Pożegnanie z Mądrością Bożą

Można być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Nie sposób było być w Stambule i nie ujrzeć świątyni Haga Sophia. Symbolu tego miasta i żelaznego punktu programu każdej wycieczki po nim.
Tak było do 10 lipca. Tego dnia turecki Najwyższy Sąd Administracyjny unieważnił prezydencki dekret z 1934 rok nadający świątyni status muzeum. Następnego dnia prezydent Turcji Recep Erdogan nadał temu słynnemu zabytkowi bizantyjskiej kultury status meczetu. A to oznacza też liczne rygory i utrudnienia w jego zwiedzaniu przez następne miliony turystów. I nie tylko.
Zaproszenie do wojny
Haga Sophia, czyli świątynia Mądrości Bożej od zawsze była centralnym punktem naszego świata. Olbrzymia, wspaniała architektonicznie budowla, wyświęcona w 537 roku w obecności cesarza Justyniana Wielkiego, szybko stała się centrum duchowym chrześcijaństwa. I centrum Konstantynopola – miasta pretendującego do roli centrum chrześcijańskiej cywilizacji. Zwłaszcza, że dawny cesarski, łaciński Rzym był wtedy upadłą, drugorzędną metropolią.
Świątynia przetrwała wiele wojen i łupieżczych najazdów. Nawet ten najbardziej barbarzyński, dokonany przez katolickich krzyżowców w latach 1202 – 1204, urządzony przy okazji IV krucjaty. Te dwa lata złodziejskich rządów „łacinników” przypominały szwedzki „Potop” w Polsce. Pomimo prób późniejszej odbudowy cesarstwo i Konstantynopol nie wróciły już do dawnej świetności.
W 1453 roku resztki cesarstwa bizantyjskiego wraz z Konstantynopolem zdobyli Turcy władani przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę. Ten rozpoczął odbudowę miasta, nadal mu nową świetność. Ale też zmienił jego nazwę na Istambuł, a chrześcijańską Hagę Sophię w meczet. Mehmed nie był jednak religijnym fanatykiem. Reprezentował „pragmatyczny islam”.
Swój Stambuł widział jako kontynuację kosmopolitycznej, wielo religijnej, mulit kulturalnej metropolii. Czerpiącej z dorobku greckiej kultury, bizantyjskiego chrześcijaństwa, wzbogaconych o słowiańskie, normandzkie i żydowskie wpływy. W jego imperium administracja i wojsko miało być islamskie i sturczone, ale gospodarka mogła być wielo religijna i wielo narodowa. Dzięki tej pragmatyce Turcja stała się światowym imperium.
Kryzys nadszedł wraz z wzmocnieniem się twardego, obskuranckiego islamu. Wtedy kiedy imperium zamykało się przed europejskim oświeceniem i rewolucją naukowo-techniczną. Przeróżne próby modernizacji kończyły się zawsze konserwatywnymi kontrrewolucjami.
Przegrane wojny bałkańskie i I wojna światowa rozbiły ostatecznie to imperium. Turcji groziła nawet utrata Istambułu. Wtedy władzę przejęli „młodoturcy” dowodzeni przez generała Mustafę Kemala Ataturka. Zlikwidowali system sułtanatu i religijny kalifat. Alfabet arabski utożsamiany ze szkołami koranicznymi zastąpiono łacińskim. Przyznano większe prawa kobietom, przymusowo wprowadzono europejski e ubiory. Turcja stała się świecka republiką wzorowaną na Francji.
Ostatnim akordem odgórnej laicyzacji stało się przekształcenie meczetu Haga Sophia w muzeum. Centrum światowej kultury.
Teraz Turcja rządzona przez prezydenta Erdogana wraca do czasów sułtanatu. Symbolicznie na razie. Prezydencka decyzja pogrzała stary na Bałkanach konflikt islam- chrześcijaństwo. Cerkwie prawosławne zaprotestowały, ale ich głos nie przebił się do świata zajętego walką z pandemią. Przy tej okazji ujawniły się też słabości autokefalicznych , czyli niezależnych, narodowych prawosławnych kościołów.
Ubiegłoroczna decyzja Bartłomieja I, tytularnego ”Arcybiskupa Konstantynopola – Nowego Rzymu i Patriarchy Ekumenicznego” stworzenia odrębnego ukraińskiego kościoła prawosławnego dodatkowo podzieliła prawosławnych na świecie. To też sprawiło, że stracił on poparcie najsilniejszej moskiewskiej cerkwi. To polityczne rozbicie świata prawosławnego cynicznie wykorzystał prezydent Erdogan kreując w swoich mediach „pokojowo nastawionego” patriarchę Konstantynopola jako swego politycznego poplecznika. Klienta nowego sułtanatu.
Wraca stare
Znacznie bardziej niebezpieczny może okazać się odradzający się konflikt polityczny „sułtańsko – islamska” Turcja kontra prawosławna Grecja. Wzmocniona poparciem prawosławnych państw bałkańskich. Sułtanizacja i islamizacja Turcji przez ekipę Erdogana oznacza nie tylko pożegnanie dawnej Turcji aspirującej do członkostwa w Unii Europejskiej. Bo oczywistym jest, że ta nowa- stara Turcja nie przystaje do laickiej, opartej na demokracji parlamentarno – gabinetowej, trójpodziale władz Unii Europejskiej. Ale to także aktualne teraz pytanie:
Czy taka anty chrześcijańska i antydemokratyczna Turcja mieści się w kanonie demokratycznych wartości deklarowanych przez Pakt Północnoatlantycki?
Czy antydemokratyczna, antyzachodnia erdoganowska Turcja może być dalej członkiem politycznej wspólnoty NATO?
Tu warto przypomnieć, że tureckie członkostwo nie byle jakim jest. Turcja jest najważniejszą południową flanką Sojuszu Północnoatlantyckiego. Uprzywilejowaną przez dziesiątki minionych lat, bo w czasach „zimnej wojny” była państwem sąsiadującym z ZSRR i państwami Układu Warszawskiego. I sprawnie zarabiała na tym.
Teraz nadal sąsiaduje z Rosją, ale też ze skonfliktowanymi z nią kulturowo i historycznie państwami NATO. Prawosławną Grecją, prawosławną Bułgarią i prawosławną Rumunią sąsiadem przez Morze Czarne. Sąsiaduje też politycznie z prawosławną Macedonią Północną, prawosławną Czarnogórą i wielo religijną Albanią. Warto też pamiętać o Cyprze. Podzielonym, zamieszkałym przez cypryjskich Greków i cypryjskich Turków. Z zamrożonym tam konfliktem etnicznym i religijnym, który islamizacja Turcji może podgrzać.
Czy przyszłe NATO będzie aż tak politycznie pojemne, że pomieści tureckie państwo, to niedemokratyczne i radykalizujące się teraz religijne?
Milczący światowy obrońca chrześcijaństwa
Elity PiS wielokrotnie deklarowały się jako „obrońca kultury chrześcijańskiej”. Zwłaszcza chrześcijańskich wartości. Wiele razy przestrzegały, straszyły nawet swych wyborców, ofensywą islamu. Islamizacją Europu. Zwykle wydumaną i kreowaną. Ale kiedy mamy do czynienia z faktyczną islamizacją Europy, faktyczną walką z dziedzictwem chrześcijańskiej kultury, to wszyscy zawodowi obrońcy chrześcijaństwa z PiS milczą jak trusie.
Ani słowa krytyki wobec polityki prezydenta Edogana z ich strony nie słychać. Przeciwnie odnoszę wrażenie, że elity PiS po cichu sympatyzują z tureckim prezydentem. Bo on jawnie odbudowuje państwo religijne, tłumi opozycję, pluje na Unię Europejską. Robi to o czym elity PiS marzą, tylko jeszcze boją się to uczynić.
A tymczasem na początku sierpnia prezes Ali Erbas kierujący Diyanetem, czyli instytucją powołaną w 1924 roku jako Urząd ds. wyznań, czyli pilnowania świeckości państwa tureckiego, a pod panowaniem prezydenta- sułtana Erdogana przekształcony w instytucję ds. islamizacji Turcji, zapowiedział powstanie w zamienionej w meczet Haga Sophii medresy, czyli szkoły koranicznej.
Kolejnego symbolu ponownej, państwowej islamizacji kraju.
Co będzie dalej?
Ustanowienie kalifatu w Turcji?

