Zgrany duet socjalistów

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto. Ale ten zaufany człowiek Evo Moralesa, wcześniej przez wiele lat minister gospodarki w jego rządach, zdaje się rozumieć, że o wyniku tych wyborów wcale nie musi zadecydować większość głosów. Nie po to prawica organizowała w listopadzie zamach stanu.

Ruch na rzecz Socjalizmu (MAS) długo typował swojego przedstawiciela, jednak ostateczny wybór wydaje się trafiony – Luisa Arce nie sposób nazwać ani politykiem niedoświadczonym, ani nieznającym problemów i realiów Boliwii (w tym bezwzględności tutejszej prawicy), ani nazbyt ugodowym. Wręcz przeciwnie: wskazany 21 stycznia polityk to postać symboliczna.
Kredyt wiarygodności
Ministrem gospodarki był w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do końca w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia. To właśnie on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów XXI w.
Już w pierwszym roku sprawowania przez niego obowiązków Boliwia upaństwowiła sektory naftowy i gazowy, co było jedną z kluczowych obietnic Evo Moralesa w jego pierwszej kampanii wyborczej i dało mu kredyt wiarygodności i zaufania na kolejne lata.
Kredyt, który został spłacony. W 2012 r. rząd Boliwii znacjonalizował prywatne firmy energetyczne, zapewniając największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii elektrycznej. Ostatecznie zaś w ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 4,4 proc.
Cud boliwijski
To, jaki wkład w te wyniki miał Arce, docenił nawet „Wall Street Journal”, pisząc w 2014 r., przy okazji trzeciej kampanii wyborczej boliwijskiego prezydenta, że gros popularności Evo zawdzięcza swojemu głównemu ekspertowi od ekonomii. Boliwijska „La Diaria” nazywa go wprost współautorem boliwijskiego cudu gospodarczego.
Warto w tym miejscu dodać, że Arce nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstaw buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa, a ze wspomnianym „WSJ” rozmawiał bez kompleksów.
– My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy – oznajmił w wywiadzie w 2014 r., nie troszcząc się o zmiękczanie przekazu pod liberalnego rozmówcę.
Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe.
Biały z miasta
A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie, na działaniach których korzystali wyłącznie najbogatsi. Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi.
Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Chłopski przywódca Alvaro Molinedo nie zawahał się nawet mówić o „zdradzie”, do jakiej doszło w łonie MAS, gdy partia wskazała jako kandydata Luisa Arce zamiast Choquehuanki.
To ten ostatni uzyskał oficjalne wsparcie na wielkim zgromadzeniu przedstawicieli organizacji społecznych z siedmiu regionów kraju. Evo Morales z azylu w Buenos Aires stara się, jak może, tonować nastroje.
Potencjalne kontrowersje
– Wybraliśmy Luisa Arce, gdyż sprawy gospodarcze będą kluczowe w programie MAS – tłumaczył 20 stycznia. Dodawał także, że nie ma mowy o marginalizowaniu ruchów chłopskich, a na Twitterze pisał, że tak skomponowany duet prezydenta i wiceprezydenta to łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa.
Gasić potencjalne kontrowersje pospieszył również sam kandydat na wiceprezydenta, który 23 stycznia wyraził publicznie uznanie dla osiągnięć Arce i zdementował pogłoski, jakoby czuł się odsunięty.
Gdyby kluczowe w programie i w kampanii były sprawy gospodarcze, wówczas ten sojusz robotniczo-chłopski po boliwijsku faktycznie szedłby pewnie po zwycięstwo. Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Sondaż Taxi Noticias, cytowany w materiale wenezuelskiej TeleSur, daje MAS niemal fantastyczny wynik 75 proc. w wyborach parlamentarnych.
Czystka zwolenników
Ale sam Luis Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: po wylądowaniu w El Alto przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny i transparentny.
Sam „rząd” nie pozostawia w tym zakresie wielu wątpliwości. Nie chodzi już tylko o czystkę zwolenników Evo Moralesa w aparacie państwowym czy „zaginięcia” liderów związkowych, wiejskich i indiańskich.
Ani o to, że Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież w kraju po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Z tym jednak, że Arce, „z przyzwoitości”, powinien prowadzić swoją kampanię… cicho i dyskretnie.
Realia wspierane przez Amerykanów
W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Niektórzy prawicowcy nie byli zresztą tak subtelni. Rafael Quispe, postawiony przez Jeanine Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych, głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem.
Potem zaś kandydat MAS powinien trafić do aresztu i oczywiście zostać wykreślony z listy potencjalnych prezydentów. Metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.
Ironiczna bezczelność
Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwość, ale prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych.
Wyjątkowa ironia, zważywszy na wkład MAS w wyciąganie Indian z nędzy, ale i wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, gdy wiadomość o ściganiu Luisa Arce pada kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.
Charyzma symbolu
Gdy w Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę.
Boliwijscy socjaliści mają ikonę, Moralesa, w relatywnie bezpiecznej Argentynie, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników.
Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział 28 stycznia, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Brzmiał przekonująco. Wręcz porywająco.
Czy jednak boliwijska prawica pozwoli, by ktoś naprawdę znowu skutecznie porwał tłumy przeciwko niej?

Socjaliści przeciw dyktaturze

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto.

Luis Arce to postać symboliczna. Był ministrem gospodarki w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do jego obalenia przez skrajnie prawicowych puczystów w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia.

Cudotwórca

To on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów: upaństwowienie sektorów naftowego i gazowego oraz firm energetycznych, co zapewniło największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii. W ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Boliwijska „La Diaria” nazywa Arce współautorem cudu gospodarczego.

Minister nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstawach buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa. W wywiadzie z „Wall Street Journal” bez kompleksów oznajmił: – My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy.

Sojusz wsi i miasta

Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe. A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie.

Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi. Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Według Moralesa, kierującego MAS z azylu w Argentynie, para Arce-Choquehuanca to „łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa”.

Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają zdecydowaną socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Nawet 70 proc. obywatelek i obywateli Boliwii chce powrotu do władzy ludzi obalonego w listopadzie Moralesa!

Prawica nie cofnie się przed niczym

Ale Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny.
W Boliwii po puczu miała miejsce prawdziwa czystka wymierzona w zwolenników Evo Moralesa. Popierających MAS wyrzucono z państwowych posad, Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Były również przypadki siłowego rozpędzania demonstracji socjalistycznych i indiańskich oraz morderstw działaczy związkowych.

Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież według ich narracji w kraju właśnie po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Natychmiast jednak poradzili mu, by „z przyzwoitości” prowadził swoją kampanię… cicho i dyskretnie. W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Nie przebierał w słowach także Rafael Quispe, postawiony przez Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych. Prawicowy polityk głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem, a potem trafi do więzienia. Nietrudno dostrzec, że metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.

Oskarżenia wyssane z palca

Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwości czy kumoterstwie, ale Prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak za rządów Moralesa był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych i czy nie da się w nim znaleźć żadnych przekrętów. To wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, że wiadomość o ściganiu Luisa Arce padła kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.

W Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę. Boliwijscy socjaliści mają Moralesa na wygnaniu, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników. Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Determinacja socjalistów jest wielka.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Żeńska końcówka po boliwijsku

Dyktatorka – trochę dziwnie to brzmi, ale jednak nowocześnie i feministycznie. Mało tego, dyktatorka Boliwii, 52-letnia Jeanine Áñez rzeczywiście uważa się za prawdziwą feministkę.

