
Świat jest dziś podzielony na bloki. Z jednej strony Stany Zjednoczone i państwa europejskie, z drugiej – rosnące w siłę BRICS z Chinami na czele i Rosją jako aktorem o imperialnych ambicjach. Wielkie mocarstwa coraz rzadziej ze sobą rozmawiają, a coraz częściej rywalizują. USA, dotąd strażnik ładu instytucjonalnego, przyjmuje coraz bardziej konfrontacyjne podejście wobec rywali. Instytucje międzynarodowe zawodzą, napięcia rosną, a globalna współpraca ustępuje miejsca geopolitycznym interesom. Czy da się utrzymać pokój bez powrotu do zimnej wojny? Historia zna taki przypadek – Koncert Europy z XIX wieku. Może dziś potrzebujemy jego współczesnej wersji.
W 1815 roku, po latach wojen i przewrotów napoleońskich, europejskie mocarstwa stworzyły mechanizm współpracy, który nazwano Koncertem Europy. Nie był to traktat ani formalna instytucja. Była to nieformalna, ale regularna współpraca największych potęg: Austrii, Prus, Rosji, Wielkiej Brytanii i później Francji. Celem było jedno: nie dopuścić do kolejnej wielkiej wojny.
Koncert Europy narodził się z potrzeby zapobiegania nowym wojnom. Nie opierał się na prawie międzynarodowym ani wspólnej ideologii, lecz na pragmatycznej równowadze sił. Mocarstwa postanowiły działać wspólnie: spotykać się za zamkniętymi drzwiami, omawiać sytuację i interweniować, gdy ktoś próbował siłą zmienić porządek. Nie chodziło o rację, lecz o wpływy.
System był zamknięty – udział brały tylko państwa dysponujące realną siłą militarną i polityczną. Legitymizację dawała nie demokracja, lecz zdolność wpływania na innych. To działało – przez pewien czas. Ale świat się zmieniał.
XIX wiek przyniósł przemiany, których nie dało się dłużej ignorować: urbanizację, rewolucję przemysłową, rozwój prasy i edukacji, narodziny ruchów liberalnych i narodowych. Rewolucje 1848 roku pokazały, że tłumienie społecznych aspiracji przestaje być skuteczne. Nawet Brytyjczycy zrezygnowali z interwencji – wspólny front się rozpadł.
Wniosek był jasny: żaden porządek między państwami nie przetrwa, jeśli ignoruje, co dzieje się wewnątrz nich. System upadł, ale jego sedno – nieformalna koordynacja najważniejszych graczy – pozostało żywe.
Ta zasada wracała później. Konferencje w Jałcie i Poczdamie to nowoczesna wersja koncertu – choć powstała z gruzów wojny, a nie kompromisu. Zimna wojna wprowadziła nowy model równowagi – oparty na strachu przed zagładą jądrową. Próby budowy uniwersalnego ładu, jak Liga Narodów czy ONZ, często zawodziły. Ratowano się wtedy nie instytucją, ale nieformalnym porozumieniem wielkich.
Dziś znów powraca pomysł globalnego koncertu. Dlaczego? Bo dotychczasowy system – ONZ, instytucje powstałe w Bretton Woods (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy), WTO, WHO – nie nadążają za światem. Tworzone z myślą o dominacji Zachodu, przez dekady narzucały krajom Globalnego Południa rozwiązania neoliberalne. Dziś uchodzą za niewydolne. Rada Bezpieczeństwa jest sparaliżowana, pandemie i kryzysy klimatyczne pokazują słabość struktur. Potrzebne są nowe mechanizmy.
Stąd idea: elastyczne forum dla tych, którzy realnie kształtują świat. Nowy koncert – bez imperialnych ambicji.
Taki koncert nie byłby formalną instytucją. To raczej klub wpływowych państw, działający na zasadzie konsensusu. Bez głosowań, bez narzucania ideologii – z naciskiem na konkretne ustalenia. Spotkania dotyczyłyby realnych problemów: wojen, pandemii, upadków państw.
Czym taki koncert różniłby się od ONZ? Przede wszystkim logiką działania. ONZ działa na zasadzie uniwersalizmu – każdy kraj ma równe prawo głosu, decyzje zapadają formalnie. Ale to często oznacza paraliż, gdy wielkie mocarstwa się blokują. Nowy koncert to mechanizm nieformalny, oparty na wpływie, nie równości. Chodzi nie o tworzenie nowego prawa, lecz o praktyczne porozumienia między tymi, którzy i tak decydują. W kryzysie – liczy się szybkość i skuteczność, a nie biurokratyczna poprawność.
Dlaczego to może działać? Bo chodzi nie o sankcje, lecz o reputację. Może, ale tylko jeśli uczestnicy będą widzieli w tym realny wpływ na globalną stabilność – i wzajemnie uznają się za równorzędnych partnerów w tej grze wpływów. Udział świadczy o odpowiedzialności. Brak zaproszenia – o marginalizacji. Chęć wpływu i obawa przed wykluczeniem mogą wymuszać racjonalne zachowania.
Nowy koncert nie powinien powielać dawnych błędów – ani próbować od razu zastąpić istniejących instytucji, jak ONZ czy WTO. Na początku może być ich uzupełnieniem – forum rozmowy tam, gdzie formalne struktury są sparaliżowane.
Ale potrzebna jest równowaga. Jeśli jedno państwo – jak USA czy Chiny – zyska za dużą przewagę, może zignorować innych. Kolejny warunek: uznanie granic ekspansji. I wreszcie – regularność kontaktów. Stałe spotkania tworzą zaufanie i przewidywalność.
Najtrudniejsze jest włączenie państw, które chcą zmiany układu sił – lecz nie dążą do jego całkowitego zniszczenia. Chiny i inne rosnące potęgi dążą do renegocjacji wpływów na własnych warunkach. Jeśli nowy koncert ma być skuteczny, musi stopniowo włączać takie państwa – na zasadzie uznania ich ambicji, ale bez rezygnacji z podstawowych reguł współpracy. W przypadku Rosji oznacza to jednak brutalne testowanie granic systemu, czego dramatycznym przykładem była inwazja na Ukrainę. Rosja nie jest rosnącą potęgą – to państwo o kurczących się zasobach, ale wciąż z ambicjami mocarstwa. Izolowanie takich państw może prowadzić do eskalacji. Dlatego trzeba dać im głos – ale nie prawo weta.
To nie ustępstwo, lecz pragmatyzm. Wspólne ustalanie zasad ogranicza chęć ich łamania. Tam, gdzie to możliwe, warto rozpoznać interesy i mechanizmy działania przeciwnika – nie po to, by je usprawiedliwiać, ale by skutecznie ograniczać ich destrukcyjny potencjał. Zwłaszcza w przypadku aktorów nieprzewidywalnych, jak Rosja, znajomość ich logiki decyzyjnej może pomóc w uniknięciu eskalacji.
Rola Chin jest tu kluczowa. To nie tylko gospodarka, ale cywilizacja z własną wizją ładu. Pekin nie chce zburzyć porządku – chce w nim uczestniczyć. Rewizjonizm Chin to nie destrukcja, ale chęć bardziej sprawiedliwego podziału wpływów.
Warto przypomnieć: ChRL od dekad angażuje się w dyplomację wielostronną. Od ruchu państw niezaangażowanych, przez inicjatywy jak BRICS, Szlak i Pas, po Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych – Chiny szukają formuły współistnienia.
Nowy koncert nie powinien powielać dawnych błędów. Konieczne jest stopniowe otwieranie go na głosy spoza tradycyjnych elit: krajów średniej wielkości, społeczeństw obywatelskich, ekspertów. Inaczej grozi mu zamknięcie w logice geopolitycznej gry silnych – a wtedy stanie się tylko jeszcze jednym narzędziem konserwacji status quo.
Koncert musi wspierać nie tylko stabilność między mocarstwami, ale i bardziej sprawiedliwy globalny porządek. Taki, który bierze pod uwagę potrzeby tych, którzy do tej pory byli spychani na margines: krajów Globalnego Południa, mniejszych państw, ludzi pracy. Multilateralizm nie oznacza tylko wielu państw przy stole – oznacza różnorodność interesów i głosów.
I w tym wszystkim nie wolno zapomnieć o zwykłych ludziach. Globalna polityka to nie tylko problem elit. To migracje, drożyzna, brak leków. Wojna handlowa to mniej pracy, mniej bezpieczeństwa. Koncert ma sens tylko wtedy, gdy przynosi odrobinę spokoju tym, którzy codziennie walczą o przetrwanie.
Koncert XXI wieku nie zakończy wszystkich sporów. Ale może być pierwszym krokiem w stronę świata, gdzie konflikty rozwiązuje się rozmową, zanim zapadną się rynki i zaczną płonąć miasta. Nie chodzi o zgodę – chodzi o uniknięcie katastrofy. Bo jeśli każdy gra wyłącznie na siebie – nie będzie ani koncertu, ani pokoju. Będzie chaos. A z chaosu, jak uczy historia, nie rodzi się nic dobrego.