Unia wkurzona na Turcję

Na spotkaniu szefów dyplomacji krajów Unii Europejskiej tematem głównym były coraz gorsze stosunki z Turcją. Ministrowie skrytykowali jej działania na Morzu Śródziemnym i brak poszanowania praw człowieka, ale jednocześnie uznali swoją bezsilność wobec tureckiego „szantażu migracyjnego”. Unia nie chce imigrantów, więc musi Turcji płacić i nie przesadzać z pretensjami.

„Jeszcze 15-16 lat temu myślałem, że Turcja stanie się krajem europejskim, wielkim krajem muzułmańskim, który widzi przyszłość w demokracji. Tymczasem idzie to w złym kierunku” – mówił minister Jean Asselborn z Luksemburga. Inni mu przytakiwali i wyliczali jej grzechy: łamie embargo na broń dla rządu libijskiego z Trypolisu, szuka ropy pod wodami terytorialnymi Cypru, w Syrii popiera dżihadystów i zwalcza Kurdów, a u siebie wprowadza dyktatorskie prawa i jeszcze zmienia Hagia Sofię w meczet. Ale zaraz wszyscy podkreślili wagę partnerstwa z Turcją, sojusznikiem w ramach NATO.
Unia jest szczególnie zaniepokojona tureckim „szantażem migracyjnym”. Do tej pory zarządzała przepływem migrantów do Europy na granicy z Grecją, teraz, gdy zaangażowała się w wojnę w Libii, może trzymać rękę na drugim punkcie napływu imigracji do Europy i sterować nim do woli. W 2016 r. niemiecka kanclerz Merkel zgodziła się wypłacić Turcji z funduszy europejskich miliardy euro w zamian za zatrzymanie uchodźców u siebie, ale Turcy nie są zadowoleni. Chcą więcej pieniędzy i ruchu bezwizowego z Unią.
W zeszłym tygodniu do Ankary pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell, by rozmawiać o tym z Mevlütem Cavusoglu, tureckim ministrem spraw zagranicznych. Niestety, nic z tego nie wyszło. Turcy znowu zagrozili, że jeśli Unia nie przestanie ich krytykować i nie zechce płacić, pozwolą migrantom na wyjazdy do Europy. W tej sytuacji Komisja Europejska postanowiła wypłacić Turcji dodatkowe pół miliarda za powstrzymanie migracji.

Wojny migracyjne

Pierwszym kawałkiem Europy, który zobaczyli migranci z Ocean Viking był olbrzymi prom Moby Zaza pomalowany w postaci z amerykańskich kreskówek lat czterdziestych ubiegłego wieku. Kot Sylwester, Kanarek Tweety.

Tam spędzą kwarantannę, w Porto Empedocle na Sycylii. Ocean Viking uratował w czerwcu 180 osób, ale nikt ich nie chciał. Na statku desperacja migrantów doprowadziła niektórych do samobójstw i przemocy. „Gdybym był w rządzie, nigdy bym ich nie wpuścił!” – ogłosił Matteo Salvini, szef skrajnie prawicowej Ligi, który chciałby znów rządzić.
Ocean Viking, statek ratownictwa morskiego należący do francuskiej organizacji humanitarnej SOS Méditerranée, po wyciągnięciu z wody 180 osób, siedem razy zwracał się do władz maltańskich i włoskich o zezwolenie na wpłynięcie do któregoś z ich portów. Bezskutecznie. Grupa 130 ludzi z Bangladeszu, Pakistanu, Erytrei i czarnych Afrykanów, która przeszła przez koszmarne libijskie obozy, spokojnie oczekiwała w kontenerach rozstrzygnięć swego losu, podczas gdy blisko 50-osobowa grupa z arabskiej, północnej Afryki, straciła cierpliwość i popadła w szaleństwo.
Wobec ogłoszenia przez Ocean Viking „stanu wyjątkowego” na pokładzie, Włosi przysłali w końcu komisję lekarską i zgodzili się na wpuszczenie statku do portu. Atmosfera na statku ratowniczym od razu się poprawiła, nikt nie zginął. W Porto Empedocle migranci przeszli się 100 m. nabrzeża, by przesiąść się do Moby Zaza. W miasteczku burmistrzyni Ida Carmina wezwała wtedy przed dziennikarzami armię o pomoc, o „ochronę obywateli biednej Sycylii” przed migrantami z Afryki.
Od kilku tygodni próby nielegalnego przepłynięcia z nabrzeży Libii do Włoch wzmogły się, wraz z wydarzeniami na froncie wojny między dwoma rządami, czy też między grupami mocarstw, w dawnym kraju Muammara Kaddafiego. Od kiedy Turcja postanowiła pomóc zbrojnie rządowi w Trypolisie, temu uznanemu przez ONZ, a siły marszałka Chalify Haftara, które miały go obalić, cofają się na całym froncie, migracja do Europy nabrała tempa.
Tureckiego prezydenta Recepa Erdogana podejrzewa się w Europie o chęć odbudowy Imperium Osmańskiego, a Amerykanie jakby mieli to w nosie. Turcy tysiącami przerzucają do Trypolisu bojowników Al-Kaidy i innych grup dżihadu z północnej Syrii, bezprawnie okupowanej. Tak było osiem lat temu, w drugim roku wojny w Syrii, tyle, że odwrotnie: NATO nie miało nic przeciw przerzucaniu islamskich grup zbrojnych, z Libii na wojnę w Syrii.
Francja i inne kraje obawiają się, że Erdogan zyska na tyle panowanie nad Libią, że zapanuje nad drugim „kurkiem z migrantami”, po granicy turecko-greckiej, którym zechce manipulować, by grać Unii na nosie. Kurki od ropociągów też są ważne, ale w Turcji reżim trąci faszyzmem, ludzie umierają od protestów głodowych. W czerwcu sojusznicze okręty tureckie mocno postraszyły („skrajnie agresywnie”) wojenny okręt dumnej Francji na Morzu Śródziemnym, który chciał skontrolować statek towarowy do Libii, wyładowany turecką bronią, wbrew embargo.
Komisja specjalna NATO wysmażyła na ten temat szybki raport, z którego wynika, że Francja histeryzuje, że „nic wielkiego się nie stało”. Było jednak trzaskanie drzwiami: Francja wycofała się z operacji NATO na Morzu Śródziemnym. Co robić, gdy państwa tego sojuszu są obecne po obu stronach bratobójczej wojny w kraju zamorskim? Migranci też zadają sobie takie pytania, ale mają inne priorytety. Niektórym palma trochę odbija, lecz niemal wszyscy docierają do naszego kontynentu z powodu wojennego chaosu w Libii.

Dantejskie sceny na granicy turecko-greckiej

Mały martwy chłopczyk został wyłowiony u wybrzeży greckiej wyspy Lesbos, dokąd nie przestają płynąć łodzie z uchodźcami z Syrii, Afganistanu i Iraku. Gdy łódź z blisko 50 osobami zaczęła tonąć, udało się jednak uratować większość pasażerów. Mieszkańcy greckich wysp leżących blisko Turcji czynnie sprzeciwiają się napływowi migrantów. Na granicy lądowej jest jeszcze gorzej.

