Kolejne odsłony kryzysu w Boliwii

Czy Amerykanie robiliby zamach stanu w Boliwii dla samej Tesli? Przemysł światowy coraz bardziej potrzebuje litu, niezbędnego do produkcji baterii samochodów elektrycznych. Ich produkcja się rozwija, bo takie pojazdy wydają się bardziej ekologiczne. Zaraz po zamachu niemiecka spółka ACI Systems ogłosiła, że jest pewna, że jej kontrakt z przyszłym boliwijskim rządem zostanie wznowiony. Od razu w górę poszły akcje amerykańskiej Tesli, która jest biznesowym partnerem Niemców.

W ciągu najbliższych lat używanie litu w bateriach ma się podwoić, a nie ma go dużo na świecie. Kupuje się go głównie w Australii, Chile i Argentynie, ale boliwijski region Potosi zawiera – jak się dziś szacuje – 0d 50 do 70 proc. światowych złóż litu. W grudniu zeszłego roku Evo Morales, obalony pięć dni temu prezydent, podpisał kontrakt Niemcami z ACI Systems na wydobycie litu.
Ale chodzi o złoża nienaruszone i miejscowi zaczęli protestować przeciw przyszłym dołom w ziemi. Morales pojechał ich wysłuchać i przekonać, lecz w końcu, na kilka dni przed zamachem (4 listopada) zerwał strategiczny kontrakt. Wcześniej mówił, że trzeba uprzemysławiać Boliwię, a potem, że należy wynegocjować lepsze warunki dla mieszkańców albo całkiem znacjonalizować wydobycie i nawet produkować baterie.
Zarówno rynek amerykański, jak i niemiecki bardzo potrzebują litu. Elon Musk zapowiedział otwarcie nowej, wielkiej fabryki Tesli pod Berlinem (8 tys. zatrudnionych). Niemcy zostaną liderem produkcji samochodów nowej generacji. Wszystko wskazuje, że po zamachu stanu wydobyciem boliwijskiego litu zajmą się prywaciarze, ale Amerykanom chodziło raczej o zniszczenie najsłabszego politycznego sojusznika Wenezueli i Kuby oraz przywrócenie swej władzy, niż konkretnie lit, który i tak będzie do nich należał.
„Evo wracaj!” – wielki tłum zwolenników obalonego prezydenta Boliwii Evo Moralesa skandował te słowa idąc z El Alto do La Paz, zanim nie rozpędziła go policja i wojsko zainstalowanej przez Amerykanów dyktatury. Na przedmieściach Cochabamby policja użyła ostrej amunicji zabijając pięciu mieszkańców wsi, którzy wraz z innymi próbowali dostać się do śródmieścia. Samozwańcza, nowa „prezydent” Jeanine Añez zagroziła Moralesowi ściganiem, jeśli zechce wrócić z wygnania w Meksyku.
„Marzę o Boliwii wyzwolonej z satanicznych, indiańskich rytuałów. Miasta nie są dla Indian. Niech wracają w Andy, lub Chaco” – bezprawna „prezydent” Añez kasuje hurtowo swe tweety, ale trochę zostało. Skrajnie prawicowa rasistka i fanatyczna katoliczka łączy faszystowskie poglądy z feminizmem, by nadać sobie bardziej progresywny wizerunek: broni kobiet, jeśli nie są Indiankami. „Biblia wróciła do Pałacu” ogłosiła triumfalnie, co było życzeniem białej, prawicowej opozycji z Santa Cruz de la Sierra.
Zastrzelenie Indian w Cochabambie nie uspokoi sytuacji, a tymczasem nowa „prezydent” zajmuje się odwracaniem polityki zagranicznej kraju.
Zgodnie z życzeniami Waszyngtonu. Uznała Juana Guaido, swego wenezuelskiego odpowiednika, za prawdziwego „prezydenta” Wenezueli i wycofała Boliwię z układów regionalnych, jeśli są wspólne z Wenezuelą, Kubą i Nikaraguą, nieuznającymi władzy imperium. Policja aresztowała zresztą sześciu Kubańczyków, w tym szefową kubańskiej misji współpracy medycznej Yoandrę Muro.
Evo Morales wygrał październikowe wybory prezydenckie, a zamach stanu z 10 listopada, który pozbawił go urzędu, nie przestaje wywoływać manifestacji i bitew ulicznych. Kolorowe, indiańskie flagi wiphala górują nad pochodami popierających wygnanego prezydenta. W Gwatemali za Moralesem i przeciw proamerykańskiej dyktaturze wypowiedziała się pokojowa noblistka Rigoberta Menchu. Socjalistyczna Boliwia pomagała jej w pracy społecznej z lokalnymi Indianami. Wyrazy poparcia dla Moralesa wyraził też głośno Roger Waters (Pink Floyd) w nagraniu wideo. Muzyk wezwał do przeciwstawiania się faszyzmowi puczystów.

