
Stany Zjednoczone ogłosiły, że odmawiają wydania wiz przedstawicielom Autonomii Palestyńskiej i Organizacji Wyzwolenia Palestyny przed wrześniowym Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku. Sekretarz stanu Marco Rubio poinformował, że decyzja wynika z „względów bezpieczeństwa narodowego”, a Palestyńczycy „kompromitują perspektywy pokoju”. W praktyce jest to bezprecedensowe złamanie zasad, na których opiera się funkcjonowanie Organizacji Narodów Zjednoczonych. ONZ nie należy do Waszyngtonu, ale zgodnie z porozumieniem z 1947 roku, tzw. Headquarters Agreement, siedziba organizacji w Nowym Jorku ma być dostępna dla wszystkich państw i obserwatorów. Odmowa wiz to akt politycznego nadużycia i jawne pogwałcenie zobowiązań gospodarza.
Administracja Donalda Trumpa nie ukrywa już, że jej polityka wobec Palestyny to nic innego jak przedłużenie polityki rządu izraelskiego. Podczas swojej pierwszej kadencji obecny prezydent USA przeniósł ambasadę do Jerozolimy i uznał ją za stolicę Izraela, łamiąc międzynarodowy konsensus. Teraz odbiera Palestyńczykom prawo głosu na forum, które miało być symbolem równości narodów. Stany Zjednoczone nie tylko nie są neutralnym mediatorem, ale stały się całkowicie zależne od izraelskiej polityki. Każdy ich ruch w sprawie palestyńskiej jest skalkulowany pod interes Tel Awiwu.
Waszyngton nie rozróżnia już Autonomii Palestyńskiej – umiarkowanej, powołanej w wyniku porozumień z Oslo i funkcjonującej jako część uznawanych przez społeczność międzynarodową struktur – od Hamasu, radykalnego ugrupowania islamistycznego, które od 2007 roku sprawuje władzę w Strefie Gazy i prowadzi walkę zbrojną przeciwko Izraelowi. Celowo pomijane jest także znaczenie samej Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), która od lat 70. uznawana jest przez ONZ i większość państw świata za jedynego legalnego reprezentanta narodu palestyńskiego i która podpisała porozumienia pokojowe w imieniu Palestyńczyków. Zrównywanie OWP i Autonomii Palestyńskiej z Hamasem to zabieg propagandowy: w oczach amerykańskich władz cała Palestyna ma być przedstawiona jako jednolity „problem bezpieczeństwa”, bez miejsca na dialog, negocjacje czy kompromis.
Palestyńczycy nazwali decyzję sprzeczną z prawem międzynarodowym i zaapelowali o jej cofnięcie. Rzecznik sekretarza generalnego ONZ Stéphane Dujarric przypomniał, że wszyscy członkowie i obserwatorzy, w tym Palestyna, powinni być obecni w Nowym Jorku. Jeśli państwo-gospodarz zaczyna decydować, kogo wpuszcza, a kogo nie, to fundament ONZ staje się kruchy. W podobnym tonie wypowiedział się szef francuskiej dyplomacji Jean-Noël Barrot, który nazwał siedzibę ONZ „sanktuarium pokoju” i podkreślił, że nie może być ona narzędziem politycznych restrykcji.
Francja odgrywa w Europie rolę najważniejszego rzecznika sprawy palestyńskiej. Prezydent Emmanuel Macron w ostatnich miesiącach wielokrotnie podkreślał, że uznanie Palestyny jest nieuniknionym krokiem w stronę pokoju i stabilizacji Bliskiego Wschodu. Władze w Paryżu przygotowują się do formalnego zgłoszenia tego postulatu na forum ONZ, a decyzję USA traktują jako jawne nadużycie i próbę uciszenia palestyńskiego głosu. Macron zaznaczył, że Europa nie może pozostać bierna wobec kolejnych blokad Waszyngtonu i że Francja zamierza dać przykład innym państwom. W ślad za Paryżem poszły także inne państwa – Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia – które razem z piętnastoma krajami europejskimi podpisały inicjatywę „New York Call”, zapowiadając wspólne uznanie Palestyny podczas wrześniowej sesji. Ta koalicja obejmuje m.in. Hiszpanię, Irlandię, Norwegię, Portugalię, Słowenię czy Finlandię i pokazuje, że powstaje szeroki blok Zachodu gotowy poprzeć palestyńską państwowość. Paradoksalnie, to właśnie Stany Zjednoczone swoim nadużyciem przyspieszają proces, który same przez lata starały się zablokować.