Po ogłoszeniu przez tureckiego prezydenta Recepa Erdogana, że droga dla uchodźców do Europy jest wolna, w miniony weekend na granicy lądowej, jak i na wybrzeżu morskim, zebrały się tysiące ludzi pragnących dostać się do Grecji. Na morskich cieśninach dzielących Turcję od greckich wysp Grecy podwoili patrole straży przybrzeżnej, które miały zawracać do Turcji łodzie uchodźców, lecz są tak liczne, że zatrzymanie ich stało się niemożliwe.
Wczoraj, gdy jednej z nich udało się podpłynąć do portu Termi na Lesbos, mieszkańcy z krzykiem „wracajcie do Turcji” przeszkodzili jej w przybiciu do brzegu. Obrzucili też obelgami lokalnego przedstawiciela Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ i dziennikarzy-fotografów.
Grecka policja przejmowała setki uchodźców w innych punktach wybrzeża i transportowała ich autobusami do niemożliwie przepełnionego obozu Moria, gdzie przebywa już ponad 20 tys. ludzi. Droga była trudna, gdyż mieszkańcy próbowali zatrzymać autobusy za pomocą rozciągniętych łańcuchów, rzucali też kamieniami (na szczęście nikt, oprócz jednego policjanta, nie został ranny). Łodzie docierały wczoraj również na wyspy Chios i Samos; dziś od rana jest tak samo.
Na granicach lądowych Unii Europejskiej z Turcją już w sobotę doszło do starć tysięcy ludzi z grecką strażą graniczną. Na samym tylko przejściu Pazarkule zgromadziło się ok. 20 tys. uchodźców. To często rodziny z małymi dziećmi. ONZ wezwała Greków do nie używania „przesadnej” siły wobec napierających, a uchodźców do „przestrzegania prawa”. Ludzie ci, w większości uchodźcy wojenni, spędzili już dwie zimne noce pod gołym niebem. Wszyscy chcą zwrócić się o azyl w Unii.
Prezydent Erdogan ogłosił dziś w Ankarze: „Od kiedy otworzyliśmy nasze granice, liczba zmierzających do Europy sięga setek tysięcy. Wkrótce ta liczba będzie wyrażać się w milionach”. Unia tymczasem wzywa go do przestrzegania umowy o powstrzymywaniu migrantów przed podróżą do Europy, za którą zapłaciła miliardy euro.

Uchodźcy wojenni: kogo deportować?

Jaki jest związek między betonowym murem na granicy turecko-syryjskiej, współfinansowanym przez Unię Europejską, a darmowym Morzem Śródziemnym?
Taki, że kiedyś na najwyższych szczeblach NATO uznano je za przeszkody, które uniemożliwią masowe migracje. Migracje wywołane napastniczymi wojnami NATO. Dlatego dziewięć lat temu beztroski Sojusz uderzył w dwa kraje naraz – Syrię i Libię, by narobić tam krwawego chaosu. Sukces jest niepełny, bo jednak przewidywania co do uchodźców okazały się jeszcze większą głupotą.

Obie wojny ściśle się wiązały, ale też różniły, strategiami. W Libii NATO uderzyło wprost i bardzo szybko zlikwidowało tamtejszy rząd i całą organizację państwową, podczas gdy w Syrii tę samą sprawę mieli załatwić dobrze uzbrojeni i kierowani dżihadyści, przy stosunkowo niewielkim udziale wojsk samych państw NATO. Pogrążona w upadku, ale „odkorkowana” Libia stała wkrótce pomostem, z którego odpływały gumowe tratwy afrykańskich pracowników, którzy wcześniej zarabiali w tym prosperującym kraju, a z Syrii ludzie uciekali przed wojennym piekłem, w które zamieniła się też Libia.
Turecki mur na granicy z syryjską prowincją Idlib – dziś ostatni bastion owych wspieranych przez NATO dżihadystów – powstrzymuje na razie niemal milion uchodźców, którzy pod nim koczują w tragicznych warunkach. Tureckie, czyli natowskie wojsko strzela do nich, gdy próbują go pokonać. Turcja ma już ponad trzy miliony uchodźców z Syrii i woli, by ci koczujący pozostali za murem, więc wraz z innymi krajami NATO zbroi rządzącą tam Al-Kaidę i czynnie jej pomaga w oporze przed Syryjczykami, którzy chcą skończyć z dżihadystowsko-natowską okupacją ich kraju.
Grecję, czyli Unię Europejską, dzieli od spływającego krwią Idlibu mur, Turcja i morze. Dziś na wszystkich greckich wyspach bliskich Turcji doszło do strajku generalnego. Mieszkańcy Lesbos, Chios, Samos, Leros i Kos protestowali przeciw planom rządowym postawienia tam nowych obozów dla osób przypływających z Turcji. W Mantadanos na Lesbos lokalny ksiądz, o. Stratis ogłosił dziś rano: „Nadszedł czas wojny. Policja ma broń, a my nasze serca i dusze”. Można się z niego śmiać, ale warto zapamiętać słowo „wojna”, której teren miał w umyśle członków NATO pozostać bardzo daleki. Do Europy ciągną przez Turcję głównie Syryjczycy i Afgańczycy.
Syryjczycy w większości pracują już w Turcji, płacą tam podatki i czekają na koniec wojny. Ale część z nich, ta pozostała w obozach lub bez widoków na jako takie życie, próbuje dostać się do Europy. Unia pod wodzą Angeli Merkel obiecała Turkom 6 miliardów euro na powstrzymanie tej fali, ale wypłaciła tylko trzy, więc turecki prezydent Erdogan pozwala migrantom płynąć do Grecji. Traktuje tych ludzi jako świetny sposób nacisku politycznego na Unię. W Unii tymczasem panuje polityczna panika, bo wielki napływ migrantów i uchodźców promuje niestety skrajną prawicę w wielu krajach kontynentu. Wcześniej europejscy przywódcy nie zorientowali się po prostu, że NATO działa, jakby nim kierowała skrajna, faszystowska prawica.
USA i NATO przegrały wojnę w Afganistanie, przegrywają w Syrii i tylko w Libii mogą mówić o sukcesie, bo nastąpiła tam na razie nieodwracalna zmiana w postaci trwałego chaosu. Tak, czy inaczej, natowskie wojny wracają do nas w postaci słów i zjawisk, siejąc nieszczęście na całego. Unia wybrała chowanie głowy w piasek: nie pomogły mury i morze, niech nieszczęśnicy pozostaną uwięzieni na greckich wyspach, choćby miało tam dojść do wojny.
Jest tam na razie ok. 40 tys. migrantów, ale na małych, ograniczonych terenach mieszkańcy mają tak samo dość tej sytuacji, jak uchodźcy żyjący w skandalicznych warunkach, bo Unia woli zaoszczędzić. Są poważne problemy sanitarne, bezpieczeństwa. „Nie mamy nic przeciw uchodźcom wojennym, ale kryminalistów trzeba wydalić” – przekonywali dziś na wyspach Grecy. Nikt jednak nie deportuje kryminalistów z NATO, a ludzie pozostaną pozostawieni sami sobie ze swoją rozpaczą, wokół murów i mórz.

Syryjski kocioł

Rywale Zachodu, Iran i Rosja są dziś głównymi potęgami biorącymi udział w grze o wpływy w syryjskim kotle. W walce z organizacjami terrorystycznymi mają interesy zbieżne. Dalsze cele w Syrii – już niekoniecznie.

