziwić, że schizofrenia polityczna staje się u nas normą? Na przykład, że 80 proc. Polaków opowiada się za Unią, ale jednocześnie połowa uznaje, że unijne pretensje do stanu naszej praworządności po ziobrowej reformie są przesadzone? Jak jednak takie wykluczające się nawzajem przekonania mają nie zalęgać się w mózgach, które dzień w dzień kształtuje PiS-owska propaganda? Jak ludzie mają inaczej myśleć, skoro minister oświaty mówi publicznie i bez zahamowań, a potem to mocno potwierdza, iż uczniowie mają się uczyć o Traktacie lizbońskim, funkcjonowaniu Polski w ramach Unii Europejskiej i „ewolucji Unii Europejskiej z tworu praworządnego na twór niepraworządny, bo dzisiaj jest tworem niepraworządnym, który nie przestrzega własnych ram prawnych” …

Albo skoro inny profesor, Karol Karski, w telewizji Republika (25 maja br.) stawia znak równości między współpracą Unii z Polską a działaniami putinowskich tzw. „zielonych ludzików” na Krymie, to nic nikogo nie powinno już dziwić. Przesłanie takiej wypowiedzi jest przecież jednoznaczne: podstępnie zabierają nam suwerenność i na siłę przyłączają do Brukseli, jak Rosja Krym.

Inny przedstawiciel nowych elit (występujący w tym samym programie) Dobromir Sośnierz porównał z kolei współczesną prounijną opozycję do warcholstwa magnaterii i szlachty, które w XVIII wieku doprowadziły do rozbiorów Polski. Pół biedy z tym Sośnierzem, to co prawda poseł na Sejm, poprzednio nawet europarlamentarzysta, ale katecheta. Tak jak w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, tak w Brukseli nie zrobią z Sośnierza moreli. Zaś ten Karski to co innego, to profesor prawa. Właściwie doktor habilitowany a profesor nadzwyczajny, ale jednak. Uczony jest posłem do Parlamentu Europejskiego. W dużej mierze dzięki tej fusze jest milionerem – znaczy, jak wszyscy europosłowie PiS, kasę z Brukseli bierze, ale rękę karmiącą kąsa zajadle. Jest tam już długo, lecz kariery nie zrobił żadnej. Był kilkakrotnie kwestorem i to wszystko, czyli pilnował interesów europosłów. Na przykład, jeśli jakaś pani jest praktykującą weganką, to on powinien dopilnować, żeby przejawy jej kultury gastronomicznej znajdowały odbicie w menu parlamentarnej stołówki. Karski o wiele bardziej niż z działalności merytorycznej w PE znany jest z działalności rozrywkowej. To ten sam urwipołeć, który w towarzystwie niejakiego Zbonikowskiego, byłego posła PiS, damskiego boksera i znanego z tabloidów bohatera romansów, rozbili melexy w cypryjskim hotelu, za co tamtejszy sąd kazał im zapłacić.

Owszem, Karski zasłynął również jako prawnik. W sierpniu 2008 r. doniósł do prokuratury na pilota, który podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, ze względów bezpieczeństwa odmówił prezydentowi Kaczyńskiemu i innym towarzyszącym mu prezydentom lądowania w Tbilisi. Karski zarzucił pilotowi tchórzostwo, sabotowanie ważnej misji i zażądał postawienia go przed sądem, oraz odwołania ówczesnego ministra obrony. Prokuratura nawet nie wszczęła śledztwa, bo uznała to doniesienie za nic nie warte. Oto rozmiar kapelusza czołowego reprezentanta PiS-owskich elit. Zbiór jemu podobnych pań i panów jest właściwie nieprzebrany. Mówi się jednak, że to nie oni są problemem Polski, tylko ich wyborcy. I to prawda. Problemem politycznym, społecznym i socjologicznym są obywatele, którym takie właśnie poglądy odpowiadają, przyjmują je za swoje i utożsamiają się z nimi na tyle, że na tych orłów głosują. Mimo ich wielomiliardowych afer, jawnego złodziejstwa, niekompetencji, chamstwa i nieokiełznanej buty ciągle jest po ich stronie połowa wyborców. Nie większość, bo większość zapewnia im ordynacja wyborcza, ale znacząca część. Co najmniej czterdzieści kilka procent, czyli mniej więcej tyle, ile jest tych, którzy nie zarejestrowali się w kolejce do sczepień przeciw covidowych, w kolejce po życie. To prawdopodobnie są nawet ci sami – bracia i siostry w ciemnocie, wierze w banialuki, bzdury i kłamstwa. Wyznawcy teorii spiskowych, śledziennicy wiecznie nadęci, ofochani i ze wszystkiego niezadowoleni.

Przemeblowanie głów takiej masy ludzi jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Poprzedni

Lis, Bodnar, mój Brat i Ja

Następny

Gospodarka 48 godzin

Zostaw komentarz