Tymczasem Waszyngton oskarża Palestyńczyków o „lawfare”, czyli prowadzenie „wojny prawnej” poprzez skargi do Międzynarodowego Trybunału Karnego i Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. To oskarżenie brzmi absurdalnie. Korzystanie z mechanizmów prawa międzynarodowego nie jest żadną wojną, tylko dowodem, że Palestyńczycy, pozbawieni realnej siły militarnej i skutecznych negocjacji, sięgają po jedyne dostępne środki. Jak powiedział palestyński ambasador przy ONZ Riyad Mansour, „to nie jest żadna wojna prawna, to korzystanie z instytucji prawa, które mają chronić słabszych przed silniejszymi”. Izraelskie i amerykańskie elity polityczne obawiają się bowiem konsekwencji prawnych – za okupację, za łamanie praw człowieka, za system apartheidu. To dlatego chcą pozbawić Palestyńczyków prawa do sądów międzynarodowych, przedstawiając je jako „obejście negocjacji”. Jak podkreśla wielu ekspertów, w rzeczywistości to jedyna forma walki, która Palestyńczykom pozostała.
Izrael nie kryje satysfakcji
Minister spraw zagranicznych Gideon Saar podziękował USA za „odważny krok” i wyraził uznanie, że Amerykanie „po raz kolejny stanęli u boku Izraela i pokazali, że nie pozwolą Palestyńczykom prowadzić wojny prawnej przeciwko nam”. Takie słowa jasno pokazują, że Waszyngton działa w pełnej synchronizacji z rządem izraelskim. To nie Izrael dostosowuje się do polityki USA, ale odwrotnie – to Stany Zjednoczone przyjmują bez zastrzeżeń każdą izraelską agendę. Taki układ jest jawnym zaprzeczeniem idei, że Amerykanie mogą odgrywać rolę uczciwego pośrednika. Oni są dziś stroną konfliktu, lojalnym sojusznikiem jednego z uczestników sporu i jego politycznym protektorem.
Otwarte pozostaje pytanie, czy sam prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas będzie mógł wziąć udział w obradach. Waszyngton nie podał listy objętych zakazem osób, co daje mu swobodę w dalszych decyzjach i otwiera pole do politycznych kalkulacji. Możliwe są trzy scenariusze. Pierwszy: Abbas zostanie wpuszczony, lecz jego delegacja zostanie okrojona do minimum. Wtedy mógłby wygłosić przemówienie, ale pozbawiony zespołu doradców i ekspertów straciłby realną możliwość oddziaływania na przebieg obrad. Drugi: sam Abbas nie otrzyma wizy, a do Nowego Jorku dotrze jedynie grupa urzędników niższego szczebla. Byłoby to otwarte upokorzenie prezydenta Palestyny i sygnał, że Waszyngton kwestionuje jego mandat do reprezentowania narodu palestyńskiego. Trzeci, najbardziej skrajny scenariusz: całkowita blokada, obejmująca zarówno Abbasa, jak i całą jego delegację. Oznaczałoby to, że głos Palestyny zostałby całkowicie uciszony, a ONZ dopuściło się precedensu, w którym jedno państwo-gospodarz selekcjonuje uczestników globalnego forum według własnych interesów. Każdy z tych wariantów byłby kompromitacją gospodarza ONZ i złamaniem zasad, które miały obowiązywać od samego początku.
Historia zna już podobne przypadki. W 1988 roku Stany Zjednoczone odmówiły wizy Jasir Arafatowi, przewodniczącemu OWP, co zmusiło ONZ do przeniesienia jego przemówienia do Genewy. Była to kompromitacja amerykańskiej dyplomacji i dowód, że USA nadużywają pozycji gospodarza. W późniejszych latach podobne praktyki dotknęły dyplomatów z Iranu, Kuby czy Wenezueli – państw, które sprzeciwiały się amerykańskiej dominacji. Dziś groźba powtórki z tamtego scenariusza jest realna. Jeśli nie wpuści się Abbasa, będzie to kolejny akt politycznej cenzury i jasny sygnał, że USA traktują ONZ jak własne podwórko, a nie forum wspólnoty międzynarodowej.
Abbas, zapowiadając udział w obradach, jasno pokazuje, że Palestyna nie zamierza zamilknąć. Jego obecność w Nowym Jorku, jeśli do niej dojdzie, będzie symbolem palestyńskiej determinacji, by mimo blokad i upokorzeń upominać się o swoje prawa. Jeśli natomiast Amerykanie zdecydują się na jego całkowite wykluczenie, świat stanie przed dramatycznym pytaniem — czy ONZ ma jeszcze sens, skoro głos jednego narodu można uciszyć arbitralną decyzją państwa-gospodarza?
Decyzja USA nie jest tylko kwestią techniczną. To dowód, że amerykańska polityka bliskowschodnia jest w pełni uzależniona od Izraela. To także atak na samą ideę multilateralizmu. Jeżeli społeczność międzynarodowa przymknie na to oko, ONZ stanie się fasadą, a nie instytucją zdolną bronić równości i prawa narodów. Jeżeli państwo-gospodarz może dowolnie selekcjonować uczestników, to fundamenty systemu międzynarodowego chwieją się w posadach. Stany Zjednoczone pokazały swoją zależność, a świat musi teraz zdecydować, czy pozwoli, by ONZ zostało zredukowane do narzędzia polityki jednego mocarstwa i jego regionalnego sojusznika.









