Gospodarka 48 godzin

Środki łagodzenia kryzysu
W ubiegłym roku polski handel zagraniczny wypracował rekordową nadwyżkę, która wyniosła 82,4 mld zł, czyli 3,5 proc. naszego produktu krajowego brutto. Po raz ostatni tak wysoką nadwyżkę na rachunku bieżącym Polska osiągnęła w połowie lat 90-tych ubiegłego wieku. Wynik handlu zagranicznego przyczynił się do ograniczenia skali kryzysu gospodarczego w naszym kraju. Na wzrost gospodarczy w Polsce w czasie epidemii pozytywnie oddziaływało też spożycie publiczne, czyli, innymi słowy, konsumpcja finansowana ze środków publicznych (w krajach zachodnich określało się ją mianem „nakręcania koniunktury”). Dodatni wpływ obu tych czynników pozwolił częściowo zrównoważyć negatywne skutki ograniczenia poziomu konsumpcji i inwestycji. Spożycie publiczne wzrosło w 2020 r. o 4,4 proc. wobec poziomu z 2019 r. Wzrost był efektem nieco wyższych wydatków w sektorze ochrony zdrowia, a także podwyżki wynagrodzeń w sferze budżetowej.

Mafie podatkowe triumfują
Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości pogarszają się wyniki pracy organów egzekucyjnych. W 2020 r. wyegzekwowały one zaległości podatkowe na kwotę 3343,3 mln zł, tj. o 33,1% mniejszą niż w roku poprzednim. Liczba tytułów wykonawczych obejmujących należności podatkowe, zrealizowanych średnio przez jednego zatrudnionego w komórce egzekucyjnej obniżyła się z 283 w 2019 r. do 220 w 2020 r., a wyegzekwowana kwota z 1208,1 tys. zł do 830 tys. zł. Mniejsza była też liczba kierowanych do egzekucji tytułów wykonawczych obejmujących zaległości podatkowe.

Kary często fikcyjne
3,52 mln zł wyniosła najwyższa kara nałożona przez UOKiK za praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów podczas pokazów (organizowanych mimo pandemii). Wymierzono ją w ubiegłym roku firmie Comfort Med+ z Wysogotowa. W tym roku na razie najwyższa kara za oszukańczy pokaz jest znacznie niższa – około 200 tys zł. Dostała ją firma Koleta z Nowego Tomyśla. Informowała ona seniorów, że głównym celem spotkania będą badania układu krążenia, podczas gdy w rzeczywistości celem było zaprezentowanie stałej oferty firmy i sprzedaż jej produktów. Firma przekazywała też konsumentom nieprawdziwe informacje, które miały wzbudzić ich zaufanie: że prezentację i omówienie badań prowadzą „starsi diagności”, choć w rzeczywistości były to osoby bez takich kwalifikacji. Kary za oszukańcze pokazy nikogo jednak nie odstraszają, bo od ich wymierzenia do ewentualnej zapłaty mija wiele lat, sądy często je obniżają, a egzekucja bywa niewykonalna, gdyż firmy-efemerydy w porę znikają.

Niebezpiecznie w sieci
Rośnie zagrożenie oszustwami dokonywanymi podczas transakcji internetowych. Niestety, jedyną skuteczną ochroną przed nimi jest po prostu rezygnacja z jakichkolwiek transakcji dokonywanych w sieci. Policyjne statystyki wykazują, że w naszym kraju w ubiegłym roku doszło do prawie 55 tysięcy takich przestępstw, a duża część ich sprawców pozostała niewykryta, nie mówiąc już o ich ukaraniu. Zagrożenie stale rośnie, od 2017 r. liczba oszustw internetowych w Polsce zwiększyła się o ok. 50 proc. Najczęściej cyberoszuści stosują najprostsze metody – czyli podszywają się pod sklepy i firmy kurierskie.

Nie mamy pańskich pieniędzy…

Nieograniczona jest ludzka pomysłowość w konstruowaniu sposobów, mających umożliwić wyciąganie pieniędzy od innych.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed nieuczciwą działalnością kilkunastu firm, zajmujących się lipnymi usługami finansowymi. Warto na nie uważać, żeby nie stracić swoich pieniędzy, bo można się po prostu pożegnać z wpłaconą kasą (zwłaszcza, że część wymienionych podmiotów działa poza Unią Europejską więc nie ma już zupełnie szans na jakiekolwiek skuteczne postępowanie sądowe z polskiej strony). W ich sprawach nastąpiły już zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Oto te firmy.

  1. Platforma internetowa cloudtokenwallet.com założona przez spółkę Cloud Technology & Inwestments z Australii. Cloud Token to mobilna aplikacja będąca tzw. portfelem kryptowalut, którego twórcy obiecują 6-12 proc. zysku w ciągu miesiąca za przechowywanie kryptowalut i dodatkowe przychody za polecenie systemu znajomym (co jest cechą piramidy finansowej). Najpierw oczywiście trzeba kupić tę aplikację z kryptowalutami. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.
  2. Paraiba – projekt inwestycyjny fimy Unique Private Bank Limited z Komorów. Z informacji dostępnej na stronie: paraiba.world wynika, że firma zajmuje się handlem kryptowalutami i walutami. Konsumenci wpłacają depozyt – minimum 25 dolarów i obiecuje im się dochody związane z polecaniem nowych użytkowników (czyli: piramida).
  3. Platformy handlu walutami: MarketPluse, Marginelite, OctagonTrade. UOKiK podaje przykład klienta, który zadzwonił na numer podany na stronie MarketPluse, tam namówiono go na wpłatę 250 dolarów, która miała być inwestowana, a gdy już wpłacił, proponowano zasilenie konta o kolejne wpłaty. Odmówił i zażądał wypłaty pieniędzy, ale nie udało mu się ich odzyskać.
  4. Fundusz Hipoteczny Yanok z siedzibą w Krakowie, który wystawia tzw. weksle inwestycyjne. UOKiK ostrzega przed lokowaniem pieniędzy w weksle inwestycyjne wystawiane przez tę firmę. Może to narazić konsumentów na poważne straty finansowe – z pieniędzy przekazanych przez konsumentów fundusz udziela rozlicznych pożyczek, co może prowadzić do tego, że konsumenci już nie zobaczą swojej kasy zainwestowanej w weksle.
  5. Platforma inwestycyjna https://fomo5k.io zarejestrowana przez spółkę Domains By Proxy LLC z USA. To projekt oparty, który ma umożliwiać jakoby zarobienie w ciągu 100 dni do 5000 jednostek kryptowaluty o nazwie „ethereum”, czyli ok. 1,2 mln dolarów. Najpierw jednak, jak podaje UOKiK, trzeba wpłacić minimum 24 prawdziwe dolary i namówić na tę inwestycję innych, co także może wskazywać na elementy systemu promocyjnego typu piramida.
  6. Platforma tradingowa https://torque.asia/ założona przez Torque Group Holdings Limited z Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Ma zapewniać zysk na poziomie 0,15–0,45 proc. dziennie. Aby rozpocząć inwestycję należy kupić specjalne tokeny, które mają być później wymieniane na kryptowalutę ethereum. Minimalna kwota inwestycji to 1 ethereum (ok. 6 tys. zł według ceny z 3 lutego 2021). Nabywcy mają dostawać prowizję od tokenów zakupionych przez nowe, polecone osoby. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
  7. Platforma internetowa 7. https://globalmaxis.com zorganizowana przez firmę SystemDevCorporate LLC zlokalizowaną na Saint Vincent i Grenadynach zajmująca się handlem walutami. Jak twierdzi UOKiK, z informacji przekazywanych przez konsumentów wynika, że przedsiębiorca może nielegalne pozyskiwać takie dane, jak numery kart płatniczych, a poza tym niewykluczone jest też nękanie konsumentów i podszywanie się pod inną osobę w celu wyrządzenia szkody majątkowej. UOKiK nie podaje niestety, za co firma nęka konsumentów.
  8. Platforma 8. https://weedprofitsystem.com także należąca do wspomnianej firmy z Saint Vincent i Grenadyn. Organizatorzy platformy obiecują wysoki zysk z zakupu akcji firm sprzedających marihuanę. Gwarantem zysku ma być to, że marihuana zaostała zalegalizowana w Kanadzie.
  9. Platforma https://advertisexchange.com/ zarejestrowana przez Hosting Concepts B.V. d/b/a Openprovider z Niderlandów. Oferuje punkty bonusowe, które można wykorzystać do zakupu własnej reklamy na platformie oraz uzyskać dochód z tytułu polecenia tej platformy innym osobom.
  10. Platforma yourfitway.com prowadzona przez Your Fit Way Network OÜ z Estonii oraz Your Fit Way Limited z Wielkiej Brytanii. Aplikacja mobilna zachęcająca do robienia 10 tys. kroków dziennie, która obiecuje też zarabianie 25 proc. od każdej wpłaty osoby bezpośrednio poleconej. Miesięczny abonament za aplikację to 10 dolarów. Jeśli jednak użytkownik platformy zakupi tzw. licencję za 100, 1000 lub 2500 dolarów to może, jak podaje UOKiK, stać się „partnerem afiliacyjnym” i tworzyć „strukturę, która ma mu zapewnić pasywny dochód”.
  11. Serwis 11. https://www.incruises.com prowadzony przez Incruises International Llc z USA, który polega na wpłacaniu przez użytkownika co miesiąc 100 dolarów na wycieczkę ekskluzywnym statkiem. Tyle samo ma dopłacać organizator. Po roku użytkownik może przeznaczyć 60 proc. zgromadzonej kwoty na rejs, po 2 latach – 70 proc., a po 5 latach – 100 proc. Oprócz tego można jakoby uzyskać dochód z tytułu poleceń tego serwisu innym użytkownikom, którzy dokonają wpłat.
  12. Projekt inwestycyjny 12. https://value.one zorganizowany przez Value Company OÜ z Estonii. Podmiot przeprowadził zbiórkę funduszy w ramach emisji tokenów, co miało dawać wysoki procent zysku. Do UOKiK trafił sygnał od konsumenta, który kupił 500 tokenów za ok. 20 tys. zł, a potem stracił kontakt z firmą.
    Gdy przechowywanie pieniędzy w bankach przynosi straty, Polacy w desperacji zaczynają się interesować innymi sposobami mnożenia swoich oszczędności – i stąd popularność różnych dziwnych firm oferujących jeszcze dziwniejsze możliwości zarobku. Trzeba zachować minimum ostrożności i nie wpłacać pieniędzy na żadne polecane projekty. Najbezpieczniej przyjąć proste założenie, że mamy do czynienia z próbą wyłudzenia pieniędzy. Bo gdy już dokonamy wpłat i zaczniemy myśleć o ewentualnych zyskach, to kontakt z firmą raptem się urwie i nie będzie nawet odpowiedzi w rodzaju: Nie mamy pańskich pieniędzy i co pan nam zrobi?

Gospodarka 48 godzin

Uwaga na kryptowaluty
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podkreśla, że coraz więcej oszukańczych „modeli biznesowych”, do zainwestowania w które namawia się naiwnych, bazuje na wciąż rosnącej i sztucznie napędzanej popularności kryptowalut. Są one wykorzystywane w tworzeniu piramid finansowych i innych nieuczciwych systemów. „Przy inwestowaniu w systemy oparte na kryptoaktywach trzeba się liczyć z możliwością utraty środków z powodu kradzieży wirtualnej, a także z ryzykami związanymi z dużymi, spekulacyjnymi zmianami cen, brakiem powszechnej akceptowalności i wykorzystaniem w działaniach przestępczych, m.in. w procederze prania pieniędzy – ostrzega Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Dlatego UOKiK radzi: Nie wierz w szybki, pewny i wysoki zysk bez ryzyka!. Dokładnie sprawdzaj oferty, szczególnie uważaj na wszelkiego rodzaju „nowości”, zwłaszcza te pochodzące od nieznanych ci osób czy organizacji. Nie ufaj nieznanym ci osobom, które w internecie publikują filmiki z podróży, pokazują w jak wspaniałych domach mieszkają, ujawniają wydruki z kont bankowych wskazując, ile pieniędzy zarobili w prosty sposób i bez ryzyka. To mogą być „naganiacze”, którzy czerpią zyski z namawiania do inwestowania w różnego rodzaju projekty. Nie ufaj reklamom w mediach społecznościowych – czasem są powiązane z odpłatnymi usługami i zapraszaniem znajomych do projektów będących systemami promocyjnymi typu piramida. Pamiętaj – rzetelny sprzedawca podaje na stronie internetowej dane swojej firmy ― jeśli ich tam nie ma, nie ufaj mu. Zwróć uwagę, gdzie firma ma siedzibę. Jeśli jest zarejestrowana poza UE, trudno będzie dochodzić od niej roszczeń. Sprawdź, czy firma nie znajduje się na liście ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego. Czytaj wszelkie dokumenty, które podpisujesz. Powinny być sporządzone w języku polskim. Zwracaj uwagę na błędy językowe. Jeśli czegoś nie rozumiesz, nie zawieraj umowy. Nie ulegaj presji dokonania natychmiastowych przelewów, zwłaszcza na nieznane konta. Daj sobie czas na decyzję ― jeśli ktoś każe ci ją podjąć natychmiast, bo okazja się nie powtórzy, najprawdopodobniej chce cię oszukać. Nie udostępniaj swoich danych osobowych ani w żadnym wypadku danych do logowania w banku nieznanym osobom. Nie wgrywaj oprogramowania i nie ściągaj aplikacji pochodzących z nieznanych źródeł – w ten sposób ktoś może przejąć kontrolę nad twoim komputerem lub smartfonem. Jeśli podejrzewasz oszustwo, zgłoś sprawę policji.

Czekanie na wiosnę

W lutym 2021 roku w Polsce zarejestrowano 906 nowych motocykli, czyli o 184 sztuki mniej niż przed rokiem. Początek roku nie sprzyja takim zakupom, na przykład średnia liczba rejestracji w styczniu w latach 2005-2019 to niecałe 490 sztuk. W sumie, od początku 2021 roku (w styczniu i lutym) zarejestrowano 1316 nowych motocykli, czyli o 26 proc. mniej niż przed rokiem

Wzrost ale słaby

Produkcja przemysłowa w lutym 2021 r. wzrosła w Polsce o 2,7 proc. w porównaniu z lutym ubiegłego roku, a w porównaniu ze styczniem 2021 zwiększyła się o 4,3 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. Wynik jest gorszy od szacunków ekspertów.

Silna grupa

Pod wezwaniem firmy Benefit zawiązano nielegalne porozumienie ograniczające konkurencję na rynku fitness.
Siłownie i kluby fitness są zamknięte i ponoszą coraz większe straty, ale jakby tego było mało, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył kary w łącznej wysokości ponad 32 mln zł na największe sieci fitness w Polsce. Powód: porozumienie eliminujące konkurencję oraz podział rynku, ograniczający możliwość wyboru sieci, z usług której klienci mogli skorzystać w swojej miejscowości.
Postępowanie antymonopolowe w sprawie niedozwolonych praktyk na rynku fitness zostało wszczęte w 2018 r. Prowadzono je przeciw 16 firmom oraz 6 menadżerom, podejrzewanym o bezpośrednią odpowiedzialność za niedozwolone ustalenia.
Postępowanie wykazało, że niedozwolone porozumienie trwało około 5 lat, w okresie od 2012 do przynajmniej 2017 r. Przedsiębiorcy podzielili rynek, tak aby nie konkurować ze sobą. Kontrolę nad wykonywaniem niedozwolonego porozumienia i rolę koordynatora oraz rozjemcy między interesami klubów pełnił Benefit, który jednocześnie intensywnie budował swoją pozycję rynkową.
Uczestnikom porozumienia zależało na zachowaniu silnej pozycji w miastach, w których rozwijały działalność i osiągały korzyści z uczestnictwa w programie MultiSport, oferowanym przez Benefit. Przykładowo, w Warszawie była to sieć Calypso, w Poznaniu – Fabryka Formy, we Wrocławiu – Fitness Academy, a w Krakowie – Fitness Platinium.
Pierwsze ustalenia podziałowe rozpoczęły się w 2012 r. między Calypso i Fabryką Formy. Najpóźniej w 2013 r. podział rynku został rozszerzony o Fitness Academy, przy czym pośrednikiem w zawarciu ustaleń był Benefit Systems. W podziale rynku zaczęło uczestniczyć również Fitness Platinium oraz Zdrofit, którego działalność kolidowała z działalnością sieci Calypso. Obecnie Fabryka Formy, Fitness Academy oraz Zdrofit prowadzone są przez Benefit Systems, podczas gdy Fitness Platinium i Calypso działają jako odrębni przedsiębiorcy.
W ramach zmowy przedstawiciele firm podejmowali ze sobą kontakty w sprawie podziału rynku: korespondowali, prowadzili rozmowy telefoniczne, spotykali się. Firmy wymieniały się informacjami co do otwierania klubów oraz lokalizacji, którymi były zainteresowane. Jeżeli miały plany dotyczące tego samego rejonu, wówczas uzgadniały, że jedna z nich się z niego wycofa.
Przykładowo, kwestia tego, czy dopuścić do otwarcia jednego klubu Fabryki Formy w Warszawie, a jeżeli tak, to w którym miejscu, poprzedzona została długimi konsultacjami między przedstawicielami sieci i budziła duże kontrowersje – ostatecznie ustalono, że w stolicy zostanie otwarty jeden klub Fabryki Formy, przy Rondzie ONZ. – Dzięki zmowie sieci fitness nie obawiały się konkurencji. Nie musiały walczyć między sobą o klienta zakresem oferty, standardem obsługi czy ceną. Skutki tego nieuczciwego działania i zmowy podziałowej bezpośrednio odczuli konsumenci – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK nałożył kary na osiem firm: Bartosz Gibała Platinium, Benefit Systems, Platinium Wellness, Yes to Move (dawniej: Fitness Academy), a także Calypso Fitness i kontrolowane przez nią spółki – Baltic Fitness Center, EFC Fitness oraz Fitness MCG. Urząd uderzył również po kieszeni sześciu menadżerów, nakładając na nich kary finansowe wynoszące od 40,8 tys zł do 302,5 tys zł (w sumie prawie prawie 800 tys. zł.).
Poprzez niedozwolony podział rynku sieci fitness mogły ugruntować swoją pozycję na lokalnych rynkach bez obawy o działania konkurentów uczestniczących w zmowie. Szef UOKiK podkreśla, że branża fitness to jeden z sektorów najbardziej dotkniętych rządowymi obostrzeniami związanym z pandemią COVID-19. W innej sytuacji kary byłyby wyższe.

