Nasz obcoplemienny rodak

Małgorzata Kulbaczewska-Figat
Ci wstrętni okupanci

uchodźcy Litwa

Sprowokował mnie Piotr Gadzinowski. W poniedziałkowej Trybunie napisał bowiem o imigrantach. Nie błąkał się przy tym po Usnarzu Górnym i wiecznym dylemacie moralnym: czy ważniejsze jest bezpieczeństwo państwa czy ludzki (uwaga prawico: chrześcijański!) odruch pomocy bliźniemu. Postawił kwestię jasno.

Obywatele Rzeczypospolitej się starzeją, bez pomocy imigrantów nie utrzymamy rozwoju gospodarczego, braknie ludzi do produkowania towarów, potem do opieki nad staruszkami, a wkrótce także do służby wojskowej. Demografia jest nieubłagana: będzie nas coraz mniej i coraz więcej starszych. Młodzi wobec tej perspektywy też będą z kraju uciekać. Jako wspólnota etniczno-obywatelska będziemy się zwijać.

Obecne czasy jedynie przyspieszyły te procesy. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że ludzie przemieszczają się, z tych samych zresztą powodów, co kilka wieków temu. Zaskoczyła nas tylko skala tego zjawiska. Dobrze widać to w Polsce, kraju jednoetnicznym, w którym pierwsi Czeczeni przybywający w latach 90-tych ubiegłego wieku byli traktowani jako ciekawostka kulturowo-religijna. Dwadzieścia lat później, tylko w 2019 roku administracja rządowa zezwoliła na pobyt w Polsce prawie 430 tysięcy cudzoziemcom. Spośród nich zaledwie połowa to Ukraińcy, reszta reprezentuje 188 krajów świata, w tym w pierwszej szóstce mieszczą się takie kraje jak Wietnam i Indie. Łączna liczba imigrantów zamieszkałych w Polsce nie jest znana, a szacunki wahają się od półtora do dwóch milionów ludzi. Dodać trzeba, że co 25-y ubezpieczony w ZUS-ie i płacący nań składki to obcokrajowiec.

Imigracja ma potężny wpływ na sytuację ekonomiczną (rynek pracy i konsumencki), kulturową (konflikt wartości, zwyczajów i obyczajów) i religijną – wszak w Polsce utrwaliła się dominacja jednego wyznania. Spora część naszych rodaków traktuje zatem imigrację jako zło konieczne. W jakiejś mierze toleruje imigrantów, jako tych, którzy wypełniają luki na rynku pracy, podejmują się prac, które nie cieszą się szacunkiem w potocznym przekonaniu. Konsekwencje imigracji mają jednak znaczenie polityczne, dla aktywności ludzi w polityce, stosunku do polityki i demokracji. Lada chwila stanie przed nami pytanie zasadnicze: czy imigrantom, dysponującym już dziś prawami pracowniczymi, objętym ochroną praw człowieka należą się jeszcze prawa polityczne. Innymi słowy czy staną się obywatelami RP, a w konsekwencji Polakami? Jaką drogą należy do tego dochodzić? Czy na początek nie warto wesprzeć ich samoorganizacji, wprowadzić ich przedstawicieli do Rady ds. Cudzoziemców przy Premierze? Czy wspólnie z OPZZ nie zacząć organizować ich w związkach zawodowych i umożliwić im np. interwencję w Państwowej Inspekcji Pracy? Czy wreszcie nie warto rozważyć przyznania im ograniczonych praw obywatelskich, np. biernego i czynnego prawa wyborczego w wyborach do samorządu gminnego? Czy nie warto pójść – przy pełnym dostrzeżeniu różnic między Polską a Francją – drogą Prezydenta Macrona, który wyłożył plan adaptacji islamskich imigrantów w swym przemówieniu w Les Moreaux.

Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał jeszcze jednej uwagi. To nie tylko problem natury politycznej, czy socjalnej. To także problem bezpieczeństwa. Stosunek obywateli polskich do obcokrajowców owocuje strategią przystosowania się przyjętą przez imigrantów. To strategia gettyzacji, ograniczania kontaktów z miejscowymi do niezbędnego minimum. Zjawisko to wywołuje problemy z bezpieczeństwem publicznym, ze zwalczaniem przestępczości w tym środowisku i przez jego przedstawicieli. Jak trudny to problem pokazują doświadczenia innych krajów, widoczne w dokumentach, a także w popkulturze.

A wszak to niejedyne zagrożenie. Masowa migracja rodzi także niebezpieczeństwo infiltracji przez obce służby, rodzi prawdopodobieństwo ukrywania się w Polsce sprawców przestępstw, które zostały popełnione na terytorium innych krajów. Wymaga to – najkrócej rzecz ujmując – efektywnej penetracji tych środowisk przez służby naszego państwa. Trzeba zatem sobie wyobrazić np. Wietnamczyka-policjanta lub funkcjonariusza innej służby. I znowu, formalnie rzecz biorąc – dopóki nie otrzyma on polskiego obywatelstwa – jest to niemożliwe. Opór społeczny, także ze strony funkcjonariuszy, jest oczywisty. Kto zatem powinien się tym zająć?

Oczywiście Lewica. I nie wystarczy tu poseł Krutul czy Konieczny w Usnarzu, z całym do nich szacunkiem. Tu musi się pojawić program socjalnej, edukacyjnej, kulturowej i politycznej implementacji imigrantów do państwa polskiego i społeczeństwa obywatelskiego. Program stworzenia im Domu, który choć przybrany, będzie jak własny. Lewico – jeśli jesteś prawdziwą – do roboty. Jak ty tego nie zrobisz, to kłopoty będą mieli wszyscy.

Poprzedni

Biskupi emeryci – jak żyć?

Następny

Partia stanów wyjątkowych

Zostaw komentarz