Prorocy z gniewnych lat

W kontekście śmierci wokalistki Maanam wywiązała się dyskusja cna temat autorytetów. I tego, czy wokalistę wspominać jako wokalistę czy już jako polityka.

 

Najbezpieczniej jest przyjąć, że twórca nie jest bogiem. Co więcej, nie ma żadnego obowiązku nim być i nic nam się od niego nie należy.
To publiczność pragnie pięknej opowieści o ludziach, którzy kochali bardziej, wolność rozumieli lepiej i ze swojej sceny pokażą nam, jak piękniej żyć. Artystów takie pragnienie często uwodzi. Starają się doskoczyć do poprzeczki, a kiedy ona zmienia kształt i kolor, zmieniają się wraz z nią. Lewica ma pretensję do Kory, że przeszła etap fascynacji kapitalizmem, że występowała z KOD-em przeciwko PiS-owi, że wspominał ją Lech Wałęsa, płacząc rzewnymi łzami. Ma też pretensję, że „prorocy gniewnych lat obrastają w tłuszcz” i na starość zasiadają w jury programów rozrywkowych, albo reklamują oferty zagranicznych banków.
Szczerze mówiąc, jest w tym pewna niekonsekwencja. Gdyby pozostali 20-letnimi buntownikami z gitarą, mielibyśmy do nich pretensję, że integrity oraz miłość własna przesłoniła im rzeczywistość. Kiedy ewoluują, też jesteśmy niezadowoleni. Może więc przyjmijmy, że tak jak nasi znajomi i przyjaciele, którzy poszli w różne strony (w poparcie dla PiS, głęboką wiarę, imprezy co noc), artyści po prostu wybrali życie dalej w tym samym świecie, wobec którego wcześniej się buntowali. Niezależnie od tego buntu i od tego, co do niego sobie dopowiedzieliśmy w warstwie symbolicznej, na starość też dopada ich Alzeimer albo dewocja. Łapią fuchy w przemyśle rozrywkowym, bo mają na utrzymaniu rodzinę albo psa, albo szereg innych powodów, których nie poznamy, a które tropi prasa plotkarska. Brzydko się starzeją, dziwaczeją. Jak ludzie. Warto okazać im wyrozumiałość, choćby ze względu na to, że to ich przeboje mamy wyryte w głowach, a nierzadko pomagały nam podjąć decyzję, by wstać rano z łóżka i żyć dalej.
Redaktor Łukasz Moll pisze o „Kazikach, Korach i Muńkach”, którzy zrobili z siebie polskich „nauczycieli wolności”. Nie sądzę, by to była trafna diagnoza. To my – publiczność, mamy pragnienie, by stawiać ich na cokołach. Ich głos był donośny i wyrazisty w określonym czasie, w określonym kontekście. Warto to odnotować, a resztę przerzucić na karb człowieczeństwa.
Niektórzy zmienili symbolikę. Jerzy Zelnik jest dziś artystą i autorytetem etatowtch katolików. Czy jego nową symbolikę mamy obowiązek przyjąć z rozpędu? Niekoniecznie. Ale „Faraon” dalej pozostanie dziełem epokowym, a ten pogubiony śniady chłopak dla wielu będzie stanowić reprezentację jego bohatera. Marek Kondrat reklamujący kredyty i pożyczki nie ma obowiązku tłumaczyć mi się, dlaczego w życiu zdarza mu się robić nie tylko rzeczy górnolotne. Czy gdyby poparł nielubianą przeze mnie partię polityczną, jego kreacje straciłyby na wartości artystycznej, stanowiłyby mniejszą inspirację? Z pewnością nie.
Kolejne pokolenia (również artystów) buntują się przeciw sobie. Kryształową legendę zyskują jedynie ci, którzy wcześnie odeszli i zamilknęli na zawsze. Być może dziś byliby szefami rad nadzorczych. Samo życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *