Wirtualne inwestycje Morawieckiego

PiS nie potrafi zrealizować nawet swoich, najgłupszych obietnic.

Morawiecki zanim został premierem, był wicepremierem. Specjalizował wtedy w opowiadaniu bajek. Choćby tej o „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Dzięki niej mieliśmy, za 2 biliony złotych, w ciągu paru lat przegonić Niemcy. No i mieć „Luxtorpedę 2.0”.
Potem było o milionie polskich samochodów na prąd. Był chrzest stępki w nieistniejącej stoczni. No i mrzonki o kolejach wielkich prędkości. Nie brakło bajań o rowerowych autostradach i innowacyjności polskiej myśli technicznej.

Kto da więcej niż ja

Po tym jak Morawiecki został premierem nic się nie zmieniło. Ba pojawił się nawet nowy zestaw bajań, określany przez miłą Morawieckiemu część mediów jako „piątka Morawieckiego”. Acz gwoli sprawiedliwości jedną z obietnic zrealizował. Rodzice uczniów dostali po 300 zł na wyprawkę szkolną.
Dlaczego akurat to się udało? Bo nie wymagało fachowców, logistyki, negocjacji, procedur i tego wszystkiego, co składa się na zrealizowanie czegokolwiek, co nie jest prostym rozsyłaniem pieniędzy.
Każde działanie PiS zakładające stworzenie czegoś materialnego, zawodzi. Najlepszym przykładem jest klęska „Mieszkania plus” opisywana tyle razy, że nie ma sensu powtarzać tego po raz enty.
Dokładnie tak samo wygląda realizacja innych „rewolucjonizujących życie Polaków” inwestycji PiS.

Mierzeja

Przekopanie Mierzei Wiślanej to oczko w głowie PiS. Trują o tym od lat. Natomiast od chwili, gdy objęli władzę, na plaży pojawili się już chyba wszyscy prominentni politycy tej partii wbijający palik, czy wykopujący łopatą piasek.
Od dłuższego czasu obowiązuje narracja według której przekop ma być gotowy w 2022 r. I kosztować 880 mln zł. Aby się to udało powinien być realizowany harmonogram. Ten zakładał, że decyzja środowiskowa powinna być wydana w pierwszym półroczu 2018 r. Tymczasem Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podpisał ją 5 grudnia 2018 r. To na jej podstawie zrobiono na Mierzei jedną jedyną konkretną rzecz – wykoszono pas lasu.
Kolejnym etapem przekopywania się miało być uruchomienie przetargu w drugim półroczu tamtego roku. No i uruchomiono. Nawet 3 razy. Efekt jest taki, że za chwilę skończy się połowa tego roku, a wykonawcy nie ma. Za parę dni ma dojść do kolejnego otwarcia kopert z ofertami. I pewnie znów się nie uda. Niezadowoleni z rozstrzygnięć pewnie znów procedurę przetargową oprotestują twierdząc, że jest niejasna i utrudniaj uczciwą konkurencję. Po czym ogłosi się piąty przetarg.
Istnieje też możliwość, że do przetargu nie stanie żadna firma. Wydumane przez PiS 880 mln zł, to bowiem stanowczo za mało. Przecież – państwowy przecież – Urząd Morski w Gdyni wyliczył koszt przekopu i drogi wodnej na 1,3 mld. zł. Zaznaczając przy tym, że ta kwota nie uwzględnia budowy kanału bocznego do planowanej wyspy powstałej z toru wodnego na Zalewie Wiślanym.
Gdyby jednak podliczyć to wszystko do kupy, to wyszłoby, że 2 miliardy zł na budowę przekopu, wyspy i toru wodnego nie wystarczą. Nie wspominając o setkach milionów niezbędnych do zbudowania zupełnie nowego portu w Elblągu.
O bezsensie całego przedsięwzięcia i tak najlepiej świadczy wyliczenie mówiące, że gdyby port w Elblągu przeładowywał 10 razy tyle co teraz, a stawka przeładunkowa wzrosłaby w nim dwukrotnie, to nawet przy kosztach rzędu 880 mln zł, inwestycja zwróciłaby się po 450 latach. Tymczasem koszty te będą niemal trzykroć większe. I to tylko po to, żeby wozić towary morzem do Gdańska, gdy przejazd tam ciężarówką z Elbląga zajmuje niecałą godzinę.
Co prawda Jarosław Sellin 2 lata temu zapowiadał, że przekop sam się sfinansuje. Bo pod piaskiem na Mierzei jest w cholerę bursztynu. Takiego wartego prawie miliard złotych.
Urząd Morski w Gdyni wydał na badania geologiczne 400 tys. zł. Wyszło z nich, że bursztyn owszem jest, ale do pozyskania nadaje się jedynie taki za pół mln zł. Zaś pozyskiwanie to będzie kosztowało 385 tysięcy.
Jeśli to wszystko dodać, to wychodzi, że bursztyn z Mierzei nie umniejszy kosztów, a wręcz przeciwnie. Będzie kosztował polskiego podatnika prawie 300 tys zł dodatkowo.
W tym ekonomicznym kontekście, robienie PiS zarzutu, z nieprzekopywania Mierzei, byłoby bez sensu. Należy zatem trzymać kciuki, za to, żeby ogłoszono przetarg piąty, szósty, siódmy…. I liczyć, że w międzyczasie na miejscu wycinki lasu wyrosną nowe drzewa.

