Przezwyciężanie historycznego podziału

Jednym z ciekawszych momentów niedawnej konwencji Koalicji Europejskiej, na której prezentowani byli liderzy list do Parlamentu Europejskiego, było wystąpienie Radosława Sikorskiego. Ten znany ze swych radykalnych wypowiedzi antykomunista otwarcie ustosunkował się do postawionego mu przez jednego z wyborców zarzutu, że zgodził się kandydować razem z komunistą Millerem. Odpowiedź Sikorskiego warta jest przypomnienia.

Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on, że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku.
Pojęcie „podziału postkomunistycznego” (użyte między innymi w wartościowej książce Mirosławy Grabowskiej „Podział postkomunistyczny” (Warszawa 2004) wywodzi się z socjologicznej koncepcji sformułowanej w latach sześćdziesiątych przez dwóch znanych socjologów polityki (a moich starszych przyjaciół) : Seymoura Martina Lipseta (1922-2006) i Steina Rokkana (1921-1979). Używali oni terminu „cleavages” tłumaczonego na polski jako „podział” lub „rozłam”. Idzie tu nie o jakikolwiek podział polityczny, lecz tylko o bardzo trwałą polaryzację wynikającą z ważnych wydarzeń historycznych. Pisząc o polityce europejskiej Lipset i Rokkan wymieniali trzy takie wielkie podziały, których korzenie tkwiły w reformacji, w rewolucjach narodowo-demokratycznych przełomu stuleci XVIII i XIX oraz rewolucji przemysłowej XIX wieku. „Podział postkomunistyczny” byłby kolejnym takim podziałem, u źródeł którego leżał stosunek do okresu rządów partii komunistycznych.
Podział ten nie we wszystkich państwach postsocjalistycznych ma jednakowo wielkie znaczenie. W szczególności nie wyznacza on w znaczącym stopniu układów politycznych w Rosji i w większości dawnych republik radzieckich. W Polsce natomiast miał on znaczenie fundamentalne, co wynika z faktu, że to w Polsce istniała najsilniejsza opozycja demokratyczna. Tak dla jej działaczy, jak i dla ludzi zaangażowanych po stronie ówczesnych władz, pamięć o tamtych wydarzeniach (w tym zwłaszcza o traumatycznym doświadczeniu stanu wojennego) stanowiła bardzo ważny wyznacznik dokonywanych wyborów.
Po 1989 roku podziały polityczne w naszym kraju były w pierwszym rzędzie odzwierciedleniem tak rozumianego „podziału postkomunistycznego”. Utrzymywał się on także wtedy, gdy zmieniał się układ sił. Po zwycięstwie Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich 1990 roku i po wyborach parlamentarnych 1991 roku wyrażał się on w izolacji wywodzącej się z PZPR lewicy, co zresztą było jedną z przyczyn niestabilności i upadku dwóch kolejnych rządów: Jana Olszewskiego w 1992 roku i Hanny Suchockiej rok później. Po imponującym zwycięstwie SLD w wyborach 1993 roku w kierownictwie tego ugrupowania pojawiła się koncepcja „wielkiej koalicji” z udziałem Unii Demokratycznej i Unii Pracy. Choć nie wszystkim działaczom naszego ugrupowania koncepcja ta odpowiadała, miała ona poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego a tym samym mogła stać się podstawą budowania polityki polskiej na podstawach innych niż historyczne podziały. W Unii Demokratycznej byli zwolennicy tej koncepcji, wśród których szczególną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Większość grona kierowniczego tej partii była jednak przeciwna koalicji z SLD, co pociągało za sobą także odmowę udziału w koalicji ze strony Unii Pracy. Tym samym układ polityczny w drugiej kadencji Sejmu (1993-1997) odzwierciedlał historyczny podział na ugrupowania wyrosłe z PRL (SLD i PSL) oraz ugrupowania mające korzenie w antykomunistycznej opozycji. Podział ten utrzymał się przez dwie następne kadencje, w których SLD był albo najsilniejszą partią opozycyjną, albo głównym trzonem rządzącej opozycji. Podwójne zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich lat 1995 i 2000 oznaczało, że dla wielkiej części wyborców polityczny życiorys tego polityka nie był przeszkodą w oddaniu na niego głosu.
