Personalia w UE

Umocnienie pozycji Timmermansa

Unia Europejska znajduje się na politycznym zakręcie i musi stawiać czoła wielu wyzwaniom-zarówno starym, jak i nowym (m.in.wyraźny wzrost sił populistycznych+nacjonalistycznych, rozwiązanie kwestii Brexitu). To dość banalne stwierdzenie. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego (nad Wisłą – 26 maja) pierwszą kwestią, tylko na pozór techniczną, będzie obsada personalna kluczowych stanowisk w UE. To nader trudne zadanie w związku z potrzebą zapewnienia swoistej równowagi przedstawicieli „starych” i „nowych” członków,reprezentantów głównych rodzin politycznych,uwzględnienia kryterium płci, geograficznego itd.
Na niedawnym szczycie unijnym w rumuńskim Sibiu (Sybinie) Donald Tusk,jako przewodniczący Rady Europejskiej, wyraził nadzieję,iż uda się już czerwcu uzgodnić kandydatury następców,co jest możliwe,ale wysoce niepewne. Chodzi nade wszystko o funkcje przewodniczących: Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa (kierującego też dyplomacją unijną) oraz szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.
Prawdą jest,iż unijne traktaty nie przesądzają jednoznacznie o sposobie wyłaniania przewodniczącego Komisji Europejskiej-de facto najważniejszej osoby w UE.Kandydata wybiera Europarlament (większością głosów) na wniosek Rady Europejskiej,a więc organu składającego się z szefów rządów lub państw. Ten ostatni przypadek dotyczy aktualnie Francji, Rumunii i Litwy,co niekiedy może prowadzić do wewnętrznych konfliktów politycznych (vide formalny „spór o samolot” przed laty między PO a PiS na tle reprezentacji na szczytach w Brukseli. Niektóre z powyższych stanowisk można piastować też przez pół kadencji (2,5 roku),co się jednak zdarza dość rzadko.

Debaty kandydatów

W Parlamencie Europejskim (który niestety nie dysponuje inicjatywą ustawodawczą,ale jego rola stopniowo rośnie) istnieje obecnie 8 frakcji.W tym tygodniu przedstawiciele 6 z nich,w większości tzw. Spitzenkandidaten,a więc kandydaci na szefa Komisji (to pojęcie ukuto przed 5 laty i właśnie wtedy Jean-Claude Juncker, długoletni premier Luksemburga,jako reprezentant chadeckiej EPP stanął na czele Komisji, czyli swego rodzaju rządu UE) odbyli publiczną, ciekawą debatę.
Wzięli w niej udział:Manfred Weber-od 15 lat niemiecki eurodeputowany,w imieniu Europejskiej Partii Ludowej, Frans Timmermans,obecnie I wiceprzewodniczący Komisji,z ramienia Partii Europejskich Socjalistów,Dunka Margrete Vestager z Porozumienia Liberałów i Demokratów,aktualna komisarz ds. konkurencji, Czech Jan Zahradil z Porozumienia Konserwatys – tów i Reformatorów (do tej frakcji należy PiS), Ska Keller z Zielonych oraz Hiszpan Nico Cue (z zawodu hutnik) z frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordyckiej Zielonej Lewicy. Realnie biorąc tylko pierwsza trójka ma szanse na wybór, choć-jak wspomniano-nie ma żadnego automatyzmu,a ogromną rolę odgrywają szefowie państw i rządów.
Bardzo dużo miejsca poświęcono migracji.Weber podkreślał, iż to państwa,a nie przemytnicy muszą decydować kto udaje się do Europy,stąd imperatyw odzyskania pełnej kontroli nad granicami.Niemal wszyscy mówili o potrzebie solidarności oraz o humanitarnej odpowiedzialności w sytuacji, gdy zmiany klimatyczne i gospodarcze wpływają na procesy migracyjne. Powróciła teza o potrzebie wielkiego „planu Marshalla” dla Afryki i koniecznych przesiedleniach z Syrii.Verstager kładła akcent na potrzebę wspólnego systemu azylowego.

