Znaczenie Boliwii

18 października, odbywały się w Boliwii przedterminowe wybory prezydenckie. Nie znamy wyników, ale wiemy, że będą oznaczały albo zakończenie rządów zmilitaryzowanej prawicowej kliki, która w listopadzie minionego roku dokonała zamachu stanu, odsuwając od władzy wybranego dopiero co na kolejną kadencję Evo Moralesa – albo kulminację tego zamachu i przypieczętowanie jego rezultatów, a także umocnienie reakcyjnej fali, która zagarnia kontynent od mniej więcej 2015 roku.

Na pierwszy rzut oka, na podstawie serii przedwyborczych sondaży, trudno się spodziewać, by startujący z namaszczeniem Moralesa kandydat jego partii MAS, były minister gospodarki w jego rządzie, Luis Arce, mógł te wybory przegrać. Niektóre przewidują dla niego ponad 40 proc. głosów, co oznaczałoby zwycięstwo w pierwszej turze. Inaczej niż w innych znanych systemach prezydenckich, konstytucja andyjskiej republiki nie wymaga w tym celu przekroczenia progu 50 proc. Wystarczy czterdzieści, pod warunkiem, że równocześnie osiągnięto przewagę co najmniej dziesięciu punktów procentowych nad następnym w kolejności kandydatem. Póki co, dwóch następnych w kolejności kandydatów (prawicowych), Carlos Mesa i Fernando Camacho, może się spodziewać po odpowiednio w okolicach 26 i 14 proc.
Znaki zapytania
Wszyscy jednak pamiętamy, że sondaże i rzeczywiste wyniki głosowań wzięły w naszej galaktyce rozwód. Trudno przewidzieć, jakie zaburzenia spowoduje pandemia koronawirusa. Może w dniu wyborów zdemobilizować niektóre elektoraty albo niektóre regiony kraju. Może też spowodować realne utrudnienia w oddawaniu głosów. Może też zostać w ostatniej chwili wykorzystana przez samozwańczy rząd Jeanine Áñez jako pretekst do stworzenia takich przeszkód ad hoc. Bo rządząca w wyniku zeszłorocznego zamachu stanu klika już trzy raz odwoływała wybory, by ogłaszać je potem ponownie, w innym terminie, przyciśnięta presją społeczną. Nie wiadomo, jakie sztuki poskręcała w kuluarach w czasie w ten sposób pożyczonym. Wiadomo natomiast, że sposób, w jaki przechwyciła rok temu władzę, a także to, co z tą władzą robiła przez miniony rok (ekonomiczne zwijanie kraju, przemoc wobec lewicy i dziennikarzy, w tym nawet masakry na ulicach miast), dają jej aż zbyt wiele powodów, by chwytać się teraz wszystkiego, w tym lekceważenia prawa i otwartej przemocy policyjnej i wojskowej, byle tej władzy nie oddać. Przemoc prawicowych bojówek już terroryzuje ulice niejednego miasta. Sam Arce zdaje sobie sprawę, że może być w realnym niebezpieczeństwie.
Kolejnym czynnikiem sprawiającym, że nic nie było przesądzone, jest ogłoszona niemal w ostatniej chwili (17 września) rezygnacja samej Áñez z kandydowania. Jest tak niepopularna (znalazła się na czele przewrotowego rządu tak przypadkowo, że nie ma wielu fanów nawet na prawicy), iż jej start oznaczałby tylko rozdrobnienie głosów prawicowych pomiędzy zbyt wielu zbyt słabych kandydatów. Ale trudno teraz powiedzieć, dokąd trafi osierocone po niej potencjalne 5 proc. głosów. Gdyby wszystkie zgarnął Mesa, przewaga Arcego może być za mała, żeby obeszło się bez drugiej tury.
Tak jak te wybory mogą być kulminacją zeszłorocznego zamachu stanu – tak sam ów zamach stanowił kulminację koordynowanej z Waszyngtonu, wysiadywanej cierpliwie już przez administrację Obamy, ale ostatecznie domkniętej przez Trumpa, reakcyjnej ofensywy, która zmiotła już w Ameryce Południowej prawie wszystkie rządy lewicowej „różowej fali”. Z oryginalnej „różowej fali” nieprzerwanie u steru pozostaje już tylko „boliwariański” rząd w Caracas, choć jest dzisiaj bladym i krzywym, jeżeli nie rozbitym, odbiciem swoich początków. Centrolewica wróciła do władzy w Buenos Aires, ale po bolesnym ultraneoliberalnym interludium pod postacią prezydentury Mauricio Macriego. Natomiast Lenin Moreno w Ekwadorze, choć wygrał wybory jako „następca i kontynuator” Rafaela Correi, już u władzy dokonał szokującej wolty i przeszedł na „złą stronę mocy”.
Republika środkowych Andów
Boliwia jest w Ameryce Łacińskiej zarazem wyjątkowa – i wyjątkowo typowa. Wyjątkowa, bo jest jednym z zaledwie dwóch (jeszcze tylko Paragwaj) państw na zachodniej półkuli, które nie mają dostępu do morza. Dostęp ten (pod postacią pasa lądu przeciągniętego na zachodnią stronę Andów) utraciła w wojnie, którą ona i Peru przegrały z Chile w 1883. Odcięcie andyjskiej republiki od wielkiej wody podniosło do kwadratu jej cechy typowo latynoamerykańskie, takie jak uzależnienie od pośredników zbijających kokosy na obrocie jej surowcami na rynkach światowych. A jest czym obracać, kiedyś metale szlachetne i przemysłowe, dzisiaj ropa, gaz czy lit. Mówimy o naprawdę bogatym w zasoby naturalne, dużym i geologicznie zróżnicowanym a słabo zaludnionym kraju – ponad trzy razy większa od Polski, Boliwia ma zaledwie 11 milionów mieszkańców. Byłoby co między nich dzielić, a jednak większość Boliwijczyków od setek lat żyła w dojmującej biedzie.
Inna cecha typowo latynoamerykańska, w Boliwii karykaturalnie przerysowana, to bowiem podział na etnicznie „tubylczą” biedotę i kontrolujące całe bogactwo i instytucje polityczne wąskie elity pochodzenia europejskiego, robiące interesy z amerykańskimi korporacjami. Prezydent Gonzalo Sánchez de Lozada mówił nawet po hiszpańsku z nieznośnym amerykańskim akcentem.
Kiedy Juan Evo Morales Ayma, znany na świecie pod dwoma środkowymi członami swojego pełnego nazwiska, wygrał w grudniu 2005 roku wybory i na początku stycznia 2006 został prezydentem, był to pierwszy raz w nowoczesnej historii, kiedy boliwijski lud na najwyższym urzędzie w państwie, w Palacio Quemado w La Paz, zobaczył człowieka, który wygląda i mówi jak oni. Przywódca związkowy, Indianin Ajmara, mówiący oprócz hiszpańskiego językami ajmara i keczua, wychowany w domu z gliny, rolnik hodujący lamy i uprawiający tradycyjną w Andach kokę.
Przezwyciężyć neoliberalizm
Z dyplomatycznych przecieków opublikowanych przez WikiLeaks wynika dość jasno, że Morales był drugim po Chavezie najbardziej znienawidzonym przez Waszyngton przywódcą „różowej fali” – i drugim najaktywniej przez Waszyngton podminowywanym. Zaczęło się zanim nawet przejął władzę, kiedy dopiero kandydował: amerykańscy dyplomaci w La Paz już pisali do centrali o ubiegającym się o władzę „nielegalnym farmerze koki”, bardzo niebezpiecznym. Waszyngton przeczuwał, że jego dojście do władzy może w Boliwii oznaczać koniec neoliberalizmu. W Boliwii oznaczał on przede wszystkim prywatyzację (czyli przekazywanie głównie amerykańskim korporacjom) kolejnych naturalnych zasobów i usług publicznych w kraju, od telekomunikacji po wodę. Ta ostatnia doprowadziła do słynnych protestów w Cochabambie znanych jako „wojna o wodę” (1999-2000). Kolejna z serii prywatyzacji doprowadziła w pierwszych latach XXI wieku do zrywu (tym razem „wojny o gaz”), który złożył się na falę społecznego oporu, jaka ostatecznie wyniosła Moralesa do władzy.
Jankesi mieli rację, Morales przyszedł do Palacio Quemado, żeby położyć kres dwudziestoleciu neoliberalnej grabieży kraju. Pierwszą amerykańską reakcją było: zakręcimy kran z międzynarodowymi kredytami (z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju). Ale Morales nie chciał dla Boliwii więcej takich kredytów, widząc w nich instrument wiążący ręce rządom krajów globalnego Południa.
Socjalizm, Indianie i Matka Ziemia
Warto tutaj może przytoczyć pełną nazwę MAS. Trzy pierwsze litery oznaczają Movimiento al Socialismo, Ruch na rzecz Socjalizmu, ale potem jest jeszcze drugi człon: Polityczny Instrument Suwerenności Ludów. Morales mówił o socjalizmie nie z przyzwyczajenia właściwego wypranym z idei socjaldemokracjom europejskim. Nie mylił go z drobnymi korektami panującego systemu, które na ogólne kapitalistyczne ramy nie próbują się nawet porywać.
Morales wielokrotnie – również po przejęciu władzy, również na arenie międzynarodowej – mówił o konieczności przekroczenia i przezwyciężenia kapitalizmu jako reżimu, który swoją żarłoczną pogonią za zyskiem morduje naszą żywicielkę, Matkę Ziemię. Jej granice i moce odtwarzania naturalnych bogactw, w przeciwieństwie do apetytów kapitału, są skończone, ograniczone, nierozciągalne. Pachamama – tego słowa używał, mówiąc o niej. Słowa zaczerpniętego z autochtonicznych języków ludów swojego kraju, słowa za sprawą dyplomacji jego rządu włączonego do dyskursu instytucji międzynarodowych.
Pięknoduchostwo? Jak na pięknoducha, a może właśnie dzięki temu, że nim jest, Morales udowodnił przez kilkanaście lat, że potrafi się też zająć sprawami, nomen omen, przyziemnymi. Zanim doszedł do władzy, Boliwia była notorycznie nie tylko jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej, ale także jednym z tych o konsekwentnie najniższym wzroście gospodarczym. Przez kilkanaście lat rządów Moralesa roczny PKB jego kraju wzrósł ponad czterokrotnie, a w pięciu spośród tych lat Boliwia zajęła pierwsze miejsce w regionie pod względem tempa wzrostu.
Pytany na międzynarodowych forach przez polityków z sąsiednich państw, jak to zrobił, jak można w latynoamerykańskich warunkach uzyskiwać tak długo takie tempo wzrostu, odpowiadał: to proste, trzeba znacjonalizować kluczowe bogactwa naturalne i traktować dostęp do podstawowych usług społecznych jak prawo człowieka.
Morales naprawdę tak to właśnie czynił. Jego rząd nacjonalizował zasoby, z zasady wykluczał z dostępu do nich korporacje amerykańskie, a z zysków finansował ogólnonarodowe programy społeczne, zatrudnienie i wzrost płac. Dzięki tym programom skutecznie walczył z analfabetyzmem i wyprowadzał z biedy swoich indiańskich braci i siostry, oferując im jednocześnie awans symboliczny i godnościowy wykraczający daleko poza odwołania do Pachamamy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.
Przyznał im status równoprawnych narodów Boliwii. Nowa konstytucja z 2009 przemianowała kraj na Wielonarodowe Państwo Boliwii, odtąd także oficjalnie świeckie. Morales zrównał tradycyjną flagę andyjskich Indian, tęczową mozaikę znaną jako wiphala, z dotychczasową flagą narodową ustanowioną przez białe elity; uczynił ich języki urzędowymi a także otworzył przed indiańskimi społecznościami przestrzeń kontroli nad ich lokalnymi sprawami. Wiele indiańskich kobiet dopiero pod jego rządami mogło bez wstydu udać się do urzędu w najbliższym mieście w swoim normalnym, codziennym, tradycyjnym stroju i załatwić tam swoje sprawy nie udając kogoś innego. Morales stawiał czoła amerykańskiej „wojnie z narkotykami”, widząc w niej pretekst do amerykańskiego gmerania w wewnętrznych sprawach innych państw i broniąc praktyk wpisanych głęboko w kulturę żujących kokę społeczeństw wysokich Andów. Bywało, że oferował liście koki swoim oficjalnym gościom.
Morales wprowadzał zmiany w trybie postępujących reform, a nie rewolucji, ale pod wieloma względami był i tak najbardziej radykalnym przywódcą „różowej fali”. Inaczej niż Lula (łączy ich brak akademickiego wykształcenia), nie bał się nazywać kapitalizm i stosunki klasowe po imieniu. W przeciwieństwie do Luli w Brazylii, rozumiał, że fantazja o wyrównaniu nierówności wygenerowanych przez kapitalizm bez naruszenia samego kapitalizmu, w pakcie z samym diabłem, czyli z oligarchami, jest na dłuższą metę marzeniem ściętej głowy. W przeciwieństwie do Chaveza, rozumiał, że to samo dotyczy wyrównywania tych nierówności w nieskończoność dochodami ze sprzedaży jednego surowca na kapryśnym rynku światowym. Więcej: rozumiał, że sam model gospodarki polegający na ekstrakcji surowców energetycznych i niczym więcej, jest problemem a nie rozwiązaniem.
Imperium krytyki
Łączył emancypację nowoczesną, za punkt odniesienia mającą dążenie do socjalizmu, z przywracaniem godności, rewindykacją potencjałów przednowoczesnych przekonań, systemów wartości i podmiotowości ludów dotychczas – przez minionych pięćset lat – kolonizowanych, traktowanych jako przedmiot historii kształtowanej przez białego człowieka. Elokwencja tej kombinacji sprawiała, że był głosem ludu nie tylko boliwijskiego, ale i innych niegdyś skolonizowanych społeczeństw globalnego Południa.
A jednak krytyka spotykała go nie tylko ze strony globalnych elit neoliberalnych i lokalnych elit rasistowskich, ale także światowej lewicy. Ta opisująca się jako „radykalna”, „antysystemowa” czy „ekologiczna” – choć był w praktyce bardziej radykalny od Chaveza i Luli – miała mu za złe, że nie „rozwiązał” od razu burżuazji, nie ustanowił z dnia na dzień doskonale neutralnego klimatycznie komunizmu, albo że nie ma żadnej różnicy między sprzedawaniem surowców korporacjom amerykańskim a dostarczaniem ich Chinom. Ta bardziej centro- i „antyautorytarna”, że nie oddał władzy po dwóch kadencjach, nie przejmując się tym, że zarówno jego ruch, jak i większość Boliwijczyków, chcieli, by kontynuował urząd.