Nasza polska, klasyczna niemożność

Zburzyliśmy własną ambasadę przy przy Unter den Linden, teraz zieje tam dziura z gruzami. PiS-owska władza, w ramach podnoszenia Polski z kolan, zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający tę dziurę.
PiS-owscy propagandyści, którzy funkcjonują w rządowej telewizji „publicznej” ogłosili, że już w 2023 r. nastąpi zakończenie budowy nowego gmachu ambasady polskiej w Berlinie. Propagandyści oznajmili też, że powstanie ona w reprezentacyjnym punkcie miasta, przy Unter den Linden.
W tym telewizyjnym przekazie zabrzmiało to tak, jakby to właśnie Prawo i Sprawiedliwość wywalczyło postawienie polskiej ambasady w tym prestiżowym miejscu i zaplanowało prace budowlane. Guzik prawda! Polska ambasada przy Unter den Linden działała już w latach sześćdziesiątych, na działce kupionej przez państwo polskie. Budynek potem rozebrano, a PiS-owska władza zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający dziurę po ambasadzie.
Liczące się na świecie państwa mają ambasady w prestiżowych punktach stolicy Niemiec. USA – na Placu Paryskim, tuż przy Bramie Brandenburskiej. Francja – też na Pariser Platz, po drugiej stronie Bramy Brandenburskiej. Wielka Brytania – zaraz przy Amerykanach. Rosja – nieco dalej, przy Unter den Linden. Była w tym doborowym gronie i Polska, również mając swą siedzibę dyplomatyczną przy Unter den Linden, nawet bliżej Bramy Brandenburskiej niż Rosjanie. Najpierw urzędowali tam dyplomaci PRL a po 1989 r., Rzeczpospolitej. Wtedy jeszcze potrafiono zadbać o międzynarodowy prestiż naszego państwa.
Symbolika tego miejsca jest oczywista. 2 maja 1945 r. na pobliskiej Bramie Brandenburskiej zawisła polska flaga, zatknięta przez żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej. W tym rejonie znajdowały się wyłącznie ambasady najważniejszych państw, których wojska pokonały hitlerowskie Niemcy (potem siedzibę znalazła tam także ambasada Węgier). Ale Polska, jako jedyna z „wielkiej piątki” liderów koalicji antyhitlerowskiej nie ma już swej ambasady w okolicy Bramie Brandenburskiej. W jej miejscu, przy Unter den Linden 70-72, widnieje od lat ogromna wyrwa z gruzami. To jedyna taka dziura w najściślejszym centrum Berlina.
Działka przy Unter den Linden 70-72 jest od kilkudziesięciu lat własnością Polski – i to polskie gospodarowanie doprowadziło ją do obecnego stanu. Dwa słowa tu pasują: wstyd i hańba (by nie napisać: polnische Wirtschaft). Bo też i mianem „hańby w środku miasta” określały tę dziurę niektóre berlińskie media. Wprawdzie, jak to się mówi, wstyd nie dym, oczu nie wykole, ale dumna ekipa „dobrej zmiany”, w ramach wstawania Polski z kolan, postanowiła coś zrobić w tej sprawie. I zrobiła – płot ogradzający tę dziurę zasłoniła czarnym plastikiem, aby gruzów nie było widać.
Na tym plastiku zawieszono kilka zdjęć pokazujących różne budynki znajdujące się w Polsce. Miało to pokazać, że Polacy umieją nie tylko burzyć i rozwalać, ale także budować. Nieważne, że niektóre z obiektów pokazanych na tych zdjęciach zostały zbudowane przez Niemców, jak np. Hala Stulecia we Wrocławiu, a inne powstały dzięki pieniądzom unijnym. To jednak nie wszystko – najważniejszym punktem naszej „narodowej instalacji” przy Unter den Linden stał się sterczący nad płotem duży baner reklamowy. Baner przedstawia wizualizację jakiegoś budynku przypominającego kolumbarium cmentarne. Na banerze, ozdobionym godłem orła i barwami naszej flagi, umieszczono zaś dumny napis po polsku i po niemiecku: „Tu powstanie ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie”. Oczywiście nie trzeba dodawać, że w miejscu ruiny po polskiej ambasadzie nie toczą się żadne prace budowlane, które mogłyby uprawdopodobnić ziszczenie się tej zapowiedzi.
W ubiegłym roku z wielką pompą otwarto w Berlinie pierwszy zagraniczny oddział Instytutu Pileckiego. PiS-owska propaganda z dumą podkreślała, w jak prestiżowym miejscu się on znajduje: obok Bramy Brandenburskiej, na Placu Paryskim, niedaleko ambasad Francji i USA. Oczywiście nawet słowem się nie zająknięto, że PiS-owska władza w „prestiżowym miejscu” kultywuje też dziurę po polskiej ambasadzie.
Dziś o działalności berlińskiego Instytutu Pileckiego jest już zupełnie głucho. Jedyna informacja na stronie internetowej instytutu mówi o wystawie poświęconej rotmistrzowi Pileckiemu zorganizowanej z okazji ubiegłorocznego otwarcia oddziału berlińskiego. I to wszystko. Nie można jednak powiedzieć, iż istnienie finansowanego z pieniędzy polskich podatników oddziału berlińskiego jest zupełnie bez sensu. Kilku PiS-owskich krewnych i znajomych królika zarabia tam całkiem niezłe pieniądze.
Jak to się stało, że tam gdzie była polska ambasada, dziś straszy dziura z gruzami? Ten naprawdę prestiżowy teren przy Unter den Linden 70-72 został przekazany Polsce na własność przez władze NRD już w 1964 r. Zbudowano tam budynek biurowy, w którym znalazła się polska ambasada.
Budynek nie był piękny, ale miał znaczenie architektoniczne. Uznano go bowiem za ciekawy przykład modernizmu lat sześćdziesiątych. Po ponad trzydziestu latach eksploatacji przyszedł jednak czas na remont ambasady. Problemem stały się koszty lecz nie tylko – budynek miał elementy z rakotwórczego azbestu. Polski rząd zaczął się więc zastanawiać, czy go wyremontować – czy może jednak rozebrać i postawić w tym miejscu coś innego? Ale jeżeli coś innego, to co? Zastanawiano się długo, bo jak to u nas, tam gdzie dwie osoby, to trzy zdania.
Postanowiono wreszcie, że budynek zostanie zburzony, a na jego miejscu stanie nowa siedziba ambasady. Elegantsza, ładniejsza, bardziej funkcjonalna itd. Polska władza nie chciała jednak za dużo wydać na tę inwestycję. W 1997 r. rząd zdecydował się zatem na dziwaczny wariant kombinowany. Uzgodniono, że niemiecka firma zbuduje za swe pieniądze dwa budynki na polskiej działce przy Unter den Linden. W pierwszym znajdzie się ambasada, a drugi będzie w ciągu 30 lat bezpłatnie dzierżawiony i użytkowany przez stronę niemiecką – po czym, w ramach rozliczenia, zostanie zwrócony Polsce.
Nie doszło do realizacji polsko-niemieckiego projektu budowy naszej ambasady. Pojawiły się bowiem obawy, że niemiecka firma, budując Polakom ambasadę, niechybnie zainstaluje w jej ścianach urządzenia podsłuchowe. Obawy te umiejętnie rozdmuchiwały media w Polsce, zwłaszcza pismo „Wprost”.
Tym niemniej, budynek ambasady przy Unter den Linden został opróżniony, a pracownicy z całym zapleczem urzędowym przenieśli się „tymczasowo” do jeszcze starszego budynku – niemieckiej willi w której kiedyś urzędowała Polska Misja Wojskowa, na zachodnich, już zupełnie nie prestiżowych peryferiach Berlina. Tam jakoś nikomu nie przeszkadzała ewentualna obecność podsłuchów, zwłaszcza, że przeprowadzka miała być tymczasowa. Ta „tymczasowość” trwa prawie od ćwierćwiecza i nikt nie wie czy i kiedy się skończy.
Zerwano natomiast współpracę z niemiecką firmą. Postanowiono, że sami sobie zbudujemy swoją ambasadę na swojej działce w Berlinie. Określono warunki, jakie ma spełnić nowy budynek, rozpisano konkurs, rozstrzygnięto go. Nasi urzędnicy chętnie się zajęli tym wszystkim, bo za te czynności mogli liczyć na trochę dodatkowego grosza.
W międzyczasie rząd uznał jednak, że projekt trzeba trochę przerobić. Rozbudować go tu i tam, dodać nowe pomieszczenia, przystosować do dodatkowych funkcji, takich jak np. działalność wystawowa. Projekt został więc zmieniony, a koszty lawinowo wzrosły. Budowy wprawdzie nie rozpoczęto, ale firma wykonująca projekt zarobiła kilkanaście milionów złotych na wprowadzeniu poprawek. Kilka milionów kapnęło także firmie niemieckiej, wykonującej dodatkowe prace projektowe na miejscu.
W kolejnym międzyczasie rząd uznał, że projekt powinien uwzględniać też surowsze wymogi bezpieczeństwa. Projekt należało więc znowu przerobić, ale tym razem poprawki były na tyle znaczące, że wymagały napisania go na nowo. Koszty okazały się jednak tak wysokie, iż w końcu zrezygnowano z pomysłu budowy nowego budynku – i wrócono do koncepcji remontu oraz usunięcia elementów azbestowych. Najpierw trzeba było jednak sprawdzić, czy remont będzie wykonalny technicznie. Budynki z azbestem traktowano bowiem rozmaicie. NRD-owski Pałac Republiki rozebrano po zjednoczeniu Niemiec aby zrobić miejsce dla odbudowy berlińskiego zamku (zadecydowała o tym nie tylko obecność azbestu lecz i względy ideologiczne). Modernistyczny gmach Berlaymont w Brukseli (siedziba Komisji Europejskiej) został zaś pozbawiony azbestu i gruntownie zmodernizowany.
Natomiast Polska, już za czasów PiS-owskiej ekipy „dobrej zmiany” zburzyła to co miała – ale naturalnie niczego nowego nie była w stanie zbudować. Czyli, chęci były dobre i wyszło jak zawsze.
Sprawa gmachu naszej ambasady w Berlinie już kilkanaście lat temu zaczęła mieć posmak aferalny. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że aneks, podnoszący wypłaty dla projektodawców, podpisano mimo braku realnych perspektyw na rozpoczęcie budowy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo ci, co decydowali o dodatkowych środkach płacili przecież pieniądze państwowe, nie swoje własne – a poza tym mogli mieć nadzieję na wdzięczność tych, którym je przyznawali.
Polski rząd wynajął nawet niemiecką firmę, która (za słoną opłatą) wykonała ekspertyzę wykonalności – i uznała, że modernizacja budynku przy Unter den Linden jest możliwa. Zorganizowano zatem przetarg na projekt modernizacji. Pierwszy przetarg rozstrzygnięto, lecz zaraz potem uznano, że był wadliwy, więc go anulowano. Rozpisano kolejny przetarg – ale i ten anulowano, tym razem dlatego, że rząd zaczął mieć wątpliwości, czy modernizacja dotychczasowego budynku nie będzie jednak zbyt kosztowna.
W 2005 roku, gdy do władzy po raz pierwszy doszło Prawo i Sprawiedliwości, postanowiono powołać specjalny zespół mający zaproponować koncepcję budowy ambasady przy Unter den Linden. Oczywiście nic z tego nie wyszło.
Po utracie władzy przez PiS, za czasów rządów Platformy Obywatelskiej postanowiono, że budynku jednak lepiej nie remontować – lecz zburzyć i postawić nowy. Po raz kolejny zorganizowano więc konkurs, rozstrzygnięto go, zaplanowano nawet, że budynek zostanie oddany do 2012 r. Rozpisano też kolejny przetarg, tym razem na wyłonienie generalnego wykonawcy. Z tego również nic nie wyszło, więc termin oddania nowego budynku ambasady przesunięto na rok 2019. Te plany naturalnie także okazały się fikcją.
Rząd PiS postanowił oczywiście rozliczyć poprzedników, więc rozpoczęto śledztwo w sprawie rażącej niegospodarności i niedopełnienia obowiązków. Ale rząd także tego nie umiał zrobić porządnie, więc wieloletnie śledztwo nie dało żadnego rezultatu. Mamy więc pełny obraz naszej typowej, polskiej niemożności.
PiS-owska władza zdecydowała natomiast, że przy Unter den Linden powinien powstać nowy budynek ambasady postawiony w partnerstwie publiczno-prywatnym, do spółki z jakąś firmą polską bądź zagraniczną. Opracowano koncepcję – lecz w międzyczasie rząd PiS uznał, że partnerstwo z podmiotem prywatnym jest jednak złym pomysłem. Po raz kolejny postanowiono więc, że Polska sama zbuduje swoją ambasadę. Ale oczywiście niczego się nie buduje. Tak więc, poza zapowiedzią, że „już” w 2023 r zostanie tam otwarta nasza ambasada, nic się nie dzieje na ruinie przy Unter den Linden 70-72.
PiS-owska ekipa już się zżyła z tematem odbudowy polskiej ambasady w Berlinie. W końcu zajęli się tym bardzo dawno, bo w 2005 roku – i jeszcze im zejdzie kilkanaście lat, bo przecież nikt nawet nie udaje, że serio wierzy w termin jej oddania w 2023 r.

