Turcja ratuje terrorystów

6 maja 2019 r armia syryjska, wspierana przez rosyjskie lotnictwo i operatorów z Sił Specjalnych Operacji (SSO), rozpoczęła ograniczoną ofensywę w północnej prowincji Hama. Armii syryjskiej udało się osiągnąć sukcesy, przełamać główny pas obrony, jednak dalszy marsz ku prowincji Idlib zatrzymały naciski Turcji na Rosję. Moskwa w imię geopolitycznych interesów wpłynęła na Damaszek i wynegocjowano 48 godzinny rozejm.
Na pierwszy rzut oka działania bojowe na północy prowincji Hama wyglądały na mało intensywne w porównaniu z operacją wyzwolenia Wschodniej Guty, deblokady Deir Ez-Zor czy bitwy o Aleppo. Jednak majowa operacja ofensywna w Hamie stała się rodzajem testu lakmusowego, który pokazał jakościowy wzrost syryjskiej armii arabskiej (SAA) w porównaniu z początkowym etapem wojny w Syrii.
Obiektywnie rzecz ujmując , na początku wojny w Syrii armia rządowa nie była w najlepszej formie. Oddziały miały poważne problemy z dowodzeniem i współdziałaniem między jednostkami. Armia często nie mogła skutecznie przeciwdziałać operacjom zbrojnej opozycji czy licznych grup terrorystycznych. Pododdziały rządowe często rzucano do pośpiesznie i źle przygotowanych ataków, co prowadziło do dużych strat w ich personelu i sprzęcie. Współdziałanie między różnymi rodzajami wojsk było bardzo słabe. Nagrania wideo, publikowane przez zbrojną opozycję wspieraną z zewnątrz, na których widać unicestwianie syryjskich czołgów przeciwpancernymi pociskami kierowanymi (PPK) stały się jednym z symboli tej wojny. Pod wieloma względami nieudane operacje armii syryjskiej w pierwszym etapie działań wojennych, przypominały kompromitujące, nieudolne działania armii rosyjskiej na początku pierwszej wojny czeczeńskiej. Jednak po rozpoczęciu rosyjskiej interwencji militarnej w Syrii sytuacja zaczęła się radykalnie zmieniać. Rosyjscy doradcy wojskowi powoli, ale konsekwentnie podnosili poziom skuteczności walki armii prezydenta Asada. Stopniowo ustalono zasady dowodzenia i współdziałania między różnymi oddziałami i rodzajami wojsk. Syryjscy oficerowie zostali przeszkoleni przez Rosjan w zakresie nowych technik taktycznych opartych na doświadczeniu współczesnej armii rosyjskiej. W rezultacie, począwszy od jesieni 2015 r., każda nowa operacja bojowa armii syryjskiej okazywała się bardziej skuteczna niż poprzednia. Trwało konsekwentne szkolenie prowadzone w brutalnych warunkach działań bojowych. Ceną niedociągnięć i błędów były żołnierskie istnienia i zniszczony sprzęt wojskowy.
W 2015 r. armia syryjska rozpoczęła operację zaczepną w północno-wschodniej prowincji Hama mającą wyjść ku granicom z prowincją Idlib. Jednak po utracie dużej liczby pojazdów opancerzonych została zmuszona do zatrzymania ofensywy. W ogniu dostarczonych przez zewnętrznych graczy, przede wszystkim USA, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie, amerykańskich przeciwpancernych pocisków kierowanych BGM-71 TOW, unicestwieniu uległo blisko 80 syryjskich czołgów, pojazdów pancernych i innych maszyn wojskowych . „Krwawa łaźnia” jaką syryjskim pancerniakom urządzili rebelianci na 4 lata „zniechęciły” wojska rządowe do aktywności w tym terenie.
Jednak ostrzał i ataki na stanowiska armii rządowej przeprowadzane w 2019 przez bojowników z Idlib nie mogły pozostać bezkarne. Ponadto, co zapewne miało znaczenie kluczowe, uderzenia artylerii rakietowej i dronów należących do sił terrorystycznych na rosyjską bazę lotniczą Hmejmim groziły życiu żołnierzy i zniszczeniu drogiego sprzętu lotniczego Rosjan. Rosyjskie systemy przeciwlotnicze Pancyr-S i TOR, odpierały ataki zestrzeliwując niekierowane rakiety artyleryjskie systemu „Grad” czy też drony, jednak zawsze istniało ryzyko, że coś zawiedzie. W tych warunkach pod koniec kwietnia 2019 r armia syryjska rozpoczęła przygotowania do ofensywy w północnej części prowincji Hama. Jej celem było oczyszczenie z wojsk ugrupowań terrorystycznych Doliny Al-Gab, skąd przeprowadzali oni ataki na rosyjską bazę lotniczą w Hmejmim. 6 maja armia syryjska rozpoczęła operację ofensywną. Początek ataku poprzedzały liczne ataki artyleryjskie i powietrzne. Do Syrii wróciły rosyjskie samoloty szturmowe Su-25SM3 i wsparły ataki bombowych Su-34 i Su-24M2. W celu zniszczenia rebelianckich pozycji i rejonów umocnionych ogień prowadziła artyleria w tym ciężkie systemy artylerii BM-27 „Uragan” kalibru 220 mm , BM-30 „Smiercz” kalibru 300 mm, rakiety taktyczne 9K79 „Toczka” i rakietowe miotacze ognia TOS-1 „Sołncepiek”. Bojownicy, łącząc swoje najlepsze siły zarówno organizacji terrorystycznej Hayat Tahrir Asz Szam, jak i grupy tak zwanej „umiarkowanej opozycji” wspieranej przez USA, obiecywały zorganizować powtórzenie wydarzeń, które rozegrały się na tych obszarach w 2015 roku. Jednak teraz zostali skonfrontowani z armią zupełnie na innym poziomie. Syryjska armia rządowa (SAA) , zreorganizowana przez rosyjskich doradców wojskowych zaprawiona w bitwach o Aleppo, deblokadę Deir Ez-Zor i wyzwolenie Wschodniej Guty, była na jakościowo innym poziomie niż w 2015 roku. Rosyjscy doradcy dokładnie przestudiowali przyczyny syryjskiej porażki.
O świcie 6 maja ruszyła lądowa ofensywa armii syryjskiej. W jej szpicy szedł chyba najlepszy pododdział SAA „Siły Tygrysa”. W pierwszych godzinach operacji, zdobyto wzgórze Tel Otmy dominujące nad tym terenem, a następnie wioski Kabana, Shvash i Bana. Bojownicy próbowali przeciwdziałać atakowi SAA, ale ich opór nie zdał się na nic. Syryjska armia stosowała taktykę zasadniczo odmienną od tej z roku 2015 roku. Nie było już ataków samotnych mas pojazdów pancernych bez osłony sił piechoty. Pozycje obronne bojowników zostały dokładnie rozpoznane, w tym za pomocą rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych (BSL) „Forpost”, po czym zdobyte dane zostały w sztabach przetworzone i przekazane do jednostek artylerii i lotnictwa. Następnie, artyleria i lotnictwo, w tym rosyjskie, niszczyły umocnienia i wykryte pozycje obronne terrorystów. Wzdłuż linii frontu i na tyłach bojowników działali komandosi rosyjskich Sił Specjalnych Operacji lokalizując dodatkowe cele do zniszczenia. Po takim „zmiękczeniu” odcinka obrony, do działania przystępowały grupy szturmowe, które zajmowały osady i dokonały ich oczyszczenia z resztek sił rebelianckich. Dopiero wówczas pojazdy opancerzone wkraczały na tereny zurbanizowane. Wcześniej wspierały one działania grup szturmowych ogniem bezpośrednim z bezpiecznej odległości, nie wchodząc w zasięg granatników przeciwpancernych. Artyleria ostrzeliwała obszary, w którym bojownicy mogli się koncentrować w celu kontrataku, a także ogniem zaporowym hamowała działania wroga. Syryjskie Siły Powietrzne i lotnictwo rosyjskie, bombardowały linie komunikacją bojowników, nie pozwoliły im tym samym na ściągnięcie operacyjnych rezerw mogących dokonywać kontrataków na odcinki przełamania. Po zajęciu jakiejś miejscowości, armia syryjska od razu fortyfikowała swoje pozycje, a artyleria ogniem nękającym ostrzeliwała potencjalne kierunki kontrataków, w razie konieczności stawiając ogień zaporowy na odcinku wykrytego ataku bojowników. Jeśli nieudany atak SAA w 2015 można porównać z początkowym etapem pierwszej wojny czeczeńskiej, to aktualnie armia syryjska działała skutecznie tak jak rosyjska armia federalna w drugiej wojnie czeczeńskiej czy w Gruzji podczas wojny pięciodniowej.
Pomimo to popołudniu i nocą 6 maja bojownicy podjęli próbę kontrataku, ale ostrzał syryjskiej artylerii stworzył swoistą kurtynę, w ogniu której załamały się ofensywne działania terrorystów. Ponadto, w okresie poprzedzającym rozpoczęcie majowej operacji, „Siły Tygrysa” otrzymały wystarczającą liczbę urządzeń noktowizyjnych, co znacząco wpłynęło na przebieg działań wojennych. Bojownicy dotychczas stosowali metodę nocnych kontruderzeń. Wyposażeni w wyśmienite urządzenia obserwacji nocnej produkcji krajów zachodnich kontratakowi po zmroku, wypierając wojska rządowe z pozycji krwawo przez nie zdobywanych w świetle dnia. Tym razem zostali niemile zaskoczeni i nie osiągnęli sukcesu. Nie bez znaczenia była obecność w szeregach syryjskich nowocześnie uzbrojonych i wyekwipowanych rosyjskich komandosów i snajperów SSO, którzy z bezpiecznej odległości , także nocą, eliminowali terrorystów. 7 maja upłynął w walkach pozycyjnych. Bojownicy swoim ulubionym sposobem, zaczęli ostrzeliwać pozycje armii syryjskiej z przeciwpancernych pocisków kierowanych (PPK). W odpowiedzi artyleria syryjska prowadziła ogień na ich pozycje. Co ciekawe oprócz nowoczesnych rosyjskich dział MSTA-B kalibru 152 mm, na froncie widać było pamiętające II Wojnę światową radzieckie armatohaubicę MŁ-20 wz. 1937 kalibru 152 mm. Pomimo braku szybkiego postępu atakujących, przebieg wydarzeń nie sprzyjał terrorystom. Pod kierownictwem rosyjskich wojskowych doradców, przy intensywnym wsparciu artylerii i lotnictwa w tym szturmowych L-39 „Albatros” i Su-22 powoli, ale konsekwentnie przełamywano obronę bojowników. „Setki rannych cywilów od ognia artylerii i uderzeń lotniczych” istnieją tylko w doniesieniach o medialnych źródeł lojalnych wobec bojowników i powielających je rusofobicznych zachodnich mediów głównego nurtu. W rzeczywistości, na tyłach bojowników gromadziło się wielu rannych, ale terrorystów, co wyraźnie nie przyczyniało się do trwałości ich obrony. Ponadto ciągła presja ogniowa Rosjan i Syryjczyków niekorzystnie wpływała na morale obrońców.