Vijay Prashad, indyjski historyk i dziennikarz z The Tricontinental Institute krytykował wielokrotnie szczególną szkodliwość takiego braku solidarności europejskiej i amerykańskiej lewicy, która zza klawiatur swoich komputerów zawsze wie lepiej, bo nic nie ryzykuje. Lekceważy materialne i społeczne ograniczenia, jakim rządy zacofanych, słabych, peryferyjnych krajów muszą stawiać czoła. Odziedziczyły po minionych pokoleniach strukturę gospodarki, której nie zmienią z dnia na dzień, wypowiadając tylko takie życzenie, a społeczną transformację trzeba jakoś sfinansować i wykonać jakimiś realnymi siłami. 11-milionowa republika w Andach dysponuje mniejszymi siłami i funkcjonuje w innym międzynarodowym otoczeniu niż Francja czy Niemcy. Dla ruchów emancypacyjnych globalnego Południa taka niecierpliwa i nielojalna lewica bywa de facto takim samym ciężarem jak jawni wrogowie.
Skoro już się skrzywiła na widok nieczystości materii na jego dłoniach, ogromna część takiej lewicy za dobrą monetę przyjęła też inne wątki międzynarodowej neoliberalnej ofensywy propagandowej wymierzonej w Moralesa. Autorytaryzm! Zamachy na wolności obywatelskie! Ataki na opozycję! Ekspulsje dyplomatów!
Dobra, dobra – ale co to tak konkretnie za opozycja? Co to za dyplomaci?
„Dyplomaci” Waszyngtonu
Od samego początku – odkąd okazało się, że Moralesa nie uda się przywołać do neoliberalnego porządku znaną metodą na kredyty z MFW, amerykańscy dyplomaci w La Paz spiskowali z najbardziej reakcyjnymi elementami boliwijskiej prawicy i oligarchii (wiemy to dzięki WikiLeaks), otwarcie rozważając rozpętanie przemocy na ulicach, możliwości obalenia rządu czy scenariusze „na wypadek” śmierci Moralesa. Doprowadziło to do ogłoszenia amerykańskiego ambasadora Philipa Goldberga persona non grata we wrześniu 2008.
Skoro nie udało się międzynarodowymi kredytami, instrumentem koordynującym próby sabotowania rządów Moralesa stała się amerykańska agencja służąca „pomocą rozwojową”, USAID. Ponieważ Morales nie godził się na stawianie mu warunków w rodzaju, jaką politykę ekonomiczną może prowadzić, zaczęła ona obchodzić rząd w stolicy i paktować z politykami we władzach regionów. Szczególnie tych, w których istniały silne prawicowe tendencje separatystyczne; tych, z których lokalnymi elitami można było knuć małe prawicowe rebelie; tych, w których było sporo białych studentów z zamożnych rodzin, na których uliczną energię i gardłowanie o „dyktaturze Moralesa” można było liczyć. Koniec końców, w 2013 USAID również została wydalona z Boliwii.
Dziś trudno mieć wątpliwości, że siłą, która w takich warunkach utrzymywała parasol bezpieczeństwa nad lewicowymi rządami w mniejszych państwach kontynentu, była Brazylia pod rządami Luli da Silvy i Dilmy Rousseff. Wówczas krytykowana za regionalny imperializm, używała jednak swoich gospodarczych i szybko rozwijanych militarnych muskułów także w tym celu, by skutecznie uniemożliwiać Waszyngtonowi obalanie lewicowych rządów w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego Amerykanie włożyli tak wiele cierpliwego wysiłku w przygotowanie z brazylijskimi oligarchami śledztwa Lava Jato, impeachmentu Rousseff i uwięzienia Luli na czas wyborów prezydenckich, by mógł je wygrać Jair Bolsonaro. Załamywać zaczęły się wówczas i pozostałe lewicowe rządy w Ameryce Południowej.
Skradziona republika godności
Kiedy w listopadzie 2019 prawica obaliła w Boliwii rząd MAS, brazylijski ambasador był nawet w pokoju, w którym przejmująca władzę klika postanowiła, że Moralesa zastąpi Madame Áñez. Nie była nawet liderką oligarchicznej opozycji, po prostu nikogo lepszego nie było akurat pod ręką, a czas naglił. Brazylia Bolsonaro poparła zamach stanu w zamian za tańsze niż za Moralesa dostawy boliwijskiego gazu dla Petrobrasu. Jednak kluczowe były najpewniej kolosalne boliwijskie złoża litu (70 proc. światowych zasobów) potrzebne korporacjom amerykańskim na baterie „zielonego kapitalizmu” przyszłości. Rolę, którą korporacja AT&T odegrała w zamachu stanu w Chile w 1973 roku, w Boliwii roku 2019 odegrała Tesla. Jej pozujący na wizjonera prezes Elon Musk przyznał to otwarcie na Twitterze.
Brała w tym też udział zdominowana przez Waszyngton Organizacja Państw Amerykańskich, która sfabrykowała raport kwestionujący wyniki wyborów prezydenckich z 20 października 2019. Raport został później obalony, między innymi przez amerykańskich badaczy – ale wtedy było już za późno. Oligarchiczna, neoliberalna prawica zdążyła go wykorzystać jako pretekst do wywołania brutalnych zamieszek, które zmusiły Moralesa do rezygnacji nie tylko z kolejnej kadencji, którą właśnie zdobył wyborczym zwycięstwem, ale nawet przed wygaśnięciem kadencji, która miała trwać do końca 2019 roku.
Udziału za to w żaden sposób – choćby zabierając głos – nie wzięła większość europejskiej i amerykańskiej lewicy. Znieczulona naiwnym i powierzchownym „autorytaryzmem” neoliberalnego mainstreamu, postanowiła temu mainstreamowi uwierzyć. Także w to, że rasistowskie, paramilitarne bojówki podpalające na ulicach miast indiańskie wiphale to „demokratyczna opozycja” protestująca przeciwko „dyktaturze” i „sfałszowanym wyborom”. Były wyjątki – Jeremy Corbyn, amerykańskie pismo „Jacobin” – ale były to wyjątki.
11 listopada Morales został ewakuowany do Meksyku przez lewicowego prezydenta kraju, Lopeza Obradora. Nie było pewne, że ta operacja się powiedzie. Amerykanie zmobilizowali wszystkie prawicowe rządy w Ameryce Południowej, żeby zamknęły przed nim przestrzeń powietrzną lub pomogły go przechwycić. Obecnie Morales przebywa w Argentynie – dyktatura Áñez zapewniła, żeby sądy nie pozwoliły mu już tym razem startować. Gdyby wrócił do kraju, mógłby stracić życie. Dlatego z ramienia MAS startuje Luis Arce.
W ostatnich dniach na wielkiej przestrzeni wokół La Paz, Cuzco, Santa Cruz i Cochabamby, pomiędzy Andami i Amazonią, rozstrzygnęło się znacznie więcej niż tylko przyszłość jednego odległego kraju o populacji porównywalnej z Czechami. Rozhulana przez Imperium Dolara wielka reakcyjna fala zalewająca zachodnią półkulę albo nabierze rozpędu, albo rozbije się w końcu o przeszkodę i doda innym, którzy z nią walczą, otuchy i siły.