Budujemy mosty

„Polska jest podzielona przez piękne polskie rzeki (…), ale one często (…) jednocześnie powodują pewien rozziew, pewien rozdźwięk między poszczególnymi regionami. Jest co najmniej osiem, dziesięć mostów, których bardzo brakuje” – opowiadał 2 lata temu w Przysusze Morawiecki.
Rok temu z 9 liczba mostów skoczyła do 22. Nazwano to rządowym projektem „Mosty dla regionów” i zadeklarowano na ich zbudowanie 2,3 mld zł.
Euforia w wielu nadrzecznych miejscowościach w Polsce zgasła gdy okazało się, że „samorządy będą mogły otrzymać dofinansowanie na pokrycie aż 80 proc. wydatków kwalifikowalnych danej inwestycji. Pozostałe 20 proc. wartości zadania to wymagany wkład własny, który jednostki samorządu terytorialnego muszą zapewnić w swoim budżecie”.
Samorządy skalkulowały, że gdyby most kosztował 200-300 mln zł, to gmina musiałaby znaleźć na jego budowę 40-60 mln zł. Ale to jeszcze i tak nic, bo według programu rządowego drogi dojazdowe do takiej przeprawy musiałaby wybudować gmina. I to w 100 proc. na własny koszt. Ten zaś to, kolejne 30 mln zł.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że cena mostów w rządowym programie przewyższałaby to, co jest dla gmin niezbędne. Nowe most miałyby mieć paramerty spełniające standardy wojskowe. Czyli musiałyby udźwignąć kolumnę czołgów i mieć konstrukcję, która nie zawaliłaby się od bomby.
Mimo wszystko chętni do budowy mostów się znaleźli. Do Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wpłynęło 75 wniosków. Na ich przygotowanie poszło już z publicznych pieniędzy ponad 86 mln zł. Ale dzięki temu wiadomo, że gdyby miały być budowane wszystkie przeprawy, to rząd musiałby wysupłać nie 2,3 mld zł, ale grubo ponad 4 miliardy.
Kiedy miałyby być rozpatrzone wnioski nikt nie wie. Mówi się o lipcu. Potem będą znane procedury czyli decyzje środowiskowe i oczywiście przetargi. Te skończą się tak jak wszystkie związane z budowlanką. Brakiem chętnych za takie jak w budżecie inwestycji, pieniądze.
A potem wszyscy o rządowym programie zapomną.
Jedynymi wygranymi zostaną Kazimierz Dolny i Janowiec. Bo to te miasta wspominał w przemówieniu Morawiecki, jako przykładach miejsc, które jego program ma połączyć mostami. Oba bowiem miasta, po przeczytaniu zasad koncepcji rządu, nawet złotówki nie poświęciły by starać się w nim uczestniczyć.

Hub

Powstanie gigantycznego lotniska Morawiecki też ogłosił w 2017 roku w Przysusze. Podał nawet termin od kiedy ma zacząć przyjmować i odprawiać samoloty. Znaczy rok 2027.
Centralny Port Komunikacyjny umyślono umieścić 40 km na zachód od Warszawy. Założono, ze ma od mieć przepustowość kilku lotnisk Chopina, czyli 100 mln pasażerów rocznie.
Kosztorys opiewał na 35 mld zł. Z tego 16-19 mld zł miał kosztować sam port lotniczy, 8-9 mld zł nowa linia kolejowa Warszawa-Łódź oraz łącznik do Centralnej Magistrali Kolejowej, natomiast pozostałe 7 mld zł miały pochłonąć inwestycje drogowe. Parę miesięcy temu podano, że do tego należy doliczyć jeszcze 40 mld zł, bo trzeba wyremontować bądź wybudować 1300 km linii kolejowych.
Prace ruszyły z kopyta. Przez 2 lata udało się nawet rządowi przeprowadzić przez Sejm specjalną ustawę w sprawie hubu lotniczo-samochodowo-kolejowego.
Lokalnym samorządowcom też się udało. Przeprowadzili w gminie Baranów, gdzie ma powstać „komunikacyjne serce Polski”, referendum. I okazało się, że „nie” dla CPK powiedziało niemal 83 proc. głosujących. Nie dotarł do nich argument rządu, że położenie geograficzne Baranowa sprzyja inwestycji. Wszak miejscowość jest usytuowana „na przecięciu tras między najważniejszymi metropoliami takimi, jak Los Angeles – Tel Awiw, Wiedeń – Tokio, Szanghaj – Paryż czy Nowy York – Teheran. Centralny Port Komunikacyjny dzięki swojemu położeniu będzie mógł oferować wygodne połączenia na Daleki Wschód i do Ameryki Północnej”.
Dla rządu wynik referendum nie znaczył nic. CPK miało bowiem swoje własne harmonogramy. I właśnie okazuje się, że one biorą w łeb. Do końca roku założono bowiem, że cała potrzebna pod lotnisko ziemia będzie w rękach spółki CPK. To zaś oznacza, że co się uda wykupić po dobroci, państwo powinno wykupić, a z reszty – właścicieli wywłaszczyć.
Tymczasem nie kupiono nawet morgi. Zarząd CPK tłumaczy się teraz, że „żeby przystąpić do negocjacji dotyczących pozyskiwania nieruchomości, musimy znać bardzo precyzyjnie obszar inwestycji, co stanie się po opracowaniu planu generalnego CPK”. Dzięki czemu wiemy, że coś co ma hulać już za 8 lat, nie ma nawet sensownego planu. I mieć nie będzie, bo „w tym roku spółka planuje zlecić przygotowanie planu generalnego”. To zaś z kolei oznacza, że żaden wykup ziemi nie ruszy.
W lutym miała rozpocząć dyskusje o wykupie rada społeczna złożona z delegatów 3 gmin na terenie których powstać ma inwestycja. Do dziś dwie z nich jeszcze nikogo nawet nie delegowały. Co wcale nie jest dziwne, bo przeznaczone pod lotnisko ziemie są urodzajne nadzwyczaj i miejscowi na ich sprzedaż się nie godzą.
To wszystko jednak nie przeszkadzało przedstawicielom rządu popisywać się podczas Europejskiego Kongresu Ekonomicznego w Katowicach wizualizacją hubu. Demonstrowano na prawo i lewo jako pewnik, zrobione na komputerze obrazki.
Doszło do obciachu, po którym wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild musiał się tłumaczyć, że zaprezentowana wizualizacja to jedynie wstępny szkic, który może ulec zmianie.
Jeszcze śmieszniej było kilka dni temu na Forum Ekonomicznym w Krynicy.
– Spółka Centralny Port Komunikacyjny zbiera uwagi do założeń koncepcyjnych Portu Lotniczego Solidarność – powiedział Mikołaj Wild.
Czyli robi coś, co powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.
Obok Baranowa, w Wiskitkach, jeszcze 10 lat temu stały w polu ruiny wiaduktów z budowanej tam za Gierka autostrady z zachodu Europy na olimpiadę w Moskwie. Dróg do tych wiaduktów nigdy nie wybudowano. Dokładnie to samo spotka – zdaniem miejscowych – pisowskie megalotnisko.

