Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Fregaty

Niepotrzebne są nam nie tylko australijskie fregaty.

 

Cały polski polityczno-medialny mainstream pasjonuje się niedoszłym zakupem australijskiego pływającego demobilu. Jednak nikt nie zadał sobie prostego pytania: czy faktycznie potrzebne są nam okręty wojenne? Trzeba by doprawdy niezwykle bujnej – a właściwie chorej – wyobraźni aby widzieć bitwy morskie na Bałtyku w XXI wieku. Z kim miałaby się naparzać polska wojenna flota morska? Z Niemcami już nie, wszak to nasz natowski sojusznik. A może z ruskimi, gdyby następcą Putina został jakiś nacjonalistyczny oszołom? A może z niezbyt biegłymi w geografii islamskimi terrorystami, którzy przedarli się przez cieśninę Skagerrak, aby ostrzeliwać polskie wybrzeże myśląc, że Poland to Holland?
Gdyby jednak ziścił się któryś z wyżej wymienionych scenariuszy, to trzeba wiedzieć, że są lepsze niż bitwy morskie sposoby unieszkodliwienia wrażych okrętów. Można do nich np. strzelać z armat. Wiem coś o tym, bo sam strzelałem na poligonie do celów pływających. Skuteczniejszym sposobem byłoby bombardowanie z powietrza. Ciach trach i po ptokach.
W obecnych czasach marynarka wojenna nie służy do tego, aby okręty pukały do siebie nawzajem z armatek ustawionych na pokładzie. Obecnie okręty wojenne to przede wszystkim lotniskowce. Wykorzystywane są jako mobilne bazy dla wojsk lądowych i powietrznych, pełniąc również funkcje zwiadowcze. Dlatego nie pływają po Bałtyku, jako że efektem takiego pływania byłoby jedynie wystraszanie tej niewielkiej ilości ryb, które jeszcze się ostały w tym zasyfionym morzu. Wojenne lotniskowce znajdują się na wielkich akwenach wodnych, z reguł w pobliżu miejsc, gdzie już się toczą lub mogą się toczyć konflikty zbrojne. Najbardziej wyrazistym przykładem jest Morze Śródziemne w bezpośredniej bliskości Syrii, gdzie pływają sobie amerykańskie i rosyjskie lotniskowce, nie wchodząc sobie w paradę. Nie po to tam je bowiem wysłano aby się wzajemnie ostrzeliwały.
Polska trzymając się – i słusznie – z dala od konfliktu syryjskiego swoich okrętów w ten rejon wysyłać nie musi nawet gdyby je kupiła w Australii. Skoro nasz kraj jest członkiem NATO, które w założeniu jest paktem obronnym, to i uzbrojenie polskiej armii powinno mieć obronny, a nie ofensywny charakter. Dlatego też nie są nam potrzebne okręty wojenne – ani australijskie fregaty ani amerykańskie krążowniki. Jedyne zadanie obronne polskiej armii na wodach Bałtyku to ochrona wybrzeża np. przed uciekającym ze Szwecji uchodźcami. Do tego celu wystarczyłyby łodzie patrolowe. Straż przybrzeżna Belize ma takich łodzi 37 i rozwijają one prędkość do 100 km na godzinę. Strzegą one morskiej granicy o długości 386 km. Przypada w przybliżeniu 1 łódź na 10 km. Polskie wybrzeże jest o 54 km dłuższe, zatem do ochrony liczącej 440 km granicy wystarczyłoby 45 takich łódek, a może 50, gdyby któraś poszła do remontu, a załogi kilku innych byłyby akurat na urlopie.
Przy okazji tych morskich rozważań przypomina się stary dowcip, który ostatnio nabrał walorów aktualności. Podczas szczytu Unii Europejskiej do delegacji polskiej podeszli przedstawiciele Czech i poprosili naszych aby pomogli im w budowaniu marynarki wojennej. „Jak to? – zdziwili się Polacy – przecież nie ma macie morza”. „No tak – odpowiedzieli Czesi – ale wy macie Ministerstwo Sprawiedliwości”.
Poddając w wątpliwość sens istnienia polskiej marynarki wojennej bynajmniej nie nawołuję do osłabienia obronności RP. Staram się jedynie przeciwstawić nonsensy racjonalnemu rozumowaniu.

