Czas dialogu z biskupami minął

Ostatnie miesiące zmieniły polskie społeczeństwo. Kobiety i ich sojusznicy wyszli na ulice. Walka o prawo do bezpiecznego przerywania ciąży, o prawo do wyboru, jest doświadczeniem pokoleniowym. Jego skutki będą zapewne odłożone w czasie. Ale całe pokolenie złapało bakcyla wolności. I jednocześnie zostało zaszczepione przeciwko klerykalizmowi, obskurantyzmowi i konserwatyzmowi.

Przyczyn protestu jest wiele. Sam uczestniczyłem w wielu protestach przeciwko piekłu kobiet i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niezwykle dobrze odbierany jest argument dotyczący godności Polek. Brzmi on mniej więcej tak: Dlaczego Polki nie mają takich praw jak inne Europejki. Wszystkie Europejki [poza Maltankami] mogą dokonywać wyboru, a Polki nie. Dlaczego?

Odrzucić niepisaną konstytucję

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. I mieści się w dwóch słowach: Kościół Rzymskokatolicki.

To uprzywilejowana pozycja Kościoła w polskim systemie politycznym decyduje o pozbawieniu Polek praw, które są oczywiste dla innych Europejek. Prawa do wyboru, którym – przypomnijmy – cieszyły się od 1956 do 1993 roku. Prawo wyboru jest doświadczeniem milionów Polek z pokolenia powojennego wyżu. Wtedy jednak pozycja Kościoła w Polsce była inna. Transformacja ustrojowa była głębsza, niż na pierwszy rzut oka widać. Doskonale opisała to na łamach Oko.press Agnieszka Graff, wskazując że obok pisanej Konstytucji – zgodnej z ideami oświecenia i praw człowieka – uformowała się również konstytucja niepisana, przyznająca Kościołowi nieformalny, ale respektowany przez elity, wpływ na różne sfery życia społecznego. Na nieszczęście polskich kobiet, jedną z takich sfer była kontrola nad seksualnością i rozrodczością kobiet.

Każda umowa trwa jednak tak długo jak stosunki społeczne, które ją wytworzyły. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie, które niepisanej Konstytucji nie uznaje. Nie akceptuje uprzywilejowanej pozycji Kościoła w państwie. Jest ona dla nich czymś dziwacznym, odbiegającym od Zachodniej normy, ograniczającym ich wolność. Dla młodych Kościół ma twarz szkolnego katechety. I nie jest to twarz zbyt zachęcająca. Katecheta nie prowadzi otwartej dyskusji, lecz wykłada niepodważalne prawdy wiary. Jeśli jakiś uczeń chciał z nauczaniem Kościoła dyskutować w oparciu o rozumowe czy empiryczne argumenty to był ośmieszany. Taki obraz Kościoła ma w głowach młode pokolenie. Powiedzmy szczerze, jest to dobra metafora pozycji Kościoła w Polsce.

Kościół już przegrał

Dni uprzywilejowanej pozycji Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce są już policzone. Z kilku powodów. Po pierwsze, młode pokolenie uznaje ten stan za nienormalny. Po drugie, spora część średniego i starszego pokolenia nie wybaczy Kościołowi sojuszu z PiS. Jeśli PiS straci kiedyś władzę, to pójdzie na dno razem ze swoim sojusznikiem.

Polska potrzebuje więc nowego ułożenia stosunków z Kościołem. Na zasadach, które zgodne są z XXI-wieczną praktyką rozdziału Kościoła od Państwa. Jak wypracować te nowe zasady? Drogi są z grubsza dwie. Dialog albo siła prawa. Albo Państwo się z Kościołem dogada polubownie, albo narzuci mu swoje propozycje.

Nie ma partnera do dialogu

Większość z nas instynktownie czuje, że dialog jest czymś lepszym, a rozwiązania wykute w dialogu są trwalsze. Na tym przekonaniu swoją pozycję buduje Szymon Hołownia, którego upodobanie do kojącej mocy dialogu stało się już tematem wielu internetowych memów. Mógłbym nawet przyznać Hołowni rację. Problem polega na tym, że do dialogu potrzeba dwóch stron. Nie widzę po stronie kościelnej chętnych do prowadzanie dialogu na temat nowego ułożenia relacji Państwo-Kościół. Szczególnie, że za kilka lat będzie to – z punktu widzenia Kościoła Rzymskokatolickiego – negocjowanie warunku kapitulacji. Rzeczywistość społeczna się zmienia. I za kilka lat Kościół w Polsce nie będzie negocjował dla siebie nowych przywilejów, lecz warunki na których je utraci. Czy ktoś wyobraża sobie obecnych członków Episkopatu w takiej roli? Polski Kościół jest w swojej masie Kościołem przedsoborowym. Nie w sensie liturgii i symboliki, ale w sensie postrzegania własnej roli społecznej, własnej roli w państwie i społeczeństwie. Księża nie uznają siebie za jednych z uczestników pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego, roszczą sobie prawo do pozycji uprzywilejowanej, jak – powiedzmy – w XIX wieku. Księdza wierni mają słuchać w każdym temacie, na który się wypowie i łożyć na jego utrzymanie. A państwu wara od tego.