Kto wie, czy nie dlatego właśnie została wybranką Amerykanów, którzy posadzili ją w boliwijskim fotelu prezydenckim po zamachu stanu, którym kierowali. Co prawa feminizm „prezydentki” ogranicza się tylko do niektórych białych kobiet (Indianki i nie-białe to dla niej „szatani”), ale ten szczegół im nie przeszkadzał: skoro na czele faszyzującej dyktatury staje kobieta, to musi być postęp.
Áñez jest przedstawicielką tzw. feminizmu katolickiego, więc np. jej stanowisko w sprawie aborcji, czy antykoncepcji bardzo różni się od feminizmu Europejek. By ogłosić się „prezydentką” przed pustą salą parlamentu, przytargała 10-kilogramową Biblię i przyjęła prezydencką szarfę z rąk dowódcy boliwijskich sił zbrojnych gen. Williamsa Kalimana, który tego samego dnia, to jest dwa dni po zdradzeniu prezydenta Evo Moralesa i kraju, został przez CIA ewakuowany do Stanów wraz z rodziną, jak zresztą kilku innych dowódców wojska i policji, którzy brali udział w spisku.
Kaliman, jak i reszta wojskowych puczystów, to wychowanek Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – amerykańskiej wojskowej szkoły wyższej dla latynoskich oficerów w Georgii, której trzeba było zmienić nazwę, gdyż wcześniejsza – Szkoła Ameryk – okryła się niesławą jako wylęgarnia przyszłych dozorców amerykańskiego porządku w Ameryce Łacińskiej i przede wszystkim autorów krwawych zamachów stanu „na telefon z Waszyngtonu”, gdyby coś poszło nie tak.
Stany Zjednoczone przystosowały nazwę tej słynnej szkoły do swej „doktryny Monroe”, która mówi, że cała zachodnia półkula Ziemi powinna pozostawać pod ich kontrolą. Oczywiście są wyjątki – Kuba, Wenezuela i Nikaragua, ale po eliminacji socjalisty Moralesa w Boliwii już tylko trzy i przecież wiadomo, że Amerykanie robią wszystko, by i tam zmienić rządy na posłuszne. Należy pewnie powinszować im innowacyjności – Áñez jest pierwszą dyktatorką w historii Ameryki Łacińskiej i zapewne nie ostatnią, bo trzeba iść z zgodnie z nowymi trendami.
Według historycznych wyliczeń, Áñez jest bohaterką 188 zamachu stanu w Boliwii od czasu „niepodległości” w 1825 r. To więcej niż jeden pucz na rok, więc można zrozumieć irytację w Waszyngtonie, że obalony Morales rządził aż trzynaście lat, by wyciągać kraj z chronicznej biedy. Te 13 lat było absolutnie historyczną epoką w najuboższym kraju Południowej Ameryki – miliony ludzi zaczęły jeść do syta, mieć do dyspozycji opiekę zdrowotną i szkoły, a oprócz oligarchii i biedoty w kraju pojawiło się nawet coś w rodzaju klasy średniej. Teraz nacjonalizacje, które to umożliwiły, zostaną anulowane, a programy socjalne zatrzymane.
Amerykanie wybrali ją nie tylko ze względu na kobiecość, raczej ze względu na jej mężczyznę: jest żoną ich zaufanego człowieka, kolumbijskiego polityka Hectora Carvajala, szefa faszystowskich grup paramilitarnych zajmujących się zabijaniem Indian, innych ciemnoskórych i ludzi lewicy. Oczywiście Áñez nie różni się niczym od podobnych marionetek-mężczyzn: wprowadziła dekret z zakazem „podawania informacji, które mogą prowadzić do buntu”, dała wojsku pozwolenie na bezkarne zabijanie (za czasów Moralesa nie zginął żaden manifestant, w czasie pierwszego tygodnia panowania Áñez – kilkudziesięciu) i już przedłużyła swą władzę do lata przyszłego roku, choć do 22 stycznia miały się odbyć wybory. Najwyraźniej w Waszyngtonie uznano, że nie ma się do nich co spieszyć, w końcu ostatnio ciągle wygrywali socjaliści.
Wojskowa dyktatura dyktatorki jest więc pozorną nowością – wszystko odbywa się jednak w starym stylu. Między Boliwią a Stanami Zjednoczonymi zapanowała nagle niezmącona dawna przyjaźń – trzeba będzie jeszcze tylko jakoś ustawić wybory, skoro znowu oficjalnie ma rządzić oligarchia. Ta ma rodzaj żeński i żeńską końcówkę jak dyktatorka, lecz trudno uznać, by z tego powodu coś się naprawdę zmieniło na zachodniej półkuli.

Boliwia stoi

Już 70 proc. boliwijskiej gospodarki nie działa. La Paz w Andach, gdzie znajduje się siedziba rządu puczystów, jest zablokowane przez zwolenników obalonego prezydenta Evo Moralesa, znajdującego się obecnie na wygnaniu w Meksyku. Mieszkańcy pobliskich El Alto i Chapare podjęli strajki i zamknęli drogi, by domagać się natychmiastowej dymisji samozwańczej „prezydent” Jeanine Añez. W mieście brakuje żywności.

