Czas odwetu Azerów?

Sporadyczna wymiana ognia artyleryjskiego na pograniczu Górskiego Karabachu i Azerbejdżanu utrzymuje się, a strony ormiańska i azerska mobilizują się do poważniejszych walk. Oliwy do ognia dolał prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, który ogłosił, że Ankara w pełni popiera Azerbejdżan w konflikcie z Armenią o karabaską enklawę.

Modlimy się, aby nasi bracia z Azerbejdżanu zatriumfowali przy najmniejszych możliwych stratach; będziemy wspierać Azerbejdżan do końca, zapowiedział Erdogan. Deklaracja o modłach to najwyraźniej umieszczenie konfliktu na płaszczyźnie religijnej: muzułmańskich Azerów z chrześcijańskimi Ormianami. Ministerstwo obrony Azerbejdżanu zapowiedziało, że jeśli wspierane przez Armenię siły będą dalej ostrzeliwać cywilów w pobliżu Górskiego Karabachu, oddziały jego kraju zaatakują Stepanakert, stolicę enklawy. Z kolei prezydent Armenii, Serż Sarkisjan oświadczył na spotkaniu z przedstawicielami OBWE, że jego kraj uzna niepodległość Górskiego Karabachu, jeśli działania zbrojne będą przedłużać się i przekształcą się w walki na dużą skalę. Zagrozi to bezpieczeństwu i stabilności nie tylko na Kaukazie południowym, ale także Europie, ostrzegł. Poinformował, że polecił MSZ Armenii przygotować umowę z Górskim Karabachem o współpracy wojskowej i wzajemnej pomocy. W istocie jest tak, że po wojnie z przełomu lat 80-tych i 90-tych enklawa Górskiego Karabachu jest połączona z Armenią i ten stan trwa od 1994 roku, kiedy uzgodniono pod naciskiem sił międzynarodowych zawieszenie broni do czasu pokojowego uregulowania konfliktu, co nigdy nie nastąpiło. Obecny wybuch walk to wspierana przez Turcję, albo wręcz inspirowana przez Erdogana, próba odbicia enklawy. Przyznał ją kiedyś Azerbejdżanowi Józef Stalin – w myśl wynalezionej dużo wcześniej zasady imperialnej „dziel i rządź” – choć w ogromnej większości zamieszkiwali ją Ormianie. Po wspomnianej wojnie prawie wszyscy Azerowie porzucili Górski Karabach. Turecka inspiracja to jeszcze jedno wydanie toczącej się konfrontacji między Erdoganem i jego rosyjskim odpowiednikiem, Władimirem Putinem. Rzecz w tym, że w Armenii znajdują się dwie bazy wojsk rosyjskich. Po przegranej z kretesem wojnie, Azerbejdżan zbroił się i rozbudowywał armię korzystając z dużych wpływów dewizowych, jakie przynosiły mu wysokie ceny ropy naftowej. Wojsko szkolił według wzorców NATO-wskich przy pomocy doradców amerykańskich. Że to Azerbejdżan zaatakował świadczyć może też deklaracja prezydenta Armenii Serża Sarkisjana, który zapowiedział, że wstrzymanie ognia nie będzie możliwe, „jeśli żołnierze obydwu stron nie wrócą na (zajmowane wcześniej) pozycje”. Z kolei władze Górskiego Karabachu zapowiedziały gotowość do rozmów na temat rozejmu pod warunkiem odzyskania utraconych pozycji i terytoriów. Azerbejdżan jednostronnie ogłaszając w niedzielę „zawieszenie broni” uczynił to po uprzednim ogłoszeniu, że zajął „wiele” strategicznej wagi wzgórz w Górskim Karabachu. Wybuch walk ma jeszcze jeden aspekt: Serż Sarkisjan pochodzi ze Stepanakertu. W latach 1989- 1993 dowodził Komitetem Sił Samoobrony Górskiego Karabachu, czyli jest to człowiek, który w tamtej wojnie doprowadził do klęski Azerbejdżanu. I teraz może przyszedł czas odwetu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}