Relacja z pola bitwy

Sobota, 20 października: upływa 3. dzień strajku pracowników LOT  o swoje permanentnie naruszane prawa. Mimo bezpardonowego sprzeciwu i brutalnych metod stosowanych przez władze LOT, determinacja strajkujących nie maleje. Byłem tam, chłonąłem ducha walki.

 

Przed biurowcem LOT stało około 70 osób. Protest wygląda na dobrze zorganizowany. Jest jedzenie, ciepłe napoje, stoły z przekąskami. Humory strajkującym dopisują, zresztą w proteście uczestniczą całymi rodzinami. Na transparentach stojących obok miejsca demonstracji możemy przeczytać: „Prawo do strajku prawem konstytucyjnym” i różnymi czcionkami samo słowo „strajk”.
Jak na razie zarząd robi dobrą minę do złej gry, zapewniając media, że strajkujący to zaledwie drobna część pracujących w spółce i żadne loty nie zostały odwołane. Zarząd zakazał protestującym wchodzenia do biurowca LOT i m.in. korzystania z toalet. Zakazano także rozkładania ochrony przed zimnym deszczem na placyku przed biurowcem.
Według strajkujących niezagrożony grafik połączeń to nieprawda. Dziś przed południem odwołano 4 loty. Kapitanowie Dreamlinerów przystąpią do strajku w najbliższych dniach. Według strajkujących, zarząd, by uniknąć odwoływania kolejnych lotów, ucieka się do łamania przepisów, poprzez zastępowanie np. szefowych pokładu pracownicami, które nie maja do tego niezbędnych kwalifikacji i szkoleń. Albo kierując do pracy ludzi bez umundurowania, co jest poważnym naruszeniem obowiązujących w europejskim i światowym lotnictwie przepisów, jak to miało miejsce podczas szkolenia dla młodszych stewardess. Inspektora w trybie nagłym wezwano do pracy. Strajkujący są w posiadaniu dowodów na naruszenie przepisów bezpieczeństwa. Obiecują, że zgłoszą to do odpowiednich władz.
Część ludzi, którzy zastępują strajkujących pod naciskiem zarządu, zgadza się na to po prostu ze strachu przed utratą pracy.
Na pytanie, jakie będą ostateczne efekty strajku, protestujący nie maja wątpliwości: zarząd LOT-u musi ustąpić. Już w tej chwili wynajmuje pilotów, załogi i samoloty z innych linii, co ma kosztować miliony złotych. Te same miliony, podkreślają, których nie chce zapłacić protestującym. Jednocześnie mówią, że nie widzą najmniejszej nawet woli porozumienia ze strony władz spółki. Skłaniają się ku poglądowi, by dalsze rozmowy, przy takiej postawie prezesa, toczyć z przedstawicielem właściciela czyli państwa: ministrem lub premierem Morawieckim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *