Zdrowie – „organizacja – głuptasie”!

Niewielka część suwerena powiedziała w badaniach ankietowych, że walczące w kampanii wyborczej partie powinny zając się przede wszystkim problemem ochrony zdrowia, Wszyscy więc rzucili się do boju, pokazując wydłużające się kolejki do lekarzy – specjalistów, narastające zadłużenie szpitali, ucieczkę młodych lekarzy do krajów, w których mogą lepiej zarobić, niechętny stosunek do pacjentów i – jako klamrę tych nieszczęść – niedostatek środków przeznaczanych na poprawę tej, nie najweselszej, dziedziny naszego życia. Ulegam modzie i też dołożę się do tego tematu.

Jak już dostatecznie popłakali, to zaczęli się chwalić, że dużo już zrobili i obiecywać, że w najbliższych latach przeznaczą na ochronę zdrowia znacznie większe środki, kupując może mniej supernowoczesnych samolotów przeznaczonych właśnie do niszczenia zdrowia i odbierania życia, – ale obywatelom innych nacji.
To dobrze. Nie do końca wierzę, ale się cieszę. Ogarnia mnie jednak niepokój czy te środki, – jeśli będą – zostaną właściwie wykorzystane.

Nie tylko finanse

Kompletnie nie znam się na medycynie, ale „służba zdrowia” – zwłaszcza publiczna, czyli gwarantowana przez państwo, to nie tylko problem pieniędzy. Znam dziesiątki przykładów działań naszego państwa, w których zmarnowano ogromne środki przez nadmierne łączenie gospodarki z ideologia i polityką, ale także przez złą organizację.
A na tym ostatnim trochę się znam.
Wiele lat temu pisano i mówiono, że amerykański prezydent Bill Clinton przyjął, jako hasło wyborcze i kazał wywiesić w gabinecie owalnym transparent z napisem „Gospodarka – głupcze”. Miało mu to codziennie przypominać, żeby nie zajmował się tylko polityką zagraniczną i wewnętrzną, ale także gospodarką, – czyli podstawą funkcjonowania społeczeństwa. Sądzę, że nasi notable zajmujący się ochroną zdrowia w obecnej i następnej ekipie powinni też wywiesić sobie takie transparenciki z napisem – noże bardziej delikatnie sformułowanym – „Organizacja – głuptasie!” Spróbuję nieudolnie uzasadnić tą sugestię.
Jestem wszechstronnie chory, ale mimo to moje kontakty ze szpitalami były tylko trzydniowe. Za to aż w sześciu placówkach, zlokalizowanych nie tylko w Warszawie. I – w ostatnich latach – tylko z jedną rejonową przychodnią. Uczulenie organizacyjne powodowało, że obserwowałem pracę tych placówek właśnie z tego punktu widzenia. Nie będę ich wymieniał, ale stosując akademicki, nadal pięciostopniowy system ocen, żadnej z tych placówek nie mógłbym przyznać piątki. Tylko dwie – moim zdaniem – zasługują na mocne czwórki, dwie na trójkę z plusem i pozostałe na słabe trójki. Wrażenie ogólne jest takie, że lepiej są zorganizowane małe placówki, a gorzej – a nawet znacznie gorzej – duże i z medycznego punktu widzenia uchodzące za kluczowe.

Oczekiwanie

Co mnie – przykładowo – wyprowadzało z organizacyjnej równowagi?
Zacznijmy od szpitali. Pierwsze, co rzuca się w oczy przybyłemu do Izby Przyjęć (nie do SORu, bo to w ogóle inna sprawa) pacjentowi, to z reguły długi czas oczekiwania na decyzję, czy zostanie przyjęty i doprowadzenie do momentu, kiedy sadzają go na wózku i wiozą do przydzielonej sali i łóżka. Ten czas oczekiwania powoduje, że pacjent czuje się jeszcze bardziej chory i czasem rujnuje mu równowagę psychiczną.
Rozumiem braki kadrowe, ale mimo to nie mogę uznać tego stanu za organizacyjnie normalny. Szpital musi być stać na to, aby w izbie przyjęć był zawsze lekarz dyżurny – a jeśli placówka jest duża i przyjmuje średnio kilkunastu czy kilkudziesięciu pacjentów dziennie – odpowiednio dwóch, a nawet trzech czy czterech lekarzy. Powinno być tak jak w policji, straży pożarnej, placówkach pogotowia, jednostkach wojskowych – zawsze jest „dyżurny oficer”. „Lekarz pierwszego kontaktu” powinien czekać na pacjentów – a nie odwrotnie. Jeśli są okresy, w których nikt się nie zgłasza, niech czyta książkę, albo układa pasjanse w komputerze. Ale powinien witać pacjenta niemal przy wejściu i stwarzać wrażenie, że był oczekiwany i jest mile widziany. Jeśli potwierdzenie choroby pacjenta wymaga dłuższych badań, niech mu je robią wtedy, kiedy już „mieszka” na swoim łóżku.
Kierownicy placówek zaraz powiedzą – a jak nie mamy wolnych łóżek w salach i kładziemy pacjentów na korytarzach. Trudno – niech tam leżą, ale niech nie czekają.
Nie chcę być złośliwy i może mam pecha, – ale z moich obserwacji wynikało, że prawie zawsze można znaleźć wolne łóżko, tylko w ogólnym bałaganie nikt nie wie gdzie go szukać, albo „jeszcze nie jest przygotowane po poprzednim pacjencie”, a w „harmonogramie sprzątania” jest jeszcze na odległej pozycji.
A brak lekarzy? Ze zdziwieniem słucham niektórych wypowiedzi na ten temat. W państwie demokratycznym i w gospodarce rynkowej istnieją tylko dwie możliwości zatrzymania lekarzy, lub nawet ściągnięcia dodatkowych z zagranicy. Pierwsza – płacić więcej niż inni. I druga – traktować studia medyczne jako odpłatne i finansowane przez udzielony przez państwo kredyt, który trzeba spłacić po uzyskaniu dyplomu, pracując w państwowej służbie zdrowia. Tak krótko było w PRL, ale politycznie się nie podobało.

Organizacja pracy

Drugie spostrzeżenie organizacyjne dotyczy wykorzystania sprzętu. Nie chodzi mi o sprzęt służący do specjalistycznych badań, bo ten, niejako z natury rzeczy, jest zawsze eksploatowany z przerwami. Chodzi mi o – przykładowo – zakładane pacjentom w szpitalu kardiologicznym kasetki z czujnikami, które monitorują pracę ich serc i przekazują jej obraz do urządzeń podobnych do małych komputerów, stale – teoretycznie – obserwowanych przez pielęgniarki. W takim renomowanym szpitalu byłem kilka dni i zawieszenie na szyi tego nadajnika dawało mi złudną nadzieję, że jestem pod „kardiologicznym nadzorem”. Do czasu nocy, w czasie której bardzo źle się poczuł mój sąsiad w pokoju. Obudził się, naciskał jakieś guziki i wiszący dzwonek – bez odzewu. W końcu postanowiłem zastąpić aparaturę i podreptałem do sali pielęgniarek. Było ich tam kilka i z daleka było słychać, że atmosfera jest towarzyska i pogodna. Nauczony doświadczeniem, z miną grzecznego mopsa powiedziałem o złym samopoczuciu sąsiada. Dwie panie poszły ze mną. Po drodze zapytałem nieśmiało, dlaczego nie reagują na sygnały aparatury. No, bo odbiorniki stoją w takim miejscu, że widzą je tylko specjalnie lub przypadkowo podchodząc. Ale przecież zawsze ktoś – jak dzisiaj pan – powiadomi nas o potrzebie ingerencji.
Trzecia obserwacja dotyczy właśnie pielęgniarek, a właściwie ich obciążenia. W środkach masowego przekazu wszyscy dyrektorzy szpitali skarżą się ma brak pielęgniarek. Przykro mi, ale nie odniosłem takiego wrażenia. Nie piszę oczywiście o pielęgniarkach, które są instrumentariuszkami uczestniczącymi w operacjach. Chodzi mi o personel pielęgniarski opiekujący się pacjentami w czasie ich pobytu w szpitalu. Jest ich najczęściej dużo, są w większości miłe i uczynne, ale mają fatalnie zorganizowaną pracę. Poranne spiętrzenia, południowa asysta w obchodach (jeśli są!) i wieczorne sprawdzianie stanu samopoczucia pacjentów i rozdawanie leków. W tzw. międzyczasie zajęte są głównie sporadycznymi interwencjami i wymianą myśli w swoim pokoju dotyczących dzieci, mężów, teściowych i przygód rynkowych
Nie sugeruję, ab pielęgniarki pracowały z intensywnością znaną z taśmowej produkcji przemysłowej. Ale prawidłowa organizacja może spowodować, że ich liczba okaże się wystarczająca.
W przychodniach najbardziej denerwujący niedowład organizacyjny dotyczy wydawania recept. Miało być tak, że w recepcjach, co najmniej jedna osoba będzie upoważniona do wystawiania i podpisywania recept na leki, które pacjenci biorą stale na choroby przewlekłe. Może gdzieś tak jest, ale tam, gdzie bywam wystawienie recepty wymaga zapisania się do lekarza i oczekiwania w kolejce na jego podpis. A jeśli chce się wejść poza kolejką, dochodzi do sporów z oczekującymi pacjentami lub nawet z lekarzem, bo podpisywanie „dezorganizuje” mu pracę. W konsekwencji prawie 1/3 oczekujących w kolejkach, to osoby, które od lekarza chcą tylko recepty.