Dramat w Baranowie

Jest taki film Larsa von Triera, nazywa się Melancholia. Mieszkańcy Ziemi widzą inną planetę, wcześniej ukrytą za Słońcem, teraz nadciągającą kursem kolizyjnym. Apokalipsa jest nieunikniona.

 

Gmina Baranów liczy nieco ponad 5000 mieszkańców. 92 proc. jej powierzchni to tereny rolne. Lasów nie ma żadnych. Trochę jak w Irlandii. Tyle, że cyrkulacja wiatrów jest mniej uciążliwa. I teren jest płaski. A ziemia żyzna. Głównie gleby drugiej i trzeciej klasy. Rolnicy uprawiają rośliny warzywne i zboża. Jadąc drogą z Baranowa do Kask, dawnej siedziby władz gminy, napotykam głównie pola kukurydzy. To właśnie specyfika geologiczna sprawiła, że zapadł wyrok śmierci. Eksperyzę lokalizacyjną przeprowadzono jeszcze za rządów SLD. Wytypowano wówczas kilkanaście lokalizacji, w tym Baranów. Pomysł wzniesienia megalotniska przestał być brany pod uwagę na kilkanaście lat. Aż nastały rządy Prawa i Sprawiedliwości.
– Zastanawiałam się po co PiS-owi to lotnisko – kręci głową Krzysztof, trzydziestolatek, którego spotykam w Baranowie. Obiecał pokazać mi strefę. Tak miejscowi nazywają obszar, na który w 2020 roku mają wjechać buldożery. – Przecież to są ogromne koszty, niewyobrażalne pieniądze wyrzucone w błoto – denerwuje się mój kierowca. Krzysztof miesza w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego, po ojcu miał odziedziczyć siedem hektatów w gminie Baranów. – Przecież można rozbudować Modlin. Tam jest sporo miejsca i nikogo nie trzeba wywłaszczać. Tam powinno być centralne lotnisko – przekonuje. Krzysztof nie odziedziczy gospodarstwa, bo dorobek jego ojca znajduje się w strefie. Dla niego nie jest to tragedia. – Jeśli rząd zaoferuje poważne pieniądze, to ja jestem za, ale wiem, że tacie ciężko będzie to zostawić.
Na 66,2 km kwadratowych z włączeniem części gminy Wiskitki i skrawków gminy Teresin na mocy specustawy powstanie teren inwestycyjny, na którym do 2028 roku wzniesiony ma zostać Centralny Port Komunikacyjny. Budową zarządzać będzie utworzona do tego spółka. Specustawa została już przegłosowana w Sejmie. W nocy. Na początku czerwca podpisał ją Andrzej Duda. Również w nocy. Wiadomo, że ponad 30 km zostanie zrównanych z ziemią. To będzie istny armagedon. Na pozostałym obszarze mają powstać usługi: hotele, restauracje oraz, co najważniejsze – Airport City – miasto, w którym ma zamieszkać 50 tys. ludzi, w tym większość przyszłych pracowników obiektu. Z specustawy nie dowiadujemy się jednak na jakich warunkach będą prowadzone wywłaszczenia.
Pani Anna mieszka w Stanisławowie. Wraz z mężem zajmują się polem. Kilka hektarów, kiedyś jeszcze dzierżawili, potem dali sobie spokój. Nie są potentatami, nawet jak na warunki lokalne. Dzieci uczą się w Warszawie. W gminie mają wielu krewnych.
– Rozmawiałam dzisiaj rano z moją mamą i naszła mnie taka myśl, ze w zasadzie to ja jestem bardzo wdzięczna temu panu z rządu, co był u nas na spotkaniu – mówi nalewając mi wody z dzbanka. – A wie Pan za co? Bo dzięki niemu uświadomiłam sobie ile to wszystko jest dla mnie warte. Moja mama ma ponad 80 lat. Kiedy usłyszała, że tutaj wszystko będzie zrównane z ziemią i trzeba będzie się przenosić nie wiadomo gdzie, to powiedziała, że ona woli tutaj umrzeć. I wie Pan, ja jej się wcale nie dziwię. Tutaj jest sporo starszych osób, nie wszystkie mają korzenie z dziada pradziada, ale wiele z nich spędziło tu całe życie. Pan to jest młody, dla pana przeprowadzka to pewnie nic strasznego, ale ja się boję, a co dopiero mama. Ale ich, w tej Warszawie, to chyba nie obchodzi.