Rankiem 8 maja „Siły Tygrysa” generała Sukhejl al Hasana, rozpoczęły dalszą ofensywę i natychmiast zajęły miasto Kafr Nabuda. Bojownicy przeprowadzili szereg kontrataków, ale nie osiągnęli sukcesu. Pojazd zamachowca-samobójcy użyty przez terrorystów został zniszczony z systemu przeciwpancernego „Kornet” w drodze do celu. Bojownicy także używali tego typu broni, niszcząc jeden rządowy czołg T-72. Bitwa o Kafr Nabudu była pierwszym dużym sukcesem armii syryjskiej podczas operacji ofensywnej
9 maja siły armii syryjskiej kontynuowały ofensywę. Tego dnia zajęły miasto Qal’at al-Mudik. W wyniku negocjacji ze starszyzną mieszkańcy zmusili bojowników do opuszczenia miejscowości i została ona zajęta przez SAA bez walki. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nadal działały paraliżując linie komunikacyjne terrorystów. Bojownicy zwiększyli intensywność ataków za pomocą systemów przeciwpancernych, niszcząc czołg T-62 i ciężarówkę KAMAZ. Jednakże straty te nie mogły znacząco wpłynąć na przebieg operacji. Ponadto artyleria armii syryjskiej dostając dane z rosyjskich dronów (BSL Forpost) „obrabiała” pozycje ogniowe bojowników. Znalezienie się obsług systemów przeciwpancernych pod „pressingiem” ognia artyleryjskiego znacznie zmniejszyło skuteczność ich działań. W pierwszej połowie dnia artyleria syryjska i bojowników prowadziły intensywne pojedynki ogniowe. Interweniowało dowództwo operacji. W rejon walk przybyli operatorzy rosyjskich sił specjalnych (SS)), którzy za pomocą radarów artyleryjskich namierzali położenie moździerzy i dział i wyrzutni bojowników. Następnie Rosjanie ogniem moździerzy 120 mm 2B11 „Sani” stłumili pozycje bojowników. Co było poza zasięgiem moździerzy zniszczyły niezawodne samoloty szturmowe Su-25 SM3, wyposażone w system ostrzegania i mylenia ręcznych rakiet przeciwlotniczych typu „Stinger” czy „Igła” Po południu bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham, rzucili do kontrataku grupy samobójców i grupy szturmowych, nacierające na Kafr Nabubu. Jednak mimo, że bojownikom udało się dotrzeć do linii zabudowy, atak został odparty przez ostrzał ogniem wojsk syryjskich. Artyleria i rosyjskie lotnictwo nie pozwoliły bojownikom podciągnąć też dużych sił do miasta, zdolnych utrzymać osiągnięty sukces i pogłębić sukces pierwszej fazy kontrataku. Terroryści ponieśli straty i wycofali się. Wraz z siłami powietrznymi i artylerią, główny ciężar odpierania ataków bojowników, odegrała jednostki „Sił tygrysa”. Oddziały te wyrządziły znaczne straty atakującym bojownikom ogniem PPK „Kornet”. Dzielnie sprawili się żołnierze wyszkoleni przez Rosjan z V Ochotniczego Korpusu Szturmowego.
Nieudany kontratak znacząco pogorszył sytuację bojowników. Wymierne straty w ich najlepszych formacjach miały szkodliwy wpływ na morale terrorystów. 11 maja „Siły tygrysa”, maszerujące w awangardzie ofensywy, szybko zdobyły wioskę Al-Szaria, wkraczając w przestrzeń operacyjną w Dolinie Al-Gab. Bojownicy, stopniowo tracąc terytorium będące pod ich kontrolą, próbowali „odegrać się” na ludności cywilnej, prowadząc intensywny ostrzał z wyrzutni niekierowanych pocisków rakietowych miasta Sachalyabiya zamieszkałego przez chrześcijan. Wsparcie dla sił bojowników zaczęło jednak płynąć z kontrolowanej przez nich prowincji Idlib i kontrolowanego przez Turcję kantonu Afrin i zaczęły zmierzać w kierunku pozycji broniących się terrorystów.
13 maja, ściągając rezerwy, bojownicy Hayat Tahrir Ash Sham i tak zwana umiarkowana proamerykańska opozycja rozpoczęły silny kontratak w pobliżu wioski Hamamiyat. Ich celem było uderzenie w prawą flankę natarcia wojsk rządowych . Atak był wspierany przez relatywnie dużą grupę pancerną według standardów konfliktu, składających się z co najmniej czterech czołgów i kilku pojazdów bojowych piechoty BMP-1 i kilkunastu uzbrojonych pickupów.
Jednak intencje bojowników zostały natychmiast rozpoznane. Artyleria i samoloty Syryjczyków i Rosjan uderzyły wcześniej ukrytą technikę pancerną bojowników. Jeszcze w wiosce kontrolowanej przez bojowników Jabiya, rosyjski Su-24 zniszczył czołg T-72i. Atak terrorystów całkowicie się nie powiódł.
14 maja zostały opublikowane zdjęcia porażki atakującej grupy terrorystów. W sumie, według najskromniejszych szacunków, zniszczono rebeliantom 3 czołgi, 2 BWP i co najmniej 3 terenowe uzbrojone w działka 23 mm pick-upy. Zginęły dziesiątki terrorystów. Artyleria i lotnictwo dosłownie zmiotły atakujących. Po odparowaniu kontrataku bojownicy, przynajmniej tymczasowo, wstrzymali wszelkie próby przejęcia inicjatywy z CAA.
15-18 maja trwała operacja oczyszczenia Doliny Al-Gab. Jednostki syryjskiej artylerii i lotnictwo bombardowały wzgórza dominujące nad doliną, a w którym umocnili się powstańcy. Rosyjskie siły lotnicze zajmowały się przede wszystkim paraliżowaniem logistyki i linii komunikacyjnych wojsk organizacji terrorystycznych w prowincji Idlib, prowadzą tzw. misje izolacji pola bitwy. Podejmowano działania w celu opanowania szczytów dominujących w terenie, w tym manewrów je okrążających. Armia syryjska zachowywała inicjatywę, a jej przewaga w artylerii i pojazdach opancerzonych, wraz z możliwością wspierających ją nalotów lotniczych , sprawiały, że ​​kwestia czyszczenia Doliny Al-Gab było kwestią czasu.
Niestety dla wojskowych na pole bitwy wkroczyła geopolityka i 18 maja po spotkaniu wojskowych Rosji i Turcji na skutek bardzo silnych nacisków Ankary ogłoszono 48 godzinne zawieszenie broni.
Podsumowując, podczas operacji na północnym wschodzie prowincji Hama armia syryjska wykazała ogromny wzrost jakościowy swojego potencjału bojowego. Właściwe użycie artylerii i lotnictwa po prostu miażdżyło obronę wroga. Ugruntowano współdziałanie między oddziałami wojska pozwoliło na zajmowanie dominujących szczytów i osiedli bez ponoszenia dużych strat. Nowoczesne środki rozpoznania umożliwiały wykrywanie ruchu bojowników w czasie zbliżonym do rzeczywistego i uderzanie w ich wojska i sprzęt już podczas zbliżania się do linii frontu. Rosyjskim doradcom i specjalistom udało się podnieść armię syryjską do jakościowo nowego poziomu.
Osobno warto zastanowić się nad rolą działających wśród nacierających oddziałów rosyjskich. Specjalne grupy wyposażone w radary do walki kontrbateryjnej wykrywały i niszczyły pozycje artylerii i moździerzy bojowników, za pomocą własnych moździerzy, lub naprowadzały na nie ostrzał artyleryjski czy bombardowanie lotnicze. Rosyjscy operatorzy sił specjalnych (SSO) z karabinów snajperskich i systemów przeciwpancernych niszczyli najbardziej niebezpieczne punkty ogniowe terrorystów. Wkład rosyjskich sił specjalnych, działających w dolinie Al-Gab w rozerwanie obrony terrorystów, był niemały , chociaż często nie trafia do doniesień medialnych z powodu przestrzegania tajemnicy wojskowej. Być może kiedyś Rosjanie ujawnią, szczegóły pracy swoich doradców wojskowych i specjalistów opinii publicznej, póki co zakrywa je mrok cenzury wojennej.
Operacja na północnym wschodzie prowincji Hama stała się przykładem progresu w zakresie zdolności bojowej wojsk rządowych Syrii. Armia syryjska zreorganizowana i wyszkolona przez rosyjskich doradców i sprawdzona pod ich okiem w bitwach o Aleppo, Homs, Palmirę, Deir-Ez-Zor i Wschodnią Gutę, przeszła do porażek pierwszego etapu wojny, do serii zwycięstw nad siłami swoich licznych wrogów. Do wyzwolenia prowincji Idlib z rąk ugrupowań terrorystycznych droga wydaje się jednak daleka i to nie z przyczyn militarnych a powiązań i zależności geopolitycznych lokalnych i globalnych mocarstw rozgrywających na nieszczęsnej wojnie syryjskiej swoje interesy.

