PiS bez pomysłu, opozycja zahipnotyzowana

Hat-trick Kaczyńskiego zdominował debatę programową i całą kampanię wyborczą. Propozycje programowe Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące m.in. wzrostu płacy minimalnej, od kilku dni są nieustannie komentowane przez polityków opozycyjnych i dziennikarzy.

Koalicja Obywatelska straszy, że jeżeli propozycje partii rządzącej zostaną zrealizowane, Polsce zagrozi recesja i katastrofa rodzimej przedsiębiorczości, a czołowi politycy lewicy twierdzą, że w swoich pomysłach gospodarczych PiS wzorował się na jej pomysłach przedstawionych kilka dni wcześniej. Niektórzy komentatorzy powtarzają dziwną tezę, zgodnie z którą PiS jest najbardziej lewicową partią w Polsce. Środowisko Leszka Balcerowicza, tradycyjnie już, uznało PiS za partię socjalistyczną.

Wszystkie te podejścia zdumiewają – przede wszystkim tym, że traktują propozycje prezesa jako całościową wizję społeczno-ekonomiczną.

Tymczasem pomysły PiS-u na wybory są po prostu słabe, mało rozwojowe, a z jakkolwiek pojmowaną lewicowością nie mają nic wspólnego. Trudno wręcz zrozumieć, dlaczego lewica nie korzysta z okazji, aby pokazać pomysły PiS-u jako dowód jego słabości.
Propozycje partii rządzącej to każdorazowo świadczenia pieniężne dobrane pod konkretny elektorat. W przyjmowanych rozwiązaniach nigdy nie chodzi o rozwiązanie ważnego społecznie problemu czy poprawę jakości życia społeczeństwa, tylko efektowny (i zazwyczaj nieefektywny) transfer pieniężny, który krótkoterminowo zostanie doceniony przez jego odbiorców. Jednocześnie PiS powiela neoliberalny dogmat o tym, że państwo nie jest w stanie rozwiązywać kluczowych problemów społecznych i dlatego nie ma sensu rozwijać usług publicznych. Zgodnie z tym dogmatem PiS nie dba o państwową służbę zdrowia, niszczy szkolnictwo, lekceważy pomoc socjalną, nie zajmuje się ekologią czy transportem publicznym, nie interesuje się opieką żłobkową i przedszkolną, ani tym bardziej opieką senioralną. Wybrane grupy mają otrzymać nieco pieniędzy i zorganizować sobie usługi zdrowotne, edukacyjne czy transportowe na własną rękę.
Na tym właśnie polega program Rodzina 500+ – państwo ściąga od obywateli podatki, a następnie przekazuje je gospodarstwom domowym z dziećmi. Dokładnie o to samo chodzi w świadczeniu Wyprawka+. Wszyscy składamy się z podatków, aby przelać pieniądze grupie wskazanej przez partię rządzącą. Za rządów PiS podatki wciąż są bardzo mało progresywne, więc na flagowy program rządu składa się ogół obywateli, a w świadczeniu Rodzina 500+ nie ma już kryterium dochodowego nawet na pierwsze dziecko, więc środki również otrzymują biedni i bogaci, tyle że z dziećmi. W ostatecznym rozrachunku pieniądz krąży, nie zmniejszając nierówności społecznych, ani nie rozwiązując żadnego ważnego problemu. Gdyby chodziło o dobro dzieci, PiS na przykład wprowadziłby do szkół nieodpłatne pełnowartościowe posiłki dla wszystkich uczniów, ale z tego rozwiązania zrezygnowano. Znacznym ułatwieniem dla dzieci i ich rodziców byłaby też pełna refundacja kosztów podręczników, ale to program, który rozpoczął rząd PO-PSL, a PiS uznał, że nie ma sensu go rozszerzać.

Program Rodzina 500+ nie rozwiązuje też problemu ubóstwa, które radykalnie wzrosło w 2018 r.

Eksperci od wielu miesięcy zwracają uwagę, że bezwzględna bieda mogłaby być ograniczona znacznie bardziej i za mniejsze środki niż poprzez 500+, ale rząd nie chce nawet o tym słyszeć. Dlatego świadczenia z pomocy społecznej pozostają na skromnym poziomie przy niskich kryteriach dochodowych. Na ograniczenie ubóstwa duży wpływ miałoby zwiększenie dostępności leków i obniżki cen transportu na terenach wiejskich, ale to również kwestie zbyt skomplikowane i trudne do przekazania w kampanii wyborczej, więc rząd bardzo niewiele robi na tych obszarach. Jest 500+ i 300+, więc obywatele mają być zachwyceni. A gdy ktoś protestuje, to się go straszy złymi liberałami, którzy przyjdą i zakręcą kurek z pieniędzmi. Niestety opozycja nie korzysta z okazji, aby na tym polu nakreślić alternatywę wobec polityki rządu. Wciąż słyszymy, że świadczenia rządu są świetnymi rozwiązaniami, które co najwyżej zostaną rozwinięte o nowe propozycje. Skąd na nie wziąć pieniądze, już się nie dowiadujemy. Najwyraźniej i lewica, i liberałowie dali się zaszantażować polityce społecznej władzy i uznali, że inna polityka nie jest możliwa.
Tak właśnie wygląda reakcja opozycji na tzw. hat-trick Kaczyńskiego. Już w 2015 r. wiele słyszeliśmy o dobrej zmianie na rynku pracy. Minęły prawie cztery lata i nic takiego nie nastąpiło. Liczba umów niestandardowych utrzymuje się na wysokim poziomie, skala samozatrudnienia wręcz wzrośnie, a PIP wskazuje, że wciąż funkcjonują dziesiątki tysięcy umów zleceń, gdy są spełnione kodeksowe warunki etatu. Jednocześnie w bezpośrednio nadzorowanych przez władzę instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa panuje kolesiostwo, mobbing, dyskryminacja związków zawodowych poza podporządkowaną władzy „Solidarnością”. Na dodatek utrzymują się bardzo niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia czy pracowników socjalnych, a władza co najwyżej arbitralnie podnosi wynagrodzenia wybranym pracownikom i grupom zawodowym. Nie tylko więc nie ma dobrej zmiany na rynku pracy, ale wręcz na wielu obszarach doszło do pogorszenia standardów pracy pomimo świetnej koniunktury gospodarczej.
W tym kontekście deklaracja Kaczyńskiego odnośnie skokowego wzrostu płacy minimalnej wygląda na wyabstrahowany pomysł obliczony na wygraną w wyborach parlamentarnych, a nie przemyślane rozwiązanie, dzięki któremu mieliby zyskać pracownicy.
Zresztą wydaje się, że nawet część rządu nie została poinformowana o pomysłach prezesa partii.