Niektóre ceny w La Paz poszły w górę o kilkaset i więcej procent, szczególnie produktów żywnościowych. Pod miejscowym kościołem św. Michała olbrzymia kolejka czeka na ciężarówki kurczakami, które przylatują do zamkniętego miasta z Santa Cruz, stolicy gospodarczej kraju i siedziby białej, prawicowej opozycji, która poparła zamach. Niektórzy schodzą z gór dwie i pół godziny, by znaleźć się o piątej rano w kolejce i czekać czasem do nocy.
Boliwijska gospodarka zaczęła zwalniać od czasu blokad, do których wezwał skrajnie prawicowy szef opozycji z Santa Cruz, młody, bogobojny oligarcha Luis Fernando Camacho, zaraz po głosowaniu w październikowych wyborach wygranych przez Moralesa. Po sterowanym przez ambasadę amerykańską zamachu z 10 listopada nic się nie polepszyło: fabryki stoją z powodu strajków lub braku energii, gdyż niektóre gazociągi wyleciały w powietrze. Szykują się zresztą masowe zwolnienia. Na zachodzie kraju stanęło 150 największych przedsiębiorstw. Przeciwnicy nowego rządu zniszczyli co najmniej trzy fabryki w El Alto, w La Paz spalili domy kilku znanych zwolenników przewrotu, m.in. Waldo Albarracina, szefa Narodowego Komitetu Demokracji, który domagał się nowych wyborów.
Parlament, choć większość w nim ma partia socjalistyczna Moralesa, uchwalił ustawę o anulowaniu wyborów, w których wygrał Morales i o wykluczeniu go z następnych. W partii doszło do rozłamu, który to umożliwił, część deputowanych poszła na współpracę z rządem tymczasowym. Otworzy to jednak drogę do wyznaczenia terminu nowych wyborów, który ciągle pozostaje niepewny. Do tej pory w zamieszkach w Boliwii zginęło blisko 40 osób, ponad 400 zostało rannych. Szybkich wyborów domagają się w La Paz manifestujący rolnicy, by uniknąć dalszego chaosu w kraju. Chcą też wycofania wojska z ulic.ityczna jest zbyt niepewna.

Socjalistyczny deputowany Franklin Flores określił stanowisko tej części partii, która nie poparła ustawy: „To jest rząd de facto, który doszedł do władzy poprzez zamach stanu. Armia bezkarnie masakruje ludzi. Pinochet myślał, że go nigdy nie dopadną, ale w końcu spotkała go sankcja. Niech żyje Evo Morales!”.

Boliwia: wojsko strzela

Zorganizowany przez administrację USA przewrót w Boliwii każdego dnia przynosi nowe manifestacje protestu, strajki i ofiary śmiertelne. Wczoraj wojsko atakowało strajkującą rafinerię pod La Paz zabijając co najmniej trzy osoby i raniąc dalsze trzydzieści. Żywność zdrożała dwukrotnie i zaczęło jej brakować, nie ma benzyny, a wojsko, któremu „tymczasowa prezydent” ze skrajnej prawicy Jeanine Añez dała zielone światło na bezkarne zabijanie, nie jest w stanie zaprowadzić nowego porządku.

W La Paz, gdzie z powodu strajków i blokad dróg zaczyna brakować paliw, długie kolejki ustawiają się przed sklepami spożywczymi i na targach, gdzie coraz trudniej znaleźć żywność, mimo skoku cen. Rząd tymczasowy obiecuje „mosty powietrzne” wojska, które miałyby zapewnić dostawy, lecz na razie nie widać żadnych rezultatów – protesty przeciw puczystom sparaliżowały kraj. Zmuszony do dymisji lewicowy prezydent Evo Morales pozostaje na wygnaniu w Meksyku.
Od zamachu b. wzrosła rola polityczna lokalnego Kościoła, który próbuje doprowadzić do rokowań puczystów z partią socjalistyczną Moralesa, ciągle mającą większość w parlamencie. Chodzi o wybór nowego Wysokiego Trybunału Wyborczego (odpowiednika polskiej PKW), jedynego, który może ogłosić i zorganizować przedterminowe wybory parlamentarne i prezydenckie.
Tymczasem dwójka najbliższych sojuszników samozwańczej „prezydent” Añez, Carlos Mesa, który przegrał w październiku wybory z Moralesem i najgłośniejszy rzecznik nowej władzy Luis Fernando Camacho, naciskają na nią, by nie bawiła się w negocjacje, tylko ogłosiła wybory własnym dekretem. Byłoby to łatwiejsze niż rekonstrukcja boliwijskiej PKW, której członkowie zostali przez puczystów wsadzeni do więzienia. W takim razie manifestacje zwolenników obalonego Moralesa, przeciw powrotowi rządów oligarchii, raczej nie wygasną. Boliwia znalazła się na skraju wojny domowej.

Lekarze non grata

Siły polityczne, które przejęły kontrolę nad Boliwią w wyniku zamachu stanu w sposób coraz bardziej wyrazisty odsłaniają swoje proamerykańskie oblicze. Ostatnio podjęły decyzję o usunięciu z kraju pod pretekstem ingerencji w wewnętrzne sprawy Boliwii licznej grupy kubańskich lekarzy a także aresztowaniu kilku nich oraz uznały za persona non grata dyplomatów Wenezueli.