„Czarny koń” Timmermans?

Moim zdaniem najlepiej w tego rodzaju debatach wypada Frans Timmermans – świetny mówca,z dużym doświadczeniem międzynarodowym (był m.in. szefem niderlandzkiego MSZ-u). Jest w najlepszym wieku dla polityka (58),poliglotą i zręcznym polemistą.Ma świetny kontakt z młodzieżą.Zaprzecza w każdym calu żartobliwemu powiedzeniu o Holendrach-”jeden Holender to teolog,dwóch to Kościół,a trzech schizma”. Rządząca obecnie nad Wisłą ekipa PiS dorobiła mu „łatkę’ antypolskiego,a jest zupełnie odwrotnie.On po prostu w Komisji Europejskiej odpowiada za przestrzeganie praworządności w państwach członkowskich UE i to zadanie traktuje nader poważnie
Mam okazję znać go od kilkunastu lat,gdy był-jako deputowany-członkiem delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.Urodził się w Maastricht,co jest swoistym symbolem „unijności”.Często wspomina dom swego dziadka,który wyzwolili żołnierze gen. Maczka.. Bardzo interesuje się Europą Wschodnią,spędził zresztą kilka lat w Moskwie jako sekretarz ambasady Holandii-w okresie,gdy rozpadał się ZSRR. Nauczył się wtedy rosyjskiego.
Powtarza konsekwentnie, iż jeśli państwa Europy Wschodniej będą nadal odmawiały solidarności ws.uchodźców i migracji, to same nie mogą liczyć na solidarność w innych kwestiach. W czarnym scenariuszu może dojść nawet do niekorzystnych zmian w funkcjonowaniu systemu Schengen.
Osłabienie w ostatnich latach pozycji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych w Europie nie pomagało w zajmowaniu wysokich stanowisk przez ich przedstawicieli.Ale w tym roku stopniowo następuje pewien przełom.Zwycięstwo (choć skromne) w Finlandii,ogromny sukces Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) w wyborach do Kortezów oraz fakt,iż w wyborach do Europarlamentu wezmą jednak udział Brytyjczycy,co gwarantuje znaczącą reprezentację Labour Party, oznaczają duże wzmocnienie frakcji Socjalistów i Postępowych Demokratów. To wzmacnia kandydaturę Timmermansa.Może on też zostać następcą Franceschi Mogherini z Włoch na funkcji szefa unijnej dyplomacji.

Możliwe niespodzianki

Obecnie Francja nie ma nikogo na czołowych stanowiskach w UE.A w grę wchodzą m.in.takie nazwiska, jak Michel Barnier (były minister spraw zagranicznych i obecny negocjator Unii ws. Brexitu), Christine Lagarde – stojąca na czele Międzynaro-dowego Funduszu Walutowego,czy Bruno Le Maire-aktualny minister finansów i gospodarki.
Pierwsze przymiarki nastąpią zaraz po wyborach do Europarlamentu, na posiedzeniu Rady Europejskiej. Nota bene największe szanse na zastąpienie Donalda Tuska na funkcji szefa tej Rady od końca tego roku mają:odchodząca prezydent Litwy Daria Grybauskaite,i premier Holandii Mark Rutte.Nie wyklucza się też kandydatury samej Angeli Merkel, choć zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami ma ona być kanclerzem Niemiec do roku 2021.

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.

Bardzo długi dzień

1 maja 2004

Od 15 lat pierwszy dzień maja kojarzy się nad Wisłą zarówno z tradycyjnym świętem ludzi pracy,obchodzonym dla upamiętnienia protestów robotników amerykańskich w Chicago w 1896 r., jak i rocznicą wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Nastąpił wówczas finał procesu rozpoczętego 25 maja 1990 r, złożeniem przez nasz rząd wniosku ws.podjęcia negocjacji umowy o stowarzyszeniu ze Wspólnotami Europejskimi..Kolejne etapy tego procesu są na ogół nieźle znane.Najważniejsze z nich to:żmudne negocjacje sfinalizowane na szczycie Unii w Kopenhadze 13 grudnia 2002 r.,podpisanie 16 kwietnia 2003 r. w Atenach Traktatu akcesyjnego Polski oraz 9 innych państw przystępujących do UE,a także referendum akcesyjne 7-8 czerwca 2003r.