Hasta la victoria siempre!

53 lata temu, 9 października 1967 roku, w małej boliwijskiej wiosce La Higuera śmierć poniósł Ernesto Guevara – bohater, którego historia powinna być wyrzutem sumienia dla wszystkich działaczy i polityków, którzy traktują lewicową sprawę jako trampolinę do stołków i kariery.

Che Guevary nie trzeba raczej nikomu przedstawiać – jego postać zdążyła już obrosnąć legendą, a on sam stał się jedną z ikon XX wieku. W naszym kraju, jak mało która historyczna osobistość wywołuje dziką histerię prawicowych komentatorów, którzy w typowy dla siebie sposób (tzn. bez podania dowodów) oskarżają go o masowe zbrodnie, sadystyczne skłonności, nienawiść do rodzaju ludzkiego i wiele innych rzeczy, które roją się umysłom ogarniętym ,,czerwoną paniką”. Tekstów dyskutujących z nimi i dementujących te bzdury jest wystarczająco dużo, bym nie musiał brać udziału w tej walce z wiatrakami. Zamiast tego, wspominając w rocznicę śmierci Ernesto Guevarę, chciałbym zwrócić uwagę na to, co czyni jego biografię szczególnie wyjątkową i wartą przypominania.
Po zwycięstwie kubańskiej rewolucji, której Che był jednym z przywódców, objął wiele wysokich stanowisk w nowych władzach Kuby. Był ministrem finansów i prezesem Banku Centralnego, ministrem przemysłu, odpowiadał za reformy gospodarcze i nacjonalizację wielkich przedsiębiorstw, prowadził szeroko zakrojoną kampanię alfabetyzacji i budowy szkół oraz służył w dyplomacji, m. in.: przewodząc kubańskiej delegacji w ONZ. Jako załogant jachtu ,,Granma”, niezłomny żołnierz z gór Sierra Maestra i zwycięski dowódca spod Santa Clary miał status żywej legendy rewolucji i mógł się spodziewać długiego życia wypełnionego względnie spokojną pracą w eleganckich gabinetach ministerialnych oraz wyjazdami na przyjmowane z honorami dyplomatyczne delegacje. Słowem, miał przed sobą przyszłość, jaka stała się udziałem zdecydowanej większości ważnych postaci kubańskiej rewolucji.
Ale życie gabinetowego urzędnika nie było dla idealisty, jakim był Ernesto Guevara. Wielką irytację zbudzała w nim postępująca biurokratyzacja rewolucji (według nieszczęśliwych wzorców z ZSRR) oraz godzenie się przez rząd na daleko idące i wątpliwe moralnie ,,kompromisy dyplomatyczne”.
Che wiedział, że zwycięstwo kubańskiej rewolucji nie jest celem samym w sobie, ale jedynie krokiem w stronę sprawiedliwszego świata. Jako szczery ideowiec nie potrafił wieść w spokoju życia ministra czy dyplomaty prowadzącego zakulisowe interesy z kapitalistycznymi mocarstwami, gdy w tym samym czasie tyle ludów cierpiało pod ich imperialistycznym butem. Widział w tym hipokryzję i zdradę ideałów, którym był wierny od czasu swojej motocyklowej podróży przez Ameryką Łacińską.
24 lutego 1965, na seminarium gospodarczym solidarności afro-azjatyckiej Guevara wygłosił swoje ostatnie przemówienie na arenie międzynarodowej. Otwarcie mówił o moralnym obowiązku budowy sprawiedliwszego świata, jaki spoczywa na krajach socjalistycznych i oskarżył je o niewywiązywanie się z niego oraz milczący współudział z krajami zachodnimi w eksploatacji państw trzeciego świata. Bardzo ostro skrytykował politykę ZSRR, nazywając go ,,wspólnikiem imperialnego wyzysku”. Dwa tygodnie później Che Guevara zrezygnował z życia publicznego, zrzekł się wszystkich godności oraz stanowisk i zdecydował się na powrót do organizowania działań partyzanckich, celem szerzenia rewolucji po świecie i walki z imperializmem. W liście pożegnalnym do Fidela pisał: ,,Obecnie potrzebna jest moja skromna pomoc w innych stronach kuli ziemskiej. (…) Uniosę z sobą na nowe pola bitew wiarę, którąś mnie natchnął, rewolucyjny duch mego narodu, świadomość, że spełniam najświętszy swój obowiązek – walki z imperializmem wszędzie tam, gdzie tylko on istnieje; to umacnia me zdecydowanie i stokrotnie wynagradza wszelki ból”. Ernesto najpierw wyjechał walczyć do Konga, gdzie prowadził operację wsparcia ruchu marksistowskiego „Simba”. Tamtejszy klimat spowodował jednak u Che ostry nawrót astmy i zmusił go do opuszczenia Afryki.
W następnym roku przybył do Boliwii, gdzie także zorganizował oddział partyzancki i rozpoczął kampanię partyzancką przeciwko juncie wojskowej generała Rene Barrientosa. Wojska dyktatora, korzystając z pomocy CIA i zbiegłego nazistowskiego zbrodniarza Klausa Barbie (rzeźnika z Lyonu), rozbiły oddział Guevary, a on sam został pojmany i rozstrzelany. Przed egzekucją boliwijski żołnierz zapytał go, czy myśli o nieśmiertelności, Che odpowiedział: „Nie, myślę o nieśmiertelności rewolucji”. Chwilę później dziewięć kul zakończyło krótkie życie bohaterskiego rewolucjonisty.
Jakże blado na tle Guevary wypadają rzesze dawnych i dzisiejszych ,,lewicowych” działaczy: biurokratów – karierowiczy z Bloku Wschodniego, ,,socjaldemokratów” z SLD, SPD czy Partii Pracy, którzy sprzedając się wielkiemu biznesowi forsowali neoliberalizm czy posłów polskiej ,,Lewicy”, głosujących za podwyżkami pensji dla posłów i ograniczających swoją ,,lewicowość” do czasu kampanii wyborczej. Jak bardzo poświęcenie Che kontrastuje z naszą obecną praktyką polityczną, gdzie prospołeczne hasła służą jedynie zdobyciu głosów, a wierność im kończy się po uzyskaniu stołków i wejściu na salony władzy. Historia Ernesto Guevary, który mógł dożyć starości w wygodnym fotelu ministra, a mimo to wybrał wierność ideałom i walkę do końca o lepszy świat, powinna być zawsze wyrzutem sumienia dla takich właśnie hipokrytów i karierowiczów, którzy instrumentalnie traktują lewicowe ideały.

Zgrany duet socjalistów

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto. Ale ten zaufany człowiek Evo Moralesa, wcześniej przez wiele lat minister gospodarki w jego rządach, zdaje się rozumieć, że o wyniku tych wyborów wcale nie musi zadecydować większość głosów. Nie po to prawica organizowała w listopadzie zamach stanu.