Prezydent Boliwii obalony

Obalony prezydent Boliwii jest w Meksyku. „Jego życie było zagrożone” – poinformowały władze meksykańskie, które zaproponowały azyl Evo Moralesowi. Wcześniej wysłały po niego wojskowy samolot, do Cochabamby, gdzie mieszka. Jego dom został napadnięty przez grupę puczystów i zniszczony. Władzę przejmuje opozycja, Stany Zjednoczone triumfują.

Evo Morales został zmuszony do dymisji, jak i wszyscy jego przewidziani przez konstytucję następcy: wiceprezydent. przewodnicząca Senatu, jak i marszałek Izby Deputowanych. Kandydatką na zastąpienie obalonego Moralesa została więc druga wice-przewodnicząca Senatu Jeanine Añez, z opozycji. Zapowiedziała już nowe wybory. Bazowana w Waszyngtonie Organizacja Państw Amerykańskich (OPA), która przyłożyła się do zamachu stanu, wezwała boliwijski parlament do wyznaczenia nowych władz wyborczych, gdyż poprzednie zostały aresztowane przez zbuntowaną armię.
W telewizji wystąpił dowódca naczelny armii William Kaliman, żeby usprawiedliwić obecność wojska na ulicach: „…by uniknąć przelewu krwi i żałoby w boliwijskich rodzinach”. Tymczasem do kontrakcji przeszli zwolennicy Moralesa. W El Alto pod La Paz uformował się wielki pochód. Ludzie z kolorowymi flagami whipalas – symbolem boliwijskich Indian – szli do La Paz skandując „Teraz tak, wojna domowa!” W wielu miastach palą się komisariaty „zdradzieckiej” policji. Carlos Mesa, przegrany w październikowych wyborach konserwatywny konkurent Moralesa, wołał publicznie wojsko i policję, by ochroniła mu dom, rzekomo zagrożony.
Amerykanie nie ukrywają satysfakcji. Pogratulowali oficjalnie „narodowi i armii boliwijskiej”, mówili o „wolności” i ostrzegli Wenezuelę i Nikaraguę. Po takim tweecie Trumpa prezydent Wenezueli Nicolas Maduro, który potępił amerykański zamach stanu w Boliwii, odpowiedział prezydentowi Ameryki: „Jesteśmy gotowi się bić.”
Amerykańskie służby ewidentnie stawiają teraz na neonazistów. W Brazylii pomogły w promowaniu Jaira Bolsonaro, to samo dzieje się teraz w Boliwii. Ot, nowe modus operandi „największej demokracji świata”.
Chodzi o Luisa Fernando Camacho, szarą eminencję wielu najnowszych imperialnych ekscesów USA w Ameryce Łacińskiej. Dziennikarze amerykańskiego lewicowego portalu The Grayzone Project ujawnili polityczną afiliację tego człowieka.
Camacho, jeden z najważniejszych wichrzycieli-kierowników przeprowadzonego w Boliwii zamachu stanu i odsunięcia od władzy socjalisty Evo Moralesa, jest prawicowym ekstremistą i religijnym fanatykiem. Jego majątek liczy się w milionach, a działalność dywersyjną w Ameryce Łacińskiej dla Stanów Zjednoczonych polityk ten prowadzi od dawna. Jest to doskonały przykład „opozycyjnego lidera”, który był tolerowany przez „dyktatora Moralesa”; taki brak stanowczego stosunku do osób i organizacji, które działają przeciwko państwu i społeczeństwu oraz wyłonionej przez nie demokratycznej władzy nie pierwszy raz okazuje się gigantycznym błędem lewicowych przywódców na całym świecie. Wyraźnie widać po wczorajszych doniesieniach medialnych i komentarzach, że pobłażliwość ta nie uchroniła Moralesa przed nadaniem mu etykietki dyktatora i traktowana była cały czas przez wrogów niekolonialnej Boliwii jako słabość. Kraj stoi na krawędzi wojny domowej.