Zwycięstwo komunisty

W Turcji wybrany został pierwszy komunistyczny burmistrz miasta.

W odbywających się 31 marca wyborach samorządowych kandydat Komunistycznej Partii Turcji (TKP) Fatih Mehmet Maçoğlu otrzymał niemal jedną trzecią (32,41 proc.) głosów wyborców w liczącym 86 tys. mieszkańców mieście Dersim w środkowej Turcji. Pokonał tym samym kandydatów wystawionych przez rządzącą Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz głównych partii opozycyjnych.
„Pokażemy całemu krajowi, że realizacja socjalistycznego modelu jest możliwa” – powiedział po ogłoszeniu wyników Fatih Mehmet Maçoğlu. Kandydat TKP dotychczas zarządzał jedną z dzielnic miasta. Jest znany z walki o transparentność podatkową polityki oraz wspieranie kooperatyw rolniczych. Burmistrz Dersim zapowiedział prowadzenie kolektywnego zarządzania regionem, a także rozszerzenie systemu administracji przyjaznej dla ludu.
Według Tureckiego Instytutu Statystycznego Dersim jest jednym z miast o najwyższym poziomie edukacji oraz najniższym analfabetyzmie. Politycznie stanowi bastion opozycji wobec rządów prezydenta Erdogana. Kandydat AKP na burmistrza zdobył w Dersim jedynie nieco ponad 14 proc. poparcia.
Wybory samorządowe pokazały kryzys rządzącej Turcją AKP. Partia ta pomimo uzyskania, wraz z sojusznikami ze skrajnie prawicowej Partii Narodowego Działania (MHP), największej liczby głosów w skali kraju, straciła władzę w szeregu miast, w tym trzech największych – Istambule, Ankarze i Izmirze, gdzie zwyciężyli kandydaci opozycyjnej, centrowej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP). Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) odzyskała władzę w miastach, których burmistrzów odwołano w ramach represji politycznych po nieudanym puczu wojskowym w 2016 roku.
Komunistyczna Partia Turcji, która uzyskała w wyborach około 130 tysięcy głosów, zanotowała wzrost poparcia zwłaszcza w dużych miastach. Podsumowując wyniki, partia stwierdziła, że nie można ograniczać się do działalności wyborczej. Dodała, iż głosy zdobyte w wyborach do rad dzielnic trzech największych miast pozwoliły na stworzenie nowych przyczółków. TKP udało się również zbudować nowe struktury lokalne. Partia zapowiedziała intensyfikację działalności oraz trzymanie się klasowego programu i hasła z którym szła do wyborów – „nie jesteśmy w tej samej łodzi” z imperialistami i kapitalistami. Za jedno z głównych zadań TKP uznała niedopuszczenie aby w Turcji zapanował system dwupartyjny, w którym jedyną alternatywą dla dyktatury Erdogana jest umiarkowana CHP, nie dająca ludowi nadziei na zmiany.

Dzień Kobiet na świecie – w Stambule

W Turcji kobiety nadal muszą walczyć o podstawowe prawa, jak wolność zgromadzeń i wypowiedzi. W Stambule tegoroczny Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet upłynął pod znakiem
policyjnej przemocy. Brutalnie spacyfikowano pokojową demonstrację, na której obywatelki protestowały właśnie przeciwko przemocy wobec kobiet.

Rosnący konserwatyzm rządów Recepa Erdogana w Turcji wyraża się nie tylko w utrwalaniu tradycyjnej roli kobiet w społeczeństwie. Oznacza też coraz brutalniejsze traktowanie ruchów kobiecych. W piątek wieczorem policja bezlitośnie spacyfikowała manifestację złożoną w większości z kobiet, która odbyła się w centrum Stambułu z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Zgromadzone głośno domagały się poszanowania swoich praw, bo dyskryminacja kobiet w Turcji nadal jest smutną normą. Jakby na potwierdzenie tego interweniowała policja. Agencja Reuters doniosła, że funkcjonariusze starali się rozbić zgromadzenie używając gazu łzawiącego. Inne źródła donoszą nawet o użyciu gumowych kul
wobec demonstrantek.
Marsz, który zgromadził bardzo różne środowiska polityczne, był całkowicie pokojowy. Kilkutysięczny tłum zebrał się na skraju Placu Taksim i miał ruszyć jedną z reprezentacyjnych pieszych alei miasta, został jednak zablokowany przez kilkusetosobowy szpaler policyjny. Siły prewencji użyły wobec zgromadzonych gazu pieprzowego w sprayu i pocisków z gazem łzawiącym. Doszło do szamotaniny i przepychanek, kiedy policja zaczęła spychać kobiety z powrotem na plac i w boczne uliczki. Na razie nie wiadomo, czy któraś z nich poważniej ucierpiała lub została zatrzymana. – Cieszę się, widząc kobiecą solidarność, ale jednocześnie serce mi pęka. Czuję się uciskana. Wydaje się, że nawet dzisiaj nie jesteśmy wolne – mówiła młoda studentka z Anatolii cytowana przez anglojęzyczny portal Middle East Eye.
Zdaniem świadków, których wymienia MEE, powodem ataku policji mogły być prokurdyjskie akcenty na demonstracji. Wznoszone było kurdyjskie hasło “Kobiety, życie, wolność”. Oficer policji stwierdził, że użyto przemocy, ponieważ w tłumie pojawiły się portrety Abdullaha Ocalana, lidera Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), a państwo tureckie surowo karze za wszelkie związki z tą organizacją, którą uznaje za wewnętrzne zagrożenie dla integralności kraju.
Inne źródło policyjne twierdziło z kolei, że pacyfikacja manifestacji była planowana już od dawna.
Jednym z motywów demonstracji 8 marca był sprzeciw wobec przemocy w stosunku do kobiet. Grupa aktywistek Powstrzymamy Kobietobójstwo zgromadziła dane mówiące, że w 2018 r. w Turcji doszło do 440 morderstw na kobietach z pobudek mizoginicznych. Kraj ten stale plasuje się też na szarym końcu wielu rankingów równouprawnienia płci sporządzanych przez organizacje monitorujące poszanowanie
praw człowieka.
Od czasu próby zamachu stanu w 2016 r. tureckie władze zaostrzyły sposób traktowania demonstracji w Stambule i innych dużych miastach. Wprowadzono elementy stanu wyjątkowego i wolność zgromadzeń była znacznie ograniczona. Przepisy te wycofano w lipcu 2018 r. Jak jednak widać, postępowanie sił prewencji rządzi się własnym prawem.