Tak to wygląda i Szymon Hołownia doskonale o tym wie. Kto jak kto, ale katolicki publicysta zna tę instytucję od podszewki. To nie jest Kościół „Tygodnika Powszechnego”. To jest Kościół, który wyrzuca „Tygodnik Powszechny” z redakcji, bo naprzykrza się miejscowemu hierarsze. Jak Kościół ma negocjować swoją rolę w demokratycznym państwie i pluralistycznym społeczeństwie, skoro biskupi nie tolerują nawet pluralizmu we własnej instytucji.

Dlatego ustalenie nowej pozycji Kościoła w Państwie nie odbędzie się w porozumieniu z biskupami. Opozycja po wygranych wyborach musi mieć siłę, aby zawalczyć o świeckie państwo. Niektórzy samorządowcy już teraz odnajdują w sobie tę siłę.

Dwa fundamenty władzy Kościoła

Władza Kościoła opiera się na dwóch fundamentach: ideologicznym i finansowym. Fundament ideologiczny to odbywająca się w szkołach katechizacja. Co rusz słyszymy, że szkoła ma być wolna od polityki. Działacze na rzecz praw osób LGBT, czy aktywiści klimatyczni w szkołach bardzo drażnią prawicę. Ale zupełnie nie przeszkadza im, że w radzie pedagogicznej zasiadają osoby, które przez 12 lat edukacji, dwa dni w tygodniu prowadzą ideologiczną indoktrynację. Mówią dzieciom, że aborcja to morderstwo, homoseksualizm to zboczenie a prezerwatywa to grzech. Młodzi się przeciwko temu buntują. Wypisują masowo z katechezy. W dużych miastach to masowy trend. Ale w mniejszych ośrodkach wypisanie się z katechezy jest aktem odwagi. Kilka pokoleń dzieciaków niechodzących na religię doświadczyło w Polsce prześladowań przez grupę rówieśniczą, katechetów, nauczycieli. Czas z tym skończyć. Nie chodzi o zmniejszenie liczby godzin katechezy. To będzie zmiana ilościowa. Polska szkoła potrzebuje zmiany jakościowej, przywrócenia jej świeckiego charakteru. Bez lekcji religii i księży w radzie pedagogicznej.

Szkoła powinna – jak wszystkie inne publiczne instytucje – być wolna od symboli religijnych. Księża nie powinni uczestniczyć w uroczystościach państwowych. Żadnych. Chyba, że w charakterze gości.

Rozmontować potęgę Kościoła

Szczególnie, że katecheza w szkołach łączy się z drugim fundamentem władzy Kościoła: finansami.

Musimy przerwać pępowinę łączącą Państwo z Kościołem. PiS z Kościołem. Jedną i drugą stronę łączy relacja handlowa. PiS płaci gotówką. Kościół odwdzięcza się poparciem. PiS zapewnia bezkarność. Księża odwdzięczają się dobrym słowem z ambony. W dniu wyborów.

Mój przekaz jest jasny. Należy znieść przywileje Kościoła. Księża powinni być takimi samymi obywatelami jak osoby świeckie. Powinni płacić takie same podatki, składki, cła i inne daniny. Nie ma żadnego uzasadnienia dla rozlicznych przywilejów, wyjątków, ulg i bonifikat dla Kościoła.

Za katechizację płaci państwo. Z naszych podatków finansujemy armię prawie 22 tys. katechetów, co kosztuje na wszystkich 1,5 mld zł rocznie. Niewiele mniej niż inne propagandowe narzędzie władzy, czyli media publiczne w obecnym wydaniu. Tę pozycję należy wykreślić z budżetu państwa. Zero godzin religii w szkole. Zero złotych na pensje dla katechetów. Szymon Hołownia ma pomysł, aby lekcje religii zredukować o połowę. Ja żądam, aby zredukować je do zera.