Pierwszy z brzegu punkt zapalny konfliktu: syryjski port Latakia. Z początku port ten został wydzierżawiony przez Iran. Posunięcie to Rosja uważa za bezpośrednie zagrożenie dla swojej dominacji wojskowej i gospodarczej w Syrii. W prowincji Latakia Rosja jest mocna, bo właśnie tam znajduje się jej baza lotnicza Humajnim i obsługiwany przez nich port Tartus. Aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, Iran wykorzystuje strategicznie również port Bani Jas, położony między Latakią a Tartusem.
W raporcie Asia Times z kwietnia 2019 roku Sami Moubayed, syryjski historyk i pisarza z Damaszku pisał, iż Iran mógłby „ograniczyć i ewentualnie utrudnić rosyjski nadzór i gromadzenie danych wywiadowczych, zablokować ich technologię radiowo-elektroniczną oraz zagrozić rosyjskiej obronie powietrznej, samolotom i życiu personelu wojskowego”. Przytoczył incydent z 2017 r., kiedy to irański wniosek do rządu syryjskiego o 1 000 hektarów ziemi w mieście Tartus, która miała zostać wykorzystana do budowy portu naftowo-gazowego, został „odrzucony”, faktycznie przez Rosję ze względu na bliskość tego terytorium względem rosyjskich obiektów wojskowych. Moubayed dodaje, że Rosja zadbała również o odrzucenie irańskiej prośby o 5 000 hektarów ziemi położonej w pobliżu międzynarodowego lotniska pod stolicą kraju. Jeszcze niedawno obecność irańską w Syrii starały się zablokować państwa Zatoki Perskiej – teraz wysiłki w tym celu czyni Rosja.
Federacja Rosyjska chce, aby powojenna, zwolniona z międzynarodowych sankcji Syria zintegrowała się gospodarczo z państwami arabskimi Zatoki Perskiej w ramach Rady Współpracy Zatoki Perskiej. To stoi w sprzeczności z umowami i koncesjami, które Iran pozyskał już od Damaszku. W artykule dla „Al-Monitor” w grudniu 2019 r. były szef Wydziału Handlowo-Gospodarczego Ambasady Rosji w Damaszku Igor Matwiejew zapowiedział duże inwestycje, w tym połączenie za pomocą nowej linii kolejowej syryjskiego Tartusu z wybrzeżem Zatoki Perskiej. Matwiejew dodał, że Rosja zdecydowanie zachęca RWZP i UE do inwestycji w Syrii, a jednocześnie z zadowoleniem przyjmuje wszelkie perspektywy zniesienia sankcji, które z kolei pozwoliłyby na wejście na rynek syryjski szerszemu gronu rosyjskich firm. Wspomniał również, że rosyjskie firmy działające w Syrii konkurują z Iranem o udział w odbudowie tego kraju od czasu, kiedy zostały nałożone sankcje. I choćby z tego powodu ekonomiczne interesy dzisiejszych sojuszników mogą się wkrótce całkowicie rozminąć.
Czynnik izraelski
Sprawdziły się również przewidywania, według których Rosji w 2020 r. może być bliżej do współpracy z RWZP oraz z Izraelem niż z Iranem. Od 2017 r. znacznie rozbudowane zostały rosyjskie więzi obronne i handlowe z RWPZ. Rosyjskie przychody z eksportu są zwiększane przez amerykańskie sankcje wobec irańskiego konkurenta, jakim jest Iran. Z tych samych powodów, czyli sankcji, pod koniec 2018 r. wycofały się z rynku irańskiego duże rosyjskie korporacje.
Te podjęte w odpowiednim czasie działania są bezpośrednio związane z dążeniem Rosji do tego, aby powojenna Syria przyłączyła się do swoich sąsiadów z Zatoki Perskiej, a nie do „antyimperialnego ruchu oporu” kierowanego przez Iran. Wspieranie przez Rosję Arabii Saudyjskiej w czasie, gdy Saudyjczycy zmagają się ze swoją katastrofalną wojną w Jemenie i niedawnym „ociepleniem” stosunków z Waszyngtonem, ma bezpośredni związek z odmową wsparcia Iranu w praktyce. To więcej, niż niejasna retoryka. Matwiejew uznaje próby stworzenia nieprzerwanego połączenia lądowego z Iranem przez Irak, Syrię i Liban, a także projekty gospodarcze w Syrii za główne cele potencjalnego ataku Izraela, a tym samym projekty wrogie Stanom Zjednoczonym. Idzie jednak krok dalej – sugeruje, że Rosja to wiarygodny partner, by te próby udaremnić.
W artykule opublikowanym w Arab Weekly 19 stycznia 2020 roku Moubayed przypomniał sytuację z 2018 roku, kiedy to Rosja wysłała swoją żandarmerię wojskową w pobliże granicy izraelsko-syryjskiej jako „gwarancję” dla Izraela, by rozwiać jego obawy, że kontrolowanie granicy przez samych tylko Syryjczyków pozwoli na powrót Hezbollahu. Rosyjskie Ministerstwo Obrony potwierdziło później, że rozmieszczenie nastąpiło w odpowiedzi na bezpośrednią prośbę Izraela. Charakterystyczna pycha Izraela, który to starał się zadekretować, gdzie Hezbollah ma prawo poruszać się w obrębie terytorium Syrii, została w ten sposób przyjęta spokojnie przez Rosję. Rosyjska żandarmeria wojskowa starała się zapewnić, by Hezbollah trzymał się z dala od Izraela, który odmawia sformalizowania własnych granic międzynarodowych i stale dąży do ekspansji.
Rosja przedstawia się w Syrii jako rozjemca i próbuje ukazać swoje przeciwdziałanie Iranowi jako „demilitaryzację” wrogich państw w Syrii, Moskwa niewiele zrobiła w kwestii dalszej jednostronnej agresji Izraela. Kontynuowała jednak politykę „powstrzymywania Iranu”.
Analityk Andrew Korybko zwrócił uwagę w październiku 2018 roku, że wśród finansowanych przez Kreml think tanków zaczyna powstawać konsensus co do tego, że należy ograniczyć wpływy Iranu na armię Syrii. Dalszą obecność Iranu w Syrii (kluczową dla funkcjonowania infrastruktury „ruchu oporu” opisanej szczegółowo w poprzednim artykule) określił jako kolidującą z rosyjską wizją powojennej Syrii. Przykłady zaspokajania przez Rosję żądań izraelskich wobec wojska syryjskiego pojawiły się wystarczająco szybko. Ekspert finansowanej przez państwo Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych, Anton Mardasow, w lipcu 2019 roku opisał sytuację, która doprowadziła do usunięcia 7 lipca ze stanowiska generała Dżamila Hasana, szefa wywiadu sił powietrznych Syrii, jako konflikt interesów. Dokładniej – miesiąc wcześniej odbyło się spotkanie, w którym to pośredniczyła Rosja i któremu przewodniczył generał Hasan, pomiędzy oficerami izraelskimi i syryjskimi. Rosyjscy dowódcy byli obecni na spotkaniu i poparli izraelskie żądania przesunięcia „proirańskich bojówek” dalej od granicy izraelsko-syryjskiej oraz włączenia do armii syryjskiej 5. Korpusu Szturmowego, utworzonego w 2016 roku pod rosyjskim kierownictwem w celu włączenia byłych antyrządowych rebeliantów do syryjskiej armii. Generał Hasan zakończył to spotkanie stwierdzeniem, że to „Iran jest prawdziwym sojusznikiem Syryjczyków”. Właśnie to miało kosztować go stanowisko. Czy Damaszek podjąłby podobną decyzję, gdyby Iran i Rosja były faktycznie sprawdzonymi partnerami?
Rurociąg
Od lat znana jest teoria, że motywem pierwotnej koalicji antyasadowskiej w Syrii było zakłócenie ponadnarodowego projektu energetycznego, który miałby zakłócać ambicje geoekonomiczne potężnych graczy w regionie. Twierdzono, że gazociąg, rzekomo popierany przez Rosję, będzie dostarczał gaz ziemny z Iranu na rynek europejski po przejściu przez Irak i Syrię. Rurociąg ten, jak twierdziła teoria, ściągnął na gniew RWZP, USA i Europy, które chciały rywalizować gazociągiem dostarczającym gaz z Kataru, przez Arabię Saudyjską, Jordanię i Syrię. Iran, Irak i Syria rzeczywiście podpisały w lipcu 2011 roku umowę o budowie rurociągu o wartości 10 miliardów dolarów, a rozmowy w sprawie jej podpisania sięgają podobno 2008 roku. Al-Asad miał wybrać gazociąg irański zamiast katarskiego, który zaproponowano mu w 2009 roku, ponieważ Katar, przy wsparciu Zachodu, starał się konkurować z monopolem Rosji na europejskim rynku gazowym.
Problem polega na tym, że… nie ma dowodów na to, że rurociąg katarski był kiedykolwiek poważnie brany pod uwagę. Przeciw jego realizacji przemawiał szereg przeszkód znacznie poważniejszych, niż te, które mogły wystąpić na odcinku syryjskim. Ponadto Katar nie buduje rurociągów lądowych, opierając się na dużej flocie żeglugowej służącej do transportu gazu w postaci skroplonej (LNG). Praktyka ta wynika z historycznego sprzeciwu jedynego ziemskiego sąsiada Kataru, Arabii Saudyjskiej, wobec rurociągów transportujących gaz z Kataru. W rzeczywistości Arabia Saudyjska ma również historię (przed blokadą Kataru w czerwcu 2017 roku i odebraniem jej statusu członka RWPZ) sprzeciwiania się gazociągom katarskim w ogóle, nawet jeśli były one wykorzystywane do eksportu gazu do innych członków RWPZ, takich jak ZEA i Kuwejt.