Opuszczą Syrię

Takiego ruchu Donalda Trumpa nie spodziewali się ani sojusznicy USA, ani działacze jego własnej partii. Ulubionym sposobem, na Twitterze, amerykański przywódca oznajmił, że jego kraj wygrał wojnę z Państwem Islamskim, a więc nie ma powodu, by dalej utrzymywać kontyngent w Syrii.

 

– Pobiliśmy ich, zadaliśmy im poważny cios, odebraliśmy im terytorium. Nadszedł czas, by nasze wojsko wróciło do domu – mówi Trump w nieco ponad minutowym filmie na portalu społecznościowych. – Zwyciężyliśmy – powtarza następnie, ogłaszając całkowite i ostateczne pokonanie Państwa Islamskiego. To ocena sytuacji, z którą nie zgadzają się nawet eksperci związani z Republikanami. Terroryzująca cały świat organizacja straciła większość zajmowanych ziem. Żaden jednak poważny analityk zajmujący się Bliskim Wschodem nie zaryzykowałby stwierdzenia, że sunnicki ekstremizm w brutalnej formie nie może się w Syrii i Iraku odradzać. Według „Al-Dżaziry” część doradców Trumpa do ostatniej chwili próbowała go przekonać, by nie wygłaszał swojego twitterowego oświadczenia. Jak widać, bez efektu.

US Army była zaangażowana w walkę z IS od 2014 r. Wtedy Amerykanie rozpoczęli naloty na Państwo Islamskie, w roku następnym skierowali do Syrii wojska lądowe. Równocześnie USA wspierało i szkoliło syryjską opozycję walczącą z Baszszarem al-Asadem. Oświadczenie Trumpa o wycofaniu się zostało przyjęte z niedowierzaniem. Część republikańskich deputowanych do Kongresu wezwała prezydenta, by swoją decyzję uzasadnił w bardziej formalny sposób, zwołując oficjalną konferencję prasową. Wszak zaledwie w ubiegłym tygodniu wysłannik USA przy koalicji walczącej z IS, Brett McGurk, zapewniał: „myślę, że uczciwym będzie powiedzenie, że Amerykanie pozostaną nawet po fizycznym pokonaniu kalifatu, do momentu, gdy będziemy pewni, że ich klęska jest nieodwracalna”. Tymczasem z najnowszych doniesień agencji informacyjnych wynika, że USA i wycofają z Syrii wojska lądowe, i zakończą operacje w powietrzu.

Z planowanego wycofania się Amerykanów najbardziej cieszy się Turcja. Recep Tayyip Erdogan już kilka dni temu zapowiadał, że „w każdej chwili” może rozpocząć operację przeciwko kurdyjskim Powszechnym Jednostkom Obrony na wschodnim brzegu Eufratu. Sugerował, że odbył na ten temat rozmowę z Trumpem i usłyszał zapewnienia, że Amerykanie nie wystąpią w obronie swoich kurdyjskich partnerów w walce z IS. Prezydent USA twierdzi teraz, że podjął w sprawie zaangażowania w Syrii samodzielną decyzję i sugestie Erdogana nie miały wpływu na jego postawę. Faktem jednak pozostaje, że jeśli Amerykanie odejdą, sytuacja Kurdów stanie się tragiczna. – Co to oznacza? Zielone światło dla tureckiej inwazji, nieuchronna czystka etniczna i koniec projektu demokratycznego konfederalizmu. Wszystko to w przeddzień ostatecznego pokonania ISIS rękami sił kurdyjskich – komentują na Facebooku redaktorzy profilu Kurdystan.info, specjalizującego się w najnowszych informacjach i analizach sytuacji Kurdów.

Zadowolenie z odejścia Amerykanów wyraża również Moskwa. Dla wspieranego przez Rosję prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, wycofanie się USA ze wschodniego brzegu Eufratu to szansa na odzyskanie kontroli nad tymi terytoriami, o znaczeniu zarówno strategicznym, jak i gospodarczym. Skorzysta również drugi protektor Syrii i wielki regionalny konkurent Izraela – Iran. Kreml skomentował dziś, że odejście Amerykanów znad Eufratu to szansa na „polityczne zakończenie konfliktu w Syrii”.

Część amerykańskich sojuszników już zdystansowała się od ruchu Trumpa – Wielka Brytania oznajmiła, że nie zgadza się ze stwierdzeniem, że Państwo Islamskie zostało pokonane. Izrael ustami premiera Netanjahu zapowiedział uważne przyjrzenie się decyzji USA i podjęcie własnych kroków w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Francja zapowiedziała natomiast, że z Syrii się nie wycofa.

Zleceniodawca mordu?

Odkryte ślady morderstwa saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w Stambule prowadzą do pałacu królewskiego w Rijadzie, do rządzącego Arabią księcia i następcy tronu Mohammeda ben Salmana. Według śledczych, dowódcą 15-osobowej grupy zabójców, która zjawiła się w saudyjskim konsulacie przed wizytą Chaszodżdżiego, był oficer ochrony osobistej księcia Maher Abdulaziz Mutreb. Widać go na zdjęciach i kontaktował się z biurem ben Salmana zaraz po zabójstwie.

 

Mohammed ben Salman stoi na czele najbogatszej dyktatury Półwyspu Arabskiego, strategicznego partnera imperium amerykańskiego w regionie. Jest pomysłodawcą i gorącym zwolennikiem saudyjskiej agresji na Jemen, prowadzonej od ponad trzech lat. Krwawo tępi wszelką krajową opozycję. Wygląda na to, że to on rozkazał zabić dziennikarza. Saudyjski MSZ zakomunikował od razu, że ben Salman „nie był poinformowany” o „niedozwolonej” operacji saudyjskich służb specjalnych.

Według dzisiejszego wydania tureckiej gazety Hurriyet, dziennikarz, zaraz po przyjściu do konsulatu został skierowany do biura konsula i tam „zaduszony”, co miało trwać 7-8 minut. Jego ciało zostało następnie podzielone na 15 kawałków przez specjalnie sprowadzonego z Rijadu lekarza sądowego i potem wywiezione w nieznane miejsce Stambułu.

Jak podaje gazeta, po morderstwie szef komanda zabójców cztery razy dzwonił do Badra al-Asakera, dyrektora biura księcia-następcy tronu. Zaraz potem Mutrem dzwonił do Stanów Zjednoczonych, do Chaleda ben Salmana, brata rządzącego księcia i ambasadora Arabii w Waszyngtonie.

Kraje zachodnioeuropejskie – Zjednoczone Królestwo, Francja i Niemcy we wspólnym komunikacie domagają się od Arabii „natychmiastowych wyjaśnień” na temat okoliczności śmierci dziennikarza i niektóre zagroziły nawet wstrzymaniem sprzedaży broni tyranii saudyjskiej, co obserwatorzy uważają jednak za nieprawdopodobne.

Według ostatniej oficjalnej wersji saudyjskiej, Chasodżdżi wdał się w bójkę i zginął w jej skutku. Według wcześniejszej wersji oficjalnej miał po prostu wyjść cały i zdrowy z konsulatu. Stany Zjednoczone są tak, czy inaczej, gotowe wierzyć w każdą saudyjską wersję, nawet jeśli powstały pewne wątpliwości. Wołania o dymisję księcia pozostaną raczej bez odpowiedzi.

Ewakuacji nie było

17 września Turcja i Rosja zawarły układ, który postanawiał, iż wojsko syryjskie razem z sojusznikami nie zacznie ofensywy w prowincji Idlib, natomiast Ankara zadba o wycofanie z tego obszaru zbrojnych grup terrorystycznych. Właśnie minął termin, w którym to wycofanie miało się zakończyć. Nawet się nie rozpoczęło.

 

Na kilka godzin przez upływem ostatecznego terminu ewakuacji, przedstawiciele Hajjat Tahrir asz-Szam (dawniej Dżabhat an-Nusra, syryjska odnoga Al-Ka’idy) oznajmili, że nigdzie się nie wybierają. – Nie porzuciliśmy naszej drogi dżihadu, walki o wcielenie w życie naszej błogosławionej rewolucji – powiedzieli. Dodali, że doceniają wszelkie wysiłki na rzecz „ochrony wyzwolonego terytorium”, czyniąc wyraźny ukłon w stronę Turcji.

Porozumienie między Moskwą i Ankarą zakładało, że do 10 października z prowincji Idlib zostanie wycofany ciężki sprzęt bojowy, zaś sami uzbrojeni dżihadyści opuszczą ten obszar do 15 października. Tymczasem w ostatnią sobotę z terytorium, którego dotyczył układ, ostrzelano z moździerza pozycje armii syryjskiej w prowincji Hama. Żadna z frakcji nie przyznała się do tego czynu. Oprócz Hajjat Tahrir asz-Szam, w regionie obecne są jeszcze Tanzim Hurras ad-Din (Organizacja Strażników Wiary), jednostki Państwa Islamskiego, prosaudyjska Armia Islamu przeniesiona tu ze Wschodniej Guty, proturecka Islamska Partia Turkiestanu, a do tego jeszcze kilkanaście lokalnych ugrupowań dżihadystowskich. Strażnicy Wiary już przyłączyli się do stanowiska Hajjat Tahrir asz-Szam, oznajmiając, że nie opuszczą Idlibu. Pozostałe organizacje nie wydały oświadczeń, ale też pozostają na miejscu.

Zanim podpisano porozumienie 17 września, ONZ ostrzegał, że syryjska ofensywa wspierana przez Rosję będzie oznaczała katastrofę humanitarną – w prowincji Idlib znajdują się 2-3 mln ludzi. Skoro podstawowe warunki układu nie są realizowane, widmo bezpośredniego zagrożenia wojną znowu zajrzało im w oczy. Nawet Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka zauważyło, że terroryści dali pretekst do uderzenia, które przyniesie głównie tragedię zwykłych ludzi.

Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Aresztowania

„Nie jesteśmy niewolnikami” – do manifestacji robotniczej pod tym transparentem doszło w pobliżu kończącej się budowy trzeciego lotniska w Stambule, które według zapowiedzi prezydenta Recepa Erdogana ma być „największe na świecie”. Policja, wspomagana przez wozy pancerne, wdarła się nocą do hoteli robotniczych przy budowie. Według Konfederacji Rewolucyjnych Związków Zawodowych (DISK), aresztowano co najmniej 500 osób.

 

Manifestanci protestowali przeciw „skandalicznym” warunkom pracy, jak też przeciw warunkom życia w hotelach robotniczych. Według liczb oficjalnych, w czasie budowy lotniska zginęło 27 robotników, co protestujący uważają za „kłamstwo”. Związkowcy twierdzą, że liczba śmiertelnych wypadków przy pracy jest o wiele wyższa, z powodu lekceważenia przez władze elementarnych zasad BHP i „szalonego” tempa pracy narzuconego przez przedsiębiorstwa wykonawcze. Hotele urągają z kolei zasadom higieny – są pełne pluskiew i innych insektów.

Prezydent Erdogan zapowiedział w kwietniu, że olbrzymia budowa zakończy się w październiku. Pracuje przy niej 35 tys. osób, w tym 3 tys. inżynierów i pracowników administracyjnych. To jeden z gigantycznych projektów budowlanych przedsięwziętych na wniosek prezydenta. Na początek lotnisko ma obsługiwać 90 milionów pasażerów rocznie, by w 2013 r. osiągnąć zdolność 150 milionów.

Wczoraj wieczorem dyrekcja budowy opublikowała komunikat, według którego spotkała się z delegacją robotniczą i obiecała spełnić ich postulaty „jak najszybciej”. Dzisiaj jednak odmówiła komentarza na temat nocnych aresztowań. Na miejscu wejście do kompleksu hoteli robotniczych (w formie baraków) jest zablokowane przez siły bezpieczeństwa. Hasło „Nie jesteśmy niewolnikami” było dziś najczęściej dzielone na tureckim Twitterze, w solidarności z aresztowanymi.

Ostrzeżenie

Rosjanie przestrzegają USA przed prowokacją ataku chemicznego i tworzą „tarczę” nad Syrią z okrętów swojej floty na Morzu Śródziemnym.

 

Rosjanie ściągając w ostatnich miesiącach i tygodniach okręty z Floty Czarnomorskiej, Floty Bałtyckiej, Flotylli Kaspijskiej i Floty Północnej utworzyli potężne zgrupowanie sił morskich, operujące we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Skład i wyposażenie okrętów pływających pod banderą św. Andrzeja opodal Syrii, sprawiają, że eskadra ta może skutecznie przeciwstawić się operującej na Morzu Śródziemnym 6 Flocie US Navy, mimo jej wzmocnienia nie tak dawno przez grupę lotniskowcową na czele z USS „Harry Truman”. Rosyjski MON i ambasador Rosji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ przestrzegają zachodnich partnerów przed wyreżyserowaną prowokacją chemiczną na wzór tegorocznej w Dumie i w Chan Szeikhoun z roku 2017. Inscenizacja ataku chemicznego na rebeliantów, przypisanego wojskom rządowym ma być kolejny raz pretekstem, do przygotowywanego według Moskwy ataku sił USA, Wielkiej Brytanii i Francji na Syrię.

 

Generał Konaszenkow ujawnia fakty zdobyte przez GRU

W niedzielę 26 sierpnia, na specjalnej konferencji prasowej oficjalny przedstawiciel rosyjskiego MON, generał Igor Konaszenkow poinformował, o zdobytych zapewne przez rosyjski wywiad wojskowy (Gławnoje Razwiedywatielnyje Uprawlienje) danych świadczących o przygotowywanej prowokacji użycia broni chemicznej na terenie Syrii. Przypisane ma to być armii rządowej i stać się pretekstem do nalotów USA na ten kraj. Według Rosjan przedstawiciele „Białych Kasków”, dostarczyli duży ładunek środków trujących do miasta syryjskiego Sarakaib. Warto przypomnieć, że to pseudohumanitarna organizacja, finansowana między innymi ze środków budżetu USA, której członkowie spreparowali tzw. atak chemiczny na szpital w Dumie. Po wyzwoleniu terenów południowej Syrii z rąk terrorystów przez wojska rządowe i rosyjskie, ludzi tych armia Izraela ewakuowała, na prośbę Waszyngtonu, Kanady i krajów europejskich z terytorium Syrii do Izraela, potem przekazała do Jordanii.

Owe środki trujące dostarczono dwoma ciężkimi ciężarówkami do magazynów organizacji rebelianckiej „Achrar Asz-Szam”. Jak później uzupełniał generał Aleksiej Cygankow – dowódca Rosyjskiego Centrum Rozejmowego dla walczących stron w Syrii, ciężarówki eskortowało 8 członków organizacji „Białe Kaski”, a na składzie oczekiwali na nich dwaj wysokiej rangi dowódcy polowi rebeliantów. Później część ładunku była przewieziona w inne miejsce stacjonowania bojowników w południowej części prowincji Idlib, gdzie planuje się dokonać inscenizacji użycia broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej. Oczywiście, „przypadkiem”, tak jak w Dumie, nastąpi to w świetle kamer zachodnich stacji TV, dysponujących łącznością satelitarną i trafi na pierwsze strony gazet, ekrany wiodących stacji TV i portali internetowych. Wzburzona drastycznymi obrazami porażonych gazem dzieci i kobiet opinia publiczna państw zachodnich zażąda „reakcji cywilizowanego świata na barbarzyństwo reżimu Asada”. Rządzący tylko na to czekają i rozpoczną się wówczas na Syrię naloty USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Generał Konaszekow poinformował też, że do miejscowości Chabit przybyli brytyjscy specjaliści z prywatnej firmy wojskowej „Oliva”, powiązanej z brytyjskim wywiadem. Dostarczono zbiorniki z chlorem. Wszystko to ma służyć inscenizacji zastosowania przez siły rządowe nalotu „bombami beczkowymi” z gazem bojowym czy też ostrzału rakietowego chlorem.

Rosyjski wywiad odnotował też, że na wody Zatoki Perskiej wpłynął niszczyciel US Navy, USS „Sullivans” klasy „Arleigh Burke” z 56 rakietami manewrującymi UGM-109 „Tomahawk”, zaś do bazy USA w Katarze przybył bombowiec strategiczny B1B z 24 rakietami manewrującymi AGM-158 JASSM. Według Rosjan świadczyć to ma o przygotowaniu Amerykanów do ataku lotniczo-rakietowego na Syrię.