Najczarniejszy scenariusz dla matki pani Anny całe szczęście się nie spełni. Stanisławów cudem uniknął egzekucji.
– Uczciwie? (śmiech) Czy oni postępują uczciwie wobec nas? – Pani Katarzyna, która jest mieszkanką strefy, w referendum zagłosowała dwa razy na nie. Choć wahała się czy w ogóle wziąć udział w głosowaniu. Nie wierzyła w moc sprawczą plebiscytu, który określa jako „fałszywy gest” Moje pytanie o uczciwość rządzących powtarza kilka razy uśmiechając się z ironią i zrezygnowaniem. – W zasadzie to nie mogę powiedzieć, że oni nas w czymkolwiek okłamali. Ale jest tyle ważnych spraw, o których my nie wiemy nic, że jesteśmy po prostu przerażeni. Nie wiemy ile dostaniemy za nasz dom, jeśli zostaniemy wywłaszczeni. A co więcej – nie wiemy, co z kredytem, który wzięliśmy na ten dom. W jednym z banków powiedzieli, że powiedzieli mi, że takiego kredytu nie da się przenieść na inną nieruchomość. A więc pewnie trzeba będzie spłacić to, co mieliśmy rozłożone na ponad 20 lat. To mi się w głowie nie mieści. A są tutaj ludzie, który mają kredyty na działalność. Ich również nikt nie okłamał. Po prostu rząd nie myśli o tym, co z nami będzie – pani Kasia po raz kolejny się roześmiała, tym razem jednak bardziej nerwowo.
Dla osób takich jak pani Katarzyna możliwością jest przebudowa. Ale nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo jakie opcje będą do wyboru. Może się okazać, że nową „małą ojczyzną” mieszkańców gminy Baranów będzie Puszcza Notecka albo Roztocze. – To wyrwanie ludzi z korzeniami – mówi moja rozmówczyni.
– Proszę Pana, ja nie wierzę, ze tutaj cokolwiek powstanie – dołącza do nas mąż. – Za kilka lat to może być największy plac niedokończonej budowy w Polsce. Taki pomnik nieudacznictwa Kaczyńskiego. To miał być pomnik? (śmiech). – No dobrze, niech to będzie pomnik. Niech ludzie będą sobie przypominać, widząc te terany zdewastowane, jak gospodarzyli rządzący. Szkoda tylko tych ludzi, bardzo mi szkoda. Ja sobie poradzę, ale jest wielu, dla których to jest całe życie.
Referendum odbyło się 17 czerwca. W upalny dzień do urn poszło 47 proc. mieszkańców. Sporo jak na referendum w Polsce. Na pytanie: „Czy chce Pan/Pani budowy CPK w gminie Baranów?” aż 84 proc. głosujących odpowiedziało „nie”. Pytanie nr 2 brzmiało „Czy zgadzasz się na warunki rozliczeń zaproponowane przez Rząd RP mieszkańców Gminy Baranów w związku z budową CPK?”. Krzyżyk przy „nie” postawiło 94 proc. uczestników plebiscytu.
– Ludzie nie wiedzą jak będą szacowane ich budynki – wyjaśnia mi Mirosława Kuran, sołtys Kasek, przyjmując mnie w swoim ogrodzie. Na płocie przed domem wisi baner Stowarzyszenia „Zanim Powstanie Lotnisko”. – Niektórzy mają kilkuletnie domy czy pomieszczenia gospodarcze. Są tutaj doskonale utrzymane obory, remontowane co kilka lat. tutaj nasuwa się pytanie: po co państwu tak ogromny teren? Obawiamy się jednego – że państwo weźmie część tych ziem sprzeda potem po wyższej cenie, czyli zostaniemy po prostu oszukani.
Powagę problemu potwierdza również Jan Franciszek Nowak, przewodniczący Rady Gminy Baranów. – Są tutaj działki, które wcześniej przez kilka lat były wystawione na sprzedaż po 250 tysięcy. Teraz błyskawicznie schodzą po 400 tysięcy – tłumaczy samorządowiec. Inflacja dostrzegalna jest także w Żyrardowie. W największym mieście w okolicy przyszłego lotniska ceny mieszkań skoczyły już o 30 proc.
Mirosława Kuran pamięta swoje pierwsze spotkanie z Mikołajem Wildem, sekretarzem stanu w ministerstwie infrastruktury, odpowiedzialnym za koordynacje projektu CPK. Pogadanka odbyła się w Kaskach w połowie kwietnia. – To było coś okropnego – wspomina – Zjawiła się taka kobieta, która przyjechała z panem Wildem. Powiedziała nam coś nieprzyjemnego, nie powtórzę, bo to było coś bardzo obraźliwego. Podczas spotkania bałam się odezwać, taka panowała atmosfera, obawiałam się, że potem będę mieć nieprzyjemności. W końcu zapytałam o warunki wywłaszczenia. Nie tylko w swoim imieniu, ale również w imieniu mieszkańców. Tutaj nie mieszkają tylko rolnicy. Ale również osoby, które mają swoje mniejsze i większe domy. Jeżeli to ma być tylko 40 zł za metr, to na pewno oferowana kwota nie zrekompensuje strat. Najgorsze jest to, że nie wiadomo na jakie to będą warunki. My chcielibyśmy kupić ziemię gdzieś tutaj w okolicy, za tereny, które zostaną nam zabrane. Ja nie pójdę w Domu Tucholskie. Chcielibyśmy w naszym powiecie taką ziemię kupić. Drugiego gospodarstwa nie postawimy – wzdycha sołtys Kuran. Pokazuje mi drzewo za jednym z budynków.
– My jesteśmy dorobkiewiczami. Ten dąb rósł już tutaj, kiedy zaczynaliśmy. Ja sobie nie wyobrażam, że przyjdą spychacze i buldożery i zetną to drzewo, rozjadą tężnie, którą tutaj mamy, zbudzą kościół, na który zbieraliśmy pieniądze – mówi ze łzami w oczach. Po chwili dołącza do nas jej mąż. Wspólnie zakładali gospodarstwo ponad 25 lat temu. – Było nam ciężko, bardzo ciężko, ale przetrwaliśmy. Teraz mamy dom i to wszystko dookoła – mówi z dumą spoglądając na męża, który się uśmiecha i częstuje nas papierosem. Jego ziemie znajdują się w strefie, gmina Teresin. Ich los jest przesądzony. Gospodarstwo cudem ocaleje. Granica lotniska będzie przebiegać niecałe dwa kilometry dalej. Wyznaczać ją będą dwie rzeki o pięknych nazwach – Pisia i Pisią Gągolina.
Piękne są również Kaski, miejscowość pani sołtys. Po zakończeniu rozmowy państwo Kuran odwieźli mnie do Teresina. Po drodze zatrzymaliśmy się przy sążniach (…). – Boimy się hałasu, boimy się, że zakończy się życie jakie znamy – wzdycha pani Mirosława.
Podczas rozmów z innymi mieszkańcami gminy dowiedziałem się, że kobieta, która towarzyszyła pełnomocnikowi Wildowi nazwała mieszkańców „bydłem”. Protekcjonalny stosunek przedstawicieli rządu, a także mediów i tzw. „warszawki” to budzi sporo żalu. – My nie jesteśmy żadną ciemnotą. Znamy się na pieniądzach, potrafimy liczyć i planować. W reportażach telewizyjnych celowo są pokazywane bezębne babcinki, które mówią coś o zagubieniu. A tutaj, niedaleko mieszka filozof, kawałek dalej znawca antycznej Grecji. Z mężem jeździmy do teatru, opery, na kabarety – wylicza pani sołtys.
Nie dla wszystkich będzie to apokalipsa. Ludzie ze strefy sprawiają wrażenie pogodzonych z losem. Jedni nie widzą możliwości skutecznego wyrażenie sprzeciwu. Wielu spośród nich nie poszło głosować. Inni cieszą się, bo mają coś jeszcze poza gminą. – Co z tego, że gleby dobre jak susza jest i niskie to wyrosło – mówi pan Mirosław ze wsi Struniany, która zostanie zburzona w całości. – Mam sady w okolicach Tarczyna, mam gdzie się wynieść – opowiada mi podwożąc mnie do Kasek. W referendum głosował na „tak” dla lotniska, ale „nie” dla warunków, jakie rząd zaproponował mieszańcom. – Mam 16 hektarów, uprawiam kukurydzę i pszenice oraz stawy, przy których szykowałem agroturystykę – wymienia. – Większość wysiedleńców jest zadowolona. Ludzie powinni na tym skorzystać? A ci z poza strefy? – No cóż, oni pewnie zadowoleni nie będą.