Katechizacja i pensje dla katechetów to niejedyne elementy finansowej potęgi Kościoła. Są też inne. Księża nie płacą podatku dochodowego jak zwykli obywatele. Księży obowiązuje podatek dochodowy (PIT) w formie niewielkiego ryczałtu, w zależności od funkcji w Kościele i wielkości parafii – od 131 zł kwartalnie dla wikariuszy do półtora tysiąca dla proboszczów największych parafii. To kwoty nieporównywalnie mniejsze, niż gdyby PIT był płacony na zasadach ogólnych. Dlaczego księża nie mogą płacić podatku dochodowego od tacy? Od ofiar pobieranych za chrzest, ślub i pogrzeb?

Przecież to dochód księdza i jego parafii!

Dzisiaj ZUS księży i zakonnic jest opłacany przez w 80% przez Państwo z Funduszu Kościelnego. Dlaczego księża nie opłacają w 100% swojego ZUS-u? Jak wszyscy inni pracujący Polacy. Tak powinno być. A Fundusz Kościelny po prostu powinien zostać zlikwidowany.

Kościół korzysta z bonifikat przy zakupie nieruchomości (zwłaszcza gruntów) od samorządów. Często są to ulgi w wysokości 90–99 proc. wartości nieruchomości. Hołownia chce te bonifikaty ograniczyć. Jego krakowscy zwolennicy mówią, że ograniczenie ma sięgać AŻ 50 proc. Przelicytuję was. Bonifikaty mają być ograniczone do zera. Żadnych bonifikat dla kleru. To na nich bowiem zbudowano małe imperia księdza Dymera i innych kościelnych oligarchów, którzy na koniec dnia byli „zbyt duzi by upaść”. Nawet jeśli jednocześnie krzywdzili dzieci.

Od 1992 roku do dziś Kościół dostaje na tzw. Ziemiach Odzyskanych za darmo grunty rolne. Po 15ha dla parafii.

Łącznie ponad 76 tys. ha, czyli prawie tyle, ile zwróciła niesławna Komisja Majątkowa. Komisje Regulacyjne powinny zakończyć swoje działanie. I ani jeden hektar na Ziemiach Zachodnich i Północnych nie powinien już trafić w ręce kleru. Lewica w Sejmie wykonuje swoją pracę. Składamy projekty ustaw odbierające Kościołowi jego przywileje, jak ten o nadziałach ziemi na ziemiach Zachodnich i Północnych. Nie mamy wątpliwości, ze PiS tego nie przegłosuje. Ale projekty już są. I zostaną zgłoszone ponownie, kiedy większości już miał nie będzie.

Roczny koszt utrzymania samego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego to ponad 15 mln zł, a kolejne 10 mln zł wynosi rachunek od kapelanów więziennych, szpitalnych oraz zatrudnionych w służbach mundurowych. Moim zdaniem jedynym miejscem, gdzie powinni pozostać kapelani są szpitale. W obliczu śmierci każda osoba wierząca ma prawo wezwać księdza. Tylko niekoniecznie musi być to ksiądz na etacie szpitala. Wystarczy proboszcz, czy wikary z najbliższej parafii.

NIE dla Podatku Kościelnego

Zadaniem opozycji jest rozmontowanie, cegiełka po cegiełce tego fundamentu finansowej potęgi Kościoła. Nie chodzi o to, aby zmienić system finansowania Kościoła przez Państwo, ale aby go rozmontować. Należy postawić tamę przepływom finansowym na linii Państwo-Kościół. Również na linii Spółki Skarbu Państwa – Kościół. Proponuję tutaj opcję zero. Zero złotych dla Kościoła.

Szymon Hołownia proponuje Polakom specjalny Podatek Kościelny. Pomysł to nie nowy. Pojawiał się już w kręgach Platformy Obywatelskiej. Pomysł to nie polski, ale niemiecki. Zasługuje więc na poważne rozważenie.
W mojej ocenie Podatek Kościelny należy jednak odrzucić. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to będzie tylko zmiana formy finansowania Kościoła przez Państwo. W sytuacji, gdy postulatem powinna być likwidacja przepływów Państwo-Kościół.

Po drugie, wiara i przynależność wyznaniowa powinna być prywatną sprawą każdego człowieka. I należy się tej zasady trzymać w Polsce w sposób ortodoksyjny. Boję się sytuacji, w które Państwo Polskie będzie gromadzić dane o przynależności wyznaniowej (lub jej braku) obywatelek i obywateli. Napiszę wprost: w Polsce wierna lub wierny Gminy Wyznaniowej Żydowskiej dwa razy się zastanowi zanim wpisze do swojego PIT-a, że chce aby procent jej podatku trafiał na rzecz lokalnej wspólnoty żydowskiej. Każdemu przedstawicielowi mniejszości wyznaniowej w Polsce zapali się w takiej sytuacji w głowie lampka ostrzegawcza. A wraz z nią przychodzi refleksja, co będzie jeśli do władzy dojdzie, dajmy na to, Konfederacja i zyska dostęp do spisu polskich żydów, prawosławnych, protestantów, osób bezwyznaniowych? Przy takiej władzy, lepiej nie być na takiej liście. Tego uczy wielowiekowe doświadczenie mniejszości wyznaniowych.