Ruch na rzecz Socjalizmu (MAS) długo typował swojego przedstawiciela, jednak ostateczny wybór wydaje się trafiony – Luisa Arce nie sposób nazwać ani politykiem niedoświadczonym, ani nieznającym problemów i realiów Boliwii (w tym bezwzględności tutejszej prawicy), ani nazbyt ugodowym. Wręcz przeciwnie: wskazany 21 stycznia polityk to postać symboliczna.
Kredyt wiarygodności
Ministrem gospodarki był w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do końca w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia. To właśnie on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów XXI w.
Już w pierwszym roku sprawowania przez niego obowiązków Boliwia upaństwowiła sektory naftowy i gazowy, co było jedną z kluczowych obietnic Evo Moralesa w jego pierwszej kampanii wyborczej i dało mu kredyt wiarygodności i zaufania na kolejne lata.
Kredyt, który został spłacony. W 2012 r. rząd Boliwii znacjonalizował prywatne firmy energetyczne, zapewniając największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii elektrycznej. Ostatecznie zaś w ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 4,4 proc.
Cud boliwijski
To, jaki wkład w te wyniki miał Arce, docenił nawet „Wall Street Journal”, pisząc w 2014 r., przy okazji trzeciej kampanii wyborczej boliwijskiego prezydenta, że gros popularności Evo zawdzięcza swojemu głównemu ekspertowi od ekonomii. Boliwijska „La Diaria” nazywa go wprost współautorem boliwijskiego cudu gospodarczego.
Warto w tym miejscu dodać, że Arce nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstaw buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa, a ze wspomnianym „WSJ” rozmawiał bez kompleksów.
– My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy – oznajmił w wywiadzie w 2014 r., nie troszcząc się o zmiękczanie przekazu pod liberalnego rozmówcę.
Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe.
Biały z miasta
A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie, na działaniach których korzystali wyłącznie najbogatsi. Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi.
Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Chłopski przywódca Alvaro Molinedo nie zawahał się nawet mówić o „zdradzie”, do jakiej doszło w łonie MAS, gdy partia wskazała jako kandydata Luisa Arce zamiast Choquehuanki.
To ten ostatni uzyskał oficjalne wsparcie na wielkim zgromadzeniu przedstawicieli organizacji społecznych z siedmiu regionów kraju. Evo Morales z azylu w Buenos Aires stara się, jak może, tonować nastroje.
Potencjalne kontrowersje
– Wybraliśmy Luisa Arce, gdyż sprawy gospodarcze będą kluczowe w programie MAS – tłumaczył 20 stycznia. Dodawał także, że nie ma mowy o marginalizowaniu ruchów chłopskich, a na Twitterze pisał, że tak skomponowany duet prezydenta i wiceprezydenta to łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa.
Gasić potencjalne kontrowersje pospieszył również sam kandydat na wiceprezydenta, który 23 stycznia wyraził publicznie uznanie dla osiągnięć Arce i zdementował pogłoski, jakoby czuł się odsunięty.
Gdyby kluczowe w programie i w kampanii były sprawy gospodarcze, wówczas ten sojusz robotniczo-chłopski po boliwijsku faktycznie szedłby pewnie po zwycięstwo. Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Sondaż Taxi Noticias, cytowany w materiale wenezuelskiej TeleSur, daje MAS niemal fantastyczny wynik 75 proc. w wyborach parlamentarnych.
Czystka zwolenników
Ale sam Luis Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: po wylądowaniu w El Alto przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny i transparentny.
Sam „rząd” nie pozostawia w tym zakresie wielu wątpliwości. Nie chodzi już tylko o czystkę zwolenników Evo Moralesa w aparacie państwowym czy „zaginięcia” liderów związkowych, wiejskich i indiańskich.
Ani o to, że Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież w kraju po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Z tym jednak, że Arce, „z przyzwoitości”, powinien prowadzić swoją kampanię… cicho i dyskretnie.
Realia wspierane przez Amerykanów
W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Niektórzy prawicowcy nie byli zresztą tak subtelni. Rafael Quispe, postawiony przez Jeanine Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych, głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem.
Potem zaś kandydat MAS powinien trafić do aresztu i oczywiście zostać wykreślony z listy potencjalnych prezydentów. Metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.
Ironiczna bezczelność
Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwość, ale prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych.
Wyjątkowa ironia, zważywszy na wkład MAS w wyciąganie Indian z nędzy, ale i wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, gdy wiadomość o ściganiu Luisa Arce pada kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.
Charyzma symbolu
Gdy w Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę.
Boliwijscy socjaliści mają ikonę, Moralesa, w relatywnie bezpiecznej Argentynie, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników.
Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział 28 stycznia, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Brzmiał przekonująco. Wręcz porywająco.
Czy jednak boliwijska prawica pozwoli, by ktoś naprawdę znowu skutecznie porwał tłumy przeciwko niej?

Socjaliści przeciw dyktaturze

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto.

Luis Arce to postać symboliczna. Był ministrem gospodarki w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do jego obalenia przez skrajnie prawicowych puczystów w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia.

Cudotwórca

To on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów: upaństwowienie sektorów naftowego i gazowego oraz firm energetycznych, co zapewniło największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii. W ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Boliwijska „La Diaria” nazywa Arce współautorem cudu gospodarczego.

Minister nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstawach buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa. W wywiadzie z „Wall Street Journal” bez kompleksów oznajmił: – My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy.

Sojusz wsi i miasta

Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe. A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie.

Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi. Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Według Moralesa, kierującego MAS z azylu w Argentynie, para Arce-Choquehuanca to „łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa”.

Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają zdecydowaną socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Nawet 70 proc. obywatelek i obywateli Boliwii chce powrotu do władzy ludzi obalonego w listopadzie Moralesa!

Prawica nie cofnie się przed niczym

Ale Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny.
W Boliwii po puczu miała miejsce prawdziwa czystka wymierzona w zwolenników Evo Moralesa. Popierających MAS wyrzucono z państwowych posad, Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Były również przypadki siłowego rozpędzania demonstracji socjalistycznych i indiańskich oraz morderstw działaczy związkowych.

Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież według ich narracji w kraju właśnie po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Natychmiast jednak poradzili mu, by „z przyzwoitości” prowadził swoją kampanię… cicho i dyskretnie. W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Nie przebierał w słowach także Rafael Quispe, postawiony przez Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych. Prawicowy polityk głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem, a potem trafi do więzienia. Nietrudno dostrzec, że metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.

Oskarżenia wyssane z palca

Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwości czy kumoterstwie, ale Prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak za rządów Moralesa był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych i czy nie da się w nim znaleźć żadnych przekrętów. To wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, że wiadomość o ściganiu Luisa Arce padła kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.

W Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę. Boliwijscy socjaliści mają Moralesa na wygnaniu, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników. Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Determinacja socjalistów jest wielka.

Izrael stłumi protesty boliwijskiej lewicy?

Lewicowy prezydent Boliwii Evo Morales, przeciw któremu 10 listopada USA zorganizowały zamach stanu, bez żadnych wątpliwości wygrał październikowe wybory prezydenckie w pierwszej turze: taki jest wynik badań i analiz statystycznych przeprowadzonych przez profesorów nauk statystycznych z USA oraz znanych naukowców i specjalistów z wielu innych krajów świata. To już trzecia niezależna kontrola, która jasno wskazuje, że to nie boliwijska administracja popełniła oszustwo wyborcze, tylko Stany Zjednoczone i Organizacja Państw Amerykańskich, które okłamywały świat od samego początku.