CPL Baranów – chybiony pomysł

Hub to centralny punkt gromadzenia i sortowania towarów (w wypadku Stanisławowa – pasażerów) celem dalszej dystrybucji – czyli wysyłki w ustalone miejsce. Planowany w Stanisławowie hub – po polsku: Centralny Port Lotniczy ma być takim właśnie ośrodkiem obsługującym w założeniu w 2035 r. około 45 – 50 mln pasażerów. Docelowo, jak oświadczył w wywiadzie z 6 czerwca br. dla „Superexpressu” pełnomocnik rządu ds. budowy Centralnego Portu Lotniczego dla Rzeczypospolitej – wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild – 100 milionów. Wizje roztaczane przez pełnomocnika rządu są naprawdę oszałamiające.

 

W Stanisławowie powstanie AirPort City z 50 tys. mieszkańców, w samym porcie lotniczym zatrudnienie znajdzie 37 tys. osób, a dodatkowe 150 tys. ma uzyskać zatrudnienie pośrednio związane z CPL, jak oznajmił pan rzecznik w wywiadzie dla money.pl z kwietnia tego roku. Ilu pracowników będzie dojeżdżało z Warszawy nikt nie policzył, a na szybkie powstania miasta nie liczyłbym. Poza pasażerami samoloty przewożą towary, ale o tym jakoś nikt na razie nie wspomina.

Żeby pasażer mógł po wylądowaniu dalej podróżować, trzeba na starcie spełnić dwa warunki. Po pierwsze umożliwić im możliwość przesiadki do innego środka transportu – kolej, samochód i to bez konieczności wychodzenia z budynków, a dla towarów udostępnić drogową i kolejową sieć komunikacyjną. Wszystkie środki transportu muszą uzupełniać się wzajemnie i to jest komplementarność w transporcie, zgodna zresztą z unijnymi dyrektywami i planami. Koniecznym jest też, aby szybko i wygodnie podróżny mógł się dostać do dużego ośrodka miejskiego, w którego pobliżu zlokalizowany jest port lotniczy – w tym wypadku do stolicy. I wtedy taki węzeł to już Centralny Punkt Komunikacyjny. Są ludzie i towary, które trzeba dalej przewieźć, bo nie wszystko da się przeładować do innych samolotów. Prosty zatem wniosek, że bez torów i dróg ani rusz.

W Polsce dokonano już wyboru miejsca – miejscowość Stanisławów, gmina Baranów, powiat grodziski. Gmina ma obszar nieco ponad 75 km2, pod nowe lotnisko zabranych zostanie 66. Sama budowa CPK przyjęta została na mocy „specustawy” przyjętej przez rząd w kwietniu, przez sejm 10 maja, a podpisanej przez prezydenta na początku czerwca tego roku. Pierwszy lot za dziewięć lat – w 2027 r.

 

Cuda na kolei

Oczywiście do tego konieczna jest infrastruktura. Szef PKP Krzysztof Mamiński, oświadczył, że zbuduje się linie kolejowe tak, aby z największych miast w Polsce (za wyjątkiem Szczecina) podróż koleją trwała 3 godziny (nieco wcześniej prezes PPL mówił o dwóch), a do centrum Warszawy nawet w 20 minut. Na razie przynajmniej w internecie samochodem trasę do granic stołecznego miasta można pokonać w 43 minuty, do centrum zajmuje to ponad godzinę. Z koleją zaś mamy jak na razie problem, bo torów do Stanisławowa nie ma, a odległość z tej miejscowości do stacji PKP w Grodzisku w linii prostej wynosi 11 km, skąd do Warszawy pozostaje jeszcze ponad 30 km. Pociąg pokonuje taką trasę 26 minut (przynajmniej wg rozkładu jazdy).

Co do podróży koleją z innych miast w trzy godziny, to wydaje się być mało realne przynajmniej w odniesieniu do Katowic i Wrocławia. Nawet Ekspresy IC, przyjeżdżające poniżej 3 godzin, wymagałyby bezpośredniego połączenia ze Stanisławowem. Problem w tym, czy takie połączenia byłyby opłacalne. Z wypowiedzi prezesa Mamińskiego trzeba wnosić, że na Centralnym będzie przesiadka, a to wymaga odrębnego stanowiska dla podróżnych na tym dworcu. Do tego wszystkie rozkłady jazdy kolejowe i samolotowe trzeba zsynchronizować – nie ma mowy o opóźnieniach, co w wypadku PKP może być nieosiągalne.

Zatem, jeśli chodzi o połączenie kolejowe, to albo trzeba przebudować jakiś dworzec w Warszawie, albo w wypadku budowy takowego na lotnisku – doprowadzić do niego nowe, bezpośrednie torowiska. Co do dróg, to nawet jak pasażer z lotniska w Stanisławowie dojedzie do autostrady, przynajmniej jak na razie dwupasmowej, która w wypadku przyjmowania dodatkowo kilkudziesięciu mln ludzi rocznie na aerodromie w Stanisławowie to i tak będzie zakorkowana już przy samym wjeździe.