Paula Cochrane w artykule z kwietnia 2018 roku zwrócił uwagę, że Katar od dawna jest rynkiem docelowym dla bardzo zaludnionego kontynentu azjatyckiego, a nie dla Europy, i że rurociąg Katar-Syria, który miałby dotrzeć do rynku europejskiego przez Morze Śródziemne, byłby zbyt kosztowny pod względem budowy, konserwacji i opłat tranzytowych, w porównaniu z kontynuacją transportu do Azji.
Rywalem Rosji na rynku gazu jest za to… Iran. To on w przeciwieństwie do Kataru od dawna dąży do niezakłóconego dostępu do Europy w celu eksportu rodzimego gazu. Sankcje stanowią oczywistą przeszkodę w tym zakresie, odstraszając europejskich nabywców i banki pośredniczące od udziału w transakcjach obejmujących zakup irańskiej ropy i gazu oraz uniemożliwiając Iranowi zakup nowoczesnych maszyn w celu pełnego wykorzystania jego zasobów. Faworyzuje to Rosję i jej dominację na rynku europejskim poprzez odsunięcie na bok jednego z jej głównych konkurentów. Sama Rosja uznałaby irański rurociąg za sprzeczny z jej interesami, gdyby tylko jego idea zaczęła się materializować. Jest jeszcze inny kraj, który chciałby sabotować regionalne ambicje energetyczne Iranu. Dla tego kraju możliwość powstania rurociągu łączącego Iran z Morzem Śródziemnym przez Syrię w celu eksportu gazu do Europy jest niczym innym jak czerwoną linią. Chodzi oczywiście o Izrael.
Prawdziwy przeciwnik rurociągu
Ustawa o sankcjach wobec Iranu i Libii (ILSA), opracowana przez Amerykańsko-Izraelską Komisję Spraw Publicznych (AIPAC) w 1995 r. i przyjęta przez Kongres w 1996 r., wymagała od ówczesnego prezydenta Billa Clintona nałożenia sankcji na każdą spółkę inwestującą ponad 20 mln USD w irański przemysł naftowy i gazowy.
W latach 1997 i 1998 kilka firm, od francuskiego Total po rosyjski Gazprom i amerykański Conoco, uzyskało kontrakty na prace poszukiwawcze i odwierty na terytorium Iranu. Clinton ostatecznie poddał się w tym zakresie naciskom ze strony AIPAC. Miało to miejsce także przy wielu innych okazjach, np. w 1995 r., kiedy wydał polecenie anulowania umów Conoco z Iranem na zagospodarowanie morskich pól złóż gazu. Rozwój irańskich pól gazowych z wykorzystaniem kapitału zagranicznego i wiedzy szczegółowej był warunkiem wstępnym do zdobycia zdolności tego kraju do zaspokojenia własnych potrzeb w zakresie gazu i stania się płodnym eksporterem.
W 2001 roku, ILSA zostało przedłużone na pięć lat, ponieważ AIPAC pracował nad swoim lobbingiem roztaczanym nad Kongresem. Według Andrew Killgore’a, byłego amerykańskiego dyplomaty i współtwórcy Washington Report on Middle East Affairs (WRMEA), Exxon Mobil lobbował wówczas prezydenta George’a Busha przeciwko przedłużeniu ILSA, ale nie mógł rywalizować z wpływami AIPAC. Od tego czasu nałożono wiele dodatkowych sankcji na irańską gospodarkę. A kiedy w 2015 roku osiągnięto zorientowany na biznes zachodni konsensus dyplomatyczny w sprawie umowy jądrowej (JCPOA) z Iranem w zamian za złagodzenie sankcji, izraelscy lobbyści obecni na najwyższych stanowiskach administracji w końcu wymanewrowali zerwanie umowy przez Trumpa w 2018 roku.
Stabilny Lewant z proirańskimi rządami nieuchronnie rozpocząłby poważne rozmowy na temat takiego rurociągu, a jego powstanie byłoby dla Iranu przełomem: Teheran nie musiałby już dłużej polegać na żegludze na silnie zmilitaryzowanym szlaku z Zatoki Perskiej do Morza Czerwonego i w górę Kanału Sueskiego do Morza Śródziemnego, aby dotrzeć do Europy. Z tańszym i stabilnie dostarczanym surowcem. Partnerstwo Rosja-Izrael w Syrii przestaje być w tym kontekście niezrozumiałe. Staje się wręcz naturalne.
Pomoc dla Damaszku
Wieloletnia linia kredytowa Iranu i miesięczne dostawy ropy do Damaszku miały szczególnie strategiczne znaczenie ze względu na fakt, że większość syryjskich odwiertów naftowych była okupowana albo przez USA, albo przez wspierane przez nie kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne. Kiedy pod koniec 2018 r. Stany Zjednoczone ponownie wprowadziły sankcje wobec Iranu, irańskie dostawy ropy naftowej do Syrii zaczęły być blokowane, gdy przemieszczały się przez Kanał Sueski, aby wpłynąć do Morza Śródziemnego. Linia kredytowa Iranu dla Syrii również została wstrzymana. Wkrótce Syrię dotknął kryzys paliwowy, powodując poważne niedobory benzyny, gazu i benzyny. Iran dostosował się, wysyłając ropę naftową do Syrii ciężarówkami przez Irak – jest to zdecydowanie droższy środek transportu ropy naftowej – oraz negocjując z Turcją przejście lądowe przez jej terytorium do portów śródziemnomorskich w celu wysyłki do portów syryjskich. Przekierował również statki zablokowane od strony Suezu, aby pokonać znacznie dłuższy dystans, wokół kontynentu afrykańskiego, aby wejść na Morze Śródziemne z cieśniny gibraltarskiej.
Rosja, pomimo obecności w Syrii jeszcze przed erą sankcji koncernów naftowych takich jak Stroytransgaz, a tym samym stałych dostaw rosyjskiej ropy na potrzeby operacji w Syrii, zaniedbała pomoc Damaszkowi w uporaniu się z kaleczącymi niedoborami ropy. Nie z powodu ograniczeń logistycznych. Rosja nie ponosi również żadnych dylematów, jakie Iran ma w odniesieniu do ryzykownej podróży do Syrii, ponieważ rosyjskie dostawy ropy do Syrii płyną łatwo i spokojnie przez Morze Śródziemne po przejściu przez Morze Marmara przez Cieśninę Bosfor z rosyjskich portów Morza Czarnego. Analizując sprawę w artykule z kwietnia 2019 roku, Korybko stwierdził: „Wydaje się niewytłumaczalne, że jeden z czołowych światowych eksporterów ropy naftowej i najbardziej mistrzowskich praktyków zarządzania infrastrukturą surowcową nie podarowałby swoim „sprzymierzeńcom” awaryjnych dostaw paliwa w geście humanitarnym, a przynajmniej nie sprzedałby tego, czego potrzebuje w ramach odroczenia płatności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że od zeszłego roku jest właścicielem całej infrastruktury naftowej i gazowej kraju i regularnie wysyła do niego duże ilości ropy naftowej, aby zaspokoić ogromne zapotrzebowanie jego spragnionych paliwa sił lotniczych. Co więcej, Rosja sprzedaje nawet gaz swojemu amerykańskiemu przeciwnikowi, pomimo sankcji, jakie jej klient nałożył na ten sojuszniczy kraj, udowadniając, że „potęga dolara” jest tak samo rosyjską mantrą jak amerykańską. Dlaczego nie zrobi tego samego dla swojego syryjskiego „sojusznika” w zamian, nawet jeśli będzie to miało miejsce poprzez „umowę barterową” z Iranem? Najwyraźniej rosyjscy przywódcy celowo wstrzymują się z pomocą swojemu syryjskiemu „sojusznikowi” z powodów, które nie mają nic wspólnego z ekonomią, ale z polityką”.
Niejaką konsternację w Damaszku wywołały również poprawki konstytucyjne, jakie Rosja przygotowała dla Syrii. Projekt konstytucji pomija odniesienia do Syrii jako głównego państwa arabskiego przeciwnego syjonizmowi. To cios tyleż w tożsamość syryjskiej partii Baas, co w całą przedwojenną kulturę społeczno-polityczną Syrii, mocno antyizraelską, a zatem instynktownie proirańską. Ponadto, jak wskazuje Korybko, rosyjski projekt konstytucji zawiera klauzule dotyczące integralności terytorialnej Syrii, w tym wzmiankę o granicach Syrii, wymagającą przeprowadzenia referendum narodowego. Nie ma jednak wzmianki o okupowanych przez Izraelczyków Wzgórzach Golan, ani o mieszkających tam Syryjczykach. Referendum proponowane jest w celu osiągnięcia konsensusu w sprawie granic, po którego osiągnięciu ma zostać ogłoszona konstytucja. Czy brak wzmianki o Wzgórzach Golan sprawia, że Syria oficjalnie zrzeka się do nich praw? Z pewnością zamiary Iranu i Hezbollahu dotyczące zwrotu Wzgórz Golan byłyby również postrzegane jako naruszenie „dobrych stosunków sąsiedzkich” zawartego w projekcie konstytucji. Czy to nie idealny pretekst, by naciskać na Iran i skłaniać go, by wycofał się z Syrii?
Gdy tylko przewaga Damaszku w wojnie domowej stanie się decydująca – jeśli inne czynniki temu nie przeszkodzą – rywalizacja rosyjsko-irańska może otworzyć nową tragiczną kartę w historii udręczonego kraju.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (srtajk.eu).