Taki układ polityczny załamał się w 2005 roku w wyniku dotkliwej klęski wyborczej SLD. Przyczyny tej klęski były nieraz analizowane, także przeze mnie, więc nie ma sensu by do tego wracać. Nie prowadziło to jednak do zaniku „podziału postkomunistycznego”. Podział ten utrzymywał się w postaci izolowania SLD, który przez następne czternaście lat pozostawał w opozycji i nie był brany pod uwagę przy budowaniu kolejnych koalicji rządowych.
Zarazem jednak od 2005 roku coraz silniejszy był nowy podział polityczny rozrywający dotychczasowy blok antykomunistyczny. W przededniu wyborów 2005 roku dość powszechne było przekonanie, że ich wynikiem będzie powstanie koalicji PO-PiS, co stanowiłoby odzwierciedlenie „podziału postkomunistycznego”, gdyż obie te partie kierowane były ( i są) przez ludzi niegdyś aktywnych w szeregach opozycji antykomunistycznej. Dlaczego tak się nie stało?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Sądzę, że w grę wchodziło kilka okoliczności. Pierwszą było to, że wobec wielkiego osłabienia SLD znikł jednoczący dawną opozycję czynnik walki ze wspólnym wrogiem. Drugą okolicznością było to, że wygrywając zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie PiS uzyskał tak wielką przewagę na Platformą Obywatelską, że wykluczało to równorzędną, partnerską współpracę. Trzecią okolicznością były różnice programowe, co propagandziści PiS przekuli na przeciwstawienie Polski „solidarnej” Polsce „liberalnej”. Wreszcie nie bez znaczenia były ambicje osobiste przywódców, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, któremu nigdy nie układała się współpraca z niezależnymi od niego partnerami.
Konsekwencją załamania się koncepcji „PO-PISU” były długie lata wyniszczającej walki prowadzonej przez dwa ugrupowania o podobnych korzeniach historycznych. Raz jeszcze potwierdziła się prawidłowość, że najostrzejsza walka toczy się między tymi, którzy wyszli z tej samej formacji. Dotyczy to zarówno walk wyznaniowych (katolicy i protestanci, sunnici i szyici), jak i walk politycznych.
W walkach toczonych po 2005 roku między dwiema głównymi partiami polskiej prawicy SLD skazany był na rolę kibica. Jego poparcie nie było niezbędne ani jednej, ani drugiej stronie. Raz tylko SLD mógł znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń: gdyby w 2015 roku jednoznacznie poparł Bronisława Komorowskiego. Jak wiadomo, tak się nie stało, co uważałem wtedy i nadal uważam za wielki błąd polityczny naszej formacji.
Obecne rządy PiS pogłębiły jednak podziały. Pokazały, że w grę wchodzą obecnie sprawy fundamentalne dla przyszłości Polski na dziesięciolecia: jej miejsce w Unii Europejskiej i utrzymanie zagrożonego ładu demokratycznego. Odpowiedzią na to jest powstanie Koalicji Europejskiej z partnerskim udziałem SLD. Jest to moment przełomowy – ostateczny kres „podziału postkomunistycznego” .
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.

