Grecki strajk

Nowy, wybrany w lipcu grecki rząd prawicowego neoliberała Kyriakosa Mitsotakisa miał dziś do czynienia z pierwszym, dużym społecznym sprzeciwem: Mitsotakis chce „zreformować” rynek pracy, czyli zlikwidować układy zbiorowe pracy i ograniczyć prawo do strajku. Ludowy strajk sparaliżował Ateny.

Mimo deszczu, na ulice wyszło kilkanaście tysięcy ludzi, by dojść do placu Syntagma, naprzeciw parlamentu. Jednocześnie przestała działać sieć autobusowa, wystąpiły perturbacje w szpitalach, szkołach i sądach. Promy pozostały w porcie Pireusu, jak w całym zresztą kraju, w Atenach metro działało z przerwami. Dimitris Bratis, wiceprzewodniczący najważniejszego związku zawodowego pracowników publicznych, krzyczał do megafonu: „Dziś nasza mobilizacja pozwala zaznaczyć rządowi, że ciągle będziemy walczyć w obronie praw pracowniczych w sektorze publicznym i prywatnym!”
„Nie możemy się cofać” – powtarzali uczestnicy manifestacji, przeciwni likwidacji układów zbiorowych, które przywrócił lewicujący rząd Syrizy. Komuniści patrzą z niechęcią na „niszczenie związków zawodowych, które chronią pracowników”. „Musimy pokazać rządowi, że nie został wybrany po to, by niszczyć prawa pracownicze” – mówiła dziennikarzom Giorgia Bulemeti, nauczycielka ze szkoły specjalnej.
„Rząd przewiduje wprowadzenie w sektorze publicznym kontraktów np. czterech godzin pracy na tydzień… A my potrzebujemy pracy na cały etat, bo brak nam personelu, i nie chcemy śmieciowych umów o pracę” – mówiła. Grecja jest wymęczona latami polityki europejskiej, wdrażanej przez Syrizę, która zmniejszyła ludziom płace i emerytury, natomiast zwiększyła zadłużenie kraju i bezrobocie. Wielu Greków wyjeżdża za chlebem.

Lesbos pęka w szwach

Skala Sykamineas, nieduża osada rybacka na greckiej wyspie Lesbos, przyjęła od czwartku prawie 600 osób, głównie Afgańczyków z rodzinami. Przybiło tam 13 łodzi z niedalekiej Turcji. Na wyspie z obawami oczekuje się powtórki kryzysu z 2015 r., gdy z Turcji ruszyła pamiętna wielka fala uchodźców i migrantów. Miejscowy obóz jest już dawno za mały.

Grecy przynieśli pomoc dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy mogli potem ruszyć do Niemiec i innych krajów Zachodu. Ale tamta fala stanowi bolesną społeczną traumę, i nikt nie chce, żeby to wróciło. W szczycie kryzysu na Lesbos lądowało po tysiąc i więcej osób dziennie. Odbierały je później kontynentalne promy. Do dziś jeszcze można spotkać na wybrzeżu stare kamizelki ratunkowe i porzucone łodzie. Obraz wielkiego ludzkiego nieszczęścia
zmienił wyspę.
Masowe czwartkowe lądowanie wywołało panikę. Grecki minister spraw zagranicznych Nikos Dendias wezwał na dywanik ambasadora Turcji, by mu „przypomnieć zobowiązania Ankary z umowy z Unią Europejską z marca 2016 r.”, tj. żeby nie dopuszczać do takich niespodziewanych wizyt w Europie, pilnować granic, za co Unia zapłaciła Turcji miliardy.
Na Lesbos największy na naszym kontynencie obóz dla uchodźców Moria skupia już ponad 10 tys. mieszkańców, a był przewidziany na góra 2,5 tys osób. Z powodu braku odpowiedniego finansowania europejskiego, nowo przybyli muszą spać pod gołym niebem. Fala imigracyjna rośnie od lipca, w sierpniu na wyspę dostało się ok. trzech tys. osób. Wśród nowych z mijającego tygodnia jest prawie 240 dzieci, rekord. W Moria migranci dostaną jeść, czyste ubranie i umiarkowany dostęp do prysznica, ale spać nie ma gdzie, nie ma już nawet namiotów. Rodziny z niemowlętami długo takich warunków nie przetrzymają.

Frontex na cenzurowanym

Frontex, agencja Unii Europejskiej, która ma pilnować jej zewnętrznych granic, została oskarżona przez kilka europejskich mediów śledczych o tolerowanie traktowania migrantów jak podludzi przez lokalnych funkcjonariuszy i o systematyczne łamanie praw człowieka podczas deportacji, która sama praktykuje. Siedzibą Frontexu jest Warszawa: padła stąd odpowiedź, że do tej pory nie było skarg, ale agencja zbada te zarzuty.

Wspólne śledztwo portalu śledczego Correctiv, brytyjskiego dziennika The Guardian i kanału niemieckiej telewizji ARD oparło się w znacznej części na setkach wewnętrznych dokumentów Frontexu: wszystkie doniesienia o przemocy wobec migrantów były regularnie odkładane na bok bez żadnych konsekwencji i śledztw. Dziennikarze zarzucają Frontexowi tolerowanie niegodnego postępowania szczególnie bułgarskiej, węgierskiej i greckiej straży granicznej, które ścigają osoby ubiegające się o azyl z użyciem psów, stosują gazy i brutalną przemoc przy odpychaniu ludzi od granicy.
Zdaniem oskarżycieli, Frontex mógłby wycofywać swój personel, a nie robiąc tego staje się wspólnikiem licznych przestępstw. Warszawska agencja odpowiedziała, że mogłaby się wycofywać, ale nie ma żadnej władzy nad lokalnymi strażami granicznymi ani możliwości prowadzenia śledztw. W Brukseli reakcja była nieco bardziej konkretna: rzeczniczka Komisji Europejskiej Mina Andreewa zapowiedziała, że śledztwo jednak będzie i że „zostaną wyciągnięte konsekwencje”, jeśli zarzuty mediów okażą się prawdziwe. „Nie zaakceptujemy żadnej formy przemocy, czy złego traktowania migrantów” – mówiła Andreewa.
Z dokumentów Frontexu wynika, że funkcjonariusze agencji deportowali samotnych nieletnich (co jest bezprawne), albo wstrzykiwali środki nasenne deportowanym dorosłym, których wydalano mimo, że złożyli prośby o azyl. Frontex dysponuje tysiącem agentów, razem z rezerwą to ok. 2,5 tys. ludzi. Od 2016 r. ich kompetencje są rozszerzone. Asystują głównie przy rejestracji i ustalaniu tożsamości migrantów, ale prowadzą też regionalne operacje mające na celu ograniczenie imigracji do Europy.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.