Turcja przeciw Syrii i Rosji?

W Syrii kolejny zwrot akcji: wygląda na to, że NATO, pod wpływem tureckim i amerykańskim, zdecydowało się bronić jednak Al-Kaidy i innych pronatowskich grup dżihadystów w Idlibie, syryjskiej prowincji wyzwalanej stopniowo przez syryjskie wojsko, wspomagane przez rosyjskie lotnictwo. Syria jest teraz atakowana z południa przez Izrael i z północy przez Turcję.
Syryjczycy przeżyli właśnie kolejny bezprawny atak lotnictwa izraelskiego i rakiet, a przez granicę turecką z Idlibem, na której koczują setki tysięcy cywilnych uchodźców, wjeżdżają czołgi i inny turecki sprzęt wojskowy.
Turecki prezydent w przemówieniu do parlamentarzystów swej partii bardzo jasno określił jako „przyjaciół” dwa główne ugrupowania dżihadystowskie w Idlibie – turkmeńską Narodową Armię Syryjską (tę, która atakowała Rożawę wspólnie z Turkami) i syryjską Al-Kaidę (Hajat Tahrir asz-Szam). Pochwalił się, że ma amerykańskie błogosławieństwo na wojskową operację pomocy tym ugrupowaniom. Problem: oznaczałoby to konflikt z Rosjanami.
Tydzień temu syryjska Al-Kaida dokonała zamachu w Damaszku zabijając czterech rosyjskich oficerów – Erdogan nie mógł o tym nie wiedzieć, co stawia sprawę na ostrzu noża.
Postawił też ultimatum władzom syryjskim: do 28 lutego mają opuścić miejscowości w Idlibie, które wyzwoliły spod okupacji dżihadystów. Tego samego popołudnia kamikadze Al-Kaidy eksplodował z ładunkiem przy sobie w rosyjskim budynku wojskowym (bilans ofiar na razie nieznany).
Działanie Erdogana i NATO ma być odpowiedzią na apele Al-Kaidy o pomoc i jej zarzuty, że została „zdradzona przez Zachód”. Trwająca od wielu miesięcy operacja wyzwolenia Idlibu regularnie postępuje, wojska syryjskie zdołały uwolnić już ok. 45 proc. tego terytorium.
Kraje NATO w zasadzie pogodziły się już ze zbliżającym się zwycięstwem Syryjczyków, lecz Amerykanie poparli Erdogana. Wczoraj rosyjski prezydent Władimir Putin przyjął ambasadorów w Moskwie ostrzegając – „Niestety, ludzkość znowu znalazła się bardzo blisko niebezpiecznej linii”. Zbrojny konflikt NATO-Rosja byłby katastrofą nie tylko dla regionu.

Turecki pokój

– Tureckie siły zbrojne oraz milicje przez nie wspierane, wykazują się pogardą w stosunku do życia ludności cywilnej podczas ofensywy w północno-wschodniej Syrii. Dokonują licznych naruszeń praw człowieka i zbrodni wojennych, takich jak masowe egzekucje, oraz ataki podczas których zginęli lub zostali ranni cywile – Amnesty International w opublikowanym dziś materiale prasowym potwierdza najgorsze obawy związane z ofensywą turecką w Rożawie.

Organizacja broniąca praw człowieka zgromadziła tylko między 12 a 16 października relacje siedemnastu osób, które znajdowały się w autonomicznym syryjskim Kurdystanie. Dziennikarze, lekarze i ratownicy medyczni, pracownicy organizacji humanitarnych oraz osoby, które uciekły z terenów ogarniętych walkami przedstawiły swoje świadectwa, które skonfrontowano z nagraniami video, raportami i relacjami publikowanymi na bieżąco w internecie. Efekt jest przerażający, jednak osoby, które interesują się tematyką kurdyjską i śledziły postępowanie Turków i opłacanych przez nich milicji w prowincji Afrin, podbitej w ubiegłym roku, nie są zdziwione.
Potwierdza się nie tylko brutalne zabójstwo liderki Partii Przyszłej Syrii, działaczki na rzecz równości i praw kobiet Hewrin Chalaf, zamordowanej 12 września przez bojówkarzy z fundamentalistycznej organizacji Ahrar asz-Szarkijja. Raport Amnesty International wskazuje, że od początku ofensywy życie straciło przynajmniej 218 cywilów, w tym osiemnaścioro dzieci. Czwórka z nich zginęła, gdy tureckie bomby spadły obok budynku szkoły w miejscowości Salhije, gdzie schroniła się okoliczna ludność. Pracownik Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca pisał po zdarzeniu, że zwłoki czwórki dzieci uległy całkowitemu spaleniu. Nie było możliwe nawet określenie płci.
Kolejna wstrząsająca relacja pochodzi z miejscowości Kamiszli (lub Kamiszlo), która została zbombardowana – podobno „przypadkowo” – 10 października. Zniszczone zostały budynki mieszkalne, restauracje i piekarnie, a jedną z ofiar był jedenastolatek.
Wczoraj Syryjskie Siły Demokratyczne opuściły miasto Ras al-Ajn (Sere Kanije), o które toczyła się zacięta bitwa. Dowództwo SDF doszło do wniosku, że utrzymanie go jest niemożliwe. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ostrzega przed nową katastrofą humanitarną: ze swoich domów w Rożawie wskutek działań Turcji może zostać wypędzonych 300 tys. ludzi.

Koniec Rożawy?

