Zgulaszowane bratanki

Łukaszenka i Kaczyński, od Orbana dowiedzieli się, że takimi bzdurami jak demonstracje, nie ma się co przejmować.

Orban miał szczęście. Po tym jak w 2006 r. socjalistyczny rząd Węgier przyznał, że kraj jest niemal niewypłacalny, przyszedł czas, kiedy władza musiała coś z deficytem zrobić. Przez 4 lata robiła to tak jak wszędzie. Zamrożenie płac w budżetówce, cięcia socjalne i podnoszenie podatków. To jeszcze i tak nic, bo w 2008 roku wybuchł światowy kryzys i wciąż socjalistyczny rząd musiał Węgrów cisnąć jeszcze bardziej.
Idol Kaczyńskiego
Dlatego nie było zaskoczeniem, gdy po wyborach 2010 roku koalicja Orbana uzyskała ponad 2/3 głosów w Parlamencie. Węgierski suweren miał po prostu dość. Orban dawał szansę na wyjście z finansowej kaszany. Ludzi nie interesowało, jakie hasła polityczne miał wypisane na sztandarach. Zwłaszcza, że wcale ich wiele nie było. Partia Fidesz odnosiła się głównie do gospodarki. Przemiaukiwano co prawda, że trzeba zrobić porządek z ustawami, ale miało to służyć wyłącznie usprawnieniu działań ekonomicznych i spowodowaniu – uwaga – żeby było sprawiedliwiej.
Zaczęto od odpraw w firmach należących do państwa. W październiku wprowadzono od nich 98-procentowy podatek i to taki który miał działać wstecznie, bo od stycznia. Nie pasowało to Trybunałowi Konstytucyjnemu. No to Orban wprowadził w konstytucji zmianę uniemożliwiającą Trybunałowi Konstytucyjnemu unieważnianie w przyszłości ustaw okołobudżetowych.
Miłośnicy demokracji się wściekli. Na ulice wyszło ponad 100 tys. osób. Całkiem jak u nas. Co zrobił w związku z tym Fidesz? To co Kaczyński. Nie zwrócił na protesty uwagi. A ponieważ miał większość konstytucyjną, to skoncentrował się na pisaniu nowej ustawy zasadniczej. Takiej zaczynającej się pierwszymi słowami hymnu węgierskiego „Boże, pobłogosław Węgry”.
Idol rynków
Oprócz tego Orban robił coś, co każdego suwerena zabolałoby mocno. Wydłużył wiek emerytalny dla obu płci do 65 lat, zlikwidował 13-te emerytury i 13-te pensje w sektorze publicznym. Żeby tam, ograniczył prawo do strajku, pozwolił na zmniejszenie wynagrodzeń przy wydłużonym czasie pracy, zmniejszył wynagrodzenia za godziny nadliczbowe i ograniczył zasiłki socjalne. Obniżył też podatki PIT i CIT. Dzięki czemu zyskali najwięcej zarabiający i podniósł do 27 proc. VAT, co z kolei powodowało, że po kieszeni dostali najbiedniejsi. Nie odczuli tego jednak, bo równocześnie, w 2011 r. wprowadzono kwotę wolną od podatku uzależnioną od liczby dzieci. I jak ktoś miał jedno lub dwoje dzieci, to miesięcznie zyskiwał ok. 140 zł. Zyski tych, którzy mieli co najmniej trójkę wynosiły zaś ok. 470 zł miesięcznie. A ponieważ z ulgi mogli korzystać, ci co pracowali i płacili podatki, to Węgrzy zamiast kombinować szmalec pod stołem, jak w przypadku naszego 500 plus, do roboty się garnęli. Bo wszak Orban ma szczęście i to większe niż Kaczyński. Nie musiał kupować sobie głosów wsi, która PIT nie płaci i nie był po słowie z zaprzyjaźnionymi związkowcami, którzy chcieli, żeby wiek emerytalny był taki, jak pół wieku wcześniej.
No i oczywiście, żadna z orbanowych reform ekonomicznych ludzi na ulice w akcie protestu nie wyganiała.
Kto by chciał walczyć z podatkami nałożonymi na sektory gospodarki, które były w rękach kapitału zagranicznego? Komu przy zdrowych zmysłach – oprócz neoliberałów – nie spodobałaby się narracja Fideszu, że silna władza państwowa nadzorująca strategiczne działy gospodarki jak banki, sektor energetyczny, czy paliwowy i stwarzająca preferencje dla krajowych przedsiębiorstw, sprzyja szybkiemu wzrostowi gospodarki? A że preferencje były dla niektórych firm krajowych i to tylko tych zaprzyjaźnionych z politykami Fideszu? Znakomitej większości suwerena to latało i powiewało. Tak samo jak zatrważający – zdaniem ekonomistów – spadek ocen jakości instytucji wpływających na konkurencyjność gospodarki, takich jak ochrona prawa własności, zakres konkurencji na rynku krajowym, niezależność wymiaru sprawiedliwości czy faworyzowanie przez władze wybranych podmiotów gospodarczych.
A najśmieszniejsze, że te oceny speców od gospodarki mieli głęboko gdzieś inwestorzy zagraniczni, zaś dla światowych instytucji finansowych, na które Orban się przecież wypiął, jego sukcesy w walce z deficytem finansów publicznych zaczęły budzić zachwyt.
Idol statystycznego obywatela
W latach 2010-2014 uchwalanie 90. ustaw – od wniesienia projektu do przegłosowania – trwało na Węgrzech nie dłużej niż tydzień. W przypadku 13. ustaw, procedowanie parlamentarne kończyło się najpóźniej następnego dnia od wniesienia projektu. Jak choćby węgierską ustawę medialną, dzięki której Fidesz nie musi się borykać z jakąś Agorą, czy TVN-em. Tyle, że ataki na wolności obywatelskie zawsze wyciągały na ulice tysiące demonstrantów. Ale tylko przez 8 miesięcy. Z powodu niezwracanie na nie przez rządowe media i te zaprzyjaźnione z rządem – uwagi, frekwencja w nich spadała.
Ale w 2012 roku wzrosła. W Budapeszcie znowu doliczono się 100 tys protestujących. Tym razem przeciwko uchwalonej przez Fidesz konstytucji. Orban nie tylko to zignorował, ale postanowił z demonstrującymi popogrywać. I dlatego w kolejnych dwóch latach wprowadzał do ustawy zasadniczej kilka poprawek. Każda z nich była przyczynkiem do demonstrowania. Przy ostatniej doliczono się ledwie 3 tysięcy protestantów. Ludziom, nieprzynoszące niczego demonstrowanie, zwyczajnie się znudziło.
Zwłaszcza, że Fidesz tak pokombinował w konstytucji, że zmiana uchwalonego przez obecną władzę prawa, nie będzie prawnie możliwa. Wymagać ma bowiem co najmniej 2/3 głosów w Parlamencie. W wyborach, do którego też zresztą zmieniono zasady gry wyborczej.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2014 r. Fidesz zmniejszył liczbę posłów z 386 do 199, zredefiniował okręgi wyborcze, i ograniczył proporcjonalność systemu wyborczego. No i choć uzyskał w 2014 roku 8 proc mniej głosów niż 4 lata wcześniej, to miał tylko o 1,3 proc mniej mandatów. Choć i tak więcej niż konstytucyjne 2/3. Mimo, że na partię Orbana głosowało niecałe 45 proc. Węgrów.
Pół roku po tych wyborach węgierski rząd wpadł na pomysł opodatkowania internetu, konkretnie – transferu danych w sieci. Zaczęła się jazda, jakiej Orban nie przewidział. Setki tysięcy demonstrantów przez parę dni. Więcej niż przy jakiejkolwiek reformie, czy konstytucji. Ale ponieważ, za protestami nie stała żadna partia opozycyjna, to premier Węgier od podatku odstąpił i nadymał się w mediach, że to przecież normalne, bo suwerena trza słuchać. Efekt jest prosty – Fidesz zyskał, opozycja zaś – jak zwykle.
Faworyt Putina
I gdy miesiąc później wezwała Węgrów do protestu przeciwko korumpowaniu przez rząd urzędników i prowadzeniu polityki zbliżenia z Rosją, to tylko organizatorzy doliczyli się 10 tys. uczestników.
W lutym 2016 znów po Budapeszcie przespacerowało się 10 tys osób. Tym razem nie podobała im się reforma szkolnictwa. Ale za to w kwietniu 2017 na okoliczność zamknięcia uczelni Sorosa, suweren zareagował 80 tys. demonstrantów.
Po tegorocznych, kwietniowych wyborach, znowu demonstrowano. I znowu frekwencja sięgnęła dziesiątek tysięcy osób. Tyle, że tydzień wcześniej partia Orbana zdobyła prawie 50 proc. głosów przy prawie 70-procentowej frekwencji, co dało jej po raz kolejny konstytucyjną większość.
Tuptanie i wykrzykiwanie antyorbanowskich haseł węgierski wyborca ma widać gdzieś. Jemu wystarczy świadomość, że od kiedy rządzi Orban bezrobocie spadło z 11,4 do 3,8 proc. W tym czasie dług publiczny spadł o 6 punktów procentowych, a deficyt budżetowy jest niższy o połowę. A przy tym wszystkim PKB wzrosło Węgrom z 0,7 do 4 proc. w 2017 roku. I nawet płace w tym czasie wzrosły o ponad 10 proc.
Madziar wie też, że nad Dunajem Volkswagen produkuje Audi, a Deimler Mercedesa. I że Opel też tam jest. I wcale węgierskiemu suwerenowi nie przeszkadza, że Putin sprzedaje mu korzystnie gaz w zamian za poparcie dla gazociągu South Stream, a rosyjski kapitał zaangażował się w budowę elektrowni atomowej na Węgrzech.
Po plajcie sprzed lat, Węgier naprawdę potrafi docenić swoją małą stabilizację. Oraz jej twórcę i gwaranta – Victora Orbana.

O autorytaryzmie, koronawirusie i udawanych obrońcach ludu

Przedwyborcze orędzie Aleksandra Łukaszenki wygłoszone 5 sierpnia oglądałam razem ze znajomą Białorusinką. „Kłamstwo!”, „Co on mówi?!”, „Czemu tak kłamie?” – unosiła się co chwilę, ona, osoba na co dzień absolutnie pokojowo nastawiona do świata. Łukaszenko przez półtorej godziny tłumaczył zebranym parlamentarzystom, ministrom i ambasadorom, że limit rewolucji Białoruś już wyczerpała, potrzebne są stopniowe zmiany i powoli wdrażane reformy. Ostrzegał przed wojną hybrydową, wyśmiewał się z „trzech dziewczynek”, które rzucały mu wyzwanie na opozycyjnych wiecach. Słuchali go z kamiennymi twarzami.

Bodaj najbardziej nieprzeniknione były oblicza mężczyzn w mundurach. Przed wyborami spekulowano: czy niektórzy z nich są gotowi porzucić Łukaszenkę? Żyjący w Polsce białoruski bloger, autor rozchwytywanych opozycyjnych kanałów na platformie Telegram, 22-letni Ściapan Puciła, w sieci Nexta (czyt. niechta – ktoś), twierdził, że niezadowolonych w armii, milicji i nawet białoruskim KGB jest bardzo wielu. Takie ponoć sygnały otrzymywał z kraju, od licznych, rzecz jasna anonimowych źródeł. Opozycja świetnie zdawała sobie sprawę, że postawa siłowików zdecyduje, jak skończy się ta kampania wyborcza. Sama główna kontrkandydatka Łukaszenki, Swiatłana Cichanouska, w ostatnim przedwyborczym apelu wideo zwraca się także do ludzi ze struktur siłowych: nie wykonujcie przestępczych rozkazów!
Kamienie przeciw granatom hukowym
Wykonali. Poza nielicznymi wyjątkami w Kobryniu, Lidzie i Mołodecznie, gdzie 9 i 10 sierpnia funkcjonariusze pozwalali demonstrować niezadowolenie z powodu oficjalnego wyniku wyborów, OMON zadziałał bezwzględnie. Tylko pierwszej nocy zatrzymano ok. trzech tysięcy demonstrantów, w całym kraju, bo protestowano nie tylko w Mińsku: niezadowoleni z cząstkowych wyników wyborów znaleźli się we wszystkich miastach obwodowych. 10 sierpnia przewodniczący Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz zapowiedział, że tym, którzy starli się z OMON-em, grozić będzie nawet 15 lat więzienia. Kilka godzin później demonstracje zaczęły się od nowa: ścisłe centrum Mińska zostało już wcześniej zamknięte przez wojsko, ale tysiące ludzi zgromadziło się przy metrze Puszkinska, bez powodzenia usiłując zabarykadować się na pobliskim skrzyżowaniu. Do konfrontacji doszło w rejonie historycznej Niamihi, obok Pałacu Sportu i hotelu Jubilejny – milicja użyła armatek wodnych, gumowych kul i granatów hukowych, samochody wjeżdżały w tłum, a protestujący stawiali opór, zbijali się w ludzkie łańcuchy, rozpraszali się po osiedlach i klatkach schodowych (opozycyjne kanały na Telegramie pełne są informacji, co i gdzie się dzieje, gdzie w razie potrzeby uciekać, jak dostać się do budynków), rzucali kostką brukową. To granat hukowy najprawdopodobniej zabił pierwszą śmiertelną ofiarę starć: mężczyznę, który próbował odrzucić go z powrotem w stronę funkcjonariuszy. Liczba rannych, w tym ciężko, od gumowych kul, idzie w setki. W nocy z 11 na 12 sierpnia doszedł też kolejny tysiąc zatrzymanych.
Demonstranci ponieśli jeszcze jedną stratę: nie będzie z nimi Swiatłany Cichanouskiej. 10 sierpnia po południu kandydatka, ogłosiwszy się prawdziwą zwyciężczynią wyborów, udała się do siedziby Centralnego Komitetu Wyborczego, by złożyć oficjalny protest. Jej sztab stracił z nią kontakt, zaś 11 sierpnia kobieta odnalazła się już za granicą, na Litwie. Nagrała oświadczenie: uznaje wynik wyborów, przyznaje, że sytuacja ją przerosła, swoich zwolenników prosi o powstrzymanie się od przemocy, a sama wyjeżdża do swoich dzieci, bo to one są najważniejsze. Nikt raczej nie wierzy, że nagranie kandydatki, na którym całkowicie załamana kobieta czyta z kartki upokarzające oświadczenie, naprawdę powstało dobrowolnie: szantaż służb i pozbycie się Cichanouskiej z Białorusi to logiczny finał kampanii wyborczej. Władze odmawiały w niej opozycyjnym kandydatom rejestracji, wsadzały ich do aresztów, odwoływały mityngi Cichanouskiej pod pretekstem wymiany kostki brukowej. Według broniącej praw człowieka organizacji Wiasna, od maja do lipca za udział w spontanicznych protestach zatrzymano łącznie przynajmniej 1140 osób. Jednymi z ostatnich zatrzymanych byli 6 sierpnia dźwiękowcy, którzy podczas plenerowej imprezy dla rodzin z dziećmi (z założenia prorządowej) puścili piosenkę kultowego radzieckiego zespołu Kino – „Pieriemien!” (Zmian), hit, który w tej kampanii stał się jednym z symboli opozycji. Jednego z marzących o zmianach didżejów spotkała w trybie przyspieszonym kara 10 dni aresztu za „chuligaństwo”, jego kolega czeka na sprawę. Łukaszenko chciał być groźny, ale w oczach młodych obywateli nie takimi gestami zdobywa się szacunek i poparcie, podobnie jak nie mogły mu go dać nachalnie puszczane w mińskim metrze przypomnienia o terminie wyborów czy gigantyczne plakaty z datą głosowania rozwieszone w całym mieście.
Przypadkowa niepodległość