Dobrze, dobrze być przedsiębiorcą?

Wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy

Jakie są w Polsce najbardziej uciążliwe wady bycia przedsiębiorcą i bariery w prowadzeniu biznesu? Ankietowani przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wymieniali między innymi: wysokie koszty pracy i składki ZUS – 53 proc. badanych, nieregularne zarobki – 41 proc., odpowiedzialność finansowa i prawna – 40 proc., wysokie podatki – też 40 proc., duży poziom stresu – 37 proc., nadmiar obowiązków biurokratycznych – 23 proc., niestabilność prawa –22 proc.
Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, możemy być dumni z polskich przedsiębiorców, że w tak trudnych okolicznościach radzą sobie dobrze – a polskie firmy idą do przodu, mimo braków kapitału i gorszych warunków do prowadzenia biznesu w porównaniu do większości krajów Unii. Jak mówi, aż strach pomyśleć o ile szybciej moglibyśmy się rozwijać, gdyby udało się uruchomić całą energię i przedsiębiorczość blokowaną przez obsesyjną chęć polityków do ciągłego zmieniania prawa, kontroli wszystkiego oraz chroniczny brak zaufania do prowadzących interesy.
Oczywiście bycie przedsiębiorcą ma i rozliczne pozytywy. 37 proc. badanych stwierdziło, że głównym powodem założenia firmy była chęć zrealizowania swojej pasji, 25 proc. przedsiębiorców nigdy nie chciało pracować na etacie i szukało pomysłu na własny biznes. Dla 23 proc. o założeniu firmy zdecydował przymus ekonomiczny, a dla 10 proc. – nakaz ze strony byłego pracodawcy. Takie wyniki przyniosło badanie ZPP „Portret Przedsiębiorcy” przeprowadzone w tym roku na reprezentatywnej próbie polskich przedsiębiorców.
Prof. Dominika Maison tak komentuje te rezultaty: „Obserwując od lat zmiany zachodzące wśród polskich przedsiębiorców widzimy, że wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy lub bycia wielkim przedsiębiorcą zatrudniającym setki pracowników. Szczególnie wśród młodych ludzi tym co skłania ich do odejścia z bezpiecznej pracy na etacie i rozpoczęcie własnej działalności coraz częściej jest chęć samorealizacji i wolności oraz decydowania o własnym losie nawet kosztem czasami niższych zarobków czy niepewności i ryzyka związanego z prowadzeniem własnego, czasami małego i niszowego biznesu”.

Nie można rozwijać się kosztem środowiska

Powinniśmy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. Tyle, że takich mierników jeszcze nie skonstruowano.

Czy dotychczasowy model rozwoju, oparty na dążeniu do nieustannego wzrostu produktu krajowego brutto powoli się wyczerpuje?.