Po wielogodzinnych rozmowach w Soczi Turcja i Rosja zawarły porozumienie w sprawie Rożawy: zdecydowały, że kurdyjskie Ludowe Jednostki Obrony (YPG) zostaną zmuszone do odejścia z wyznaczonej strefy przygranicznej. O losie Kurdów znowu zdecydowano ponad ich głowami, w ramach geopolitycznej gry mocarstw. Tymczasem z obszarów już kontrolowanych przez Turcję napływają alarmujące doniesienia.

ecep Tayyip Erdogan dostał, czego chciał. Wojska amerykańskie w większości wycofały się z północno-wschodniej Syrii, zasilając garnizon w Iraku (pozostała tylko grupa, która „zabezpiecza” syryjskie pola naftowe), a Rosja zgodziła się na to, by pod kontrolą turecką pozostał pas teoretycznie syryjskiego terytorium, o długości 120 km i głębokości 32 km, między miastami Ras al-Ajn (Sere Kanije) i Tal Abjad (Gire Spi). Oba te ośrodki są już faktycznie kontrolowane przez Turków i fundamentalistyczne bojówki na ich żołdzie.
Porozumienie zakłada również, że dziś w południe rozpocznie się usuwanie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) z wyznaczonego terytorium. Zadania tego podjęły się, na mocy porozumienia Erdogan-Putin, jednostki rosyjskiej policji wojskowej oraz syryjska straż graniczna. Bojownicy YPG mają również ostatecznie opuścić Manbidż oraz Tall Rifat; do obydwu tych miast wkroczyły już oddziały syryjskie i rosyjskie po tym, gdy Kurdowie, chcąc ratować się przed turecką agresją, zawarli porozumienie wojskowe z rządem w Damaszku.
Turcja może być zadowolona z porozumienia, bo dostała niemal wszystko, czego chciała: Erdogan żądał wprawdzie kontroli nad znacznie większym obszarem pogranicznym (444 km długości), ale kluczowe dla niego jest rozbrojenie i usunięcie oddziałów YPG, uniemożliwienie im kontaktów z Kurdami tureckimi. Również w Moskwie panuje przekonanie, że wynegocjowano bardzo wiele: wzmocniono pozycję rządu Baszszara al-Asada, zapewniono mu kontrolę nad nowymi terytoriami, zablokowano aspiracje niepodległościowe Kurdów (w porozumieniu mowa i o walce z terroryzmem, i o „przeciwdziałaniu separatyzmowi”), a Stany Zjednoczone same ograniczyły swoją rolę w Syrii.
Co w takiej sytuacji z wielkim projektem politycznym, jakim była równościowa i demokratyczna Rożawa? Porozumienie wojskowe Kurdów z al-Asadem zakładało, że władze syryjskiego Kurdystanu zachowają autonomię wewnętrzną, nawet gdy wojska syryjskie i rosyjskie podejmą się patrolowania jego granicy. W zaistniałej sytuacji najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak, że rząd w Damaszku będzie dążył do pełnego odzyskania kontroli nad swoim terytorium, niezależnie od kurdyjskich aspiracji i raczej nie będzie zainteresowany utrzymaniem wolnościowych form ustrojowych, jakie tworzono w Rożawie.
Na terytorium okupowanym przez Turcję perspektywy Kurdów są jeszcze gorsze. Ras al-Ajn, bombardowane z terytorium Turcji, leży częściowo w gruzach. Jak informuje portal Hawar News, w zajętym Tall Abjad islamistyczni bojówkarze już wprowadzili obowiązek noszenia zasłon przez kobiety i powszechny zakaz palenia tytoniu, uzasadniony religijnie. To powtórka z tego, co działo się pod zajęciu w 2018 r. prowincji Afrin; następne w kolejce są grabieże oraz czystki etniczne: zmuszanie kurdyjskich mieszkańców do wyjazdu i zastępowanie ich Arabami, którzy uciekli z Syrii do Turcji przed wojną domową w swojej ojczyźnie. Erdogan wcale nie kryje się z tym, że takie są jego zamiary.

Wojna NATO i porozumienie mocarstw

Co poza niedalekim dymem unosi się nad zmęczonymi twarzami kurdyjskich uchodźców, uciekających przed tureckim najazdem na północną Syrię? Co sprawiło, że znaleźli się w tej sytuacji?