Do największego dotychczas rozszerzenia Unii doszło formalnie na szczycie w Dublinie,gdyż to Irlandia wówczas przewodniczyła Unii.Wtedy jeszcze Polacy nie stanowili największej mniejszości w tym kraju jak obecnie,ale wiele elementów łączyło nasze społeczeństwa (religia,rola poetów i pisarzy, procesy migracyjne,Polka w pierwszym rządzie irlandzkim po uzyskaniu niepodległości oraz-last not least-upodobanie do mocnych trunków.

Podróż do Dublina

Oficjalna delegacja RP składała się z 4 osób:prezydent Aleksander Kwaśniewski,premier Leszek Miller,który odegrał kluczową rolę w negocjacjach,nie tylko w stolicy Danii, Dariusz Szymczycha – sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta i piszący te słowa jako sekretarz stanu ds. zagranicznych w KPRM. Ale nie polecieliśmy razem ze względów logistycznych (samolot) i odrębnych początkowo programów.obu współprzewodniczących delegacji.

Premier (któremu towarzyszyłem) udał się o bladym świcie do „Worka Żytawskiego” gdzie na tzw. trójstyku (granica Czech,Niemiec i Polski) odbyło się spotkanie szefów rządów tych trzech państw,a więc z Vladimirem Spidlią, który wkrótce miał zostać (do 2010 r.) czeskim komisarzem ds. zatrudnienia,spraw społecznych i wyrównywania szans,a także z kanclerzem Gerhardem Schroederem.

Była w tym spora porcja symboliki.Oto dwa państwa,które miały (mówiąc łagodnie) skomplikowane historycznie stosunki z Niemcami, wchodziły do Unii przy znaczącym poparciu RFN.Nota bene cała trójka premierów to byli socjaldemokraci.W przypadku Polski ten symbol został jeszcze wzmocniony.Otóż w dalszą drogę udaliśmy się najpierw śmigłowcem wraz ze Schroederem do Lipska,a potem wspólnie niemieckim samolotem do Dublina. Co więcej-tegoż dnia Włodzimierz Cimoszewicz jako minister spraw zagranicznych spotkał się na moście w Słubicach ze swym odpowiednikiem Joschką Fischerem.Najpierw byli po polskiej stronie Odry,a następnie,wraz z tłumami ludzi (choć Polska nie była przecież jeszcze formalnie w strefie Schengen) przeszli do Frankfurtu nad Odrą.Granica już wtedy praktycznie przestała istnieć,a morze piwa wzmacniało tworzącą się nową jakość wzajemnych relacji.

Szczyt

Ceremonia przystąpienia 10 nowych państw (Cypr, Czechy, Estonia,Litwa,Łotwa,Malta,Polska, Słowacja, Słowenia i Węgry) do Unii Europejskiej przebiegła szybko i sprawnie. Irlandzka Prezydent Mary McAlesee tradycyjnie wydała przyjęcie.Jedynym elementem,który do dziś bywa nietrafnie (a nierzadko-złośliwie) komentowany było to,że polską flagę na maszt wciągali wspólnie prezydent i premier.Ale nie było w tym żadnego „wyrywania sobie” tej flagi,ponieważ wszystko odbyło się wedle starej zasady,iż „najlepsze są improwizacje dobrze przygotowane’. Tak zostało to ustalone wcześniej z premierem Irlandii Bertie Ahernem. Ale trzymane było w tajemnicy,aby nie urazić przedstawicieli pozostałej dziewiątki państw ,które były reprezentowane tylko przez jedną osobę – premiera lub (np. Litwa) -prezydenta).Bez wątpienia mieliśmy do czynienia z gestem Gospodarzy w stosunku do największego nowego państwa członkowskiego.

Prawdziwe nieporozumienie miało w finale inny charakter. Otóż Dublin ma dwa lotniska.Tupolew,którym przyleciał Aleksander Kwaśniewski miał zabrać do Warszawy Leszka Millera i mnie. Ale-wskutek dość typowej pomyłki językowej
(„Poland” i „Holland”) – zostaliśmy przetransponowani śmigłowcem akurat na to drugie.Nie miało to większego znaczenia,choć opóźniło nasz powrót do Warszawy. Stało się jedynie powodem do żartów.Na pokładzie (leciał z nami m.in. były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Irlandczyk Pat Cox) była zarazem podniosła i luźna.

Warszawa

Tej nocy wszyscy spali krótko.W Kancelarii Premiera spotkało się szerokie grono osób mających największy wkład w cały proces akcesji.Z różnych środowisk, np. obecny był m.in. Adam Michnik.
Wszyscy mieli poczucie ogromnej wagi tego, co się stało.
Finis coronat opus.Następne 15 lat udowodniły-mimo szeregu zawirowań politycznych-że na naszych oczach zmieniła się historia!

Apel wydawców prasy

Białe, niezadrukowane strony najważniejszych polskich gazet nie ukazują się codziennie. To absolutny wyjątek, dowód, że chcemy zwrócić uwagę na sprawę szczególnej dla nas wagi. Dziś apelujemy do polskich europarlamentarzystów o solidarne poparcie w głosowaniu Dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Apelujemy, by poprzeć rozwiązania, które pomogą wprowadzić – również w naszym kraju – nowe, sprawiedliwsze zasady korzystania przez gigantów internetowych z tworzonych przez polskich pisarzy, filmowców muzyków i dziennikarzy treści. Dzisiejsze rozwiązania brutalnie uderzają w polską kulturę. Twórcy nie otrzymują dostatecznej kompensaty za rozpowszechnianie ich dzieł w internecie. Często żyją w prawdziwym niedostatku albo odchodzą z zawodu. Tracą nie tylko oni, ale przede wszystkim ich odbiorcy. Głosowana w Parlamencie Europejskim Dyrektywa da szansę na zmianę tych zasad. Wesprze twórców, ale nie zuboży internautów. Nie odbierze prawa do linków, nie zakaże memów ani nie przyniesie nowych obowiązków dla niekomercyjnych portali. Pomoże za to chronić własność intelektualną i nałoży na gigantów internetowych obowiązek uczciwej zapłaty polskim twórcom. Apelujemy do polskich eurodeputowanych o wsparcie polskiej kultury. Tym, którzy nas wesprą, podziękujemy. Tych, którzy pozwolą dalej nas okradać, zapamiętamy.

„Puste jedynki” 25.03.2019. Sygnatariusze akcji:

Bogusław Chrabota – redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, prezes IWP
Paweł Fąfara – redaktor naczelny Grupy Polska Press
Arkadiusz Franas – redaktor naczelny „Gazeta Wrocławskiej”
Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny”
Igor Hrywna – redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej”
Jarosław Jabłoński – redaktor naczelny „Kuriera Porannego” i „Gazety Współczesnej”
Krzysztof Jedlak – redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”
Marek Kęskrawiec – redaktor naczelny „Dziennika Polskiego”
Marcin Kowalczyk – redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego”
Tomasz Kowalczyk – redaktor naczelny „Kuriera Szczecińskiego”
Katarzyna Kozłowska – redaktor naczelna „Faktu”
Jarosław Kurski – I zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”
Krzysztof Nałęcz – redaktor naczelny „Głosu Dziennika Pomorza”
Grzegorz Nawacki – redaktor naczelny „Pulsu Biznesu”
Adam Pawłowski – redaktor naczelny „Głosu Wielkopolskiego”
Wojciech Potocki – redaktor naczelny „Gazety Pomorskiej”
Paweł Siennicki – redaktor naczelny „Polska Times”
Stanisław Sowa – redaktor naczelny „Nowin”