  • PKB jest przede wszystkim miernikiem produkcji, co w ekonomii jest tożsame ze wzrostem, a ponieważ nie wypracowaliśmy do tej pory dobrego miernika rozwoju, to te pojęcia zaczęły być ze sobą utożsamiane – uważa Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen. Podkreśla on, że takie uproszczenie sprawdza się na gruncie teorii wzrostu gospodarczego, ale nie wytrzymuje już konfrontacji z obecną rzeczywistością, która jest dużo bardziej złożona.
  • Oparcie się wyłącznie na PKB ma swoje ograniczenia. Pamiętajmy, że ten wskaźnik zaczął być stosowany w czasach, gdy rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Wymyślono go w sytuacji, gdy na świecie żyło niewiele ponad 2 mld ludzi, a działalność gospodarcza odciskała na tyle małe piętno na przyrodzie, że ta sama się regulowała i szybko wracała do naturalnego stanu. Dziś na świecie żyje już 7,5 mld ludzi, a skala i wpływ działalności człowieka są tak duże, że natura już sobie z nim nie radzi – mówi ekspert.
    I dlatego właśnie musimy zacząć stosować mierniki zrównoważonego rozwoju, które uwzględniają nakłady na rekonstrukcję tego, co jako ludzkość zniszczyliśmy. To wymaga zmiany modeli biznesowych, by nie koncentrować się wyłącznie na krótkoterminowym zysku.
  • Taka zmiana jest możliwa i nie musi oznaczać załamania się biznesu. Spójrzmy na Elona Muska, który tak zarządzał firmą, że Tesla przez długi czas nie wykazywała zysku, a jednocześnie miała dużo wyższą kapitalizację niż inne duże koncerny samochodowe – dodaje Adam Czyżewski.
    Pytaniem pozostaje, jak dokonać tych ewentualnych zmian, nie tracąc konkurencyjności? Zwłaszcza, że polskim firmom daleko do statusu technologicznego amerykańskiego potentata, a chwilowe załamanie się koniunktury lub dłuższy okres bez zysku może być gwoździem do biznesowej trumny. W takich warunkach trudno o odważne decyzje i wytyczanie nowych kierunków.
    Mimo to, jak przekonywali rozmówcy podczas debaty w ramach krajowego szczytu klimatycznego TOGETAIR, polskie firmy potrafią dokonać „zielonego zwrotu” nawet w trudnych czasach – choć na razie to głównie tylko teoretyczne wywody. Niewykluczone, że stanie się tak również i w praktyce, bo tak naprawdę ów „zielony zwrot” po prostu może się im zacząć opłacać.
    Przede wszystkim, na każdym etapie trzeba wspierać inicjatywy które ograniczają powstawanie odpadów – a także realnie oraz na skalę przemysłową wprowadzać proekologiczne rozwiązania.
    Ważna w tym może być rola Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – państwowej instytucji, której efekty działania są, w dość powszechnym rozumieniu, raczej znikome. Izabela Żmudka, zastępca dyrektora NCBiR podkreśla ważną rolę naukowców i badaczy w działaniach na rzecz klimatu i środowiska naturalnego.
  • Po to jest taka instytucja jak NCBiR, żeby dawać wsparcie edukacyjne i finansowe, aby zabezpieczać przedsiębiorców i naukowców przed ryzykiem, które zawsze wiąże się z badaniami i rozwojem. Po to, żeby oni na koniec odnosili sukces i zarabiali pieniądze. Nie boję się o tym mówić głośno, bo im więcej będą zarabiać tym gospodarka też będzie się lepiej rozwijać, a przy tym wszystkim to nie muszą być tylko duże projekty. Mamy np. projekty związane z tym jak magazynować wodór – twierdzi dyr. Izabela Żmudka. Oczywiście wszyscy by sobie życzyli, aby projekty, którymi zajmuje się NCBiR zaczęły przynosić pożądane efekty, a coraz wyższe zarobki naszych naukowców przekładały się na większą skuteczność ich badań.
    Dziś kryzys klimatyczny nie jest czymś odległym i niewidocznym. On trwa i już się z nim zmagamy, co widać po nasileniu niebezpiecznych dla człowieka zjawisk atmosferycznych – choć nie wiadomo, czy i na ile działalność człowieka się do nich przyczyniła. W każdym razie, trzeba zadbać, aby krysys klimatyczny nie przemienił się w całkowitą katastrofę klimatyczną. Na pewno człowiek może i powinien ograniczyć rozwijanie gospodarki kosztem środowiska.
    Wprawdzie Polska, za sprawą hamujących działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, spada coraz niżej w rankingu krajów dokonujących traansformacji energetycznej, a nasze uzależnienie od węgla dziś wydaje się trwałe – ale rynek energetyki odnawialnej, w dużym stopniu obsługiwany przez polskie lokalne podmioty, przeżywa dziś prawdziwą rewolucję.
    Potrzebne jest obecnie wspólne działanie dla dobra klimatu. Ponad podziałami politycznymi, gospodarczymi czy regionalnymi – choć to niełatwe w Polsce rządzonej przez PIS, ugrupowanie, które stawia właśnie na podsycanie podziałów i konfliktów między Polakami. Nadzieja w tym, że przecież wszystkim nam zależy na tym, abyśmy mogli oddychać czystym powietrzem, pić zdrową wodę i swobodnie korzystać z energii elektrycznej.

Gdy nie trzeba dojeżdżać

Praca zdalna może przynosić rozliczne korzyści. Okazuje się, że dzięki niej powstają nawet szanse na zakup tańszego i większego mieszkania.
W ciągu ostatnich tygodni, w wyniku obostrzeń związanych z epidemią i ograniczeniami w funkcjonowaniu gospodarki, wielu pracodawców miało okazję przekonać się jak wyglądałaby praca zdalna, wdrożona w ich firmie na stałe. Zmuszone zostały do tego również przedsiębiorstwa, które do tej pory nie brały pod uwagę możliwości skorzystania z takiego rozwiązania.
Eksperci zwracają uwagę, że część z tych firm znacznie bardziej doceni taki sposób funkcjonowania – i chętniej będzie stosować ten model wykonywania obowiązków służbowych, nawet już po ustabilizowaniu się sytuacji w kraju. Jedną z takim firm jest np. Twitter, który zadeklarował, że do biur na stałe powrócą tylko ci pracownicy, którzy sami tak zdecydują.
Po zakończeniu pandemii aż jedna czwarta osób, które pracują obecnie poza siedzibą firmy mogłaby kontynuować pracę zdalną. Ponadto, aż 40 proc. pracowników deklaruje również, że taki tryb pracy jest znacznie efektywniejszy (według raportu Nationale-Nederlanden).