Camacho jest nie tylko ważnym dyrygentem zamachu stanu, ale również bezpośrednim prowodyrem niektórych brutalnych akcji. Dziś wiadomo już np., że to właśnie ten człowiek kierował akcją wandalizacji i plądrowania rezydencji Moralesa. Po tym jak osiągnięto już dostateczny poziom dewastacji, Camacho pochylił głowę nad prezydencką pieczęcią i wydeklamował obłąkańczą przysięgę „powrotu Boga do pałacu” i obietnicę „oczyszczenia kraju” z dziedzictwa kulturowego rdzennej ludności. „Pachamama nigdy nie wróci do pałacu” – miał powiedzieć, odnosząc się do tzw. Matki Andów. „Boliwia należy do Chrystusa” – zapowiadał z Biblią w ręku.
Poza tym Camacho szefuje nawiązującym otwarcie do nazistowskich tradycji bojówkom w zamożnym regionie Santa Cruz, gdzie „dyktator Morales” pozwolił mu budować swoje opozycyjne imperium. Informacje na ten temat oraz zapisy wideo, na których widać członków tego ugrupowania wykonujących hitlerowskie gesty zamieścił na portalu społecznościowym Twitter wspomniany The Grayzone Project.
O Camacho wiadomo także, że już dwa miesiące temu spotkał się z przedstawicielami kompradorskiej skrajnej prawicy z Kolumbii, Wenezueli i Brazylii i otwarcie dziękował im za zaangażowanie w destabilizację Boliwii. Jest to doprawdy zaskakujące, że „dyktator Morales” nie kazał zatrzymać, osądzić i skazać tego człowieka za organizację międzynarodowego spisku przeciwko demokratycznie wybranej władzy.
The Grayzone Project przypomina o wpis Camacho, w którym zwraca się on z podziękowaniami do tych ludzi.
Wenezuelska agencja informacyjna TeleSUR przypoomina zaś, iż Camacho wywodzi się ze środowisk korporacyjno-faszysytowskich, których matecznikiem jest Santa Cruz, stolica regionu Boliwii o separatystycznych tradycjach. Autorzy tekstu określają go mianem „boliwijskiego Bolsonaro” (Bolsonaro to skrajnie prawicowy prezydent Brazylii, wybrany dzięki uwiezieniu lewicowego kandydata Luli da Silvy; niedawno został on zwolniony). Organizacje, które tworzył i którym przewodził miały zawsze charakter rasistowski i prawicowy, najważniejszą z nich jest Unión Juvenil Cruceñista. Nawet amerykańskie służby nie miały wątpliwości co do jakości politycznej tej grupy.
Warto dodać, iż Camacho jest cały czas wspierany przez spadkobierców europejskiego faszyzmu i kontynuatorów jego tradycji. Jako jeden z jego „ojców chrzestnych” określany jest niejaki Branko Marinković, Chorwat i oligarcha rezydujący w Boliwii; wielbiciel Ante Pavelića, założyciela nazistowskiego państwa chorwackiego.