Wielu lewicowych komentatorów docenia gest prezesa, twierdząc, że pokazuje on odwagę i wrażliwość PiS-u na tle partii opozycyjnych. Niektórzy wręcz żałują, że nikomu nie udało się przelicytować pomysłu partii rządzącej. Tymczasem propozycję nagłego wzrostu płacy minimalnej bez zmiany innych wskaźników społeczno-ekonomicznej trudno jednoznacznie ocenić.

Oczywiście płacę minimalną warto szybko podnosić, ale powinna to być część całościowych działań na rzecz świata pracy. Warto pamiętać, że w krajach socjaldemokratycznych głównym mechanizmem poprawy sytuacji pracowników są układy zbiorowe, których w Polsce prawie w ogóle nie ma. Są też silne związki zawodowe, które PiS całkowicie lekceważy, mając jedynie podporządkowaną sobie „Solidarność”. Ważnym elementem stymulowania wzrostu płac są też podwyżki w sferze budżetowej i samorządowej. Tymczasem na tym obszarze rząd robi bardzo niewiele i bez zmiany strategii, a przy zachowaniu deklaracji o wzroście płacy minimalnej, za 3-4 lata być może nawet połowa pracowników będzie zarabiać minimalne wynagrodzenie. Zresztą GUS pokazuje, że już teraz rośnie odsetek pracowników zarabiających co najwyżej płacę minimalną.
Rośnie też odsetek samozatrudnionych i rząd nie wprowadza żadnych ustawowych mechanizmów na rzecz ograniczenia umów niestandardowych. W praktyce daje to możliwości omijania płacy minimalnej na masową skalę, co zresztą już teraz ma miejsce. Warto więc podnosić płacę minimalną, ale tak, aby pomagała ona ludziom pracy. Czy w wersji PiS-owskiej skutki będą wyłącznie pozytywne – można mieć wątpliwości, a w każdym razie partia rządząca nie zadbała, aby pokazać, że wzrost płacy minimalnej jest częścią szerszego planu. Nie jest też jasne, dlaczego płaca minimalna ma wynosić w 2021 r. 3000 zł brutto, a w 2024 r. 4000 zł. Czy dlatego, że takie kwoty efektownie wyglądają? A jeżeli w 2022 r. przyjdzie recesja i średnia płaca stanie w miejscu, to co wtedy zrobi prezes? Znacznie lepszym rozwiązaniem rekomendowanym przez Lewicę, Koalicję Obywatelską i związki zawodowe jest powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem albo z medianą.

Można pomyśleć nad takim mechanizmem też w obrębie poszczególnych branż, ale musi tu być jakaś odpowiedzialna myśl, a nie tylko plan na wygranie wyborów.

Jeszcze mizerniejsza i krótkofalowa jest propozycja wypłaty trzynastek i czternastek dla emerytów. Emerytury w Polsce są coraz niższe, szczególnie kobiet, ale jednorazowy prezent z okazji wyborów nie ma nic wspólnego z odpowiedzialną polityką senioralną. PiS nawet nie próbuje rozwijać całościowej polityki senioralnej, nie ma żadnego pomysłu na służbę zdrowia, nie wspiera osób z niepełnosprawnościami, nie podejmuje działań na rzecz aktywizacji zawodowej osób starszych ani nie ma pomysłu, jak systemowo podnieść emerytury. Jedyny pomysł to efektowne i mało efektywne rzucenie jednorazowego dodatku, który przy gorszej koniunkturze można będzie zlikwidować. Takie podejście nie rozwiązuje żadnego problemu, ani nie daje szansy na trwałą poprawę jakości życia seniorów. To obietnica sformułowana tylko po to, aby PiS wygrał wybory.
Co na to opozycja? Nikt nawet nie krytykuje takiej metody radzenia sobie z problemami społecznymi, a opozycja jednym chórem woła, że żadnego PiS-owskiego świadczenia nie zniesie. Skoro tak, to trudno dociec, z jakich środków Schetyna, Kidawa-Błońska, Czarzasty czy Zandberg zrealizują swoje własne obietnice – zresztą znacznie sensowniejsze niż trzynastki i czternastki Kaczyńskiego. Ale jeżeli lewica i liberałowie chcą utrzymać wszystkie świadczenia wprowadzone przez PiS, to bez radykalnego podniesienia podatków nie znajdą środków na realizację swoich programów.

Ostatni pomysł z hat-tricku Kaczyńskiego o znacznie wyższych opłatach dla rolników to już czysty wyborczy populizm, nie mający związku z rzeczywistością, gdyż poziom dopłat będzie zależny od decyzji całej Unii Europejskiej, a nie woli prezesa. A w Unii mało kto interesuje się hat-trickiem Kaczyńskiego czy piątką Morawieckiego. 500

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *