Geopolityka minerałów. Czym jest trumpizm-muskizm?

Donald Trump i Elon Musk fot. Office of Speaker Mike Johnson - X.com

Nowy etap nie tylko w dziejach społeczeństwa amerykańskiego, ale też całej cywilizacji nazwał celnie Piotr Gadzinowski „trumpizmem-muskizmem”. Ale trwa debata na temat, czym on w istocie jest i do czego prowadzi mieszkańców planety. Dotychczasowe upadki cywilizacji miały charakter kryzysów lokalnych. Teraz amerykańskie „zimne potwory” gotują nam wszystkim ten los, bo ich biznesy oparte na elektronice i półprzewodnikach zmienią nam planetę – obecna będzie coraz bardziej przypominać Księżyc.

Biznes i polityka. Pełno teraz analiz medialnego komentariatu o kalifornijskich psychotykach, cierpiących na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Przechwycili oni aparat państwowy dotychczasowego kolosa kapitalizmu. Ale to tradycja. Przecież od początku nowego systemu społeczno-gospodarczego państwo było w rękach kontraktorów biznesu. Angielscy parlamentarzyści byli udziałowcami sławetnej Brytyjskiej Kampanii Wschodnioindyjskiej, a genueńscy bankierzy finansowali poszukiwanie drogi do bogactw Indii przez Atlantyk. Później holenderscy operatorzy kapitału, wcześniej bogaci Żydzi z Al-Andalus, finansowali kolonialny handel niewolnikami i wytworami ich taniej pracy – cukru, bawełny, tytoniu. Nic nowego. Także o losach drugiego narodu wybranego w dziejach już nieraz przesądzali tzw. zbójeccy baronowie – wielki biznes, wielkie pieniądze i wielka władza (C. Vanderbilt, A. Carnegie, J. D. Rockefeller…). Zachłanna i bezpardonowa przedsiębiorczość pozwalała im skierować na nowe tory transport (kolej), podnieść efektywności energetyki (elektryczność) czy produkcji stali. Ale też do arsenału wolnej przedsiębiorczości należały jak zawsze: korupcja, oszustwa, a także prywatne siły zbrojne. Współcześnie tylko uzupełniają ich oficerowie prasowi, lobbyści i boty. Tak powstał wielbiony teraz przez Konfederatów darwinizm społeczny. Ponadto, wbrew mitologii „self-made manów”, kontynuowałi oni drogę życiową ojców: przede wszystkim właścicieli ziemskich i bankierów. Ale też sami politycy to nie tylko przecież kontraktorzy biznesu. To także zblatowani z Systemem posiadacze nieruchomości (w Polsce głównie mieszkań), akcji, często z zawieszoną czasowo karierą w biznesie – jak obecny minister finansów w polskim rządzie. Ułatwiają ten transfer tzw. otwarte drzwi między biznesem a polityką. Novum jest tylko to, że obecny wyścig po minerały, kluczowe dla nowych technologii, dewastuje całą planetę. Dotychczas takie nieszczęścia sprowadzili na siebie mieszkańcy wysp (Islandii, Grenlandii, Wyspy Wielkanocnej). Z powodu ogołocenia lokalnego ekosystemu lasu wilgotnego także Majowie z Jukatanu musieli szukać innego miejsca do życia.

Mineralne imperia. Penetrowanie planety w poszukiwaniu potrzebnych surowców to stały punkt w dziejach świata. Dla społeczeństw rolniczych to była ziemia i tania siła robocza – efekt podbojów. Potem złoto i srebro, bez którego państwa nie mogły finansować wojen (srebro z Laurium w Grecji, Asturia i Leon dla Cesarstwa Rzymskiego). Dla imperiów handlowych (Wenecji, Genui, Portugalii, Hiszpanii, Holandii, Anglii) to było najpierw drewno. Mówiono wtedy „nie ma drewna, nie ma królestwa”. A także żelazo i brąz do wytwarzania dział. To bowiem w alfabecie dział galeonów głoszono wyższość wartości europejskich nad wartościami ludów nie znających Pana.

Żyjemy w dalszym ciągu w epoce imperiów kopalnych. To bowiem węglowodory nadal konieczne są do tego, by utrzymać produkcję i rynki zbytu; by chronić drogi transportu towarów i surowców, teraz kontenerowców, czy gazowców. Dlatego do funkcjonowania Systemu konieczne są różne wersje drednotów – napędzanych najpierw węglem, potem ropą w dieslowskich silnikach, a także samolotów zbudowanych ze stali, ze stopów różnych metali, z tworzyw sztucznych. Obecnie, wydobycie metali ma szerokie zastosowanie militarne, i „cywilne”, głównie w energetyce i w elektronice. Są one niezbędne do wywarzania elektroniki napędzającej roboty, jak i do cyberbroni. Mowa o metalach „krytycznych”, będących albo produktem ubocznym przy wytwarzaniu metali (gal, selen, tellur, german), albo występujących rzadko w litosferze. Dlatego są drogie (np. kg galu kosztuje 9 tys. razy więcej niż kg żelaza, a german 10 razy więcej niż gal). To m.in. kobalt, lit, tantal, cyrkon, wolfram, platynowce. Bez tych i wielu innych, nie byłoby półprzewodników, a bez półprzewodników kapitalizmu platform, sieci, obróbki i przesyłania informacji – nowego źródła akumulacji kapitału i wylęgarni nowej oligarchii.

Dlatego kalifornijscy doliniarze stanęli przed kolejnym wyzwaniem: jak zapewnić sobie zaopatrzenie w niezbędne metale i w niezbędną energię dla swoich platformianych biznesów? Nowe dziedziny produkcji i konsumpcji są konieczne, by kręciła się maszyneria akumulacji kapitału: będą inwestycje, będą zyski. Ich brak by oznaczał kres systemu podporządkowanego logice zysku. Od początku kapitalizm został zbudowany na taniej pracy ludów kolonialnych, później byłych chłopów zmuszonych, by przeżyć do pracy w fabrykach. Następnie taniej energii z węglowodorów, która napędzała nowe maszyny, a te ubogacały życie w coraz nowe sprzęty i gadżety –jedne ułatwiały życie (pralka, lodówka, samochód), drugie- czyniły je przyjemniejszym (radio, telewizja, smartfon).

Kult sztucznej inteligencji. Kalifornijscy doliniarze korzystają z ideologii, wymyślonej w latach 50-tych. To był czas zimnej wojny i wyzwania ideologicznego ze strony ówczesnego obozu progresywnego. Obiecywał on wyzwolenie pracy, połączone z przezwyciężaniem zapóźnienia cywilizacyjnego. Tylko część tych nadziei się spełniła. W kilku krajach przynajmniej dokonała się industrializacja, połączona z awansem społecznym: z rolnictwa do przemysłu, z kurnej chaty do blokowiska. Kontrą Zachodu była wyobrażona przyszłość, którą miały zapewnić cybertechnologie. Miało powstać w miejsce galaktyki Gutenberga nowe społeczeństwo informacyjne. Miała pojawić się Sieć i jej kreatorzy: dotkomowe przedsiębiorstwa z Kalifornii, suto zasilane przez Pentagon. Wówczas nie będą potrzebne głębokie reformy systemu opartego na eksploatacji pracy, przyrody i życia ludzkiego. Zastąpią je kolejne generacje cybertechnologii, zwłaszcza postępy w technologii przesyłania i przetwarzania informacji, obecnie AI. Technooptymiści mogli obserwować milowe kroki na drodze do społeczeństwa informacyjnego podczas światowych wystaw (szczegóły w książce angielskiego politologa Richarda Barbrooka, Przyszłości wyobrażone. Od myślącej maszyny do globalnej wioski, Muza 2009). Niestety, jak w dotychczasowych dziejach, społeczeństwo informacyjne okazało się kolejną utopią. Prawdą natomiast okazało się powstanie nowego zyskownego biznesu platform cyfrowych i aplikacji, zarazem nowych wielkich oligopoli. Ich właściciele to nowi technofeudałowie (Y. Varoufakis), władcy aplikacji i portfeli akcji, „zimne potwory” (J. Ziegler), nowi władcy planety i twojego życia.