Andrzej Stec – redaktor naczelny „Parkietu”
Jerzy Sułowski – redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej”
Artur Szczepański – redaktor naczelny „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości Toruńskich”
Tomasz Szeliga – redaktor naczelny „Super Nowości”
Sylwia Szewc-Koryszko – redaktor naczelna „Kuriera Lubelskiego”
Mariusz Szmidka – redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”
Marek Twaróg – redaktor naczelny „Dziennika Zachodniego”
Krzysztof Wiejak – redaktor naczelny „Dziennika Wschodniego”
Stanisław Wróbel – redaktor naczelny „Echa Dnia”
Grzegorz Zasępa – redaktor naczelny „Super Expressu”
Iwona Zielińska – redaktor naczelna „Gazety Lubuskiej”
Krzysztof Zyzik – redaktor naczelny „Nowej Trybuny Opolskiej”

 

Blok Polska Europejska

Nadciąga wyborczy karnawał. Karnawał czy nawał kar – jak kto chce. Na pierwszy ogień idą wybory do lokalnych samorządów. Partyjni liderzy nie odrywają wzroku od wyników codziennych niemal sondaży: temu spadło, tamtemu wzrosło.

 

Oczywiście najważniejszy będzie Wielki Finał, czyli wybory do Sejmu i Senatu RP. Póki co dzisiaj podano, że wybory do sejmików wojewódzkich – najbardziej wiarygodny prognostyk wyborów parlamentarnych wygra PiS (w 12 województwach). Może tak, może nie. Ale Wielki Finał, jeżeli wygra go PiS ze swoimi przystawkami, ostatecznie przesądzi o przyszłości Polski.
Jest jedna karta, którą opozycja ma szansę skutecznie rozegrać. To karta europejska. PiS dostarczył morza dowodów, że jemu z taką jak obecnie Unią nie po drodze, że dąży do Plexitu lub przebudowania Unii do luźnego związku państw narodowych. Nie chodzi tylko o to, aby zlikwidować Unię Europejską w jej dotychczasowym, kształcie zanim Polska stanie się płatnikiem netto do unijnego budżetu. Powody są natury czysto ideologicznej, z przemożną rolą kościoła katolickiego za plecami Kaczyńskiego. Czy dążenie do rozmontowania Unii zbudowanej na dotychczasowych traktatach jest również celem Waszyngtonu czy/i Moskwy, a PiS w tej rozgrywce odgrywa rolę pożytecznego idioty, to inna sprawa. Ważne, że PiS jest zdeterminowany i nie cofa się nawet przed manipulacjami przy ordynacji wyborczej do najbliższych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Możemy też być pewni, że nie cofnie się przed żadnymi manipulacjami opinią publiczną, jakie znajdą się w jego zasięgu.
Z wypowiedzi Orbana można wywnioskować, że europejskie prawicowe siły eurosceptyków działają w tej kwestii w porozumieniu i szykują się do przejęcia inicjatywy w nowym Parlamencie. Jeżeli do tego dojdzie to, jak mówią, będzie pozamiatane.