Jak oświadczyła minister spraw minister spraw zagranicznych tzw. rządu tymczasowego Karen Longaric, zarówno przebywający w Boliwii Wenezuelczycy jak i Kubańczycy podżegali do protestów przeciwko uzurpatorskiemu rządowi w La Paz. Kuba potwierdziła, iż 700 jej lekarzy zmuszonych zostało do opuszczenia Boliwii, jednocześnie negując jakikolwiek ich udział w protestach. W tej decyzji Boliwia nie jest bynajmniej osamotniona. Osoby wchodzące w skład kubańskiego personelu medycznego zostały również wydalone przez prawicowe rządy Brazylii i Ekwadoru. Działania te wyraźnie świadczą o tym, że dla latynoamerykańskiej prawicy ważniejsza jest lojalność wobec USA niż dbanie o zdrowie swoich własnych obywateli.
Longaric poinformowała też, że uznała pracowników wenezuelskiej misji dyplomatycznej za persona non grata i nakazała im jak najszybsze opuszczenie terytorium Boliwii. Jednocześnie tzw. tymczasowe władze zerwały wszelkie kontakty z rządem Wenezueli. Oskarżenia o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Boliwii stanowi jedynie wymówkę mającą zadowolić waszyngtońskich mocodawców. W rzeczywistości chodzi tu o to, że zarówno Kuba, jak i Wenezuela potępiły zamach, nadal uważają Moralesa za pełnoprawnego prezydenta i otwarcie wyrażają dla niego poparcie. Ponadto wenezuelski prezydent Nicolás Maduro wezwał wszystkie polityczne i społeczne siły świata do zjednoczenia się w celu ochrony życia rdzennych mieszkańców Wenezueli. Na uzurpatorską prezydent Jeanine Áñez musiało to podziałać jak płachta na byka, jako że znana ona jest z rasistowskiego i wysoce lekceważącego stosunku do ludności indiańskiej, z której wywodzi się też sam Morales. Ponadto, jak było do przewidzenia i jak pisaliśmy wczoraj, samozwańcze władze Boliwii uznały podobnego do nich uzurpatora Juana Guaidó za prezydenta Wenezueli.
O wiele bardziej ostrożnie niż w przypadku Wenezueli i Kuby boliwijscy uzurpatorzy odnoszą się do Meksyku, który z logicznego punktu widzenia powinien być pierwszym celem ich ataków, ponieważ to właśnie tam znalazł schronienie Evo Morales. Tu jednak zagrała proamerykańska nuta. Otóż stosunki Stanów Zjednoczonych z Meksykiem mają jakościowo inny wymiar niż z Kubą i Wenezuelą ze względu na delikatną materię związaną z ochroną granicy USA przed napływem uchodźców z terenu Meksyku. Zapewne dlatego Áñez ograniczyła się do protestu wobec władz meksykańskich pozwalających Moralesowi na wygłaszanie wypowiedzi mających na celu – jak to ujęła – „podsycanie eskalacji napięcia w Boliwii”. W odpowiedzi MSZ Meksyku wydało oświadczenie, w którym przypomina, iż swoboda wypowiedzi uchodźców jest zagwarantowana na mocy amerykańskiej konwencji o uchodźcach w związku z czym władze jego kraju nie zamierzają Moralesowi tej wolności ograniczać.
Żądaniami samozwańczej głowy państwa nie przejął się też sam Morales. Tego samego dnia, kiedy została ogłoszona reakcja MSZ, udzielił wywiadu meksykańskiej gazecie El Universal, gdzie zapowiedział zamiar powrotu, licząc na poparcie milionów swoich współobywateli. Jednym z warunków powrotu miałoby być nieprzyjęcie przez boliwijski parlament jego oświadczenia o rezygnacji. Jednocześnie zaznaczył, że jego mandat prezydenta wygasa dopiero w styczniu przyszłego roku i do tego czasu pozostaje pełnoprawną głową państwa. Zapowiedział też, że nie będzie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich, mówiąc jednocześnie, że liczył na to, iż będzie mógł miał sprawować władzę do 2025 r. po to by doprowadzić do końca proces reform politycznych i ekonomicznych opartych o „ideę rozwoju, równości społecznej, integracji i industrializacji Boliwii”. Po raz kolejny wezwał też do dialogu mającego zastąpić konfrontację. -Pokój w Boliwii przyniesie dialog, dialog z udziałem ONZ, Kościoła Katolickiego i państw-mediatorów” – mówił Morales dodając, że pokoju nie osiąga się przy pomocy broni.

Kolejne odsłony kryzysu w Boliwii

Czy Amerykanie robiliby zamach stanu w Boliwii dla samej Tesli? Przemysł światowy coraz bardziej potrzebuje litu, niezbędnego do produkcji baterii samochodów elektrycznych. Ich produkcja się rozwija, bo takie pojazdy wydają się bardziej ekologiczne. Zaraz po zamachu niemiecka spółka ACI Systems ogłosiła, że jest pewna, że jej kontrakt z przyszłym boliwijskim rządem zostanie wznowiony. Od razu w górę poszły akcje amerykańskiej Tesli, która jest biznesowym partnerem Niemców.