Swoją deklarację suwerenności w 1990 r. Rada Najwyższa Białoruskiej SRR ogłaszała bardziej z konieczności niż z przekonania, w wyniku przemian zachodzących w Moskwie, a nie oddolnych ruchów domagających się niepodległości (te były daleko za słabe). Rok później przystąpiono w Mińsku do tworzenia „regulowanej gospodarki rynkowej”. Jak pisze w swojej „Białorusi” historyk Eugeniusz Mironowicz, „szybko rosły fortuny ludzi związanych z elitą władzy. System koncesji, zezwoleń, zwolnień celnych i fikcyjnych kontraktów stworzył zagmatwany węzeł powiązań na styku gospodarki i polityki. Regulowana gospodarka rynkowa dawała możliwość kontroli życia gospodarczego i bogacenia się stosunkowo niewielkiej liczbie obywateli, głównie tych będących blisko obozu władzy”. Dodatkową przeszkodą okazało się uzależnienie białoruskiej gospodarki od rosyjskich surowców, paliw i rynków zbytu. Transformacja okazała się dla obywateli przekleństwem. Demokracja nie wytrzymywała porównania z epoką I sekretarza Piotra Maszeraua (lata 1965-1980), gdy – znowu oddajmy głos Mironowiczowi – „Białoruś zajęła czołowe miejsce w ZSRR zarówno pod względem rozwoju gospodarki, jak i poziomu życia mieszkańców”. Rozwijał się przemysł, postępowała urbanizacja, a opłaty za państwowe usługi telekomunikacyjne, transportowe i komunalne obniżono do symbolicznego poziomu. Aleksandr Łukaszenko, który w wyborach w 1994 r. obiecywał uczciwe państwo, powrót sprawiedliwości społecznej i zahamowanie przemian wolnorynkowych, nie dał szans konkurentom.
Obywatele, którzy pamiętali fatalny początek lat 90., bez żalu wybaczali prezydentowi Łukaszence demontaż kolejnych elementów liberalnej demokracji: podporządkowanie władzom przestrzeni medialnej, upolitycznienie sądów i prokuratur, marginalizację parlamentu, nowe prerogatywy prezydenta włącznie z mianowaniem burmistrzów i dyrektorów fabryk, zniesienie limitu prezydenckich kadencji i nawet przemoc KGB wobec szczególnie niewygodnych konkurentów czy dziennikarzy. Łukaszenko miał charyzmę; nawet niechętni mu przyznawali, że skutecznie zbudował wizerunek przywódcy bliskiego prostym ludziom, wręcz prezydenta-Robin Hooda, który karze nieuczciwych, a dba o najsłabszych. U schyłku lat 90. w białoruskiej gospodarce doszło do wyraźnego ożywienia, a wzrost gospodarczy utrzymał się i w latach następnych, dzięki importowi rosyjskich surowców po obniżonych cenach. To, że pod rządami Łukaszenki wzrosły pensje, emerytury i świadczenia socjalne, przyznaje nawet Anatolij Fieduta, niegdyś rzecznik prasowy białoruskiego przywódcy, dziś jego biograf i krytyk. Jednak model peryferyjnego sterowanego „kapitalizmu z ludzką twarzą”, w zaledwie dziewięciomilionowym państwie uzależnionym od tanich surowców, osiągnął swoje granice.
To nie socjalizm
Poziom nierówności społecznych na Białorusi wciąż jest znacznie niższy, niż u sąsiadów, gdzie neoliberalizm bez hamulców zatriumfował dużo wcześniej, ale w ostatnich latach odsetek żyjących w ubóstwie i różnice w zarobkach rosną coraz szybciej. W maju 2020 r. średnie wynagrodzenie wyniosło na Białorusi 1228 rubli białoruskich (ok. 2550 zł), ale mediana już tylko niecałe 894 ruble (ok. 1780 zł), a dominanta, najczęściej spotykana, nie przekraczała 640 rubli (1280 zł). Takich różnic między medianą a średnią nie było nigdy w ostatnich dziesięcioleciu. W dodatku wszędzie rosną ceny, a zarobki wyliczone dla całego kraju są praktycznie nieosiągalne poza Mińskiem: przykładowo w położonym na zachodzie kraju obwodzie brzeskim mediana i dominanta to odpowiednio 828,5 i 581 rubli, we wschodnim mohylewskim – 811 i 565. Kolejna zmiana, której nie da się nazwać prospołeczną: od 2016 r. na Białorusi systematycznie podnoszony jest wiek emerytalny, o pół roku co rok, aż w 2022 r. zostanie osiągnięty poziom docelowy – 63 lata dla mężczyzn i 58 dla kobiet. Władze przestały również wliczać do stażu pracy czas służby w wojsku, urlopu macierzyńskiego czy opieki nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji. Jeszcze wcześniej, w 2010 r., zlikwidowano część ustawowych ulg dla studentów i emerytów. prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są mocno ograniczone. Bezrobocie pozostaje na niskim poziomie, ale już 70 proc. pracujących, nawet w wielkich państwowych zakładach, nie ma umowy na czas nieokreślony, tylko kontrakt na mniej niż trzy lata, co w oczywisty sposób zniechęca do wchodzenia w spory z kierownictwem zakładu; prawo do strajku i działalność niezależnych związków zawodowych są zresztą mocno ograniczone. Władza woli, by krytykowano ją z liberalnych czy ogólnikowo proeuropejskich pozycji, niż z lewa.
W takie państwo coraz bardziej z nazwy socjalne uderzył dodatkowo koronawirus: światowa dekoniunktura uderzyła w te rynki, dokąd trafiało najwięcej białoruskiej produkcji naftowej czy innego towaru eksportowego, jakim są nawozy (kupują je w Mińsku m.in. Chiny i Brazylia). Zamknięte przez kilka miesięcy granice odcięły kilkuset tysiącom obywateli popularny rosyjski kierunek wyjazdów zarobkowych, zabiły turystykę, którą w ostatnich latach władze starały się rozwijać, choćby poszerzając strefę bezwizową przy granicy z Polską, uderzyły w sektory, gdzie dominował prywatny biznes, jak gastronomia. Łukaszenko może zapewniać, że żadnej pandemii nie ma, ale niepokój wśród obywateli i spadek ich dochodów jest faktem: jeszcze w kwietniu w sondażu SATIO 45 proc. ankietowanych zadeklarowało, że ich wynagrodzenia od początku kryzysu spadły. Po 48 proc. zadeklarowało, że traktuje epidemię poważnie, unikając dużych skupisk ludzkich i stosując środki antyseptyczne. Eksperci Centrum Badań Ekonomicznych BEROS spodziewali się już wzrostu bezrobocia do poziomu 15 proc., a gdyby światowe ograniczenia w gospodarce i transporcie miały trwać dłużej, utrudniając Białorusi odbicie – nawet do 30 proc. To już 1,3 mln dodatkowych bezrobotnych i społeczne załamanie.
Łukaszence coraz trudniej w takich warunkach przekonywać, że to on powstrzymał transformacyjną katastrofę, a potem ocalił białoruską suwerenność – coraz więcej obywateli widzi, że w obliczu nowej katastrofy władza bardziej angażuje się w zamykanie ust opozycji, niż w walkę ze skutkami kryzysu. Łukaszenko przestał być autorytarnym, lecz troskliwym przywódcą, tylko zwykłym dyktatorem, który rządzi zdecydowanie za długo i któremu chodzi wyłącznie o utrzymanie się przy władzy. Zwłaszcza na ludziach młodych, którzy całe świadome życie przeżyli z Łukaszenką, jego przemowy nie robią żadnego wrażenia. Już wcześniej mieli do prezydenta pretensje o brak wolności słowa, toporną propagandę i ograniczone perspektywy. Teraz, przekonani, że gorzej być już nie może, gotowi są poprzeć każdego, kto nie jest Łukaszenką, choćby nie miał programu i niczego konkretnego nie obiecywał. Nie zajmują się geopolitycznymi rozważaniami, lecz instynktownie porównują swój kraj z Polską, którą wielu z nich w jakimś stopniu poznało; ani im w głowie przeczucie, że Białorusi groziłby w razie politycznego przewrotu los Ukrainy i jej przeraźliwie spauperyzowanego społeczeństwa.
Twarz bez programu
Niektóre mityngi Swiatłany Cichanouskiej, za sprawą administracyjnych utrudnień często zwoływane w parkach, przypominały na zdjęciach potajemne wiece socjalistyczne w czasach rewolucji 1905 r.: w Iwanowie w lesie nad rzeczką Tałką czy w Łodzi, też poza miastem, daleko od fabryk. Podobieństwo to jednak czysto wizualne; czerwone sztandary w tłumie zwolenników opozycji zdarzały się, ale rzadko, małe partie lewicowe, jak Sprawiedliwy Świat, mozolnie starały się przekazywać swoje postulaty, ale większość wiecujących chciała odejścia Łukaszenki, nie zastanawiając się, co dalej. Nawet jeśli, jak twierdzą lewicowi aktywiści, przychodzili na wiece z powodu swoich codziennych bolączek związanych choćby z niskimi zarobkami. Cichanouska zupełnie otwarcie mówiła, że nie ma programu – poza postulatem przeprowadzenia uczciwych wyborów, i że nie jest politykiem – weszła do gry, bo aresztowano jej męża, a sama chciałaby wrócić do prowadzenia domu i „smażenia kotletów”. To dostatecznie jasna sugestia, że w ostatecznym rozrachunku prezydentem zostałby ktoś inny, a jego doradcy mieliby już bardziej konkretne pomysły dla Białorusi. Jakie, można się domyślić, patrząc na Ukrainę i rząd utworzony po Majdanie, ale i na Litwę, która Cichanouską wspiera – i tam wygrał neoliberalizm, a razem z nim rozwarstwienie społeczne, wysoki wskaźnik ubóstwa i migracji zarobkowej. Cichanouska świetnie wychodziła na zdjęciach razem z sojuszniczkami, Maryją Kolesnikawą i Wieraniką Cepkało, ale jak zauważył Kamil Kłysiński, analityk przychylnego białoruskiej opozycji Ośrodka Studiów Wschodnich, traciła pewność siebie w przemówieniach, jakby sama obawiała się tego, co będzie dalej. Gdy jej najbardziej zagorzali zwolennicy ruszyli na ulicę, ona nigdy do nich nie dołączyła. Zupełnie jakby miała być tylko twarzą, zdobyć zaufanie ludzi, zostać Matką narodu po tym, gdy zawiódł Ojciec… a po chwili otworzyć drogę dla zupełnie innych sił.
Zdaniem Kłysińskiego bez ikonicznej, choć słabej programowo przywódczyni protesty wygasną, chociaż nie od razu. W nocy z 11 na 12 sierpnia w Mińsku i innych miastach obwodowych demonstrowano ponownie, znowu ze strony OMON-u leciały granaty hukowe, a z szeregów opozycyjnych kamienie i butelki. Nadziei na masowe przechodzenie milicjantów na drugą stronę już nie ma: centrum Mińska jest ściśle kontrolowane przez wojsko, protestujący mogli zgromadzić się na kilka godzin tylko przy stacjach metra na peryferyjnych osiedlach-sypialniach. Opozycja liczyła jeszcze na formę walki zwykle przez neoliberałów pogardzaną – robotniczy strajk, 11 sierpnia opozycyjne kanały na Telegramie publikowały wezwanie do ogólnokrajowego zatrzymania zakładów. Doniesienia o przerwach w pracy popłynęły jeszcze 10 sierpnia z kilkunastu wielkich fabryk, ale jak wynika z przeglądu białoruskich mediów, w tym społecznościowych, poczynionego przez absolutnie nie łukaszenkowski, ukraiński portal 112.ua, to nie masowe zatrzymania produkcji, lecz protesty części załóg, mityngi kilkudziesięcio-kilkusetosobowe. Jakby złość przegrała jednak z poczuciem, że te protesty nie mogą skończyć się dobrze.
Kryzys jeszcze przyjdzie
Władza nie zawaha się dalej używać siły. Pogłębiania się pandemicznego kryzysu Łukaszenko nie uniknie, na nowe socjalne reformy nie ma ani zasobów, ani szczególnych chęci. Nie ma też w jego otoczeniu ludzi myślących w tym kierunku: zależy im na niepodległości, bo w jednym państwie z Rosją zderzyliby się z jeszcze drapieżniejszą oligarchią i dużo mocniejszymi strukturami siłowymi, ale stawką jest dla nich utrzymanie własnego majątku i pozycji, nie dobro ludu. Przed Mińskiem niełatwe dalsze rozmowy o integracji w kierunku wschodnim, a i najbardziej optymistyczny scenariusz rozwoju sytuacji w gospodarce, w którym pracę traci „tylko” pół miliona ludzi, to nadal wariant dramatyczny.
Niegdysiejszemu mężowi opatrznościowemu pozostaje zastraszenie niezadowolonych, by przez jakiś czas się nie podnieśli. Nieprzypadkowo aresztowania podczas protestów nie minęły również przedstawicieli socjalistycznej i komunistycznej lewicy, warunkowo wspierającej opozycję. Działacze Sprawiedliwego Świata i białoruskich Zielonych podczas wieców Cichanouskiej rozdawali ulotki, na których sformułowano program minimum: cofnięcie wszystkich antyspołecznych reform ostatnich lat, w tym emerytalnej, stabilne zatrudnienie zamiast umów krótkoterminowych, skrócenie czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych zarobków. I w takim kontekście, przy mocnych gwarancjach swobodnego działania ruchu związkowego, wielopartyjna demokracja zamiast autorytaryzmu. To mógłby być program dla Białorusi – ale taki program nie zyska wsparcia z zewnątrz, ani z zachodu, ani ze wschodu. O sprawiedliwość społeczną walczy się najtrudniej.

Gwałt, nie gwałt

Na ulice Barcelony wyszło kilka tysięcy wściekłych kobiet, by zaprotestować przeciwko zadziwiającej interpretacji sądu, że nie doszło do zgwałcenia 14-letniej dziewczyny.

W 2016 roku w miejscowości Manresa sześciu mężczyzn wykorzystało seksualnie 14 letnią dziewczynę, będącą pod wpływem alkoholu i narkotyków. Prokuratura oskarżyła ich o gwałt zbiorowy, w hiszpańskim prawie zagrożony karami do 20 lat więzienia. Sąd w Barcelonie orzekł jednak, że gwałtu nie było, ponieważ nieprzytomna ofiara nie okazała sprzeciwu, co wykluczało ze strony sprawców użycie przemocy.
Tak więc skazano ich jedynie za wykorzystanie seksualne i skazano na wyroki od 10 do 12 lat więzienia. Hiszpanki na ulicach protestują przeciwko zbyt niskiej, ich zdaniem, karze.
Sąd owszem, podniósł, że wiek ofiary nie mógł pozostać niezauważony dla sprawców, lecz jednocześnie odstąpił od zakwalifikowania tego jako gwałtu, ponieważ ofiara jako nieprzytomna nie mogła być ofiarą przemocy lub zastraszania, a przestępcy „mogli dokonać swoich czynów bez użycia jakiejkolwiek przemocy lub zastraszania, by pokonać opór, którego przecież nie było.”
Ofiara twierdziła, że co najmniej dwóch ze sprawców miało w rękach przedmiot przypominający broń, co miało wpływ na jej zachowanie i wyczerpywało znamiona przemocy, jednak sąd nie dał wiary jej zeznaniom , powołując się na luki w pamięci, które zostały udowodnione podczas procesu. Sędziowie uznali, że nie wiadomo, czy zeznania dziewczyny były jedynie „przebłyskami” niektórych scen lub też słowami zasugerowanymi przez otoczenie.
Specjalistka prawa karnego dr Patricia Faraldo, na której zdanie powołują się protestujące kobiety uważa, że interpretacja sądu o ciągłym pozostawaniu 14 latki w stanie nieprzytomności jest niepoprawna i nieprawdziwa.
W Hiszpanii, według danych prokuratury, rośnie liczba gwałtów zbiorowych.

Algieria znowu wrze

Obywatele i obywatelki Algierii uczcili 65. rocznicę początku wojny o niepodległość swojego kraju, domagając się zmian tu i teraz. Odejście „wiecznego prezydenta” Abd al-Aziza Butefliki to dla nich za mało. Wiedzą, że cały system polityczny jest skorumpowany i niesprawiedliwy.

Rząd robił wszystko, by utrudnić zaplanowane manifestacje – na jeden dzień w Algierze przestało jeździć metro, zawieszono połączenia kolejowe ze stolicą. A jednak na ulice miasta wyległy tłumy. 100 tys. kobiet i mężczyzn, młodszych i starszych, wszyscy zgodni co do tego, że Buteflika odszedł, ale u władzy pozostała ta sama elita, co do tej pory, ci sami wojskowi zagarniający dla siebie owoce rozwoju gospodarczego państwa.
Ruch domagający się radykalnej demokratyzacji Algierii tli się od wiosny. Buteflika zrezygnował w kwietniu, ale protesty odbywały się dalej, co piątek, ze zmiennym natężeniem. 1 listopada, z uwagi na ważną historyczną rocznicę, nabrały szczególnej mocy. Demonstranci domagali się, by Algieria, która dekady temu wywalczyła niepodległość, teraz została naprawdę wyzwolona. Żądali, by pełniący obowiązki prezydenta Abd al-Kadir Bensalah zrezygnował, podobnie jak premier Nur ad-Din Bedoui i Ahmad Dżaid Salah, szef sztabu sił zbrojnych, a faktycznie najpotężniejszy człowiek w kraju po wiosennych zmianach.
Grupę wpływowych wojskowych, starszych polityków i oficerów służb specjalnych, którzy za rządów starzejącego się Butefliki faktycznie rządzili Algierią, a i po jego odejściu nie zamierzają rezygnować, nazywa się w Algierii po prostu władzą – le pouvoir. Młodzi ludzie podczas powtarzających się co piątek protestów domagają się demontażu całej tej władzy i realnej demokratyzacji polityki. Czują, że grudniowe wybory prezydenckie, jeśli odbędą się pod kontrolą le pouvoir, będą wyłącznie inscenizacją. Protestujący domagają się, by wybierać nie prezydenta, a zgromadzenie konstytucyjne, które nakreśli zupełnie nowe ramy politycznego ustroju i zadba o to, by był on sprawiedliwy.
Młode pokolenie Algierek i Algierczyków oburza brak perspektyw, wysokie bezrobocie, korupcja i bezkarność służb mundurowych. W ocenie organizacji broniących praw człowieka, jak Human Rights Watch, policja i wojsko regularnie dopuszczały się aktów przemocy w stosunku do pokojowych demonstrantów. Arbitralne aresztowania i przetrzymywanie w izolacji zdarzały się regularnie, a do zwrócenia na siebie uwagi służb wystarczyło np. protestowanie z flagą państwową w ręku. W wydanym we wrześniu raporcie HRW informowała również o rozpędzaniu spotkań organizowanych przez instytucje pozarządowe oraz o blokowaniu dostępu do mediów informacyjnych.

Starcia w Moskwie

Stolica Rosji stała się 27 lipca po raz kolejny widownią ostrych starć opozycji z policją. Zatrzymano ponad 1300 osób.

Nieuzgodniona z władzami miasta demonstracja zebrała się w okolicach głównej ulicy miasta – Twerskiej. Protestujący przerwali szpaler policji na skrzyżowaniu Twerskiej i bulwaru Strastnego i przedostali się na jezdnię ulicy Twerskiej, blokując ruch. Doszło do starć z policją. Policja zatrzymywała najbardziej aktywnych uczestników protestu, niektórzy stawiali silny opór. Ze strony protestujących rozpylono gaz, co zmusiło część policji do użycia masek gazowych.
Podczas przerwania blokady policyjnej doszło do zniszczenia co najmniej dwóch ogródków kawiarnianych. Protestujący próbowali różnymi drogami wrócić na Twerską i przedostać się w okolice siedziby władz stolicy pod pomnikiem Jurija Dołgorukiego, policja aktywnie temu się przeciwstawiała.
Protest trwał do wieczora przenosząc się na pl. Trubny. Policja zatrzymywała kolejnych uczestników, których liczba wieczorem doszła do 835 ludzi. Sama policja twierdzi, że ponad 70 proc. zatrzymanych to ludzie spoza stolicy Rosji.
„Próby ultimatum, organizowania zamieszek do niczego dobrego nie doprowadzą” napisał w Twitterze obecny mer Moskwy Sergiej Sobianin.
Mityng na Twerskiej wywołał kontrowersje w łonie samej opozycji. Zwołał w tym miejscu go Aleksiej Nawalny, wiedząc, że decyduje się na nielegalną akcję i ostre działania policji. Część opozycjonistów, którzy zgromadzili się na legalnym proteście na ul. Sacharowa wypowiadała się o tej decyzji bardzo krytycznie. Lew Ponomariow, jeden z liderów opozycji powiedział wprost, że „Nawalny zawiódł ruch opozycyjny”.
Protestujący domagają się przywrócenia kandydatur opozycyjnych polityków w wyborach samorządowych – między innymi do Dumy Miejskiej. Komisja wyborcza z kolei twierdzi, że zgłoszenia ich kandydatur przekraczały dopuszczalne liczby nieważnych podpisów. Zakwestionowanych zostało 57 kandydatur.

Tako rzecze Zaratustra

„W obozie opozycji trwa festiwal pogardy” – donosi triumfalnie Niezależna.pl. I ma całkowitą rację.

 

Bo ani ostatnia wypowiedź Waltera Chełstowskiego („Duża, wystarczająca część obywateli Polski to głupcy”), ani Wojciecha Sadurskiego („nieoświecony plebs”), ani Tomasza Lisa („pan menel ma swego kandydata”) nie wskazują na to, żeby obrońcy demokracji przez ponad dwa lata rządów PiS jakoś szczególnie przybliżyli się do diagnozy, mogącej im wyjaśnić genezę rosnących wciąż słupków poparcia pomimo ewidentnej rozwałki kolejnych państwowych instytucji.
Współtwórca KOD z pychą, która, aż dziw, że nie rozsadziła wszerz facebookowego feeda, stwierdził, iż „jak w każdej dyktaturze” istnieje „rozumna mniejszość”. I on się do niej kwalifikuje.
Serio? Ludzie są „głupcami” bo rzucają niewolniczą robotę, która ledwo pokrywa koszty przejazdów? Bo nie palą się do pracy sprzątacza za połowę minimalnej przy założeniu poczynionym na gębę (bo przecież nie na piśmie), że mopa i płyny do szyb oraz podłóg mają zapewnić sobie z własnej kieszeni?
Że wolą konkretne 500 plus do ręki od obecnego przaśnego rządu niż obietnicę budowy boiska do nogi w 2053 r., kawałka obwodnicy w 2074 i stacji metra w 3062 od poprzedniego, zaopatrzonego w superdrogie zegarki? Bo wykorzystują okazję, która im się tu i teraz nadarza, żeby ułatwić sobie życie i z całego tego pisowskiego zamieszania mieć chociaż sprowadzone z Niemiec używane auto?
To ma świadczyć o „głupocie”? Głupotą jest udawanie, że zaskakują nas te mechanizmy i że zagadką jest, co też ludzi do takiego stanu doprowadziło (podpowiadam: „wstawali za późno i pracowali zbyt krótko” to nie jest poprawna odpowiedź).
Oczywiście, wiele działań reklamowanych dziś przez PiS jako prospołeczne jest religijno-nacjonalistyczną blagą. I jestem pewna, że widzi to naprawdę wielu beneficjentów pisowskich programów. Ale każdy z nas, żyjąc w tak chwiejnej rzeczywistości jak nasza i mając perspektywę zrobienia korzystnego dla siebie interesu nawet z niegodziwcem, zrobi go. I zrobi go (eureka!) tym bardziej, jeśli druga strona będzie publicznie wyzywać go od ciemniaków i hien.
Nadal kogoś dziwi ten „nagły” i „niespodziewany” trend, aby „krytykować elity”? Nadal zastanawiacie się, dlaczego ten „plebs, patologia i lenie” nie rwą się włączać w łańcuchy światła w obronie białych kołnierzyków i tóg sędziowskich – nawet jeśli to, co robi PiS, jest autentycznie szkodliwe? Ja chyba wiem. Ale KOD-owski Zaratustra Chełstowski zapewne dalej będzie zdziwiony po ogłoszeniu wyników wyborów w 2019. Tak samo jak zaskoczony będzie Andrzej Saramonowicz, że ci ludzie, których określił jako „niewiarygodnych kretynów, którym można wcisnąć każde gówno” (na przykładzie aplikacji „wiatrak”), nie poszli za nim na barykady i nie uznali go za polityczne objawienie roku.
Pozostaje zatem pogratulować wnikliwej analizy społecznej („głosują na PiS bo są niefajni, a my nie głosujemy na PiS bo jesteśmy fajni”) i czekać na dalsze sukcesy w budowaniu poparcia. Dzięki Wam PiS będzie rządziło jeszcze przez pół wieku. Przestanie dopiero wtedy, kiedy padawani prezesa skłócą się na tyle, żeby osłabnąć. A Wy nadal będziecie zaskoczeni. Nas wprawdzie nie już będzie wcale, bo nas pozamykają, ale przynajmniej będziemy wiedzieć, za co.

Szklane domy

Odpowiedź na felieton Doroty Wellman, oburzonej, że młodzi Polacy nie idą z KOD-em bronić demokracji.

 