Spór o ocenę demokracji

Niedawna rocznica czerwcowych wyborów 1989 roku przypomniała, jak głęboko sięgają polityczne rozbieżności w ocenie tego wydarzenia, a raczej – bo tu tkwi istota sporu – całej polskiej drogi do demokracji.

 

Obóz rządzący rocznicę tę albo ignorował, albo nawet usiłował dezawuować, na przykład przez wysuwanie niepoważnego twierdzenia, jakoby wybory czerwcowe zostały przez Polaków zbojkotowane. Politycy Platformy Obywatelskiej i bliscy im publicyści potraktowali czerwcową rocznicę jako dogodną okazję do podkreślenia roli odegranej w tej historycznej zmianie przez ówczesną opozycję demokratyczną i jej historycznych przywódców. Mają do tego bezsporne prawo.

 

Miejsce dla lewicy

Gdzie w tym sporze stoi lewica? Czym dla niej jest czerwcowa rocznica? Są to pytania o istotnym znaczeniu politycznym, gdyż stosunek do wydarzeń, od których dzieli nas już niemal trzydzieści lat, ma istotne znaczenie dla dzisiejszej tożsamości wszystkich sił politycznych, w tym także – a może nawet szczególnie – lewicy.
Gdy pojawiły się informacje o wyniku pierwszej (najważniejszej) tury wyborów, byłem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Przewidywałem przegraną w wyborach do Senatu i dlatego proponowałem (niestety bezskutecznie) wprowadzenie innej ordynacji wyborczej, która pozwoliłaby na wejście do Senatu w przybliżeniu takiej liczby kandydatów ówczesnego obozu rządzącego, jaka odpowiadała zasięgowi jej poparcia (szacowanego na 25-30 procent biorących udział w głosowaniu). Jak wielu ludzi z obu stron ówczesnego podziału obawiałem się, że wynik wyborów zdestabilizuje trudny proces przebudowy systemu i doprowadzi do eskalacji konfliktów o trudnych do przewidzenia, być może dramatycznych, konsekwencjach.
Obawy te okazały się przesadne, co nie znaczy, by były bezzasadne. Wypracowany przy „okrągłym stole” kompromis polityczny został uratowany i stał się fundamentem polskiej, pokojowej drogi do demokracji. Chociaż wielu ludzi miało udział w zbudowaniu tego kompromisu, rolę podstawową odegrali dwaj przywódcy: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa. Nie jest więc przypadkiem, że obaj oni byli i są celem bezpardonowych ataków ze strony tych polityków, którzy albo już wtedy byli przeciwnikami historycznego kompromisu, albo po latach doszlusowali do obozu przeciwników „okrągłego stołu”.
W politologicznych teoriach przejścia do demokracji wyróżnia się pięć podstawowych wariantów. Pierwszym, niezwykle rzadkim, jest budowanie demokracji w warunkach przegranej wojny i obcej okupacji. Drugim, też rzadko występującym, jest rewolucyjne, dokonane siłą obalenie dyktatury. Doświadczenie historyczne pokazuje, że w większości wypadków rewolucja prowadzi nie do demokracji,, lecz do innego typu dyktatury, jak to miało na przykład miejsce w Iranie po obaleniu szacha Reza Pahlevi w 1979 roku. Trzecim jest implozja systemu, załamanie się dyktatury pod wpływem poniesionej klęski zagranicznej (Grecja 1974, Argentyna 1983), lub wewnętrznego kryzysu (ZSRR 1991). Czwartym jest udana reforma „odgórna”, prowadzona przez reformatorów w ramach systemu dyktatorskiego bez znaczącego udziału opozycji (co nastąpiło w Brazylii na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego stulecia i zapamiętane zostało pod nazwą „abertury” – otwarcia). Piątym wreszcie modelem zmiany jest negocjowana reforma, dla której modelowym wzorem był wielki kompromis hiszpański po śmierci (1975r.) generała Franco i pod patronatem nowego króla Juana Carlosa.

 

Kompromis

Model negocjowanego kompromisu zawiera w sobie obustronne ustępstwa, a więc wyklucza taki wynik, który po jednej stronie stawiałby stuprocentowych zwycięzców, po drugiej zaś – totalnie przegranych. Jak podkreślają badacze tego procesu (w tym pochodzący z Polski wybitny politolog amerykański Adam Przeworski) warunkiem powodzenia negocjowanej reformy jest to, by jeszcze przed podjęciem rokowań po obu stronach dokonały się przegrupowania, w wyniku których wpływy polityczne tracą fundamentalistyczni przeciwnicy ustępstw w obozie władzy i radykalni przeciwnicy kompromisu po stronie opozycji. To stało się zarówno w Hiszpanii, jak kilkanaście lat później w Polsce. Bez takiego, dokonanego po obu stronach, uporządkowania szeregów kompromis nie byłby możliwy.
Historia dopisała jednak ciąg dalszy. W wyniku rozczarowania znacznej części społeczeństwa polskiego tym, jak przebiegały przemiany posocjalistyczne, oraz w wyniku politycznych przetasowań w głównych partiach politycznych, władzę w Polsce zdobyło ugrupowanie, które wręcz ostentacyjnie nawiązuje do tego nurtu dawnej opozycji, który programowo odrzucał kompromis „okrągłego stołu”. Symbolicznym znakiem tej zmiany było powierzenie zaszczytnej funkcji marszałka-seniora otwierającego posiedzenie wybranego w 2015 roku Sejmu Kornelowi Morawieckiemu, który bardziej niż ktokolwiek inny reprezentuje nieprzejednany sprzeciw wobec kompromisu 1989 roku. Obóz rządzący kreuje się na bezkompromisowego przeciwnika tego kompromisu, potępia jego głównych autorów i sugeruje, że idąc inną drogą Polska miałaby się obecnie bez porównania lepiej.

 

Fałsz

Jest to fałsz historyczny i przejaw moralnej dezynwoltury. Nie ma ani jednego przykładu kraju, który z systemu państwowego socjalizmu wyszedłby drogą rewolucyjną i odniósł w jej wyniku lepsze niż Polska wyniki. Czy takim wzorem miałaby być dla nas Rumunia, która przez wiele lat nie mogła uporać się z konsekwencjami krwawej rewolty z grudnia 1989 roku? A może Rosja, Ukraina lub Białoruś, gdzie zmiany ustrojowe zrodziły się w wyniku gwałtownego załamania politycznego po nieudanym puczu sierpnio0wym 1991 roku?