W ciągu najbliższych lat używanie litu w bateriach ma się podwoić, a nie ma go dużo na świecie. Kupuje się go głównie w Australii, Chile i Argentynie, ale boliwijski region Potosi zawiera – jak się dziś szacuje – 0d 50 do 70 proc. światowych złóż litu. W grudniu zeszłego roku Evo Morales, obalony pięć dni temu prezydent, podpisał kontrakt Niemcami z ACI Systems na wydobycie litu.
Ale chodzi o złoża nienaruszone i miejscowi zaczęli protestować przeciw przyszłym dołom w ziemi. Morales pojechał ich wysłuchać i przekonać, lecz w końcu, na kilka dni przed zamachem (4 listopada) zerwał strategiczny kontrakt. Wcześniej mówił, że trzeba uprzemysławiać Boliwię, a potem, że należy wynegocjować lepsze warunki dla mieszkańców albo całkiem znacjonalizować wydobycie i nawet produkować baterie.
Zarówno rynek amerykański, jak i niemiecki bardzo potrzebują litu. Elon Musk zapowiedział otwarcie nowej, wielkiej fabryki Tesli pod Berlinem (8 tys. zatrudnionych). Niemcy zostaną liderem produkcji samochodów nowej generacji. Wszystko wskazuje, że po zamachu stanu wydobyciem boliwijskiego litu zajmą się prywaciarze, ale Amerykanom chodziło raczej o zniszczenie najsłabszego politycznego sojusznika Wenezueli i Kuby oraz przywrócenie swej władzy, niż konkretnie lit, który i tak będzie do nich należał.
„Evo wracaj!” – wielki tłum zwolenników obalonego prezydenta Boliwii Evo Moralesa skandował te słowa idąc z El Alto do La Paz, zanim nie rozpędziła go policja i wojsko zainstalowanej przez Amerykanów dyktatury. Na przedmieściach Cochabamby policja użyła ostrej amunicji zabijając pięciu mieszkańców wsi, którzy wraz z innymi próbowali dostać się do śródmieścia. Samozwańcza, nowa „prezydent” Jeanine Añez zagroziła Moralesowi ściganiem, jeśli zechce wrócić z wygnania w Meksyku.
„Marzę o Boliwii wyzwolonej z satanicznych, indiańskich rytuałów. Miasta nie są dla Indian. Niech wracają w Andy, lub Chaco” – bezprawna „prezydent” Añez kasuje hurtowo swe tweety, ale trochę zostało. Skrajnie prawicowa rasistka i fanatyczna katoliczka łączy faszystowskie poglądy z feminizmem, by nadać sobie bardziej progresywny wizerunek: broni kobiet, jeśli nie są Indiankami. „Biblia wróciła do Pałacu” ogłosiła triumfalnie, co było życzeniem białej, prawicowej opozycji z Santa Cruz de la Sierra.
Zastrzelenie Indian w Cochabambie nie uspokoi sytuacji, a tymczasem nowa „prezydent” zajmuje się odwracaniem polityki zagranicznej kraju.
Zgodnie z życzeniami Waszyngtonu. Uznała Juana Guaido, swego wenezuelskiego odpowiednika, za prawdziwego „prezydenta” Wenezueli i wycofała Boliwię z układów regionalnych, jeśli są wspólne z Wenezuelą, Kubą i Nikaraguą, nieuznającymi władzy imperium. Policja aresztowała zresztą sześciu Kubańczyków, w tym szefową kubańskiej misji współpracy medycznej Yoandrę Muro.
Evo Morales wygrał październikowe wybory prezydenckie, a zamach stanu z 10 listopada, który pozbawił go urzędu, nie przestaje wywoływać manifestacji i bitew ulicznych. Kolorowe, indiańskie flagi wiphala górują nad pochodami popierających wygnanego prezydenta. W Gwatemali za Moralesem i przeciw proamerykańskiej dyktaturze wypowiedziała się pokojowa noblistka Rigoberta Menchu. Socjalistyczna Boliwia pomagała jej w pracy społecznej z lokalnymi Indianami. Wyrazy poparcia dla Moralesa wyraził też głośno Roger Waters (Pink Floyd) w nagraniu wideo. Muzyk wezwał do przeciwstawiania się faszyzmowi puczystów.