Dlatego ja za Podatek Kościelny panu Hołowni dziękuję. Może intencje są szczytne, ale skutki mogą być groźne. W Polsce trzymajmy się modelu Państwa, które NIE pyta swoich obywatelek i obywateli o wiarę. I nie gromadzi nigdzie odpowiedzi na to pytanie. Wiara to sprawa prywatna każdej obywatelki i każdego obywatela.

Niestety nie każdy element władzy Kościoła można rozmontować za pomocą zwykłych ustaw. Część zapisano w umowie międzynarodowej jaką jest Konkordat. Przypomnę tutaj, że SLD w Sejmie głosowało przeciwko ratyfikacji konkordatu podpisanego w ostatnich dniach premierostwa Hanny Suchockiej. Zostawmy jednak historię i spójrzmy w przyszłość. Co zrobić z Konkordatem? Państwo powinno uczciwie zaproponować Watykanowi renegocjację tej umowy. Jeśli spotka się z odmową należy rozważyć inne kroki z wypowiedzeniem tej umowy międzynarodowej włącznie. A przy najbliższej nowelizacji Konstytucji należy z ustawy zasadniczej wykreślić Konkordat. Umowa z Watykanem może zostać zawarta. Ale Konstytucja nie powinna nadawać jej wyjątkowego charakteru.

Prokuratorzy wejdą do kurii

Inne wielkie zadanie dla Państwa to rozliczenie pedofilii w Kościele. I nie chodzi tylko o łapanie pojedynczych seksualnych drapieżników. Celem państwowej Komisji powinno być pokazanie systemu ochrony pedofilów przez instytucje Kościoła. I doprowadzenie do postawienia zarzutów każdemu hierarsze, który w tym procederze brał udział. Prawica mówi, że pedofile są wszędzie, a podobno statystyki pokazują, że najwięcej ich wśród budowlańców. Tylko jak jakiś murarz jest pedofilem to firma budowlana nie przenosi go z budowy na budowę, tylko zawiadamia prokuraturę.
Napiszę wprost, aby nie było, że nikt księży nie ostrzegał. Pierwszego dnia rządów dzisiejszej opozycji, do kurii biskupich w całej Polsce wejdzie prokuratura i zabezpieczy dowody dotyczące tuszowania pedofilii wśród księży. Przenoszenia z parafii do parafii. Blokowania procesów kościelnych podejrzanych księży. Zaniechań w informowaniu prokuratury o popełnionych przestępstwach. Państwowa komisja ds. Pedofilii to rozsądny pomysł. Ale może taka komisja nie będzie potrzebna. Wystarczy niezależna prokuratura. I solidna prasówka. Bo opisów afer pedofilskich jest aż nadto w materiałach prasowych. W tych opublikowanych. I tych zablokowanych przez różnych redaktorów Lisickich.

Albo klerykalizm, albo modernizacja

Polki na ulicach walczą z piekłem kobiet. Pamiętajmy jednak, kto to piekło zbudował. I nie zrobił tego w ciągu ostatnich 30 lat. Sam termin pochodzi przecież od Boya-Żeleńskiego, który opisywał pozycję kobiet w II RP. I kto za międzywojenne piekło kobiet odpowiadał? Przywołajmy tytuł innej słynnej książki Boya „Nasi okupanci”.

Postawmy sprawę jasno: jeśli potęga Kościoła w Polsce nie zostanie złamana, to w Polsce nigdy nie będzie normalnie. Przynajmniej, jeśli przez normalność rozumiemy rzeczywistość zachodnich demokracji. Polki i Polacy nie będą mogli cieszyć się pełnią praw człowieka, które są oczywiste dla mieszkańców Europy Zachodniej. Będzie obywatelkami i obywatelami Unii Europejskiej, ale niestety obywatelkami i obywatelami gorszego sortu.
Rozdział Kościoła od Państwa nie oznacza walki z religią. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Podobnie jak brak wiary. Szanuję osoby wierzące i w pełni popieram wolność religijną. Nie akceptuję jednak sytuacji, w której jedna z instytucji mówi innym ludziom, w tym również nie należącym do tej instytucji, jak mają żyć, jak mają się kochać, jak mają wychowywać swoje dzieci. I czy rodzić dzieci z bezmózgowiem, czy nie.