Dwa tygodnie radości

Kraj mój aż tak bardzo mnie nie zajmuje, jak myślenie o swoim własnym mikrokosmosie. Czy wygra Duda czy Trzaskowski, niewiele się dla mnie zmieni. Zmienić by się mogło, gdybyśmy inaczej pogrywali sobie z pandemią i podchodzili do tego szaleństwa zdroworozsądkowo. Ale zdrowy rozsądek u nas w kraju to towar mocno deficytowy.

Polak znowu truchleje, że zaraza nie odpuszcza. W miniony łykend wywalczyliśmy puchar przechodni lidera zachorowań na skalę europejską. Dziwuje się wiara, jak to możliwe, że skorośmy wprowadzili radykalne środki ostrożności na początku marca, choróbsko miast opadać, co rusz to narasta. Minister rozkłada ręce, premier też, a ja Wam mówię, dobrzy ludzie, że jest to prosta matematyka dla klas ósmych. Było bowiem z covidem na świecie tak, że kiedy we Włoszech czy w Hiszpanii zaczęto notować wypadki masowych zachorowań, nie zabetonowano kraju od razu, tylko pozwolono, żeby przez pierwszy miesiąc zaraza sobie poszalała. W myśl zasady, kto się ma zarazić, ten się zarazi, a co uratujemy w ten czas z gospodarki, to nasze. Dopiero, mniej więcej po miesiącu, zaczęto na Zachodzie wprowadzać lockouty, kiedy rzeczywiście brakowało respiratorów w szpitalach. Nie wszędzie na szczęście, ale bywały i takie wypadki. U nas rząd pochwalił się, że zadziałał mądrzej niż pazerny Zachód, bo zamknął wszystko chwilę po tym, jak ujawnił się pacjent zero, żeby zdusić chorobę w zarodku. Jak się okazuje, nic nie zdusił, bo to, co na Zachodzie wykluło się na początku roku i teraz opada, u nas wykluwa się dwa tydnie po popuszczenia izolacyjnego pasa, znaczy się teraz. Trzymaliśmy się twardo na zakazach, siedzieliśmy pod kluczem, co nie znaczy, że choroba sobie poszła, jakby tego chciał ten czy ów. Wyszli ludzie, wyszedł i wirus. Lepiej więc było zrobić jak nieczuły na ból i cierpienia Zachód albo bezbożny Szwed. Tymczasem będzie się u nas wirus ciągle namnażał, po 100 po 200 sztuk do końca wakacji, a we wrześniu, razem z sezonem grypowym, dokopie Polaczkom jak Wermacht blitzkriegiem.
Wiem, że całe to wielkie otwarcie, to wcale nie z myślą o zdrowiu psychicznym Polaków, tylko w strachu przed wyborami. Jakby nie było wyborów w czerwcu, to dalej wychodzilibyśmy z wchodzenia do lasu, jak to było na początku przygody, kiedy elekcję miał załatwić Sasin z listonoszem. Przypuszczam również, bo akurat tego nie wiem, że gdy Duda w lipcu wybory wygra, a sądzę, że jednak tak to się właśnie skończy i przed drugą turą machina pisowska będzie robić już taki młyn, że się Trzaskowski będzie kojarzył z całym złem tego świata, wszystkie luzowanie zniknie, krok po kroczku, żeby przygotować naród na przyjście drugiej fali covidu, i skończy się złota wolność obywatelska. Tym razem na dłużej.

Czytam właśnie z przerażeniem, że policja dozbraja siły prewencji i kupuje nowe zabawki za 30 milionów; głównie armatki wodne i wozy opancerzone plus miotacze gazu, kaski i inne narzędzi przymusu bezpośredniego, na wypadek, gdyby naród tak ochoczo nie chciał się podporządkować zakazom na nowo. Już przecież niewiele sobie z tego robi i wyłazi na ulice, żeby manifestować swoje niezadowolenie, a władza przeca robi tylko to, co do niej należy, w trosce o dobro obywatela. Bo jak go nie zakazem, to…pałką.
Smutno mi się robi, kiedy sobie myślę o kościołach. Ależ będzie za dwa tygodnie dramat. I nie trzeba do tego magicznej kuli ni objawionych prawd, żeby przewidzieć, że za 2 tygodnie tj. po czasie, w którym zaraza się w człowieku wykluwa, pomrze w Polsze dużo ludzi. Starych ludzi. Schorowanych. Religijnych. Tych wszystkich, którzy są w grupie ryzyka, a którzy pójdą gremialnie do świątyni, bo duch, tak jak ciało, również potrzebuje strawy, a rząd to wie i docenia. Szkoda, że będzie to ostatni duchowy posiłek w ich życiu, bo gdzie jak gdzie, ale w kościołach w Polsce, odsetek seniorów dla których covid jest groźny i zabójczy, to nie jest statystyczny błąd. Dowiemy się więc za 2 tygodnie, że znowu rekordowo nam przyrosło. I że żniwo czarne wielkie i, o la Boga, trzeba zapędzić ludzi na powrót do mysiej dziury, bo nieumiejętnie korzystają z wolności. A można by jednak zrobić rzecz dużo prościej. Wyłożyć łopatą ludowi, że starzy i chorzy zostają w domach, a młodzi i zdrowi niech pracują i nową/starą Polskę budują. Tak jak budowali drzewiej. Kto ma starego i chorego w rodzinie, niechaj go nie odwiedza. A ten niech nie pałęta się po kościołach i przychodniach, jak nie musi. Po kościołach to już na pewno. Ale komu ja to mówię i kiedy. Przed wyborami, to my w Łomży ze szwagrem nie takie numery…