 

Śmierć Chopina…

Lotniska w Polsce, wg prognoz ULC, w 2035 r. obsłużą 94 mln pasażerów (za Forbesem). W 2017 r. było ich nieco ponad 40, z których port lotniczy im. Fryderyka Chopina na warszawskim Okęciu obsłużył ponad 15 mln, a Modlin blisko 3 (łącznie ponad 18,6 mln). Lotniska siedmiu pozostałych polskich ośrodków miejskich liczących ponad pół miliona mieszkańców (wliczając Trójmiasto i Aglomerację Górnośląską) – ponad 19 mln. Przepustowość Okęcia to około 20 mln pasażerów, a po rozbudowie 27 – 28 mln. Modlin, o ile byłby rozbudowany, może docelowo obsłużyć ponad trzy razy więcej pasażerów niż dziś. Każde z wielkich miast i aglomeracji rozbudowuje swoje porty lotnicze. Co ważniejsze, nie potrzeba do tego ani „specustawy”, ani w stu procentach środków z budżetu.

Decyzja w sprawie likwidacji lotnisk na Okęciu i w Modlinie zapadła. Po uruchomieniu CPK nie będą potrzebne – nie zarobią na siebie, a gdyby jeszcze istniały, to z kolei CPK zarobiłby odpowiednio mniej. Wiceminister – pełnomocnik Mikołaj Wild wyznaczył więc już termin ostatniego startu z Okęcia – chwila ruszenia CPK w Stanisławowie. Ale i to nie jest pewne do końca, bo z kolei eurodeputowany PiS – Ryszard Czarnecki – już po tej wypowiedzi oświadczył, że lotnisko na Okęciu zostaje i przekonywał, że wie to od premiera Morawieckiego. W odpowiedzi na antenie Radia Zet, zwierzchnik pana wiceministra i pełnomocnika w jednym – minister infrastruktury Andrzej Adamczyk stwierdził, że rzeczywiście pan poseł Czarnecki był uprawniony do wypowiedzi w imieniu premiera, o przedłużeniu bytu lotniska Chopina, ale to nie jest oficjalne stanowisko rządu, a o jego losie (lotniska, nie rządu) zadecyduje sytuacja rynkowa. W każdym razie wg pana ministra prowadzone są analizy (za portalem Rynki Lotnicze).

Dlaczego ma upaść Modlin, też nie wiadomo. Jest położony blisko dwa razy bliżej od Warszawy niż Stanisławów, a w planach inwestycji infrastrukturalnych przewidywana jest modernizacja istniejącej linii kolejowej i przebudowa drogowej wylotówki z Warszawy. Już teraz z Modlina do Warszawy jeździ się dwa razy krócej niż ze Stanisławowa, a żeby doprowadzić kolej do lotniska trzeba zbudować jedynie 5 km torów. Jest teren po wojsku i nikogo nie trzeba będzie wywłaszczać. Tymczasem rozbudowa lotniska, które należy do spółki województwa mazowieckiego, Agencji Mienia Wojskowego, miasta Modlin i Państwowego Przedsiębiorstwa Porty Lotnicze (30,39 proc. udziałów) napotykała i napotyka na opór i to ze strony jednego z udziałowców – PPPL. Prezes tej firmy (jednocześnie dyrektor lotniska im. Chopina) – Mariusz Szpikowski nie ma wątpliwości, że port lotniczy im. Chopina, zostanie zamknięty, a w rozbudowie Modlina nie PPPL nie będą uczestniczyć, bo spółka generuje straty, choć ma zysk operacyjny. Dlatego chciał dokapitalizowania spółki, ale nie chciał dać gwarancji w mniejszej kwocie na wyemitowane obligacje. Zdaniem pozostałych udziałowców to PPPL wstrzymuje celowo rozwój lotniska w Modlinie (wirtualnemedia.pl). Wszystko podobno w trosce o publiczny grosz.

 

… zmartwychwstanie Radomia?

W tym samym czasie jednak PPPL dogadywały się z Radomiem, którego lotnisko przed zamarciem na nim ruchu w lutym tego roku obsłużyło wcześniej 11 tys. pasażerów. Będzie rozbudowa Radomia – wg prezesa Szpikowskiego w błyskawicznym tempie (niespełna cztery lata), tak, że docelowo Radom obsłuży 7 – 8 mln pasażerów przejmując tanie linie i loty czarterowe. Rozbudowa Modlina musiałaby kosztować ponad miliard, choć pozostali udziałowcy Modlina twierdzą, że dwa razy mniej (z wywiadu dla businessinsider.pl). Modlin jest dobrze połączony siecią komunikacyjną z Warszawą, lotnisko w Radomiu nawet z samym Radomiem nie. Miliard nie wystarczy.
Nasze źródła twierdzą, że Modlin był od początku na przegranej pozycji, bo marszałek województwa mazowieckiego – Adam Struzik – w PiS nie jest popularny. Z drugiej strony – burmistrz Radomia to z kolei PO. Co do portu lotniczego w Modlinie, to powstał on właściwie dlatego, że tanie linie lotnicze Ryanair nie chciały się zgodzić na wysokie opłaty lotniskowe na Okęciu i złamały tym samym monopol PPPL. Dziś Ryanair na polskim rynku wyprzedził PLL LOT i to również w segmencie przewozów regularnych. Czy to jakaś „zła pamięć”?