Patataj

Oddałbym wszystkie pieniądze żeby móc usłyszeć i zobaczyć jak Prezydent Najjaśniejszej RP tłumaczył zdumionym i pewnie wkurzonym Australijczykom, że po wielomiesięcznych pertraktacjach w sprawie zakupu fregat (prowadzonych zapewne przez Bardzo Ważnych Generałów i Urzędników Prezydenta) cały misterny plan poszedł w PiS-du – jak mawiał klasyk (Siara).

 

Gdybym był na jego (PAD) miejscu, to gdzieś nad Oceanem Indyjskim wolałbym wyskoczyć w locie i wpław wrócić do kraju. Bo jak spojrzeć w oczy poważnym politykom i powiedzieć – Wiecie chłopaki, przedstawiłem się wam jako poważny prezydent i głowa państwa tak tylko dla jaj. Zawracałem wam gitarę, zmarnowałem wasz czas, a jak już wszystko było gotowe, że tylko papiery podpisywać, to dowiedziałem się, że „starzy się nie zgodzili” więc sorry, ale nic z tego co wam obiecałem nie będzie. Tak tłumaczy się nastolatek, gdy umawia się na wyjazd pod namiot z paczką kolegów i przychodzi na dworzec bez plecaka, ze zwieszoną głową i wstydem w oczach, bo trzeba kumplom powiedzieć, że sami nie mamy nic do gadania, choćby nie wiem jak bardzo puszyliśmy się wcześniej.

Im bardziej na poważnie Australijczycy wzięli Andrzeja Dudę jako głowę państwa, im bardziej zapewnili mu godne przyjęcie (kompania honorowa, salwy armatnie, rauty i przyjęcia), tym bardziej sytuacja staje się niezręczna – bo wszyscy wiedzą i widzą (patrz – misterny plan), że fetują nie europejskiego męża stanu a kapitana z Koepenick.

Już widzę jak Australijczycy zasiadają z polską delegacją towarzyszącą prezydentowi do plenarnych obrad i zaczynają poważne rozmowy na ważne tematy. Bo jak rozmawiać z facetem, który podając się za pełnomocną głowę państwa wynegocjował spory kontrakt, by tuż przed jego uroczystym podpisaniem powiedzieć – Wiecie chłopaki, starzy się nie zgodzili?

Jarosław Kaczyński kilka razy dał klapsa niesfornemu Andrzejkowi gdy ten chciał trochę pobrykać samodzielnie, ale – trzeba to przyznać – robił to z niemal ojcowską delikatnością. W subtelności nie bawił się Mateusz Morawiecki, który dał prezydentowi z liścia przywołując go do porządku. Ośmieszając go przy tym zupełnie i pokazując, że ma siedzieć z długopisem w dłoni pod żyrandolem i nie starać się choćby sprawiać wrażenia samodzielności. Bidula nawet nie dostał szansy by kompromitacji uniknąć, bo „liść” dopadł go w samolocie na antypody. Szaty „króla” zostały skradzione i musiał na golasa wysiąść z samolotu wprost na czerwony dywan przed kompanię honorową.

Po wstydliwej hecy z fregatami Andrzej Duda choćby nie wiem jak się starał, niezłomnie nadymał i puszył, to dla poważnych polityków ze świata będzie niczym dumny husarz: w kirysie, lamparciej skórze, szyszaku, ze skrzydłami u ramion, przy kopii i koncerzu, ale tuptający pieszo w rytm „patataj” wybijanego skorupkami kokosa przez wiernego ciurę (Krzysztofa Łapińskiego na przykład) – bo tatuś konia nie dali.