Choroba przewlekła

Służbę zdrowia dręczy też – moim zdaniem – zbiorowa choroba przewlekła, także mające swe źródło w organizacji. Wynika ona z tego, że decydenci rządzącej partii od dawna nie korzystają z „normalnej” służby zdrowia, tylko są dopieszczani przez specjalnie wyodrębnione jednostki lub przez lokalne związki administracji z „medycyną”. Nawet szpital w małym mieście zajmie się bardziej serdecznie burmistrzem, wysokimi urzędnikami i szefami miejscowych przedsiębiorstw. Inaczej nie wypada. I to nawet można zrozumieć.
Gorzej, że „najwyższe władze” wyciągają z tego uogólnione wnioski. Wydaje im się, że tak, jak w „ich” szpitalu, jest wszędzie. Z zainteresowaniem słucham wypowiedzi publicznych obecnego ministra zdrowia. Jego optymizm jest niemal zaraźliwy, i często mu zaczynam wierzyć, – ale tylko do czasu kolejnej konfrontacji z praktyką. Składając pokornie łapki, jak mój piesek w proszalnym geście, pozwolę więc sobie na zakończenie zwrócić bezpośrednio do Pana Ministra. I wykorzystam własne doświadczenia, nie powołując się na opowiadania i plotki docierające od innych klientów służby zdrowia.
Szanowny Panie Ministrze!
To prawda, że obniżono mi cenę na dwa stosowane leki i jeden jest za darmo. Ale jednocześnie podniesiono cenę na inne. Miesięcznie wydaję na ten zbożny cel ciągle zbliżoną kwotę – około 500 złotych.
To prawda, że w wielu placówkach służby zdrowia wiszą cytowane z przepisów informacje, że „opiekujemy się specjalnie kombatantami”. Ale w praktyce dotyczy to tylko jednej sprawy – możliwości wcześniejszego zapisu na wizytę u lekarza. Powoływanie się na przywileje kombatanckie w innych sytuacjach budzi współczujący uśmiech i nie daje żadnego wyniku. Czasem (dobrze, że rzadko) można odnieść wrażenie, że ponieważ kombatanci są dwa, lub nawet trzy razy, starsi od lekarza, to ma on ochotę zalecić im znaną z przeszłości wskazówkę na zachowanie w czasie ataku atomowego – „najlepiej przykryć się prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza”.
To prawda, że np. drogi, powtarzalny zabieg w okulistyce polegający na podaniu leku zastrzykiem w oko, może być objęty programem opłacanym przez NFZ. Wydaję na te zastrzyki 400 zł. miesięcznie od dwóch lat (starczyłoby na niezły używany samochód, który mógłbym, jak kombatant w Krakowie, podarować komuś z aktualnych władz) i urocza lekarka, która robi mi tą przyjemność, wystąpiła o zaliczenie mnie do tego programu. Kwitnąca w Pańskim resorcie biurokracja powoduje jednak, że NFZ chce więcej papierków potwierdzających, że to wbijanie igły w oko nie sprawia mi erotycznej przyjemności. I tylko złośliwie chcę, aby za tą przyjemność płaciło reprezentowane przez Pana państwo – zgodnie z nieprzemyślaną Konstytucją i niepotrzebnymi deklaracjami specjalnie troskliwego traktowania kombatantów.
To prawda, że lekarze są w większości przepracowani. Ale obserwuję od lat pogarszający się „średni” stan ich stosunku do pacjentów. – a to ma związek nie tylko z przepracowaniem, ale także ze szkoleniem i nadzorem – a więc z organizacją. Są lekarze zawsze uprzejmi. Są uprzejmi tylko w stosunku do wybranych pacjentów. Ale są też nieuprzejmi i nieuczynni z zasady i w stosunku do wszystkich. Relatywnie młody lekarz może np. – widziałem taki przypadek – powiedzieć wiekowemu i bardziej ode mnie schorowanemu kombatantowi, proszącemu o podpis na przygotowanej przez recepcję recepcie: „Niech pan wyjdzie i poczeka dwie godziny, aż skończę dyżur. Przecież nie ma Pan nic do roboty!”.
To prawda, że placówki służby zdrowia są coraz lepiej wyposażone, m.in. w wyniku działań Wielkiej Orkiestry. Ale w najniższych szczeblach organizacyjnych popełnia się błędy powodujące, że czasem brakuje prostych i tanich rzeczy, jak przyzwoite termometry, maseczki, rezerwowe piżamy, dodatkowe koce dla zmarzluchów. W ostatnich dniach usłyszałem w telewizorze potwierdzenie tej obserwacji przez sympatyczną panią Janinę Ochońską. Też była w jakimś szpitalu, doskonale wyposażonym, w którym nagle zabrakło..,. prześcieradeł. To także typowy przykład niedoróbki organizacyjnej. Ktoś nie zamówił, albo zamówił za mało. Pralnia albo dostawca nie nadąża. Ktoś zapomniał, że są potrzebne. W PRL przez wiele lat brakowało sznurka do snopowiązałek. Ale to inne czasy i nie sądzę, aby prześcieradła, w gospodarce rynkowej, nagle zaczęły być artykułem deficytowym.
A więc – jak by powiedział poseł Szczerba – Panie Ministrze Kochany – proponuję, aby wymieniony w tytule napis umieścił Pan także w swoim gabinecie. Może Pan go zredagować jeszcze bardziej łagodnie. Przyda się, jeśli nawet po wyborach skład rządu ulegnie zmianie i wróci Pan do swojej specjalności. Dla pacjentów lepiej, – jako kardiolog ma Pan doskonałą opinię.