 

Prawda

Polska droga de demokracji nie jest wolna od porażek i błędów, z których najważniejszym było zbytnie podporządkowanie polityki gospodarczej i społecznej państwa logice neoliberalnego podejścia do reform gospodarczych, co w konsekwencji doprowadziło do nadmiernej polaryzacji społecznej i do uzasadnionego poczucia pokrzywdzenia znacznej części społeczeństwa. Krytykując je i programując inną strategię na lata, które przyjdą po odsunięciu od władzy obozu PiS, powinniśmy jednak pamiętać, że nie stanowiły one nieuchronnej konsekwencji zawartego w 1989 roku historycznego kompromisu.
Kompromis ten ma natomiast znaczenie dla przyszłości jako wyraz takiego myślenia o państwie, w którym chciałbym widzieć drogowskaz ku lepszej niż obecna polityki polskiej. Fundamentem tego myślenia jest uznanie, że Rzeczpospolita jest wspólnym dobrem wszystkich jej obywateli. Za tym – wyrażonym w preambule do Konstytucji – sformułowaniem kryje się ważna myśl: odrzucenie traktowania polityki jako bezwzględnej walki opartej na podziale na „swoich” i „wrogów”. Kryje się także gotowość do wspólnego wypracowywania rozwiązań stwarzających szansę na wspólne działanie podstawowych sił politycznych.

 

Morał

Takie przesłanie, płynące z naszego – szanowanego w świecie – doświadczenia pokojowej drogi do demokracji, jest cennym dziedzictwem „okrągłego stołu”, czerwcowych wyborów i sposobu, w jaki wynik tych wyborów posłużył budowaniu demokratycznej Polski. Jako ludzie tego nurtu lewicy, który odegrał w tym procesie znaczącą rolę, mamy prawo do dumy z tego, że demokratyczna Polska rodziła się nie wbrew nam, lecz z naszym znaczącym udziałem.

Święto dla wybranych

4 czerwca minęła 29 rocznica pierwszych wyborów po upadku Polski Ludowej. W powszechnej świadomości jest to symboliczna data inicjująca przemiany ustrojowe w Polsce i przejście od realnego socjalizmu do wolnorynkowego kapitalizmu.
Przez wiele lat 4 czerwca budził kontrowersje. Środowiska liberalne i prawicowe świętowały początek reform i odejście od PRL-u, a duża część elektoratu lewicowego niechętnie podchodziła do celebrowania tej daty, pamiętając o negatywnych skutkach transformacji. Po blisko 30 latach od zmiany ustrojowej dyskusja nad oceną reform praktycznie nie istnieje.
Polityka historyczna została zawłaszczona przez obóz solidarnościowy i mało kto rzetelnie ocenia sensowność ówczesnych przemian. Po jednej stronie sytuuje się środowisko liberalnych mediów i partii, które wciąż pozytywnie oceniają reformy Balcerowicza, a 4 czerwca jest dla nich świętem wolności i radosną datą zerwania z „komunizmem”. Po drugiej strony mamy coraz bardziej wyrazisty obóz obecnej władzy, który ostrożnie podchodzi do świętowania rocznicy wyborów. Nie chodzi tutaj jednak o bardziej zniuansowane podejście do reform Balcerowicza. Propisowscy komentatorzy rzadko kwestionują kierunek reform z początku lat 90., a krytykują przede wszystkim brak ostrej dekomunizacji oraz przypisywanie zasług w procesie transformacji Wałęsie, Mazowieckiemu czy Borusewiczowi, a nie braciom Kaczyńskim. Sama ocena PRL-u i przemian ustrojowych jest w obydwu obozach bardzo zbliżona.
W całej tej dyskusji znikła rzeczowa analiza przemian ustrojowych i ich ofiar. Tymczasem skutki reform dla znacznej części społeczeństwa były katastrofalne. W latach 1990-1991 PKB spadło o prawie 18 proc., poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu 2 lat bezrobocie wzrosło do ponad 2 mln, już w pierwszym roku transformacji ponad dwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 r. do 31 proc. w 1990 r.). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji i wydajności pracy. Realne wynagrodzenia spadły o aż 25 proc., zaś płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu 2 lat o ponad połowę.
Transformacja doprowadziła też do olbrzymiego spadku liczby wybudowanych mieszkań, znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków oraz ograniczenia wielu innych form opieki nad dziećmi, które były rozwinięte w PRL-u. Znacznie wzrosła skala schorzeń psychicznych. Wszystkie te zjawiska w dyskusji na temat transformacji od lat są lekceważone, a entuzjaści Balcerowicza przedstawiają je jako konieczne skutki przemian.
W tym kontekście warto przypominać historyczną prawdę, unikać jednoznacznych ocen, a zarazem nie wpisywać się w festiwal jałowej ekscytacji. Dobrze się stało, że w 1989 r. zniesiono cenzurę, wprowadzono procedury demokratyczne, a Polska poprawiła relacje z krajami zachodnimi. Ale powinniśmy pamiętać, że przyjęty przez ówczesne władze model przemian ustrojowych zawierał mnóstwo patologii i trudno się dziwić, że dla milionów Polaków i Polek 4 czerwca nie jest radosną rocznicą.