Jak pokazują badania przeprowadzone na zlecenie firmy Antal, ponad 2,5 mln pracowników firm może bez problemu wykonywać swoją pracę zdalnie. Stanowi to ok. 15 proc. ogółu. Co istotne, są to zapewne dane zaniżone, ponieważ w badaniu ujęte zostały wyłącznie osoby zatrudnione na etacie, nie brano natomiast pod uwagę ludzi samozatrudnionych oraz tzw. freelancerów.
Coraz więcej osób deklaruje również, że praca zdalna i elastyczne godziny pracy są dla nich bardziej atrakcyjne, niż benefity oferowane przez pracodawców, np. w postaci dostępu do świeżych owoców, kawy, przekąsek czy nawet (aż trudno w to uwierzyć!) dopłat do obiadów.
Z kolei według badań przeprowadzonych przez Kantar Public na zlecenie startupu Crossover aż 57 proc. pracowników chciałoby wykonywać swoją pracę zdalnie, a 81 proc. – decydować przy tym o czasie realizacji obowiązków.
Osoby, które przeszły częściowo lub całkowicie na pracę zdalną odczuwają znacznie większy komfort psychiczny i są mniej podatne na oddziaływanie stresu, który związany jest z ich pracą. Raport Owl Labs pokazuje również, że takie osoby są średnio o 22 proc. szczęśliwsze i potrafią zachować zdrową równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Co zaskakujące, są również bardziej skłonne do pracy po godzinach, jeśli zajdzie taka konieczność.
Okazuje sie, że cała ta sytuacja wpływa również na rynek mieszkaniowy. Jednym z pośrednich efektów dla zatrudnionych zdalnie jest bowiem możliwość zakupu tańszego i większego mieszkania poza miastem, w którym znajduje się siedziba pracodawcy. Realnie oznacza to wzrost zainteresowania mniejszymi ośrodkami miejskimi jak np. Radomiem, skąd do Warszawy można dojechać w około godzinę. A gdy ktoś nie musi pracować w Warszawie, nie musi też akurat w stolicy szukać sobie mieszkania i wydawać na to krocie.
Jak pokazują badania przeprowadzone w 2019 r. przez urząd m.st. Warszawy i firmę Orange, w okresie przed wprowadzeniem obostrzeń, ponad 2 mln osób zamieszkujących poza Warszawą dojeżdżało do niej każdego dnia do pracy. W momencie, gdy firmy chętniej będą stosowały zdalny model wykonywania obowiązków służbowych, znacznie więcej osób zdecyduje się również na zakup mieszkania poza miastem, w którym mieści się ich firma.
Z kolei, jak wynika z raportu Expandera i Rentier.io, wśród 16 największych miast w Polsce, najtańsze mieszkanie kupimy obecnie właśnie w Radomiu. Średnia cena za metr kwadratowy jest tutaj aż dwa razy niższa niż w Warszawie. Oznacza to, że za 50 metrowe mieszkanie w Radomiu zapłacimy średnio 260 tys. zł, w Warszawie natomiast 530 tys.zł. Może dlatego właśnie w Radomiu realizowane są teraz nowe inwestycje mieszkaniowe, jak np. Osiedle Idea budowane przez Unidevelopment. A inwestycjami poza stolicą coraz chętniej zajmują się także warszawscy deweloperzy.

Remisu nie będzie

W sensie gospodarczym, ogromna większość musi stracić na epidemii koronawirusa. Są jednak i tacy, którzy mogą wygrać.

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa to także szansa biznesowa. Jak w każdym kryzysie, będą wygrani i przegrani. Jedni stracą mniej, inni więcej, a niektórzy wykorzystają tę szansę do dynamicznego rozwoju.
Chciałbym, aby polskie firmy wykorzystały tę szansę do zbudowania przewagi konkurencyjnej – i zaistniały na rynkach globalnych.

Strategiczne miejsce

Kiedy kryzys zaczął się w Chinach, wiele firm zrozumiało, że zależność od chińskiego rynku może powodować problemy. Analitycy stwierdzili, że wiele globalnych firm będzie musiało zdywersyfikować swoje łańcuchy dostaw. Firmy opierające swój handel tylko na chińskich produktach z przerażeniem obserwowały topniejące stany magazynowe i komunikaty o zamykaniu granic i przedłużających się kwarantannach.
Dziś wiele biznesów zaczyna rozumieć zasadę pareto1 nie tylko w sprzedaży, ale również w zakupach.

Zaczynamy rozumieć że nie tylko zysk i niska cena są wyznacznikiem w biznesie, ale również coraz bardziej popularne wzornictwo, marka, szybkość realizacji zamówienia i dostawa, elastyczne podejście do klienta i jego obsługa.

Klienci są gotowi zapłacić więcej właśnie za dodatkową obsługę i wyjątkowe doznania. Sklepy internetowe już dawno wiedzą, że kluczem ich sukcesu jest obsługa klienta i szybkość realizacji zamówienia. Przewiduję, że właśnie te elementy biznesu zaczną decydować o większym potencjale oferty biznesowej, niż tylko najniższa cena.

Jako, że Polska gospodarka jest w dużej mierze oparta na firmach produkcyjnych, wytwarzających fizyczne produkty, mamy wykwalifikowanych pracowników i leżymy w strategicznym logistycznie miejscu na styku gospodarek wschodu i zachodu, powinniśmy wykorzystać ten trudny czas do budowy naszych biznesów. Jak ostatnio wykazali analitycy EY to nie wewnętrzna konsumpcja napędza Polską gospodarkę, a polski eksport.

Najgorsze pierwsze miesiące

Kluczowe dla uzyskania przewagi konkurencyjnej dla polskich przedsiębiorców będzie przetrzymanie pierwszych miesięcy kryzysu w odpowiedniej kondycji, tak aby w momencie wybudzania się globalnej gospodarki z kwarantanny byli gotowi do rozpoczęcia negocjacji i przyjęcia zamówień w nowo tworzonym łańcuchu dostaw i przepływów gospodarczych.

Kluczową rolę w tym przypadku ma nasz rząd, który musi zadbać o to, aby polskie przedsiębiorstwa w jak najmniejszym stopniu ucierpiały na kryzysie. Nasi politycy muszą zrozumieć, że dla dobra naszej przyszłości trzeba pomóc mniejszej grupie politycznej, jaką są przedsiębiorcy, a nie większej grupie wyborców, którymi są pracownicy.
Pamiętajmy, że w końcowym rozrachunku każda upadająca firma to utrata miejsc pracy i potencjału rozwojowego naszej gospodarki, czyli pośrednio budowy naszego dobrobytu. Szczególną opieką rząd powinien otoczyć średnie firmy, które są zbyt duże, aby szybko reagować na gwałtownie zmieniającą się sytuację ekonomiczną i zbyt małe, aby je ratować za wszelką cenę, jak w przypadku banków czy kopalni.

Politycy muszą przygotować narzędzia, które umożliwią pomoc państwa dla polskich biznesów, przedsiębiorcy, aby dostosować swoje firmy do spowolnienia gospodarczego oraz pracownicy, którzy powinni zrozumieć, że firmy, w których pracują są częścią ich życiowego ekosystemu i muszą o nie dbać tak jak ich właściciele.

Dzisiejszy czas będzie prawdziwym sprawdzianem dla polskiego biznesu, polskiej klasy politycznej i samych Polaków. Wierzę jednak, że to co się dzieje jest dla nas nie tylko samym zagrożeniem, ale również wielką szansą na rozwój.

Sebastian Sadowski-Romanov

  1. Zasada ta, sformułowana przez ekonomistę Vilfredo Pareto polega w uproszczeniu na tym, że 20 proc. sytuacji sytuacji powoduje 80 proc. efektów – na przykład 20 proc. klientów przynosi 80 proc. zysków.