Prezydent Boliwii obalony

Obalony prezydent Boliwii jest w Meksyku. „Jego życie było zagrożone” – poinformowały władze meksykańskie, które zaproponowały azyl Evo Moralesowi. Wcześniej wysłały po niego wojskowy samolot, do Cochabamby, gdzie mieszka. Jego dom został napadnięty przez grupę puczystów i zniszczony. Władzę przejmuje opozycja, Stany Zjednoczone triumfują.

Evo Morales został zmuszony do dymisji, jak i wszyscy jego przewidziani przez konstytucję następcy: wiceprezydent. przewodnicząca Senatu, jak i marszałek Izby Deputowanych. Kandydatką na zastąpienie obalonego Moralesa została więc druga wice-przewodnicząca Senatu Jeanine Añez, z opozycji. Zapowiedziała już nowe wybory. Bazowana w Waszyngtonie Organizacja Państw Amerykańskich (OPA), która przyłożyła się do zamachu stanu, wezwała boliwijski parlament do wyznaczenia nowych władz wyborczych, gdyż poprzednie zostały aresztowane przez zbuntowaną armię.
W telewizji wystąpił dowódca naczelny armii William Kaliman, żeby usprawiedliwić obecność wojska na ulicach: „…by uniknąć przelewu krwi i żałoby w boliwijskich rodzinach”. Tymczasem do kontrakcji przeszli zwolennicy Moralesa. W El Alto pod La Paz uformował się wielki pochód. Ludzie z kolorowymi flagami whipalas – symbolem boliwijskich Indian – szli do La Paz skandując „Teraz tak, wojna domowa!” W wielu miastach palą się komisariaty „zdradzieckiej” policji. Carlos Mesa, przegrany w październikowych wyborach konserwatywny konkurent Moralesa, wołał publicznie wojsko i policję, by ochroniła mu dom, rzekomo zagrożony.
Amerykanie nie ukrywają satysfakcji. Pogratulowali oficjalnie „narodowi i armii boliwijskiej”, mówili o „wolności” i ostrzegli Wenezuelę i Nikaraguę. Po takim tweecie Trumpa prezydent Wenezueli Nicolas Maduro, który potępił amerykański zamach stanu w Boliwii, odpowiedział prezydentowi Ameryki: „Jesteśmy gotowi się bić.”
Amerykańskie służby ewidentnie stawiają teraz na neonazistów. W Brazylii pomogły w promowaniu Jaira Bolsonaro, to samo dzieje się teraz w Boliwii. Ot, nowe modus operandi „największej demokracji świata”.
Chodzi o Luisa Fernando Camacho, szarą eminencję wielu najnowszych imperialnych ekscesów USA w Ameryce Łacińskiej. Dziennikarze amerykańskiego lewicowego portalu The Grayzone Project ujawnili polityczną afiliację tego człowieka.
Camacho, jeden z najważniejszych wichrzycieli-kierowników przeprowadzonego w Boliwii zamachu stanu i odsunięcia od władzy socjalisty Evo Moralesa, jest prawicowym ekstremistą i religijnym fanatykiem. Jego majątek liczy się w milionach, a działalność dywersyjną w Ameryce Łacińskiej dla Stanów Zjednoczonych polityk ten prowadzi od dawna. Jest to doskonały przykład „opozycyjnego lidera”, który był tolerowany przez „dyktatora Moralesa”; taki brak stanowczego stosunku do osób i organizacji, które działają przeciwko państwu i społeczeństwu oraz wyłonionej przez nie demokratycznej władzy nie pierwszy raz okazuje się gigantycznym błędem lewicowych przywódców na całym świecie. Wyraźnie widać po wczorajszych doniesieniach medialnych i komentarzach, że pobłażliwość ta nie uchroniła Moralesa przed nadaniem mu etykietki dyktatora i traktowana była cały czas przez wrogów niekolonialnej Boliwii jako słabość. Kraj stoi na krawędzi wojny domowej.
Camacho jest nie tylko ważnym dyrygentem zamachu stanu, ale również bezpośrednim prowodyrem niektórych brutalnych akcji. Dziś wiadomo już np., że to właśnie ten człowiek kierował akcją wandalizacji i plądrowania rezydencji Moralesa. Po tym jak osiągnięto już dostateczny poziom dewastacji, Camacho pochylił głowę nad prezydencką pieczęcią i wydeklamował obłąkańczą przysięgę „powrotu Boga do pałacu” i obietnicę „oczyszczenia kraju” z dziedzictwa kulturowego rdzennej ludności. „Pachamama nigdy nie wróci do pałacu” – miał powiedzieć, odnosząc się do tzw. Matki Andów. „Boliwia należy do Chrystusa” – zapowiadał z Biblią w ręku.
Poza tym Camacho szefuje nawiązującym otwarcie do nazistowskich tradycji bojówkom w zamożnym regionie Santa Cruz, gdzie „dyktator Morales” pozwolił mu budować swoje opozycyjne imperium. Informacje na ten temat oraz zapisy wideo, na których widać członków tego ugrupowania wykonujących hitlerowskie gesty zamieścił na portalu społecznościowym Twitter wspomniany The Grayzone Project.
O Camacho wiadomo także, że już dwa miesiące temu spotkał się z przedstawicielami kompradorskiej skrajnej prawicy z Kolumbii, Wenezueli i Brazylii i otwarcie dziękował im za zaangażowanie w destabilizację Boliwii. Jest to doprawdy zaskakujące, że „dyktator Morales” nie kazał zatrzymać, osądzić i skazać tego człowieka za organizację międzynarodowego spisku przeciwko demokratycznie wybranej władzy.
The Grayzone Project przypomina o wpis Camacho, w którym zwraca się on z podziękowaniami do tych ludzi.
Wenezuelska agencja informacyjna TeleSUR przypoomina zaś, iż Camacho wywodzi się ze środowisk korporacyjno-faszysytowskich, których matecznikiem jest Santa Cruz, stolica regionu Boliwii o separatystycznych tradycjach. Autorzy tekstu określają go mianem „boliwijskiego Bolsonaro” (Bolsonaro to skrajnie prawicowy prezydent Brazylii, wybrany dzięki uwiezieniu lewicowego kandydata Luli da Silvy; niedawno został on zwolniony). Organizacje, które tworzył i którym przewodził miały zawsze charakter rasistowski i prawicowy, najważniejszą z nich jest Unión Juvenil Cruceñista. Nawet amerykańskie służby nie miały wątpliwości co do jakości politycznej tej grupy.
Warto dodać, iż Camacho jest cały czas wspierany przez spadkobierców europejskiego faszyzmu i kontynuatorów jego tradycji. Jako jeden z jego „ojców chrzestnych” określany jest niejaki Branko Marinković, Chorwat i oligarcha rezydujący w Boliwii; wielbiciel Ante Pavelića, założyciela nazistowskiego państwa chorwackiego.