Przypomnijmy, co się stało: 21 października, już w dzień po głosowaniu w wyborach powszechnych, Waszyngton ogłosił, że liczenie głosów w Boliwii jest „zmanipulowane”, co było znakiem dla przekupionych wcześniej przez CIA dowódców armii i policji, by dokonać zamachu stanu, do którego doszło trzy tygodnie później. Tego samego dnia pod kłamstwem amerykańskiego departamentu stanu gołosłownie podpisała się Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) struktura polityczną z siedzibą w Waszyngtonie – zespół latynoamerykańskich państw bezpośrednio podporządkowanych Stanom Zjednoczonym. Wówczas rząd boliwijski popełnił błąd: nie mając sobie nic do zarzucenia zaprosił kontrolerów OPA do zbadania prawidłowości liczenia głosów.
Podobnie jak w innych krajach Ameryki Południowej, boliwijskie prawo wyborcze przewiduje, że druga tura wyborów prezydenckich jest niepotrzebna, jeśli zajmujący pierwsze miejsce kandydat przekroczy 40 proc. głosów i ma 10 proc. przewagi nad kandydatem następnym, którym był neoliberał Carlos Mesa. Według oficjalnych wyników Evo Morales zdobył ponad 47 proc. głosów i miał 10,6 proc. przewagi nad Mesą. Kontrolerzy OPA spełnili oczywiście życzenie Waszyngtonu twierdząc bez żadnych dowodów, że przewaga Moralesa była mniejsza, co powinno dać drugą turę. Oszustwo OPA zostało kolejny raz ujawnione przez międzynarodowy zespół naukowców w brytyjskim The Guardian, (pełna lista sygnatariuszy wraz z ich tytułami jest tutaj), którzy domagają się od OPA przyznania się do swej haniebnej roli w organizacji zamachu stanu w Boliwii.
Tymczasem nielegalny rząd wybranej przez rząd USA dyktatorki Boliwii, „prezydentki” Jeanine Anez, która zaraz po dojściu do władzy nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, zwrócił się oficjalnie do tego państwa o pomoc w tłumieniu protestów. „Minister spraw wewnętrznych” proamerykańskiej dyktatury Arturo Murillo przyznał Reutersowi, że do Boliwii przyjadą izraelskie oddziały specjalne, które mają pomóc „w walce z lewicowym terroryzmem”, tj. manifestacjami zwolenników wygnanego Evo Moralesa, protestującymi przeciw zamachowi stanu. „Zaprosiliśmy Izraelczyków, bo znają się na rzeczy” – mówił Murillo. Chodzi o oddziały morderców wyspecjalizowanych w tzw. pozaprawnych egzekucjach, mających wielkie doświadczenie w łamaniu palestyńskiego oporu przeciw okupacji.

Żeńska końcówka po boliwijsku

Dyktatorka – trochę dziwnie to brzmi, ale jednak nowocześnie i feministycznie. Mało tego, dyktatorka Boliwii, 52-letnia Jeanine Áñez rzeczywiście uważa się za prawdziwą feministkę.

Kto wie, czy nie dlatego właśnie została wybranką Amerykanów, którzy posadzili ją w boliwijskim fotelu prezydenckim po zamachu stanu, którym kierowali. Co prawa feminizm „prezydentki” ogranicza się tylko do niektórych białych kobiet (Indianki i nie-białe to dla niej „szatani”), ale ten szczegół im nie przeszkadzał: skoro na czele faszyzującej dyktatury staje kobieta, to musi być postęp.
Áñez jest przedstawicielką tzw. feminizmu katolickiego, więc np. jej stanowisko w sprawie aborcji, czy antykoncepcji bardzo różni się od feminizmu Europejek. By ogłosić się „prezydentką” przed pustą salą parlamentu, przytargała 10-kilogramową Biblię i przyjęła prezydencką szarfę z rąk dowódcy boliwijskich sił zbrojnych gen. Williamsa Kalimana, który tego samego dnia, to jest dwa dni po zdradzeniu prezydenta Evo Moralesa i kraju, został przez CIA ewakuowany do Stanów wraz z rodziną, jak zresztą kilku innych dowódców wojska i policji, którzy brali udział w spisku.
Kaliman, jak i reszta wojskowych puczystów, to wychowanek Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – amerykańskiej wojskowej szkoły wyższej dla latynoskich oficerów w Georgii, której trzeba było zmienić nazwę, gdyż wcześniejsza – Szkoła Ameryk – okryła się niesławą jako wylęgarnia przyszłych dozorców amerykańskiego porządku w Ameryce Łacińskiej i przede wszystkim autorów krwawych zamachów stanu „na telefon z Waszyngtonu”, gdyby coś poszło nie tak.
Stany Zjednoczone przystosowały nazwę tej słynnej szkoły do swej „doktryny Monroe”, która mówi, że cała zachodnia półkula Ziemi powinna pozostawać pod ich kontrolą. Oczywiście są wyjątki – Kuba, Wenezuela i Nikaragua, ale po eliminacji socjalisty Moralesa w Boliwii już tylko trzy i przecież wiadomo, że Amerykanie robią wszystko, by i tam zmienić rządy na posłuszne. Należy pewnie powinszować im innowacyjności – Áñez jest pierwszą dyktatorką w historii Ameryki Łacińskiej i zapewne nie ostatnią, bo trzeba iść z zgodnie z nowymi trendami.
Według historycznych wyliczeń, Áñez jest bohaterką 188 zamachu stanu w Boliwii od czasu „niepodległości” w 1825 r. To więcej niż jeden pucz na rok, więc można zrozumieć irytację w Waszyngtonie, że obalony Morales rządził aż trzynaście lat, by wyciągać kraj z chronicznej biedy. Te 13 lat było absolutnie historyczną epoką w najuboższym kraju Południowej Ameryki – miliony ludzi zaczęły jeść do syta, mieć do dyspozycji opiekę zdrowotną i szkoły, a oprócz oligarchii i biedoty w kraju pojawiło się nawet coś w rodzaju klasy średniej. Teraz nacjonalizacje, które to umożliwiły, zostaną anulowane, a programy socjalne zatrzymane.
Amerykanie wybrali ją nie tylko ze względu na kobiecość, raczej ze względu na jej mężczyznę: jest żoną ich zaufanego człowieka, kolumbijskiego polityka Hectora Carvajala, szefa faszystowskich grup paramilitarnych zajmujących się zabijaniem Indian, innych ciemnoskórych i ludzi lewicy. Oczywiście Áñez nie różni się niczym od podobnych marionetek-mężczyzn: wprowadziła dekret z zakazem „podawania informacji, które mogą prowadzić do buntu”, dała wojsku pozwolenie na bezkarne zabijanie (za czasów Moralesa nie zginął żaden manifestant, w czasie pierwszego tygodnia panowania Áñez – kilkudziesięciu) i już przedłużyła swą władzę do lata przyszłego roku, choć do 22 stycznia miały się odbyć wybory. Najwyraźniej w Waszyngtonie uznano, że nie ma się do nich co spieszyć, w końcu ostatnio ciągle wygrywali socjaliści.
Wojskowa dyktatura dyktatorki jest więc pozorną nowością – wszystko odbywa się jednak w starym stylu. Między Boliwią a Stanami Zjednoczonymi zapanowała nagle niezmącona dawna przyjaźń – trzeba będzie jeszcze tylko jakoś ustawić wybory, skoro znowu oficjalnie ma rządzić oligarchia. Ta ma rodzaj żeński i żeńską końcówkę jak dyktatorka, lecz trudno uznać, by z tego powodu coś się naprawdę zmieniło na zachodniej półkuli.

Boliwia stoi

Już 70 proc. boliwijskiej gospodarki nie działa. La Paz w Andach, gdzie znajduje się siedziba rządu puczystów, jest zablokowane przez zwolenników obalonego prezydenta Evo Moralesa, znajdującego się obecnie na wygnaniu w Meksyku. Mieszkańcy pobliskich El Alto i Chapare podjęli strajki i zamknęli drogi, by domagać się natychmiastowej dymisji samozwańczej „prezydent” Jeanine Añez. W mieście brakuje żywności.