Jedyną szansą dla Polski (a być może i dla Europy) jest w tej sytuacji – moim zdaniem – nadanie wyborom do Parlamentu Europejskiego charakteru ogólnonarodowego referendum: jesteś za członkostwem Polski w zintegrowanej i jednoczącej się wokół zawartych w traktatach wartości Unii Europejskiej, jednoczącej się wokół wyzwań, jakie przez Europą stawia rozwój światowej gospodarki i postęp technologiczny, czy jesteś za Europą pisowską, czy jesteś za marginalizowaniem Polski, za odrywaniem się Polski od Europy. Czy jesteś za Europą suwerenną, czy za Europą na pasku USA i Rosji.
Tą kartę można jeszcze wygrać póki nastroje prounijne dominują w Polsce, póki pisowska propaganda nie zrobiła i w tej kwestii wody z mózgów Polkom i Polakom.
Sytuacja staje się z dnia na dzień krytyczna i aby to osiągnąć sięgnąć trzeba po środki do niej adekwatne, nadzwyczajne, dotychczas nie praktykowane. Potrzeba nadzwyczajnej mobilizacji w obronie Unii Europejskiej przed politykami, którzy za nic mają parlamentarną demokrację, rządy prawa, wolności obywatelskie, którzy dążą do zniszczenia europejskiego ładu, jaki ukształtował się po II Wojnie Światowej.
Proponuję otóż powołanie do życia przez wszystkie prounijne partie polityczne wyborczego porozumienia o nazwie na przykład BLOK POLSKA EUROPEJSKA i wystawienie jednej, wspólnej listy kandydatów.
Pora sobie uświadomić, że od tego kto z jakiej partii będzie w Europejskim Parlamencie ważniejsze jest, aby zminimalizować w nim obecność PiS, aby nie dopuścić, aby w nowym PE karty rozdawał Kaczyński z Macierewiczem i Orbanem.
Prounijnie zorientowane partie polityczne niczym przy tym nie ryzykują w tym sensie, że wyniki wyborów do PE przełożą się najpewniej na krajowe wybory parlamentarne. Mogą więc one tylko wygrać, i to wygrać podwójnie: raz w wyborach do PE i drugi raz do Sejmu i Senatu, do których PiS może wystartować z czerwoną kartką wystawioną przez wyborców w maju 2019. Wystarczy poskromić ambicje personalne i pokazać, że potrafimy się jednoczyć wokół podstawowych europejskich wartości.
Czy liderzy proeuropejskich partii politycznych będą chcieli podjąć takie wyzwanie? Oczywiście nie wiem, ale wiem, że powinni. I wiem, że z tworzeniem takiego Bloku nie można czekać na maj 2019. Należy prace nad nim rozpocząć jak najwcześniej.
Tekst pochodzi z bloga „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Manipulacje prawdą My, socjaliści