 

Wasilij Niebienzia ostrzega na forum ONZ o cynicznych planach Wielkiej Brytanii

28 sierpnia odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ w kwestii zaostrzającej się sytuacji w Syrii, a konkretnie w kontrolowanej przez rebeliantów prowincji Idlib, będącej jedną ze stref deeskalacji. Warto w tym kontekście zauważyć, że 23 sierpnia do Moskwy przybył szef sztabu armii tureckiej, generał Hulusi Akar. Towarzyszył mu kierujący wywiadem Hakan Fidan i minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu. Po drugiej stronie stołu do rozmów zasiadł generał Siergiej Szojgu – szef rosyjskiego MON, Siergiej Ławrow – szef MSZ i sam prezydent Rosji Władimir Putin. Rosjanie na przestrzeni ostatnich tygodni regularnie są atakowani w bazie Chmejmim nalotami samolotów bezpilotowych wypuszczanych przez rebeliantów z prowincji Idlib, a wojska syryjskie i ludność cywilna – w tym miasto Allepo – podlega ostrzałowi rakietowemu. Przeszło 40 sztuk rebelianckich BSL zestrzeliły rosyjskie systemy przeciwlotnicze „Pancyr-S”. Wojska syryjskie i Rosjanie koncentrują się więc do ofensywy. Na dużej części strefy deeskalacji Idlib zabezpieczanej przez wojska tureckie działa syryjska filia terrorystycznej Al-Kaidy, czyli Front An-Nusra – organizacja uznana przez ONZ za terrorystyczną. Rosjanie ustalili z Turkami zasady „oczyszczenia” prowincji z sił terrorystów, a Turcja wynegocjowała ochronę obszarów kontrolowanych przez podległych sobie i od lat sponsorowanych przez Ankarę niektórych syryjskich ugrupowań rebelianckich.

Na posiedzeniu RB ONZ dyplomaci krajów zachodnich wyrazili zaniepokojenie losem ludności cywilnej w tym kobiet i dzieci w obliczu zbliżającej się ofensywy wojsk rządowych. Ambasadorzy Wielkiej Brytanii, Francji i USA zagrozili użyciem siły w przypadku zastosowania przez żołnierzy prezydenta Asada zabronionej konwencjami broni chemicznej i wezwali kraje tzw. „Procesu Astańskiego”, gwarantów strefy deeskalacji Idlib (Iran, Rosja, Turcja) o powstrzymanie Damaszku przed agresją na własnych obywateli. W odpowiedzi ambasador Rosji przy ONZ Wasilij Niebienzia przypomniał kolejny raz, że Syria zlikwidowała swoje arsenały chemiczne i takowej broni nie posiada. Przypomniał też, że poprzednie ataki na Syrię dokonane przez USA, Wielką Brytanię i Francję nie opierają się o dowody, a o cynicznie zaplanowane prowokacje jak zdemaskowana przez Rosjan prowokacja „Białych kasków” użycia broni chemicznej w mieście Duma. Szczegółowo rosyjski ambasador poinformował społeczność międzynarodową, na bazie informacji zdobytych przez rosyjski wywiad, o przygotowywanej nowej inscenizacji użycia broni chemicznej przez wojska rządowe, co ma stać się pretekstem do nalotów na Syrię. Przestrzegł on „zachodnich partnerów” przed tym cynicznym krokiem. Ambasador Wielkiej Brytanii kategorycznie odrzuciła te oskarżenia, powołując się na brytyjski MON. Przed posiedzeniem RB ONZ wydała zaś oświadczenie, nazywając informacje rosyjskiego MON „śmiesznymi i absurdalnymi, „fake newsami”, typowymi dla standardów rosyjskiej propagandy”. W odpowiedzi, Wasilij Niebienzia poinformował, że „rosyjskie Ministerstwo Obrony nie ma w nawyku wydawać absurdalnych, śmiesznych, fejkowych oświadczeń. Może to zwyczaj MON innych krajów, ale na pewno nie Rosji. Jeśli rosyjski MON coś mówi, to wie co mówi”. Rosyjski ambasador wcześniej informował o prowadzonej przez władze Syrii, wspieranej przez Rosjan, szerokiej akcji powrotu uchodźców do domów i o odbudowie zniszczonego wojną kraju. Zaapelował o realną pomoc humanitarną ludności Syrii wracającej do domów, nie uzależnianą od decyzji politycznych regulujących kwestie powojenne.

 

Potężny zespół rosyjskiej floty ochroni Syrię?

Na wschodnim akwenie Morza Śródziemnego, według dostępnych w mediach specjalistycznych informacji, operuje wydzielony zespół Floty Rosyjskiej, w ostatnich tygodniach silnie wzmocniony, w składzie kilkunastu okrętów. Z uwagi na fakt, że okręt flagowy Floty Czarnomorskiej, krążownik „Moskwa”, skierowano do remontu, z Floty Północnej przybył tu jego „bliźniak” – krążownik „Admirał Ustinow”. Okręt ten uczestniczył 31 lipca w defiladzie okrętów w Petersburgu z okazji Dniu Marynarki Wojennej Rosji i świeżo wszedł do służby po wieloletnim remoncie kapitalnym. Dysponuje nowocześniejszym i groźniejszym wyposażeniem i uzbrojeniem niż starsza „Moskwa”. Rosjanie, jak w okresie „zimnej wojny”, sformowali zespół okrętów „przykryty” wielowarstwową obroną przeciwlotniczą. Daleką rubież zabezpiecza morski odpowiednik nie mającego konkurencji na świecie systemu S-300 „Fort” z krążownika „Marszał Ustinow”, o zasięgu rażenia celów lotniczych i rakietowych do 300 km. Okręt ten stanowi „jądro” zespołu. Kolejny krąg zabezpieczają systemy średniego zasięgu, czyli ok. 50 kilometrów typu „Sztil” na najnowszych fregatach jak „Admirał Essen” czy „Admirał Makarow”. Ostatnią linią zabezpieczenia przez środkami napadu powietrznego, w tym rakietami przeciwokrętowymi, stanowi szereg systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu typu „Kinżał” czy „Kortik”. Zespół rosyjskich okrętów może liczyć też na osłonę powietrzną z nieodległej bazy lotnictwa rosyjskiego w Syrii w Chmejmim. Okręty rosyjskie zdolne są do projekcji siły w promieniu do 2500 km, a więc dalece większym niż wsparcie operacji lądowej w prowincji Idlib. Rosyjskie „Kalibry” mają w zasięgu bazy lotnicze USA, Wielkiej Brytanii w Jordanii, Kuwejcie, Iraku, Katarze czy na Cyprze oraz w Arabii Saudyjskiej. Sięgają też baz okrętów NATO w Grecji, Włoszech czy portów Francji. Co istotne, Rosjanie mogą liczyć w zaistniałej sytuacji politycznej na życzliwą postawę Turcji, skądinąd członka NATO. Przez Cieśniny Dardanele i Bosfor, co sygnalizują niezależni eksperci, w ostatnich tygodniach intensywnie kursuje „Syryjski Ekspress”, czyli zespół rosyjskich okrętów transportowych i desantowych dostarczających zaopatrzenie dla armii rosyjskiej i syryjskiej z portów Morza Czarnego do Tartus. Na portalach militarnych z regionu pojawiły się zdjęcia prawdopodobnego przebazowania dodatkowych rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 WM „Antiej-2500”. Co do sił morskich w szczególności opodal Syrii znajdują się:
1. Krążownik Rakietowy „Marszał Ustionow” – okręt flagowy – świeżo po kapitalnym remoncie krążownik projektu 1164 „Atlant” zwany „mordercą lotniskowców”. Uzbrojony jest między innymi w 64 rakiety przeciwlotnicze S-300F „Fort” i 16 naddźwiękowych rakiet P-1000 „Vulkan” o zasięgu 1000 km, prędkości 2660 km/h przenoszących głowice bojowe o masie 500 kg lub jądrowe o sile 350 KT.
2. Niszczyciel rakietowy „Siewieromorsk”, okręt typu „Udałoj” – na pokładzie ma między innymi 2 śmigłowce, 8 rakietotorped „Rastrub” i 8 wyrzutni po 8 rakiet (łącznie 64) przeciwlotniczego systemu „Kindżał”, odpowiednik lądowego systemu krótkiego zasięgu „Tor”.
3. „Pytliwyj” – fregata rakietowa projektu 1135M „Kriwak III”, wyposażona między innymi w rakietotorpedy „Rastrub”
4. Fregata „Jarosław Mudryj”, to nowoczesny okręt z 8 wyrzutniami przeciwokrętowych manewrujących rakiet skrzydlatych Ch-35, 4 wyrzutniami z 8 rakietami systemu p-lot „Kindżał” , 2 systemami „Kortik” i śmigłowcem Ka-27.
5. Fregata „Admirał Makarow” – najnowszy rosyjski okręt wojenny tej klasy projektu 11356 zbudowany według współczesnych zasad projektowania. Powstał z nowoczesnych materiałów w technologii „stealth”. Wyposażony jest między innymi w 24 rakiety przeciwlotnicze systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i 8 rakiet „Kalibr” NKE lub „Oniks” oraz śmigłowiec Ka-31.
6. Fregata „Admirał Essen”, także okręt projektu 11356 – przenosi 8 manewrujących rakiet „Kalibr” o zasięgu ok. 2500 km lub przeciwokrętowych „Oniks”, 36 rakiet przeciwlotniczych systemu „Sztil” o zasięgu 50 km i śmigłowiec Ka-31
7. Fregata „Admirał Grigorowicz – bliźniak „Admirała Essena” dane jw.
8, 9, 10 – małe okręty rakietowe „Wysznij Wołoczek”, „Grad Swijażsk” i „Wielikij Ustjug” – okręty projektu 21631 czyli „Bujan-M” . Małe okręty Flotylli Kaspijskiej, ale „zjadliwe” – na pokładzie przenoszą po 8 rakiet manewrujących „Kalibr NK” o zasięgu ok 2500 km
11, 12 to wyśmienite, groźne okręty podwodne o napędzie klasycznym „Wielikij Nowgorod” i „Kolpino” projektu 636 „Warszawianka”, każdy z 18 rakietami „Kalibr” różnych typów lub torpedami na pokładzie.
13 – podwodny krążownik o napędzie jądrowym projektu 949A „Antiej” przeznaczony do niszczenia lotniskowcowych grup uderzeniowych marynarki wojennej USA na czele z lotniskowcami klasy „Nimitz” – wyposażony w 72 rakiety skrzydlate P-800 „Oniks” o prędkości 2,6 Ma i zasięgu do 500 km
Na redzie bazy Tartus zaobserwowano też dwa trałowce Floty Czarnomorskiej „Walentyn Pikul” i „Turbinist” oraz duże okręty desantowe projektu 1171 „Nikołaj Filiczenkow” i „Orsk”.