Niektóre ceny w La Paz poszły w górę o kilkaset i więcej procent, szczególnie produktów żywnościowych. Pod miejscowym kościołem św. Michała olbrzymia kolejka czeka na ciężarówki kurczakami, które przylatują do zamkniętego miasta z Santa Cruz, stolicy gospodarczej kraju i siedziby białej, prawicowej opozycji, która poparła zamach. Niektórzy schodzą z gór dwie i pół godziny, by znaleźć się o piątej rano w kolejce i czekać czasem do nocy.
Boliwijska gospodarka zaczęła zwalniać od czasu blokad, do których wezwał skrajnie prawicowy szef opozycji z Santa Cruz, młody, bogobojny oligarcha Luis Fernando Camacho, zaraz po głosowaniu w październikowych wyborach wygranych przez Moralesa. Po sterowanym przez ambasadę amerykańską zamachu z 10 listopada nic się nie polepszyło: fabryki stoją z powodu strajków lub braku energii, gdyż niektóre gazociągi wyleciały w powietrze. Szykują się zresztą masowe zwolnienia. Na zachodzie kraju stanęło 150 największych przedsiębiorstw. Przeciwnicy nowego rządu zniszczyli co najmniej trzy fabryki w El Alto, w La Paz spalili domy kilku znanych zwolenników przewrotu, m.in. Waldo Albarracina, szefa Narodowego Komitetu Demokracji, który domagał się nowych wyborów.
Parlament, choć większość w nim ma partia socjalistyczna Moralesa, uchwalił ustawę o anulowaniu wyborów, w których wygrał Morales i o wykluczeniu go z następnych. W partii doszło do rozłamu, który to umożliwił, część deputowanych poszła na współpracę z rządem tymczasowym. Otworzy to jednak drogę do wyznaczenia terminu nowych wyborów, który ciągle pozostaje niepewny. Do tej pory w zamieszkach w Boliwii zginęło blisko 40 osób, ponad 400 zostało rannych. Szybkich wyborów domagają się w La Paz manifestujący rolnicy, by uniknąć dalszego chaosu w kraju. Chcą też wycofania wojska z ulic.ityczna jest zbyt niepewna.

Socjalistyczny deputowany Franklin Flores określił stanowisko tej części partii, która nie poparła ustawy: „To jest rząd de facto, który doszedł do władzy poprzez zamach stanu. Armia bezkarnie masakruje ludzi. Pinochet myślał, że go nigdy nie dopadną, ale w końcu spotkała go sankcja. Niech żyje Evo Morales!”.

Boliwia: wojsko strzela

Zorganizowany przez administrację USA przewrót w Boliwii każdego dnia przynosi nowe manifestacje protestu, strajki i ofiary śmiertelne. Wczoraj wojsko atakowało strajkującą rafinerię pod La Paz zabijając co najmniej trzy osoby i raniąc dalsze trzydzieści. Żywność zdrożała dwukrotnie i zaczęło jej brakować, nie ma benzyny, a wojsko, któremu „tymczasowa prezydent” ze skrajnej prawicy Jeanine Añez dała zielone światło na bezkarne zabijanie, nie jest w stanie zaprowadzić nowego porządku.

W La Paz, gdzie z powodu strajków i blokad dróg zaczyna brakować paliw, długie kolejki ustawiają się przed sklepami spożywczymi i na targach, gdzie coraz trudniej znaleźć żywność, mimo skoku cen. Rząd tymczasowy obiecuje „mosty powietrzne” wojska, które miałyby zapewnić dostawy, lecz na razie nie widać żadnych rezultatów – protesty przeciw puczystom sparaliżowały kraj. Zmuszony do dymisji lewicowy prezydent Evo Morales pozostaje na wygnaniu w Meksyku.
Od zamachu b. wzrosła rola polityczna lokalnego Kościoła, który próbuje doprowadzić do rokowań puczystów z partią socjalistyczną Moralesa, ciągle mającą większość w parlamencie. Chodzi o wybór nowego Wysokiego Trybunału Wyborczego (odpowiednika polskiej PKW), jedynego, który może ogłosić i zorganizować przedterminowe wybory parlamentarne i prezydenckie.
Tymczasem dwójka najbliższych sojuszników samozwańczej „prezydent” Añez, Carlos Mesa, który przegrał w październiku wybory z Moralesem i najgłośniejszy rzecznik nowej władzy Luis Fernando Camacho, naciskają na nią, by nie bawiła się w negocjacje, tylko ogłosiła wybory własnym dekretem. Byłoby to łatwiejsze niż rekonstrukcja boliwijskiej PKW, której członkowie zostali przez puczystów wsadzeni do więzienia. W takim razie manifestacje zwolenników obalonego Moralesa, przeciw powrotowi rządów oligarchii, raczej nie wygasną. Boliwia znalazła się na skraju wojny domowej.

Lekarze non grata

Siły polityczne, które przejęły kontrolę nad Boliwią w wyniku zamachu stanu w sposób coraz bardziej wyrazisty odsłaniają swoje proamerykańskie oblicze. Ostatnio podjęły decyzję o usunięciu z kraju pod pretekstem ingerencji w wewnętrzne sprawy Boliwii licznej grupy kubańskich lekarzy a także aresztowaniu kilku nich oraz uznały za persona non grata dyplomatów Wenezueli.