Mamy wreszcie rynek pracownika

Polscy przedsiębiorcy muszą się nauczyć, jak funkcjonować w nowej, nieznanej im, rzeczywistości kadrowej.

„Dzień dobry, odchodzę. Oto moje wypowiedzenie”. Takie zdanie zazwyczaj oznacza duże problemy dla pracodawcy. W czasach utrudnień związanych z rekrutacją może stać się wręcz koszmarem managerów.
Co powinni robić przedsiębiorcy, by tego uniknąć? Przede wszystkim powinni zdać sobie sprawę, jakie są najczęstsze powody odejścia pracowników.

Gdy brak rozwoju

Dziś prawdziwym wyzwaniem dla pracodawców jest utrzymanie pracownika – czyli zapewnienie mu optymalnych warunków na wszystkich możliwych płaszczyznach pracy. Chodzi o to, by nie rozglądał się za innymi ofertami, tylko poświęcił swoją energię na realizację powierzonych mu zadań. Dlaczego jednak pracownik przestaje być zadowolony z pracy i umowy, na którą wcześniej sam się zdecydował?
Większość z nas chce się rozwijać w pracy. Motywacje są różne, dlatego kluczowe jest ustalenie, jakie są pod tym względem potrzeby pracownika. jest przejrzysta komunikacja. Dobrym pomysłem na ich poznanie jest organizowanie cyklicznych spotkań, podczas których pracownicy mogą w nieskrępowany sposób wyartykułować swoje oczekiwania.
Dla jednych rozwój to awans, dla innych – wyzwania i odpowiednio ambitne zadania, możliwość zdobywania dodatkowych doświadczeń czy udział w warsztatach i szkoleniach. Trzeba to wiedzieć, by ewentualne propozycje były dostosowany do oczekiwań pracownika.
Firma nie zawsze ma możliwość zaoferowania odpowiedniego rozwiązania, takiego jak np. awans. Wtedy ważna jest dobra komunikacja.
Gdy pracownik wie, że w firmie istnieje świadomość jego potrzeb, będzie w stanie poczekać. Ważna wskazówka dla managera: zanim zatrudni osobę z zewnątrz niech się upewni, czy na pewno nie może powierzyć nowych zadań komuś z zespołu.

Pieniądze i inne korzyści

Wynagrodzenie to jedna z podstawowych motywacji do pracy. Pracodawca powinien monitorować raporty płacowe by wiedzieć, co w danym momencie oferuje rynek. Wtedy, o ile firma ma takie możliwości, może zawczasu dostosować warunki płacowe do realiów i nie dopuścić do sytuacji, w której cyfry spowodują exodus pracowników.
Oczywiście nie w tym rzecz, by pokornie realizować nawet nierealne oczekiwania płacowe. Warto jednak trzymać rękę na pulsie, zwłaszcza w przypadku osób nieśmiałych, które z własnej inicjatywy nie poproszą o podwyżkę – ale mogą odejść, gdy zaproponuje ją inny pracodawca.
Oprócz pieniędzy liczą się również benefity. Nie ma sensu rozpisywać się o takich standardach, jak opieka medyczna czy pakiet sportowy. W ostatnich latach dołączyły do nich elastyczny czas pracy i możliwość pracy w domu (przynajmniej w części).
Świadczenia dodatkowe to pole popisu dla kreatywności działów zajmujących się kadrami. Pomoc prawna, konkursy z ekskluzywnymi wycieczkami, opieka medyczna na miejscu, żłobek finansowany przez pracodawcę, dzień wolny w urodziny, a może szkolenie z bezpiecznej jazdy? Czemu nie.

By praca była przyjemnością

Źle dobrany zespół to duży problem. Pracownicy, którzy nie dogadują się ze sobą, pracują nieefektywnie, każdy dzień w pracy jest dla nich trudny do zniesienia. Kolejne kłopoty to zaburzona równowaga między pracą i czasem wolnym, czy brak komunikacji między pracownikami a kadrą zarządzającą.
Konflikty należy rozwiązywać jak najszybciej, a nie zamiatać je pod dywan. Im szybciej problem zostanie rozwiązany, tym lepiej. I taniej – bo profesjonalni mediatorzy kosztują.
Jak zaradzić konfliktom? Poprzez stworzenie odpowiedniej atmosfery, sprzyjającej otwartości i umożliwiającej pracownikom mówienie o tym, co im nie odpowiada.
Warto inwestować w przemyślane inicjatywy integracyjne. Dobrze sprawdza się np. wspólny udział w akcjach charytatywnych – uruchamia w ludziach dużo pozytywnej energii i motywuje do spontanicznej współpracy. Firmy powinny inwestować w budowanie spójnej strategii tworzenia wizerunku marki. Nic tak go nie niszczy, jak konflikty w zespołach, o których jest głośno poza murami biura firmy.

Mówić prawdę!

Szczerość. Tego zazwyczaj wymaga szef od pracownika. Powinno to jednak działać również w drugą stronę – a pracodawca musi wywiązywać się ze złożonych deklaracji i obietnic. Czasem zdarza się, że to niemożliwe ze względu na zmieniające się realia. To kolejna sytuacja, gdy należy postawić na otwartą, szczerą komunikację – jeśli pracownik zrozumie, dlaczego nie może otrzymać tego, czego oczekuje, jest szansa że wspólnie da się ustalić jakiś plan zastępczy. Managerowie powinni dopilnować, by podczas rekrutacji ustalić priorytety pracownika i dowiedzieć się, co jest dla niego nie do zaakceptowania. Powierzając mu zadania trzeba to uwzględniać.
Na przykład, osoba, która ma małe dzieci i nie może brać nadgodzin, nie zaakceptuje polecenia, by przez cały tydzień pracować do 20:00 bo tego wymaga nowy projekt. Albo zaakceptuje – ale po miesiącu odejdzie.
Trudno oczekiwać lojalności od kogoś, komu się jej nie okazuje Brak stałej umowy o pracę czy choćby jasnej deklaracji, kiedy można na nią liczyć, to prosta droga do utraty wartościowego pracownika. To samo dotyczy umów na zastępstwo – pracownicy na takich kontraktach chcą wiedzieć, co ich czeka.
Pracownicy chcą też wiedzieć, co pracodawca sądzi o ich pracy. Brak takiej informacji zwrotnej powoduje dezorientację i niepewność.
Czasami zdarza się, że pracownik, mimo deklaracji odejścia decyduje się jednak pozostać w firmie. To rzadkie przypadki – ale warto nie dopuścić do przekroczenia granicy mentalnej, poza którą pracownik podejmujący decyzję o odejściu przestaje utożsamiać się z firmą. Trudno to później odbudować.
A gdy odejście jest już definitywne? To sytuacja, z której szef firmy może wyciągnąć wiele istotnych informacji. Dlatego warto poprosić pracownika o szczerą odpowiedź na pytanie: dlaczego? Pozwoli ona uniknąć podobnych problemów w przyszłości – lub przynajmniej je ograniczyć.