Grecki premier, wnuczka polskiego aptekarza i lekarstwa dla mojej Babci

„Nel doniósł mi, iż począwszy od stycznia wpłaca przez cały rok do apteki polskiej w Londynie (Grabowskiego) na moje conto po 5 dolarów miesięcznie, co mogę wybrać lekarstwami. Bardzo dobrze to obmyślił, cennik apteczny, wysłany na początku stycznia dobiegł mnie dopiero 27/II. Zamówiłam lekarstwa za 20 dolarów od razu za 4 miesiące.”
Te zdania napisała we wspomnieniach moja Babcia, Zofia Skąpska, w lutym 1954 roku. Nel to, urodzony w Łososinie Dolnej, brat mego Ojca Tadeusza, a Jej najmłodszy syn – Kornel; we wrześniu 1939 roku znalazł się w Rumunii, potem we Francji, wstąpił do podchorążówki dowodzonej przez ppłk. Bronisława Chruściela, nota bene urodzonego w Marcinkowicach, a więc tak jak ja teraz – Sądeczanina. Nauka trwała pół roku, stryj ukończył szkołę z drugą lokatą i pozostał w niej jako instruktor na drugi kurs.
Po klęsce Francji cała szkoła podchorążych ewakuowana została do Wielkiej Brytanii. Tam Kornel został przydzielony do sztabu 1 Samodzielnej Brygady Strzelców jako oficer „do przekazywań”. Był przygotowywany na powojennego wojskowego administratora rejonu olsztyńskiego. W roku 1944 awansował do sztabu Naczelnego Wodza, gdzie został usytuowany w Oddziale Operacyjnym podlegając znów Chruścielowi. W 1948 wraz z Violą, swą angielską żoną i trzema synami (Mieszko, Bolesław, Kazimierz), wyjechał do Paragwaju, skąd po kilku latach przeniósł się już na stałe do Kanady. Pisał do swej matki regularnie listy, a jak wynika z cytatu, od 1954 roku wspierał ją pozornie niewielką sumą pieniędzy. W rzeczywistości zarówno wobec jego ówczesnej sytuacji ekonomicznej jak i przelicznika dolara w Polsce kwota ta była dla obojga znacząca.
Istotne jednak w tym jest coś jeszcze. Styczeń 1954, mimo iż nie minął jeszcze nawet cały rok od śmierci Stalina, to apogeum stalinizmu w Polsce, to czasy bierutowskie. Dopiero co aresztowano prymasa Stefana Wyszyńskiego (25 września 1953); Władysława Gomułkę zatrzymano dwa i pół roku wcześniej (opuścił więzienie w grudniu 1954); Marian Spychalski siedział w więzieniu od 13 maja 1950 do marca 1956; generał Józef Kuropieska przez dwa lata, do 23 czerwca 1954, przebywał w celi śmierci „oczekując” na wykonanie kary; generał Wacław Komar od listopada 1952 poddawany był w śledztwie torturom, a więzienie opuścił dopiero w przeddzień Wigilii 1954. A jednak listy z Kanady trafiały do adresatki, co więcej „kanadyjski” syn mógł opłacać abonament w londyńskiej aptece, a jego matka mogła, mimo żelaznej kurtyny, dysponować z kraju, na jakie lekarstwa te dewizy mają być wydane, zaś medykamenty, choć poprzez urząd celny, to jednak do Niej docierały. Pieniądze z Kanady nie trafiały do Polski, zostawały w Londynie, a przecież takich klientów jak moja Babcia musiało być sporo. Zimna wojna miała jak widać cieplejsze obszary, a żelazna kurtyna bywała miejscami ażurowa.
Ale co to wszystko ma wspólnego z Grecją, z wyborami, ze zwycięstwem Nowej Demokracji – zapyta uważny i cierpliwy Czytelnik.
Okazuje się, że ma…
Przywódcą zwycięskiej Nowej Demokracji, nowym premierem Grecji jest Kiriakos Micotakis, Jego ojciec Konstantinos był w latach 1990-1993 premierem Grecji, wcześniej w latach 1963 i 1964-65 ministrem finansów w rządach Jeoriosa Papandreou. Tu warto wtrącić, że żoną Papandreu była Sophia, z domu Mineyko; córka Zygmunta, w powstaniu styczniowym najpierw podwładnego Langiewicza, potem naczelnika powiatu oszmiańskiego, czego konsekwencjami było zesłanie Mineyki na Syberię, a następnie los emigranta we Francji i Grecji. Syn Jeoriosa Papandreu i Zofii Mineykównej to Andreas, kolejny grecki premier w tej opowieści. Wnukiem Jeoriosa i panny Mineyko jest były minister spraw zagranicznych, ale też były premier Jorgos Papandreu. Polski, jakże ważny, wątek w trój-pokoleniowej rodzinie polityków Papandreu zręcznie i mądrze potrafili wykorzystać w swych kontaktach Pan Prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz Panowie Premierzy Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller.
Ale wróćmy do współczesności, nas interesuje żona nowego premiera Grecji Kiriakosa Micotakisa. Nosi ona bowiem, podobnie jak Sophia Mineyko Papandreu, polskie panieńskie nazwisko – Grabowski, gdyż jest wnuczką założyciela i właściciela londyńskiej apteki, w której ciężko zapracowane kanadyjskie dolary lokował dla swej matki (Zofii) mój stryj Kornel.
Dziadek nowej greckiej Pani Premierowej, Mateusz Grabowski (1904-1976) założył w Londynie, po II wojnie światowej, aptekę, a jako że był miłośnikiem i znawcą sztuk plastycznych to w 1959 r. otworzył także galerię sztuki nazwaną „Grabowski Gallery”, była ona mocno osadzona w brytyjskim środowisku artystycznym. Jego wcześniejsze wojenne losy były podobne do losów mego stryja Kornela; jako pracownik wojskowego szpitala, zmobilizowany, przez Rumunię i Francję dotarł do Szkocji, gdzie pracował w zakładach farmaceutycznych. Galerię swoją Pan Mateusz zamknął w 1975, na rok przed śmiercią.
Pan Grabowski wsparł wówczas darami (400 obrazów) Muzeum Narodowe w Warszawie i Muzeum Sztuki w Łodzi. Warszawa otrzymała głównie prace artystów polskiego pochodzenia, Łódź – plastyków angielskich. Cenny zbiór XVI i XVII wiecznych naczyń farmaceutycznych podarował krakowskiemu Muzeum Farmacji. Wszystko to czynił – uwaga panowie z IPN – za swego życia, a więc za mrocznych czasów PRL.
Po śmierci Mateusza Grabowskiego prowadzenie apteki przejął jego syn – Władysław. Odtworzył też galerię sztuki, promującą tym razem przede wszystkim polskich artystów – „Grabowski Gallery II”. Teść nowego premiera Grecji jest kolekcjonerem polskich znaczków pocztowych oraz monet i medali związanych z pontyfikatem Jana Pawła II. Zbiera exlibrisy, mapy, porcelanę i inne zagraniczne przedmioty mające związki z polskością. Idąc w ślady ojca, przekazał Zamkowi Królewskiemu w Warszawie kolekcję zabytkowej porcelany. W 1989 r. powrócił do Polski, zakładając sieć aptek. Najbardziej znana jest chyba ta na Dworcu Centralnym, zwanym od niedawna – niezbyt szczęśliwie dla patrona – Dworcem Moniuszki.
Premier Kiriakos Micotakis mając zaledwie kilka miesięcy wraz z rodzicami i starszą siostrą Dorą (byłą burmistrz Aten i byłą szefową greckiego MSZ – kolejna polityczna grecka rodzina) uciekł przed prześladowaniami junty wojskowej, na sześć lat, do Francji. Po studiach w USA (Harvard), pracował w Wielkiej Brytanii w amerykańskiej firmie doradczej McKinsley. To wówczas, zapewne, poznał swą przyszła żonę, wnuczkę i córkę londyńskich aptekarzy – Marzenę Ewę Grabowski. Pani Marewa, bo tak połączyła i skróciła swe dwa imiona, podobno nie utrzymuje żadnych kontaktów z grecką Polonią, powody nie są znane. Ale i wcześniej, a tym bardziej teraz polska dyplomacja powinna o to się postarać, dotrzeć do Pani Premierowej. Tylko czym Ją do siebie przekona i zachęci obecna klasa polityczna? Chowaniem unijnej flagi pod pulpit? Brakiem reakcji na hymn Unii Europejskiej?