Jak oświadczyła minister spraw minister spraw zagranicznych tzw. rządu tymczasowego Karen Longaric, zarówno przebywający w Boliwii Wenezuelczycy jak i Kubańczycy podżegali do protestów przeciwko uzurpatorskiemu rządowi w La Paz. Kuba potwierdziła, iż 700 jej lekarzy zmuszonych zostało do opuszczenia Boliwii, jednocześnie negując jakikolwiek ich udział w protestach. W tej decyzji Boliwia nie jest bynajmniej osamotniona. Osoby wchodzące w skład kubańskiego personelu medycznego zostały również wydalone przez prawicowe rządy Brazylii i Ekwadoru. Działania te wyraźnie świadczą o tym, że dla latynoamerykańskiej prawicy ważniejsza jest lojalność wobec USA niż dbanie o zdrowie swoich własnych obywateli.
Longaric poinformowała też, że uznała pracowników wenezuelskiej misji dyplomatycznej za persona non grata i nakazała im jak najszybsze opuszczenie terytorium Boliwii. Jednocześnie tzw. tymczasowe władze zerwały wszelkie kontakty z rządem Wenezueli. Oskarżenia o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Boliwii stanowi jedynie wymówkę mającą zadowolić waszyngtońskich mocodawców. W rzeczywistości chodzi tu o to, że zarówno Kuba, jak i Wenezuela potępiły zamach, nadal uważają Moralesa za pełnoprawnego prezydenta i otwarcie wyrażają dla niego poparcie. Ponadto wenezuelski prezydent Nicolás Maduro wezwał wszystkie polityczne i społeczne siły świata do zjednoczenia się w celu ochrony życia rdzennych mieszkańców Wenezueli. Na uzurpatorską prezydent Jeanine Áñez musiało to podziałać jak płachta na byka, jako że znana ona jest z rasistowskiego i wysoce lekceważącego stosunku do ludności indiańskiej, z której wywodzi się też sam Morales. Ponadto, jak było do przewidzenia i jak pisaliśmy wczoraj, samozwańcze władze Boliwii uznały podobnego do nich uzurpatora Juana Guaidó za prezydenta Wenezueli.
O wiele bardziej ostrożnie niż w przypadku Wenezueli i Kuby boliwijscy uzurpatorzy odnoszą się do Meksyku, który z logicznego punktu widzenia powinien być pierwszym celem ich ataków, ponieważ to właśnie tam znalazł schronienie Evo Morales. Tu jednak zagrała proamerykańska nuta. Otóż stosunki Stanów Zjednoczonych z Meksykiem mają jakościowo inny wymiar niż z Kubą i Wenezuelą ze względu na delikatną materię związaną z ochroną granicy USA przed napływem uchodźców z terenu Meksyku. Zapewne dlatego Áñez ograniczyła się do protestu wobec władz meksykańskich pozwalających Moralesowi na wygłaszanie wypowiedzi mających na celu – jak to ujęła – „podsycanie eskalacji napięcia w Boliwii”. W odpowiedzi MSZ Meksyku wydało oświadczenie, w którym przypomina, iż swoboda wypowiedzi uchodźców jest zagwarantowana na mocy amerykańskiej konwencji o uchodźcach w związku z czym władze jego kraju nie zamierzają Moralesowi tej wolności ograniczać.
Żądaniami samozwańczej głowy państwa nie przejął się też sam Morales. Tego samego dnia, kiedy została ogłoszona reakcja MSZ, udzielił wywiadu meksykańskiej gazecie El Universal, gdzie zapowiedział zamiar powrotu, licząc na poparcie milionów swoich współobywateli. Jednym z warunków powrotu miałoby być nieprzyjęcie przez boliwijski parlament jego oświadczenia o rezygnacji. Jednocześnie zaznaczył, że jego mandat prezydenta wygasa dopiero w styczniu przyszłego roku i do tego czasu pozostaje pełnoprawną głową państwa. Zapowiedział też, że nie będzie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich, mówiąc jednocześnie, że liczył na to, iż będzie mógł miał sprawować władzę do 2025 r. po to by doprowadzić do końca proces reform politycznych i ekonomicznych opartych o „ideę rozwoju, równości społecznej, integracji i industrializacji Boliwii”. Po raz kolejny wezwał też do dialogu mającego zastąpić konfrontację. -Pokój w Boliwii przyniesie dialog, dialog z udziałem ONZ, Kościoła Katolickiego i państw-mediatorów” – mówił Morales dodając, że pokoju nie osiąga się przy pomocy broni.

Kolejne odsłony kryzysu w Boliwii

Czy Amerykanie robiliby zamach stanu w Boliwii dla samej Tesli? Przemysł światowy coraz bardziej potrzebuje litu, niezbędnego do produkcji baterii samochodów elektrycznych. Ich produkcja się rozwija, bo takie pojazdy wydają się bardziej ekologiczne. Zaraz po zamachu niemiecka spółka ACI Systems ogłosiła, że jest pewna, że jej kontrakt z przyszłym boliwijskim rządem zostanie wznowiony. Od razu w górę poszły akcje amerykańskiej Tesli, która jest biznesowym partnerem Niemców.

W ciągu najbliższych lat używanie litu w bateriach ma się podwoić, a nie ma go dużo na świecie. Kupuje się go głównie w Australii, Chile i Argentynie, ale boliwijski region Potosi zawiera – jak się dziś szacuje – 0d 50 do 70 proc. światowych złóż litu. W grudniu zeszłego roku Evo Morales, obalony pięć dni temu prezydent, podpisał kontrakt Niemcami z ACI Systems na wydobycie litu.
Ale chodzi o złoża nienaruszone i miejscowi zaczęli protestować przeciw przyszłym dołom w ziemi. Morales pojechał ich wysłuchać i przekonać, lecz w końcu, na kilka dni przed zamachem (4 listopada) zerwał strategiczny kontrakt. Wcześniej mówił, że trzeba uprzemysławiać Boliwię, a potem, że należy wynegocjować lepsze warunki dla mieszkańców albo całkiem znacjonalizować wydobycie i nawet produkować baterie.
Zarówno rynek amerykański, jak i niemiecki bardzo potrzebują litu. Elon Musk zapowiedział otwarcie nowej, wielkiej fabryki Tesli pod Berlinem (8 tys. zatrudnionych). Niemcy zostaną liderem produkcji samochodów nowej generacji. Wszystko wskazuje, że po zamachu stanu wydobyciem boliwijskiego litu zajmą się prywaciarze, ale Amerykanom chodziło raczej o zniszczenie najsłabszego politycznego sojusznika Wenezueli i Kuby oraz przywrócenie swej władzy, niż konkretnie lit, który i tak będzie do nich należał.
„Evo wracaj!” – wielki tłum zwolenników obalonego prezydenta Boliwii Evo Moralesa skandował te słowa idąc z El Alto do La Paz, zanim nie rozpędziła go policja i wojsko zainstalowanej przez Amerykanów dyktatury. Na przedmieściach Cochabamby policja użyła ostrej amunicji zabijając pięciu mieszkańców wsi, którzy wraz z innymi próbowali dostać się do śródmieścia. Samozwańcza, nowa „prezydent” Jeanine Añez zagroziła Moralesowi ściganiem, jeśli zechce wrócić z wygnania w Meksyku.
„Marzę o Boliwii wyzwolonej z satanicznych, indiańskich rytuałów. Miasta nie są dla Indian. Niech wracają w Andy, lub Chaco” – bezprawna „prezydent” Añez kasuje hurtowo swe tweety, ale trochę zostało. Skrajnie prawicowa rasistka i fanatyczna katoliczka łączy faszystowskie poglądy z feminizmem, by nadać sobie bardziej progresywny wizerunek: broni kobiet, jeśli nie są Indiankami. „Biblia wróciła do Pałacu” ogłosiła triumfalnie, co było życzeniem białej, prawicowej opozycji z Santa Cruz de la Sierra.
Zastrzelenie Indian w Cochabambie nie uspokoi sytuacji, a tymczasem nowa „prezydent” zajmuje się odwracaniem polityki zagranicznej kraju.
Zgodnie z życzeniami Waszyngtonu. Uznała Juana Guaido, swego wenezuelskiego odpowiednika, za prawdziwego „prezydenta” Wenezueli i wycofała Boliwię z układów regionalnych, jeśli są wspólne z Wenezuelą, Kubą i Nikaraguą, nieuznającymi władzy imperium. Policja aresztowała zresztą sześciu Kubańczyków, w tym szefową kubańskiej misji współpracy medycznej Yoandrę Muro.
Evo Morales wygrał październikowe wybory prezydenckie, a zamach stanu z 10 listopada, który pozbawił go urzędu, nie przestaje wywoływać manifestacji i bitew ulicznych. Kolorowe, indiańskie flagi wiphala górują nad pochodami popierających wygnanego prezydenta. W Gwatemali za Moralesem i przeciw proamerykańskiej dyktaturze wypowiedziała się pokojowa noblistka Rigoberta Menchu. Socjalistyczna Boliwia pomagała jej w pracy społecznej z lokalnymi Indianami. Wyrazy poparcia dla Moralesa wyraził też głośno Roger Waters (Pink Floyd) w nagraniu wideo. Muzyk wezwał do przeciwstawiania się faszyzmowi puczystów.