Jak dobitnie widać, Moskwa w sposób zaplanowany i skoordynowany skoncentrowała potężny zespół floty, aby zniechęcić Amerykanów do kolejnych ataków na syryjskie wojska rządowe. Napływające jednak w ostatnich dniach informacje nie wskazują, aby Waszyngton spasował. Na terenie Syrii, kontrolowanym przez Kurdów i wojska USA, Francji oraz Wielkiej Brytanii, Amerykanie rozmieszczają radary obrony przeciwlotniczej, co może być elementem tworzenia przez nich „strefy zakazu lotów” i dalszej eskalacji rywalizacji militarnej z Rosjanami w Syrii. Jeśli nawet „strefa zakazu lotów” nie zostanie ogłoszona – wariant ofensywny, to instalacje te służą ewidentnie umocnieniu pozycji, skądinąd bezprawnej na gruncie prawa międzynarodowego, obecności wojsk USA, na zajętych przez Amerykanów i ich protegowanych obszarach Syrii.

Tak czy inaczej, wraz z rozpoczęciem się zbliżającej się w najbliższych dniach ofensywy wojsk rządowych i Rosjan na pozycje ugrupowań terrorystycznych w prowincji Idlib, rozgrywka mocarstw zaostrzy się. O wycofaniu się wojsk USA z Syrii, o co apelują Damaszek i Moskwa, uregulowania sytuacji w obozie uchodźców Rukban w kontrolowanej przez wojska USA i Wielkiej Brytanii na pograniczu z Jordanią nie ma mowy. A to z Rukban prowadzą rajdy terroryści ISIS i tam znikają przed syryjskim pościgiem, który jak się zapędzi, bombardowany jest przez samoloty US Air Force. Rozpoczęła się też eksploatacja syryjskich złóż ropy naftowej przez kontrolowanych przez USA rebeliantów SDF – w większości Kurdów. Do jakiej rafinerii trafia owa kradziona ropa jeszcze nie ustalono, ale to materiał na inny obszerny artykuł.

Sekret pastora Brunsona

Strzały w kierunku ambasady USA padły, gdy Ankara jeszcze spała. Ktoś otworzył ogień z przejeżdżającego auta, i choć pozostały po tym tylko dziury w ścianie, w kontekście obecnego napięcia między Turcją a Stanami Zjednoczonymi incydent wszystkim wyostrzył zmysły. „Ten atak to próba stworzenia chaosu” – mówił rzecznik tureckiego prezydenta. W istocie jednak czynnik chaosu już dawno wtargnął do regionu, a teraz grozi pęknięciem w NATO, które niemal niezauważalnie stało się nieuniknione.

 

Kryzys amerykańsko-turecki ma nieoczekiwanych beneficjentów. Przykładowo w mijającym tygodniu wyszła z więzienia i dostała pozwolenie na opuszczenie Turcji 34-letnia dziennikarka Mesale Tolu, Niemka pochodzenia tureckiego oskarżona o pracę propagandową i przynależność do tureckiej Marksistowsko-Leninowskiej Partii Komunistycznej, nielegalnej, bo uważanej za „terrorystyczną”. Tydzień wcześniej Turcy uwolnili dwóch greckich żołnierzy i szefa lokalnego oddziału Amnesty International. W ten sposób po kolei usuwają punkty zapalne w stosunkach z Europą. Potrzebują sojuszników w dyplomatyczno-gospodarczym konflikcie z imperium amerykańskim.

Inni jeszcze bezpośredni beneficjenci to zachodni turyści, dla których Turcja stała się bajecznie tania. Tę wakacyjną korzyść zawdzięczają prezydentowi Stanów Zjednoczonych, który jednym podpisem podwoił degrengoladę tureckiej liry, waluty, która nie przestaje odtąd wisieć na włosku. Donald Trump, podnosząc w tym miesiącu cła na turecką stal i aluminium nie myślał oczywiście o turystach. Oficjalnym powodem, oprócz jego mantry „America first”, tj. domniemanej ochrony amerykańskiego runku wewnętrznego, był los 50-letniego pastora Andrew Brunsona, którego Turcja nie chce uwolnić bez „odpowiedniej” wymiany. Niezależnie od tego, czy chodzi tu o niewinnego duchownego (jak twierdzą Amerykanie), czy o szefa „równoległej” siatki CIA w Turcji (to wersja tureckiej prokuratury), czy ów pretekst Trumpa jest wiarygodny, czy nie, w osobie Brunsona, choćby przez zainteresowanie mediów, ogniskuje się amerykańsko-turecki kryzys. Jego przyczyny znajdują się jednak gdzie indziej, daleko poza miejscem zatrzymania pastora.

 

Nóż w plecy

Dojście do władzy Donalda Trumpa w Ameryce sprawiło, że państwa przyklejone tradycyjnie do największego imperium mają tylko dwa sposoby na dobre z nim stosunki. Albo wykazują totalne poddanie, jak m.in. Polska ze swoją żałosną pozycją dalekiego satelity, albo są skazane na polityczną ekwilibrystykę: trzeba zadowolić Trumpa bez narażania się na kłopoty ze strony Kongresu (lub odwrotnie) i jeszcze uniknąć zmasowanej krytyki amerykańskich mediów, które zmieniły opozycję wobec prezydenta w obsesję. Ta sztuka udaje się tylko Beniaminowi Netanjahu. Reszta przekonała się już wymownie, że nawet ugruntowane historycznie sojusze zależą wyłącznie od imperialnego widzimisię. Turcja, która dysponuje drugą po Stanach najsilniejszą armią NATO, znalazła się w tym gronie jako pierwsza.

Kiedy Trump podpisał antytureckie sankcje polityczno-gospodarcze, prezydent Recep Erdoğan postanowił zadawać retoryczne pytania w New York Timesie: „Jesteśmy razem w NATO, a wy wbijacie nóż w plecy waszego strategicznego partnera? Jak coś takiego może być zaakceptowane?”. Do tego nie omieszkał „lojalnie” ostrzegać, że jeśli Stany uprą się przy „asymetrycznych stosunkach” (tj. wymaganiu podległości Turcji), przekonają się, że „Turcja ma alternatywy” i „zacznie szukać nowych przyjaciół i sojuszników”.