Drugi błąd polega na pomijaniu mineralno-energetycznego aspektu cybertechnologii. Nowe technologie pozwalają zmniejszać energochłonność i zużycie minerałów na jednostkę produkcji, ale przecież nigdy bity nie mogą zastąpić atomów. Dlatego dziwi zachwyt nie tylko nad AI, ale także nad AGI – całościową sztuczną inteligencją. Zdaniem mainstreamowego dziennikarza, „nic nie będzie miało większego niż AGI wpływu na to, jak będziemy na tej planecie żyć w najbliższych latach – z całym szacunkiem dla kontenerowca produkującego wodór” (M. Mazzini, Przegląd nr 16/35). Nic nie słyszałem, żeby udało się uzyskać komercyjnie opłacalną energię z syntezy jądrowej. Może autor na kolejną wystawę EXPO uda się dzięki lewitacji, albo spożyje na śniadanie najnowszą porcję informacji zamiast jajecznicy na boczku. Tak to bezinteresownie pracuje komentatorska gawiedź dla Muska albo innego władcy aplikacji. Może autor by się dowiedział, dlaczego buduje się elektrownie jądrowe przy halach „fabrycznych”, w których faszeruje się informacjami te automaty obliczeniowe? Co więcej, najnowsze osiągnięcia takie jak ChatGTP, wymagały pracy do adnotacji obrazów i tekstów tysięcy Kenijczyków, którym płacono mniej niż 2 dol. za godzinę, (Le Monde diplomatique, Nr6/2024).

Pieją z zachwytu nad kolejnymi eskapadami w kosmos także panie z TVNu. Ale zapewne nie wiedzą, że zabaweczka szefa Tesli i SpaceX w trakcie lotów zużywa 147 ton nafty oraz 341 ton ciekłego tlenu. W sumie, według szacunku Mike Bernersa-Lee, powstaje ślad węglowy wynoszący około 600 ton CO2e (ekwiwalentu dwutlenku węgla). Już obecnie na okołoziemskiej orbicie jest 5400 satelitów, około połowy z nich to muskowe Starlinki. Szacuje się, że w najbliższych latach będzie ich blisko pół miliona. Ale każdy z nich pozostawia w stratosferze znaczące ilości metali i tlenków, zwłaszcza tlenku glinu. Już obecnie trafia do atmosfery 360 ton. Stają się one jądrami kondensacji, w efekcie powstają wodne rodnik. Te zaś niszczą warstwę ozonową. Dlatego głupotą jest lekceważenie osiągnięcia, jakim będzie kontenerowiec wykorzystujący wodór jako paliwo i nośnik energii. Chyba że za sprawą rewolucji celnej prezydenta Trumpa ustanie ciągły obieg towarów między kontynentami przedzielonymi oceanami.

Skoro teraz to Chiny kontrolują łańcuchy wydobycia i produkcji rzadkich metali, zwłaszcza litu – pojawiła się kolejny raz w dziejach kapitalizmu nowa wojna. Tym razem o dostęp do metali rzadkich Stąd nabrały znaczenia obszary na planecie, gdzie obieg pierwiastków między atmosferą a litosferą je zdeponował: Grenlandia, Kanada, Ukraina, Rosja, andyjskie solares w Boliwii, Chile, Argentynie i Peru. To nowe pole rywalizacji oligarchów, ich korporacji i państw, którymi sterują. Tak samo jak wcześniej walczono: o ogień, ziemie, złoto, kolonie, o dostęp do taniej pracy i do miejsc lokat kapitału. Szkoła „mineralna” interpretacji trumpizmu-muskizmu zdobywa coraz więcej przyczółków (np. Roman Kurkiewicz, Chaos w nas, nie w Musku, Przegląd, 16/25).

Do wydobycia tych minerałów potrzeba materiałów wybuchowych, maszyn napędzanych dieslowskimi silnikami. Ofiarami są nie tylko góry, jak słynna Cerro Rico w boliwijskim Potosi. Ofiarami będziemy wszyscy. Zwłaszcza jeśli się uwolni metan zdeponowany obecnie w wiecznej (do czasu?) zmarzlinie Syberii, Grenlandii. Niewiele nam pomoże AI, AGI i mądrość kolejnego etapu. Czeka nas los Wikingów z Grenlandii? Przez półtora wieku badacze i ideolodzy dyskutowali, czy kapitalizm jest rozwiązaniem, czy nieustającym problemem. Okazuje się, że dla jednych jest rozwiązaniem, dla pozostałych coraz większym problemem. Oby wolna przedsiębiorczość wszechwładnej oligarchii nie doprowadziła do rozwiązania „ostatecznego”.

Tadeusz Klementewicz

(ur. 1949) – polski politolog, profesor nauk społecznych, wykładowca na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalista w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Klementewicz

Poprzedni

Kultura w Sokołowie. Wspomnienia Wacława Kruszewskiego

Następny

Skóra po dziadku