Myślę, że premier Polski powinien przemyśleć rolę swoich doradców w namówieniu go do wejścia nieumiejętnie w nurt tzw. postprawdy podczas wystąpienia w Parlamencie Europejskim. Mateusz Morawiecki nie jest premierem jednej partii, ale średniej wielkości kraju w Europie, członka Unii Europejskiej. Skutki wizerunkowe tego wystąpienia działać będą długofalowo na szkodę Polski, a rzucające się w oczy odbiegające od rzeczywistości opinie czy fake newsy zostaną zapamiętane. Dziś w erze informacyjnej, kiedy wszyscy kłamią, kłamać trzeba umieć, a tym razem chyba nie wyszło to dobrze. Premier odwołując się w swym wystąpieniu głównie do audytorium krajowego odbiegł mocno od standardu europejskiego, uprawianego w Brukseli. Nie został do końca, albo jeszcze mniej, zrozumiany.
Trzeba wiedzieć, że trwająca na Forum Parlamentu Europejskiego, a generalnie w całej polityce światowej, gra pozorów, jest rozumiana i uprawiana przez większość polityków. Prawda, jako taka, przestała się liczyć. Społeczeństwa burzą się przeciw temu, jednak wolny obieg informacji, szczególnie w sieci, anonimowość i brak odpowiedzialności za słowo, sprzyjają stanowi, jaki mamy. Coraz więcej osób, widząc mechanizmy uprawiania polityki ten stan rozumie. Tym bardziej, że mamy do czynienia z utrwalaniem się w stosunkach międzyludzkich, a więc w kulturze i obyczaju sytuacji dwuznaczności wielu pojęć i definicji. Informacji dziś na ogół nie przekazuje się bez opinii lub komentarza. Trwa w najlepsze tzw. kreacja informacji.
Kreacja informacji oznaczająca odwoływanie się do kłamstwa/fałszu, jak i irracjonalizmu (uczuć, emocji, wiary, intuicji, itp.) nie jest niczym nowym – była, jest i prawdopodobnie będzie stosowana dla realizacji celów politycznych. Rzecz jednak w tym, że współcześnie tego rodzaju działanie zawoalowane jest pojęciem „postprawdy”. Pojawiający się tu problem nie sprowadza się jedynie do kwestii samego stwierdzenia, ale raczej poprzez sens tego pojęcia uzasadnienia sposobu myślenia i działania jakie nastąpiło w relacjach współczesnych.
„Postprawda” jest kategorią będącą wytworem myślenia praktycznego, sprowadzająca się do formułowania sądów dla kogoś korzystnych, niezależnie od ich prawdziwości, przedstawianych jako sądy prawdopodobne lub nawet prawdziwe. Celem tego rodzaju zabiegów są konkretne korzyści np. polityczne, ekonomiczne czy też osobiste.
We współczesnej polityce medialnej, coraz częściej i na większą skalę, następuje odchodzenie od oświeceniowego modelu przekazu informacji odwołującego się do prawdy jako adekwatnego do rzeczywistości przekazu informacji i zastępowaniem go modelem postmodernistycznym, rezygnującym z odkrywania prawdy na rzecz jej kreacji. Efektem tego zabiegu są „postprawdy”. W konsekwencji oznacza to wykorzystywanie informacji do manipulacji.
Nie bez racji pojawiają się opinie, że współczesność zrezygnowała z rozumu racjonalistów nowożytnych, zastępując go rozumem cynicznym. Stąd też znakiem czasów współczesnych nie jest rozum i prawda, ale cynizm, hipokryzja i postprawda.
Prowadzi to do dewaluacji tzw. wartości wyższych: prawdy, piękna, świętości, moralności itp., a zatem zaniżanie wyznaczników standardów nie tylko informacyjnych, ale także moralnych, artystycznych, obyczajowych, a nawet naukowych. Zarzucane są choćby w tym ostatnim wypadku standardy jakościowe na rzecz ilościowych. W konsekwencji nauka zostaje zastąpiona pozorami naukowości, a wiedza naukowa quasi-wiedzą, czyli „szumem informacyjnym”.
Wzrost popularności terminu związany był z dwoma istotnymi wydarzeniami politycznymi 2016 r. – referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz wyborami prezydenckimi w USA, zwłaszcza z kampanią Donalda Trumpa. Opierając się na doświadczeniach komunikacyjnych tych wydarzeń, możemy powiedzieć, że postprawda to w znacznej mierze polityka, w której na fakty i rzeczowe argumenty nie ma miejsca.
Dziś prawda mało kogo interesuje. Politykom opłaca się zawodowo nie tylko mijać z prawdą, ale i z granicami, które do niedawna wydawać się mogły nieprzekraczalne. Zawsze kłamali, ale teraz jest tak, że właściwie nieistotne jest, czy w ogóle mówią prawdę. To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, że społeczeństwu to nie przeszkadza. O ile kiedyś znakomitym instrumentem politycznym było kłamstwo nieodkryte, o tyle dziś jeszcze lepszym jest kłamstwo, o którego kłamliwości wszyscy wiedzą.
Rozważania wokół pojęcia postprawdy dotyczą głównie nowoczesnych form medialnych należących do świata cyfrowego. Internet, jako główne narzędzie świata cyfrowego pozwolił na demontaż dotychczasowych źródeł kontroli społecznej i pozbycie się wszelkiej instytucjonalnej cenzury upowszechnianych treści. To ogromne zwycięstwo demokracji i wolności człowieka. Możemy jednak powiedzieć, że to już przeszłość. Szczególnie, jeśli chodzi o obieg informacji w Internecie.
Premier Morawiecki swoim wystąpieniem w Parlamencie Europejskim znalazł się w nurcie opisanym wyżej. Jest kwestią czasu, jakie przyniesie to skutki nam – Polakom.