Tak naprawdę Turcy już od kilku lat mówią o różnych amerykańskich „nożach w plecy” i równie długo sondują sojusznicze alternatywy. Przełomem stała się wojna w Syrii i nieudany zamach stanu przeciw Erdoğanowi sprzed dwóch lat.

 

Co nie podoba się Turkom?

Właściwie Turkom nie podoba się Ameryka jako taka: dziś, jeśli wierzyć sondażom, tylko niecałe 10 proc. widzi w niej jeszcze sojusznika. To po części owoc nacjonalistycznej pro-Erdoğanowskiej propagandy, ale i dość trzeźwego spojrzenia geopolitycznego. Pierwszym „nożem w plecy” w politykę turecką było w trzecim roku syryjskiej wojny odwrócenie się Amerykanów od Państwa Islamskiego (PI), by sprzymierzyć się z syryjskimi Kurdami, za pomocą których USA opanowały syryjskie pola naftowe na wschodnim brzegu Eufratu. Wcześniej Turcja była pewna, że Amerykanie po cichu popierają PI przeciw władzom syryjskim, gdyż przecież właśnie ich obalenie było politycznym priorytetem USA. Dlatego Turcy bez przeszkód handlowali ropą z PI, próbowali się układać, a nawet otworzyć jego konsulat w Stambule. Z ich punktu widzenia było to wskazane tym bardziej, że PI walczyło z Kurdami, „odwiecznymi” wrogami Turcji wewnątrz i na zewnątrz kraju, jeśli tylko mają coś wspólnego z PKK, Partią Pracujących Kurdystanu, którą przecież również Amerykanie uważają oficjalnie za „terrorystów”.

I oto Stany Zjednoczone w 2014 r. wzięły sobie tych „terrorystów” za sojuszników i zaczęły i zbroić ich na potęgę, choć PYD – Partia Unii Demokratycznej syryjskich Kurdów w pełni dzieli idee (i ludzi) z turecką PKK, uważaną za „żywotne” zagrożenie dla państwa tureckiego. Był to olbrzymi szok dla tureckich polityków, chociaż zdawali sobie sprawę, że Amerykanie traktują Kurdów tylko jako instrumenty swej bieżącej polityki. Mało tego, nie dość, że Rożawa – federacja polityczno-terytorialna syryjskich Kurdów – rosła w siłę, a z nią PKK, to w lipcu 2016 r. doszło do zamachu na władzę Erdoğana, za którym, jak nie przestają podejrzewać Turcy, stali Amerykanie, konkretnie administracja Obamy i jej tajne służby.

Nawet jeśli nie zrobili tego bezpośrednio, to mieli przymknąć oko na działalność polityczną charyzmatycznego Fethullaha Gülena, zdeklarowanego wroga Erdoğana przebywającego na wygnaniu w Pensylwanii, który miał ten zamach zaplanować. Erdoğan, w końcu cieszący się autentycznym ludowym poparciem, nie mógł tego przełknąć, jednak miał nadzieję, że zmiana prezydenta USA przywróci dawny porządek. Tak się jednak nie stało. Turcja przesłała do Waszyngtonu 80 kartonów z dowodami zamieszania Gülena w fatalny zamach, by uzyskać jego ekstradycję, ale jak zwykle padło „nie ma mowy”.

 

Co nie podoba się Amerykanom?

Stany Zjednoczone, wcześniej nieco zdenerwowane ujawnianiem przez Turcję ich współpracy z PI, próbowały jakoś, jeszcze za czasów pierwszego szefa trumpowskiej dyplomacji Tillersona, załagodzić turecki gniew, oddając jej bez problemu Afrin (część kurdyjskiej Rożawy w Syrii), ale teraz wojsko tureckie stoi z naładowaną bronią dosłownie naprzeciw amerykańskiego na północy Syrii, gdyż USA nie chcą oddawać reszty posiadłości kurdyjskich w obawie utraty lokalnego sojusznika, który im pomaga okupować całą wschodnią Syrię. Ale ten potencjalny punkt zapalny to jeszcze nic, w porównaniu z regularnym już porozumiewaniem się Turcji z Rosją i Iranem, które stanowi zagrożenie dla całości interesów amerykańskich w Syrii.

Nie dość tego. Erdoğan mnoży deklaracje propalestyńskie chcąc wzmocnić swoje ambicje przywódcze w muzułmańskim świecie sunnickim, kosztem Arabii Saudyjskiej, która już jawnie idzie na współpracę z Izraelem. Inaczej mówiąc, szkodzi dwóm pierwszoplanowym sojusznikom USA w regionie. Ba, Turcja ogłosiła, że ma w nosie amerykańskie sankcje przeciw Iranowi, że będzie z nim mimo wszystko handlować, co całą trójkę Arabia-Izrael-Stany doprowadziło już do białej gorączki.

W końcu „bezczelna Turcja” poważyła się na coś, co sami Amerykanie uważają za „nóż w plecy” swych tradycyjnych wpływów: porozumiała się z Wenezuelą omijając amerykańskie embargo – prowadzi wspólne interesy petrochemiczne, zdecydowała się nawet przyjąć wenezuelskie złoto narodowe do swoich banków (zamiast szwajcarskich), by je uchronić przed ewentualnym zajęciem przez Zachód. Kupno przez Turcję rosyjskiego systemu antyrakietowego S-400, w zasadzie niezgodnego z systemami NATO, to już tylko wisienka na torcie amerykańskich zarzutów.

 

A pastor ?

Los pastora Brunsona, którym media tłumaczą kryzys amerykańsko-turecki, wydaje się mało ważny w porównaniu z tą geopolityczną szarpaniną. Z jakichś jednak powodów Turcy uważają go za bardzo istotną kartę przetargową – chcieli go najpierw wymienić za samego Gülena. Potem zaproponowali Trumpowi, że wymienią go za odstąpienie od procedury przeciw tureckiemu bankowi państwowemu Halkbank, na który USA chcą nałożyć dziesiątki miliardów dolarów kary za domniemane łamanie sankcji przeciw Iranowi, w końcu za uwięzionego w Stanach szefa tego banku. Znowu odpowiedzią była odmowa. Uderzenie gospodarcze Trumpa w Turcję motywowane „wolnością dla Brunsona” przynosi radość turystom, ale odbija się przede wszystkim na najmniej zarabiających Turkach i zwiększa bezrobocie – postać pastora stała się nagle ważna dla milionów ludzi.

Dla tureckich mediów, w ogromnej większości oddanych Erdoğanowi, pastor Brunson to nie żaden misjonarz, tylko wysoki oficer CIA. Jego domniemane zdjęcia z amerykańskiej inwazji Iraku, gdzie miał zajmować się rabunkiem złota irackiego banku centralnego, obiegają turecki internet. Podobnie jak zeznania różnych świadków, według których miał on porozumiewać się z ludźmi Gülena w Turcji w czasie przygotowań do zamachu stanu, utrzymywać kontakty z jego tajną organizacją i nawet z Kurdami z PKK. Być może administracja amerykańska „obudziła się” w kwestii Brunsona tylko dlatego, że należy on do tego samego małego Kościoła neoewangelickiego (ok. 70 tys. wyznawców), co nowy szef amerykańskiej dyplomacji i były szef CIA Mike Pompeo. Niemniej dla większości analityków, pozostaje on tylko poręcznym pretekstem dla konkretnych ruchów politycznych, nawet gdyby rzeczywiście krył się za nim jakiś szpiegowski sekret.

 

Chaos walutowy

Tak, czy inaczej, podziemna wojenka amerykańsko-turecka trwa. Załamanie tureckiej liry powinno teoretycznie zmusić Turcję do klasycznego rozwiązania, czyli pożyczki w Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW), którego USA są głównym akcjonariuszem. Czyli – do upokorzenia. Na razie Turcy zagrali USA na nosie, przyjmując od Kataru, ostatnio wroga Arabii, 15 miliardów dolarów na ratowanie swej waluty (od MFW dostaliby w najlepszym przypadku nieco ponad 10), Chiny też pomagają, ale to oczywiście nie koniec historii.
Wraz z sankcjami przeciw Turcji, nowymi amerykańskimi groźbami przeciw jej walucie i wzrostem stóp procentowych w USA mocną słabną niemal wszystkie waluty krajów rozwijających się – rupia indyjska, argentyńskie i meksykańskie peso, brazylijskie reale, południowoafrykańskie randy. Niezadowolenie z amerykańskiej hegemonii może więc zrodzić nowe układy międzynarodowe, bardziej wielostronne. Wyjście Turcji z NATO nie jest tak nieprawdopodobne, jak się dziś uważa.