Na utyskiwania Doroty Wellman na temat młodych, którzy „czekają aż im się odetnie Netflixa” żeby ruszyć tyłki w obronie demokracji, w przeciwieństwie do pokolenia 60-latków, którzy poświęcali się w całości walce z systemem – zdążyli już odpowiedzieć Jan Śpiewak i Adam Wajrak. Celną polemiką z uniwersalnymi zarzutami z katalogu zaangażowanych działaczy KOD jest również tekst Kai Puto w Krytyce Politycznej, choć powstał wcześniej niż felieton Wellman w „Wysokich Obcasach”. Jednak i ja chciałabym dorzucić swoje trzy grosze do tej medialnej awantury.
Po mediach społecznościowych krąży jeszcze ciągle wypowiedź Waltera Chełstowskiego o mądrym KODzie i głupiej reszcie, zresztą Zaratustra Opozycji nie daje za wygraną i produkuje kolejne obraźliwe tweety w tym samym duchu. Teraz, oprócz Zaratustry, jeszcze i Wróżka Dorota postanowiła powiedzieć nam, „jak jest”. Dziękujemy, o oświeceni! Wyjaśnijcie nam jeszcze tylko, czy to Wasz przywilej uderzył Wam do głów tak bardzo, że zaczęliście mieć pretensję do ludzi, którzy próbują normalnie żyć w rzeczywistości śmieciowego zatrudnienia i wypłaty na czas postrzeganej w kategoriach wyjątku i dziwu nad dziwy? „Seriale im się zachciewa oglądać!” – sarkacie. Tacy z nas bezczelni roszczeniowcy!
Krytykuje Pani martyrologiczne zacięcie PiS, ale sama wchodzi dokładnie w tę samą narrację, wzbogaconą na dodatek starczym marudzeniem z serii „kiedyś to było…”. Wasi rodzice byli internowani, a wasi dziadkowie to już w ogóle, jak te kamienie na szaniec szli. Czego od nas chcecie, żebyśmy się wszyscy gremialnie podpalili pod Pałacem Kultury? Zrobili drugie powstanie warszawskie? Wystarczająco, jak mawiał klasyk, godnie?!
Zna Pani piosenkę Georgesa Brassensa „Śmierć za idee”? „My o przedwczesny zgon nie chcemy się już starać”. Oczywiście, dostrzegam różnicę. Nie każe nam Pani umierać dosłownie. Ale proszę od nas nie wymagać, żebyśmy, zapieprzając w nisko płatnej pracy i łapiąc po drodze kolejne fuchy, których jutro może nie być – nie wkurzali się, że nie możemy spokojnie pojechać w weekend nad wodę albo włączyć telewizji (tak, tego osławionego Netflixa – w naszym wynajętym pokoju albo 17-metrowej kawalerce) żeby ktoś się do nas nie przyczepił, że śmiemy czasem jeszcze trochę korzystać z życia. W imię utrzymania tego porządku mamy się jeszcze dać pokroić, bo pani Wellman i Chełstowski mówią, że tak trzeba?
Pani pokolenie miało inne bolączki. Nie znało smartfonów, ale nie znało też śmieciówek. Absurdem jest mieć do nas pretensję, że żyjąc w XXI wieku, chcemy korzystać ze zdobyczy XX. Tak, chcemy. To zbrodnia?
I tak połowa z tego, co obiecywali nasi rodzice (uczcie się języków, trzaskajcie bezpłatne staże, zakładajcie firmy, a będziecie kąpać się w dobrobycie) okazała się picem na wodę, szklanymi domami z opowieści ojca Czarusia Baryki. Za tłumaczenie z tych języków, co żeśmy się ich tak zawzięcie uczyli, dostajemy złodziejskie stawki za stronę maszynopisu. Wie Pani, jak wygląda praca w gastronomii w Polsce? Na Wyspach kelnerka ma swój, kupiony za gotówkę, dom i samochód. My pracujemy po 16 godzin, pracujemy tak naprawdę na zapas, bo nie mamy tego komfortu, że 30 lat przesiedzimy w jednym zakładzie. I jeszcze jesteśmy szturchani z jednej strony, że przydałoby się nam dowalić bykowe, bo taka z nas wygodnicka klasa średnia i z drugiej, że jesteśmy leniwe kluchy, nie to co wy, bohaterowie.
Błąd popełnia Jan Śpiewak, tłumacząc się pani Dorocie w imieniu swojego pokolenia. Jeżeli nie wiedziała do tej pory, ilu „młodych” można spotkać na demonstracjach w obronie praw zwierząt, ilu na blokadach eksmisji, a ilu na upamiętnieniach Dąbrowszczaków, to już się zapewne i tak nie dowie. Robimy tyle, ile możemy. Jeżeli chcieliście nas zdemotywować do końca, to gratulacje, udało Wam się bez pudła. Teraz już mamy pewność, że Netflix bardziej wart jest obrony niż cały ten pełen wyzysku i nierówności system, który pragniecie utrzymać.

Głos lewicy

Szeroka koalicja? Nie!

Robert Kwiatkowski analizuje na Facebooku nowe pomysły redaktorów z Czerskiej:
„Gazeta Wyborcza” piórem Jarosława Kurskiego wraca do pomysłu jednej opozycyjnej w stosunku do Prawo i Sprawiedliwość listy wyborczej. A już po trzeźwych sądach P. Wrońskiego wydawało mi się że Czerska ten pomysł zawiesiła. Pomysł jest zły bo:
– nieufnie podchodzę do prezentów podsyłanych opozycji przez J. Kaczyńskiego. Nie uważam go za geniusza ale „Obawiam się Greków, nawet gdy przynoszą dary”. A może zwłaszcza wtedy.
– głoszony przez PO pomysł „szerokiej koalicji” od „Ujazdowskiego po Nowacką” oznacza, że poza hasłem „odsunąć Pis od władzy” niewiele tę koalicję by łączyło a wyborcy „Nowackiej” mogliby głosując na nią wybierać „Ujazdowskiego”! (i podobnie z wyborcami „Ujazdowskiego”). Łatwo by to można w kampanii przedstawić.
– Pomysł de facto wyklucza SLD – Sojusz Lewicy Demokratycznej, bo Gazeta i Koalicja Obywatelska cały czas odwołują się do analogii PiS – PZPR i wieszczą powrót do PRL. To jest głupie, bo nieprawdziwe. Piotrowicz nie dlatego jest twarzą zamachu na sądy, bo był PRL-owskim prokuratorem stanu wojennego tylko dlatego, że mu Kaczyński kazał a on to potrafi wykonać. PZPR i Jaruzelski byli akuszerami Okrągłego Stołu i są na to setki dowodów poważniejszych niż popijawa w Magdalence. Ówczesna opozycja się z „komuną” porozumiała. Ja z tego porozumienia byłbym dumny a nie bajki opowiadał, jak to „komunę obaliliśmy”. „Komuny” można było nienawidzić ale trzeba się z nią było dogadać i stąd polski sukces ostatniego ćwierćwiecza. Stąd Konstytucja i członkostwo w Unii Europejskiej. I tego ludzie chcą bronić na ulicach…
– Jedna lista to pomysł nie tyle na wygranie z PiS tylko na wyeliminowanie wszystkich poza PO-PiS. Nie posądzam G. Schetyny o ciche porozumienie z Kaczyńskim; o tym mówiło się już za Tuska. Rozkład jazdy jest aż nadto widoczny: teraz Nowoczesna, na wybory europejskie – Polskie Stronnictwo Ludowe a „czerwonego” załatwimy w wyborach parlamentarnych. Nie wiem jak z PSL ale „czerwonego” nie załatwicie i nawet „zwrot w lewo” nie pomoże. W Polsce dalej miliony ludzi uważają, że bilans 45 lat PRL jest zdumiewająco dobry nie tylko w skali historycznej ale i zwykłego człowieka. Tylko SLD i zbudowana wokół niego koalicja SLD LEWICA RAZEM ma odwagę o tym mówić. Takich wyborców, bardziej ceniących sobie kompetencję, zdolność do rozwiązywania sporów, porozumienie, racjonalność ocen nie przekona „precz z komuną”. A to właśnie oni mogą zdecydować, czy uda się Pis pokonać, czy nie. Przygotowując się do wyborów w 2019 warto odrobić lekcję z 2015

Świrowanie

Pośród fauny politycznej są tacy, którzy na dłuższą metę nie potrafią znieść upokorzenia i w końcu, prędzej czy później odwijają się z ciosem na swego prześladowcę.

 

I są psychiczne kapcie, wytrenowane w pokorze, braniu w pysk, n.p. w krakowskim, klerykalnym domku. Tacy jak powszechnie znany Adrian, ksywa „Niezłomny”. Ele mele dudki i spowiedź raz w tygodniu.
Ale po kolei. Po zakończeniu kolejnego, choć nie ostatniego, etapu pacyfikowaniu sądów nieuchronnie nadchodzi te kilka tygodni wakacji, więc można sobie pozwolić na odrobinę swobody stylistycznej. Ostatecznie, bywało, że za okupacji niemieckiej uliczni grajkowie i śpiewajły śpiewali „siekiera motyka piłka szklanka”, gdy w tym samym czasie pod murem rozstrzeliwano kilkadziesiąt osób. A nas przecież jeszcze nie rozstrzeliwują.

 

Czy jest na sali psychiatra? Chirurg zachorował

Rządząca kamaryla w swoim obłędnie gorączkowym pędzie do dokończenia dzieła zniszczenia wolności i demokracji objawia liczne objawy kuku na muniu. Marszałek Senatu Karczewski, człek nie będący orłem, ale zrównoważony na tle takich kreatur jak Tarczyński, Piotrowicz czy Pawłowicz nazywa protestujących pod Sejmem „świrami”. Karczewski jest z zawodu chirurgiem. W polemikę z nim wszedł m.in. opozycyjny senator Klich, z zawodu psychiatra. Nie ulega wątpliwości, że ta druga specjalność jest dziś, nie tylko w Senacie, bardziej potrzebna.

 

Śledztwo lustracyjne premiera

Świruje też premier Morawiecki. Aż w Brukseli, podczas oficjalnego obiadu z eurodeputowanymi dopytywał się Bogusława Liberadzkiego (jako starego „komucha”), czy dziewczyna widoczna obok Edwarda Gierka i młodziutkiego Aleksandra Kwaśniewskiego na fotografii z 1980 roku, to Małgorzata Gersdorf. Profesor Liberadzki, to człowiek spokojny i bardzo umiarkowany, a w języku wybitnie powściągliwy, a przecież był zażenowany żenadą urządzoną przez Mateo. To nie była Małgorzata Gersdorf, ale jak uczy historia fotografii i reporterki fotograficznej, fotografie mają to do siebie, że na zdjęciu, w przypadku zajścia szczególnego zbiegu okoliczności, może się znaleźć każdy z każdym. I nic to nie znaczy. A nawet gdyby Małgorzata Gersorf była (jak nie jest) na zdjęciu z Gierkiem, to co z tego wynika? Czy oni poszaleli? To, że premiera podbechtał służalczy funkcjonariusz propagandowy PiS, niegdyś dziennikarz Jerzy Jachowicz, pomieszczając zdjęcie przy swoim tekście „Fałszywe owce ciągnie do lasu”, to inna sprawa, ale gdy się jest premierem, to trzeba mieć elementarne poczucie miary. Niestety, skłonność do specyficznego głupkowatego ględzenia od czapy i brak wyczucia odziedziczył Mateusz po ojcu Kornelu.

 

Ściganie za „kurwianie”

Obłęd udzielił się też organom ścigania. Kobiecie, która wykonała napisy na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego (oj, nieładnie) postawiono zarzut propagowania ustroju totalitarnego, bo napisała: „PZPR”. Chodziło o dawną przynależność organizacyjną posła PiS, w czym ja nie dopatruję się przewiny, ale przypomina to znane z odległej przeszłości oskarżenia o kradzież materiałów krawieckich, które Milicja Obywatelska postawiła pewnemu młodzieńcowi z opozycji, który zerwał partyjny transparent. Konstrukcja zarzutu podobna, tyle że wektor przeciwny. W kraju, w którym słowo „kurwa” pełni w mowie żywej rolę przecinka, a „kurwianie” jest tradycją narodową i praktykowane na porządku dziennym, wystarczy wyjść na ulicę, Jurek Owsiak stawiany jest przed sądem za to, że użył jakiegoś wulgarnego słowa w czasie promocji książki. Tu jednak powinni uważać – ataki na powszechnie lubianego Owsiaka, prawdziwego idola milionów, z różnych skądinąd „parafii”, może być strzeleniem sobie w stopę. Tym bardziej, że w kraju, w którym większość obywateli „kurwia” mniej czy bardziej, taki zarzut może budzić odruch skłaniający do przyłożenia palca do środka czoła.

 

Klej wymięka czyli od Marchlewskiego do Himmlera. I „Inki”

Nie lepiej się czują pisowscy ludzie w służbie przemocy, koledzy po fachu Jachowicza, czyli n.p. propagandyści z tygodnika „Gazeta Polska”. We wstępniaku „Sąd na uchodźstwie czy sąd Marchlewskiego” redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz porównuje prezes Małgorzatę Gersdorf do „rządu Juliana Marchlewskiego” czyli białostockiego Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego w sierpniu 1920 roku („Na probostwie w Wyszkowie”). Nie mnie tłumaczyć prawa szydery politycznej, ale ona zawsze powinna być, dla skuteczności, choć minimalnie skorelowana z rzeczywistością. Gdy jest całkiem odklejona od realiów, staje się nonsensowna i nie jest to pure nonsens. No, ale jest upał, klej wymięka i różne rzeczy się odklejają. Piotr Lisiewicz, rzecznik żulersko-menelskiego nurtu w PiS (to pierwszy w historii rząd „męciarni”, marginesu społecznego w historii Polski od Mieszka I począwszy – oczywiście w jednym z segmentów, nie w całości, broń Panie Boże) chyba za dużo w tym upale wprowadził do organizmu (fantazje alkoholowe snuje on często), bo uderza w podobną jak jego pryncypał nutę, tyle że niemiecką.

 

W Karlsruhe,

w miejscu urodzenia Hansa Franka (istotnie), zauważył na sali tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego ducha tegoż Franka i Deutsche Rechtsfront czyli organizacji zrzeszającej w III Rzeszy sędziów, prokuratorów i adwokatów. Mami mu się też na horyzoncie fatamorgana w postaci widma Hermanna Gőringa. W upał bezkarnie można wypić tylko jedno, dobrze schłodzone piwo. Lichocką lubię, bo potępiła Kaję Godek, więc niepotrzebnie opublikowała w tejże samej „GP” „Przekaz spod celi”.

 

Spokojnie,

pani posłanko, nic takiego pani nie grozi. Gawłowski nie mówił do pani. Za gorąco jest też czytelnikom prawicowego portalu „elka.pl” ze Wschowy (okolice Głogowa). Pod opublikowanym tam materiałem z uroczystości nadania tamtejszej szkole podstawowej imienia „Inki” Siedzikówny pojawiły się wpisy, że Inka była „sanitariuszką w bandzie”, że „brała udział w zabijaniu Polaków” i jeszcze ostrzejsze. Czujne Stowarzyszenie „Patriotyczny Głogów” zawiadomiło prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez autorów wpisów. Ja tam nie wiem, czy „Inka” zabijała czy nie, i nie bardzo w to wierzę, ale dalej mi do pewności, czy nie była przypadkiem także „odpoczynkiem wojowników”, w trudnych warunkach leśnych. Ja bym zresztą nie miał jej tego w najmniejszym stopniu za złe, broń mnie Panie Boże, ale opowiadałbym się za nieco innym modelem oddawania czci Jej Pamięci.

 

Robert Sewera – miał być anonimowym policjantem

Uderzające, że PiS i pisowskie media wyjątkowo nerwowo zareagowały na ujawnienie przez posła Szczerbę wizerunku i danych „interweniującego” policjanta spod Sejmu, Roberta S. Zawyły wręcz. To znamienne. Oni wiedzą, że imię i nazwisko naszyte na mundurze na ogół hamuje zbytnią gorliwość funkcjonariusza. Pisowscy chcą ten czynnik hamujący zredukować, chcą żeby nas teraz legitymowały jakieś anonimowe figury. Bez hamulców. Po żadnym pozorem nie wolno się na to zgodzić. Jeśli jednak tak nadal będzie, trzeba ich filmować czym się da. Nagrane będą czyny i rozmowy.
I tak w bełkocie, obłędzie, ociekając potem, wchodzimy w schyłek sezonu politycznego 2018/21.