USA kwestionują rezultat wyborów prezydenckichw Boliwii

„Stany Zjednoczone odrzucają próbę pogwałcenia boliwijskiej demokracji przez trybunał wyborczy poprzez opóźnienie liczenia głosów” – oświadczył wczoraj sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej Michael Kozak, co stało się sygnałem do gwałtownych protestów przeciw ponownemu wyborowi dotychczasowego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. W Sucre, które jest konstytucyjną stolicą Boliwii, podłożono ogień pod siedzibę trybunału.

Do starć z policją doszło w kilku innych miastach, m.in. w La Paz i Potosi. Manifestanci skandowali „Oszustwo!” po podaniu przez trybunał kolejnych częściowych wyników niedzielnych wyborów prezydenckich. Po podliczeniu 95,3 proc. głosów ich zwycięzcą byłby Evo Morales, gdyż jego wynik – 46,87 proc. pozwoliłby mu uniknąć drugiej tury, w której miałby zmierzyć się ze swym popieranym przez Amerykanów konkurentem Carlosem Mesą.
Boliwijskie prawo wyborcze pozwala uniknąć drugiej tury, jeśli kandydat uzyskał większość absolutną lub zdobył ponad 40 proc. głosów z przewagą ponad 10 proc. nad następnym kandydatem. Mesa zdobył na razie 36,73 proc., co daje Moralesowi przewagę 10, 14 proc.
Mesa nie uznaje tych częściowych wyników. To on wezwał do „obywatelskiej mobilizacji” do czasu ogłoszenia wyników końcowych. „Jeśli kraj pogrąży się w wojnie domowej, będzie to wina rządu” – ogłosił Waldo Albarracin, szef opozycyjnego Narodowego Komitetu Obrony Demokracji, który dostał w nos w czasie manifestacji w La Paz (największego miasta kraju). Morales z kolei mówił wcześniej, że „jest spokojny” w związku z wynikami napływającymi ze wsi. Prowincja tradycyjnie go popiera, co daje mu kontestowaną przewagę.
Część Boliwijczyków nie jest zadowolona z jego kandydatury, gdyż w lutym 2016 r. referendum odrzuciło możliwość jego czwartego startu w wyborach (rządzi od 2006 r.). Opozycja twierdzi, że kraj stanie się autokracją, jeśli Morales znowu wygra. Sytuacja stała się bardzo napięta, wszyscy czekają na ostateczne wyniki.