 

Konkurencja

Inni lokują swoje lotniska w odległości około 30 – 35 km od centrum dużych miast (Pekin, Szanghaj, Paryż – Charles de Gaulle, Londyn – Heathrow 24, Los Angeles – 25) i porty te przepuszczają od 60 do ponad 100 mln pasażerów rocznie), sam Berlin na dwóch lotniskach przyjął w zeszłym roku około 35 mln ludzi, Frankfurt nad Menem 65, londyńskie Heathrow 75 mln. Te porty nie znikną, są rozbudowywane. Berlin mimo trwającej dekadę budowy portu Brandenburg (praktycznie rozbudowa Schoenefeld – odległość od centrum 18 km) radzi sobie i nikt na razie nie myśli o likwidacji żadnego z dwóch lotnisk. W Stambule rozbudowuje się lotnisko tak, aby mogło obsłużyć ponad 80 mln ludzi – przede wszystkim na kierunkach Rosja i Chiny.

Na tranzyt w Polsce i to wielkiej liczby pasażerów nie ma co liczyć, bo każde z wymienionych lotnisk zagranicznych ma doskonałą sieć komunikacyjną i transportową. Poza tym, że lotniczy ruch pasażerski wzrasta (w ub. roku ponad 2 miliardy pasażerów), to środek ciężkości przenosi się do Azji. Z 10 lotnisk, które w 2017 r. przewiozły największą liczbę tylko dwa są w Europie. Amerykanie obsłużyli 270 mln., Chińczycy ponad 230, w Dubaju odprawy przeszło 83 mln, w Tokio prawie 80, a w Europie 140 (lotnisko Charles`a de Gaulle`a zamyka pierwszą dziesiątkę). Każde z tych lotnisk ma powierzchnię mniejszą, niż teren mający być wywłaszczony w gminie Baranów (Charles de Gaulle np. o ponad połowę, lotnisko w Pekinie, na którym odprawiono w ubiegłym roku 94 mln ludzi prawie trzykrotnie). Komu i na co tyle ziemi w gminie Baranów?

Żeby nie było z jak Denver u naszego największego przyjaciela i sojusznika – lotnisko wraz z inwestycjami towarzyszącymi rozjechało się na ponad 137 km, miało odprawić ponad 100 mln pasażerów już ponad pięć lat temu, a w zeszłym roku odprawiono 61,4 mln (Denver ma piąte miejsce w USA pod względem ilości obsłużonych osób – prym wiedzie Atlanta – ponad 104 mln – powierzchnia ponad 2 tys. ha – trzykrotnie mniej niż planowany CPK).

 

CPK nie jest potrzebny

Rozbudowa Okęcia i Modlina wraz z pełnym wykorzystaniem lotnisk w dużych miastach i aglomeracjach (wg ZDG TOR wykorzystują niewiele ponad połowę swojej przepustowości) pozwala na obsłużenie ruchu pasażerskiego przez jeszcze co najmniej piętnaście najbliższych lat. Skoro centralnego portu nie zbudowano wcześniej, a przez blisko 20 lat polskie lotniska sobie poradzą z obsługa ruchu, to był czas na podjęcie przemyślanej decyzji i rozważenie wszystkich przesłanek, tym bardziej, że można było zasięgnąć opinii ekspertów, choćby autorów raportu „Kierunki rozwoju lotnictwa w Polsce” przygotowanego przez zespół TOR. Po cóż ten pośpiech?

CPK w Stanisławowie wraz z inwestycjami towarzyszącymi ma kosztować około 35 mld zł (około 10 mld dolarów amerykańskich).

Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze koszty społeczne. Wszystko będzie rzecz jasna konsultowane, na każdym prawie etapie. Jak te konsultacje społeczne wyglądają w praktyce, pokazują telewizyjne relacje, a właściwie skoro Pełnomocnik, Spółka Celowa i Wojewoda mogą praktycznie wszystko, to komu i do czego są one potrzebne?

Poza zgrzytaniem zębów wywłaszczonych należy spodziewać się fali procesów w trybie administracyjnym, tylko czy w świetle przepisów „specustawy” będą one w ogóle możliwe? Pozwy będą na pewno. Tylko czy w sądach kierowanych żelazną ręką obecnego Ministra Sprawiedliwości uznane będą jakiekolwiek roszczenia? Na razie wiadomo, że żadnej ziemi nikt rozsądny w promieniu kilkunastu kilometrów od Stanisławowa w gminie Baranów nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi, a ogłoszona medialnie decyzja o lokalizacji Centralnego Państwowego Aeroportu (CGA) musiała spowodować dodatkowo spadek wartości nieruchomości. Jeśli ktoś jednak zdecyduje się na taki zakup to warto się przyjrzeć, za jaka cenę został później wywłaszczony.

 

 

Poza tytułami wskazanymi w tekście wykorzystano materiały:
– portale inetrnetowe: sky4fly, ryneklotniczy, inżynieria.com, businessinsider, pasażer.com, money.pl, wirtualnemedia, topnaj, biurorekordów,
– oficjalne strony internetowe: gmina Baranów, miasto Radom, PPPL, ULC, PKP, modlinairport
– oficjalna strona Prezydenta RP,
– port lotniczy w systemie transportu intermodalnego – autor dr Sonia Huderek-Glapska (publikacja na logForum),
– strony internetowe lotnisk wskazanych w tekście.