USA kwestionują rezultat wyborów prezydenckichw Boliwii

„Stany Zjednoczone odrzucają próbę pogwałcenia boliwijskiej demokracji przez trybunał wyborczy poprzez opóźnienie liczenia głosów” – oświadczył wczoraj sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej Michael Kozak, co stało się sygnałem do gwałtownych protestów przeciw ponownemu wyborowi dotychczasowego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. W Sucre, które jest konstytucyjną stolicą Boliwii, podłożono ogień pod siedzibę trybunału.

Do starć z policją doszło w kilku innych miastach, m.in. w La Paz i Potosi. Manifestanci skandowali „Oszustwo!” po podaniu przez trybunał kolejnych częściowych wyników niedzielnych wyborów prezydenckich. Po podliczeniu 95,3 proc. głosów ich zwycięzcą byłby Evo Morales, gdyż jego wynik – 46,87 proc. pozwoliłby mu uniknąć drugiej tury, w której miałby zmierzyć się ze swym popieranym przez Amerykanów konkurentem Carlosem Mesą.
Boliwijskie prawo wyborcze pozwala uniknąć drugiej tury, jeśli kandydat uzyskał większość absolutną lub zdobył ponad 40 proc. głosów z przewagą ponad 10 proc. nad następnym kandydatem. Mesa zdobył na razie 36,73 proc., co daje Moralesowi przewagę 10, 14 proc.
Mesa nie uznaje tych częściowych wyników. To on wezwał do „obywatelskiej mobilizacji” do czasu ogłoszenia wyników końcowych. „Jeśli kraj pogrąży się w wojnie domowej, będzie to wina rządu” – ogłosił Waldo Albarracin, szef opozycyjnego Narodowego Komitetu Obrony Demokracji, który dostał w nos w czasie manifestacji w La Paz (największego miasta kraju). Morales z kolei mówił wcześniej, że „jest spokojny” w związku z wynikami napływającymi ze wsi. Prowincja tradycyjnie go popiera, co daje mu kontestowaną przewagę.
Część Boliwijczyków nie jest zadowolona z jego kandydatury, gdyż w lutym 2016 r. referendum odrzuciło możliwość jego czwartego startu w wyborach (rządzi od 2006 r.). Opozycja twierdzi, że kraj stanie się autokracją, jeśli Morales znowu wygra. Sytuacja stała się bardzo napięta, wszyscy czekają na ostateczne wyniki.

Pora na Moralesa?

W najbliższą niedzielę odbędą się w Boliwii wybory prezydenckie, w których zdecydowanym faworytem jest według sondaży dotychczasowy prezydent Evo Morales. Nad krajem zbierają się jednak czarne chmury. W wywiadzie dla prywatnej telewizji Gigavision Morales powiedział, że jeśli wygra, może dojść do zamachu stanu.

Mówił, że dysponuje nagraniami dowodzącymi, że szykuje się spisek prawicowej opozycji i byłych wojskowych, za którymi stoi imperium amerykańskie. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, bliski Kubie i Wenezueli, może wygrać wybory już w pierwszej turze. Jego głównym rywalem jest b. prezydent Carlos Mesa, ostatni przed epoką Moralesa.
W czasie wizyty papieża Franciszka prezydent Boliwii podarował Franciszkowi sierp i młot z Jezusem, flickr
Trzy lata temu doszło do referendum, w którym Boliwijczycy odrzucili możliwość czwartej kadencji prezydenta, a jednak chcą głosować na Moralesa, który nieprzerwanie rządzi od 2006 r. Ma dobry bilans ekonomiczny: Boliwia pomnożyła swój PKB przez trzy i a przez dwa podzieliła wskaźnik biedy.
Jego dyskurs nie zmienia się od lat: antyimperializm, obrona „matki Ziemi”, walka z biedą i ochrona praw Indian. Jego zarządzanie było jednak pragmatyczne: wykorzystał nacjonalizację źródeł paliw, by rozpocząć poważne reformy społeczne i prowadzić politykę wielkich inwestycji publicznych. Dla jednych to autokrata, bo nie uszanował wyniku referendum, dla drugich wielki reformator społeczny kraju, który dużo ucierpiał od proamerykańskich dyktatur wojskowych i dyskryminacji Indian.