Nad ich głowami rozgrywa się gra polityczna na najwyższym światowym szczeblu, której stawką jest Turcja, a nie Rożawa i Kurdowie. Zdjęcia rosyjskich żołnierzy zajmujących po Amerykanach bazę w Syrii, mogą być ilustracją niebywałych zjawisk politycznych, które toczą się ponad zaciekłą bitwą na syryjsko-tureckiej granicy.
Europejskie oburzenie turecką akcją w zachodniej Europie, zawieszanie handlu bronią z Turcją i groźby sankcji, mają raczej symboliczne znaczenie, gdyż stanowisko Zachodu wobec Turcji wyraził szef NATO Jens Stoltenberg, kiedy pojechał odwiedzić prezydenta Recepa Erdogana w dwa dni po tureckiej napaści na kurdyjską Rożawę: „Turcja jest na pierwszej linii w tym niepewnym regionie, żaden inny Sojusznik nie przeżył tylu ataków terrorystycznych, żaden inny nie jest wystawiony na przemoc i wstrząsy Bliskiego Wschodu. Jej obawy są uprawnione. (…) Turcja to silny Sojusznik NATO, b. ważny dla naszego bezpieczeństwa”. Czyli róbcie, co chcecie.
Sojusz NATO zainwestował miliardy dolarów w tureckie bazy wojskowe, w Turcji zainstalował swe naczelne dowództwo wojsk lądowych (LandCom), a Amerykanie umieścili ok. 50 ładunków nuklearnych (w bazie Incirlik, 400 km od Syrii) przeznaczonych na Moskwę i okolice. Turcja to druga po amerykańskiej armia NATO. Jej brak sprawiłby, że sojusz ciągle mógłby napadać na słabe kraje, jak Jugosławia, Afganistan, czy Libia, lecz już nie wszędzie, a jego siła zastraszania Rosji znacznie by spadła. Łatwo zrozumieć, że wyciągnięcie Turcji z orbity NATO bardzo spodobałoby się Rosjanom, niczym rewanż za wejście Amerykanów na Ukrainę.
Polisa ubezpieczeniowa
Gdy z granicznego miasta Ras al-Ain (kurd. Sere Kanije) wyjeżdżali ostatni, wpatrzeni w niebo cywile, 300 metrów od pakującej się bazy amerykańskiej pod Ain al-Arab (Kobane) spadły tureckie pociski. Turcy tłumaczyli, że to pomyłka, ale – jak zauważyli niektórzy – pierwszy raz w historii armia NATO strzelała do Amerykanów, którzy sojuszem rządzą. W każdym razie przyspieszyło to wycofywanie się imperium amerykańskiego z Syrii – część wojska zostanie przerzucona do Iraku, część do Arabii Saudyjskiej, reszta do domu. Ale nikt nie lubi poganiania. Trump wysłał dziś do Erdogana dwóch Mike’ów: wiceprezydenta Pence’a i szefa dyplomacji Pompeo, złego i dobrego policjanta, choć bardziej po prośbie niż groźbie. Putin z kolei przyjmie Erdogana u siebie. Oba mocarstwa urządziły w sprawie Turcji przeciąganie liny, dlatego też może ona robić, co chce.
Ostatnim międzynarodowym papierem podpisanym przez Turcję przed najazdem na Syrię był zawarty 20 godzin wcześniej układ z Rosją w sprawie obsługi walutowej wzajemnego handlu: tylko rubel i turecka lira, koniec z dolarami. To oczywiście polisa na wypadek sankcji zachodnich. Rosja podzieli się z Turcją swym odpowiednikiem międzynarodowego (tj. amerykańskiego) systemu przekazów międzybankowych SWIFT, na wypadek, gdyby USA potraktowały Turcję jak „trędowaty” Iran i wykluczyły ją z tego systemu. Ostatnią międzynarodową rozmowę przed napadem na syryjską Rożawę Erdogan przeprowadził z prezydentem Rosji Putinem, nie zadzwonił do Stoltenberga.
Teraz to nie Amerykanie, lecz Rosjanie i Syryjczycy będą ratować Kurdów, wcześniejszych sojuszników Ameryki. Władze kurdyjskiej Rożawy błyskawicznie zmieniając sojusznika podpisały „porozumienie z Humajmim” (bazy rosyjskiej na zachodzie Syrii), w którym zgadzają się wcielić swe oddziały (FDS/YPG) do armii syryjskiej, by wspólnie bronić Syrii przed Turkami. Kto by pomyślał?
„Tam nie ma pieniędzy”
Syryjski prezydent Baszar al-Asad tak zwracał się do Kurdów w lutym tego roku: „Tym grupom, które liczą na Amerykanów, mówimy, że oni was nie ochronią, nie zatrzymają was przy sobie, ani w swoim sercu. Będą was trzymać w kieszeni, jak walutę wymienną w dolarach. Jeśli nie przygotujecie się do oporu i obrony waszego kraju, zostaniecie niewolnikami Osmana [Turcji]. Tylko wasz kraj może was ochronić, kiedy dołączycie do wojska i będziecie walczyć pod wspólnym sztandarem. (…) Dziś musicie zdecydować, jak bezlitosna Historia was zapamięta w porównaniu do syryjskich braci, którzy od pierwszych dni wojny wybrali swój kraj, by bronić go za cenę olbrzymich poświęceń. Dziś do was należy decyzja, czy będziecie panami swej ziemi, czy niewolnikami okupanta”.
Powrót Kurdów na ojczyzny łono spowodowało wycofanie się Amerykanów, którym pomagali okupować część Syrii po wschodniej stronie Eufratu. Teraz uważają USA za „zdrajców”, czyli tak, jak o Kurdach myśleli Syryjczycy. Ale, jak pisał na Twitterze Donald Trump, „tam nie ma pieniędzy” – syryjskie obszary roponośne są słabe, a konflikt „odwieczny”: już za rok wybory, a obiecywał, że się z Syrii wycofa. Kurdowie przedstawiają porozumienie z Humajmim jako układ „czysto wojskowy”, lecz przewiduje on oddanie wschodnich źródeł ropy państwu syryjskiemu, które bardzo tego potrzebuje. Zachód nałożył wszak kiedyś sankcje na Syrię, by wspomóc dżihadystów, którzy mieli tam zmienić rząd na bardziej posłuszny. Kraje NATO i Izrael, podobnie jak proamerykańskie dyktatury z Półwyspu Arabskiego, wyposażyły dziesiątki tysięcy ludzi z syryjskiej Al-Kaidy i Państwa Islamskiego (PI), którzy dziś walczą po stronie Turcji, jako „Narodowa Armia Syryjska” (NSA).
Co z Rożawą?
Erdogan potrzebował tej wojny tym bardziej, że jego popularność w Turcji spada. Jego partia przegrała niedawno wybory lokalne w wielu miastach, a sytuacja gospodarcza nie błyszczy, nie mówiąc o politycznych czystkach w aparacie państwowym. Turecka policja zamknęła już prawie 200 osób za publiczną krytykę operacji „Fontanna pokoju” w Rożawie (jako „propagandę terrorystyczną”), ale na ogół Turcy dali się Erdoganowi przekonać. Erdogan wykorzystuje pompowane medialnie nastroje patriotyczno-nacjonalistyczne, być wzmocnić swą władzę. Chce być symbolem niezależności i wielkości kraju, „zjednoczyć naród” wokół swej osoby. Granie na nosie Ameryce wielu Turkom podnosi ego, ale inni, jak tureccy komuniści, giną właśnie w obronie Rożawy.
Turcja nie przesadza, gdy twierdzi, że kurdyjska autonomia w północnej Syrii to odnoga tureckiej PKK, którą państwa NATO zakwalifikowały jako „terrorystyczną”, by zrobić przyjemność sojusznikowi. Portrety „wujka” („Apo”) Abdullaha Öcalana, historycznego przywódcy PKK, towarzyszą oddziałom kurdyjskim w Rożawie, a jej eksperyment ustrojowy z anarchizmem, ekosocjalizmem i feminizmem w rolach głównych, wywodzi się z ideologii radykalnych tureckich Kurdów. Problem w tym, że jeśli syryjscy Kurdowie popełnili grzechy, to jednak nie są terrorystami. Nie atakowali Turcji do czasu najazdu Erdogana, najwyżej przemycali tureckim pobratymcom trochę amerykańskiej broni. Trudno sobie wyobrazić, by syryjscy Kurdowie zachowali w ramach Syrii taką samą autonomię, jak dotychczas. Syria jest wielowyznaniowym i wielonarodowym krajem, który trzyma się kupy dzięki równym prawom różnych społeczności. Uprzywilejowanie Kurdów raczej nie przejdzie, choć być może będą mogli zachować część swych rozwiązań ustrojowych.
Nadzieja w Rosji
Przedstawiciele dyplomatyczni Rożawy na Zachodzie zapewniają, że nie mieli wyboru jeśli chodzi o nowych sojuszników, ale podkreślają, że nigdy nie podważali swej przynależności do Syrii – „Stanowimy integralną część państwa” – mówił Chaled Issa, reprezentant syryjskich Kurdów w Paryżu. A czy jest pewien, że Syryjczycy pozwolą zachować im jakąś autonomię? „Liczymy na Rosjan, że poprą nasze postulaty, bo jednak udało nam się ustabilizować północną część kraju” – odpowiadał Issa, trochę zaambarasowany. To niewykluczone, bo jeśli Amerykanie byli z nich zadowoleni, Rosjanie też nie powinni narzekać. W końcu cały ten turecki napad wygląda jak ciche porozumienie syryjsko-rosyjsko-tureckie, by pomóc Trumpowi wycofać wojska z Syrii, przebywające tam równie nielegalnie jak Turcy, czy Izraelczycy. Kurdowie muszą się z tym pogodzić.
Umęczona ośmioma latami wojny przeciw natowskiej interwencji za pośrednictwem dżihadystów, Syria chce odzyskać panowanie nad swym terytorium. Turecki najazd nie jest żadnym blitzkriegiem, Kurdom udaje się utrzymać przygraniczne Ras al-Ain, a teraz wzmocniło ich syryjskie wojsko. Nawet jeśli Turcji uda się zdobyć fragment Rożawy, by osiedlić tam syryjskich uchodźców, Rosjanie mają zadbać, by nie została tam za długo. Pence z Pompeo spróbują dziś uzyskać w Ankarze zawieszenie broni, lecz Erdogan się upiera, że „skończy robotę”. To by wróżyło renesans PI. W tych targach Unia Europejska niemal nic nie znaczy, przestraszona groźbami Erdogana wysłania syryjskich uchodźców do Europy. Turcja ma broń – amerykańskie i swoje samoloty, czołgi niemieckie leopardy i amerykańskie pattony podrasowane w Izraelu, a teraz sprowadza rosyjskie systemy antyrakietowe S-400, doprowadzając Amerykanów do ciężkiej irytacji. Embarga militarnego jednak się nie boi, bo skoro NATO chce ją zatrzymać w swoim gronie, będzie i tak musiało ją dostarczać.
Kurdyjski dowódca naczelny sił FDS/YPG Mazlum Abdi rozmawiał wczoraj z Trumpem przez telefon i twierdzi, że amerykański prezydent nie ma nic przeciw ich wojskowemu sojuszowi z syryjskim wojskiem i nawet współpracy politycznej z Rosją. Kurdyjski priorytet to obrona przed turecką okupacją, mówił Abdi. A póki co, setki tysięcy cywilów uciekają na południe Syrii i do irackiego Kurdystanu, gdzie jest na razie spokój. „Ludzie uciekali, małe dzieci głuchły od wybuchów, kobiety spały przy drogach, na własne oczy widzieliśmy krew płynącą po ziemi” – opowiadają wstrząśnięci kurdyjscy uchodźcy. Ich targi polityczne nie obchodzą, chcą żyć.