Reparacji nie będzie

Jarosław Kaczyński z pewnością się tego spodziewał i zapewne wykorzysta stanowisko Niemiec do wzmocnienia swojej nagonkowej narracji na UE i RFN.

Serwis „Deutsche Welle” donosi, iż eksperci Bundestagu zakwestionowali wysunięte przez Polskę żądania dotyczące reparacji wojennych. Co ciekawe jednak, za uzasadnione uznano roszczenia Grecji w tej sprawie.
Opinia dotycząca reparacji została sporządzona na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy. Jest to 15-stronicowy dokument zatytułowany „Greckie i polskie roszczenia reparacyjne wobec Niemiec” .Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania „jasności prawnej” sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Konieczna jest do tego jednak dobra wola Berlina. Spór dotyczy bowiem zdarzeń sprzed ponad 70 lat, rząd federalny musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.
Na początku czerwca br. władze w Atenach oficjalnie zwróciły się do RFN z prośbą o wszczęcie rozmów ws. reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd wówczas jeszcze przewodzony przez Aleksisa Ciprasa. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.
Sprawa nie wygląda na rozwojową. Niemiecki rząd jest zdania, że „Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”, tzw. traktat zjednoczeniowy „2+4” z 1990 r. zawiera „ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową”.
Strona grecka argumentuje, że w traktacie „2+4” zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi: USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie ma zapisów dotyczących ewentualnych reparacji. Poza tym Grecja nie uczestniczyła w tych rozmowach, więc nie może być stroną porozumienia.
Polskie roszczenia również zostały odrzucone i nikt nie będzie ich traktował w Niemczech poważnie. Piszą o tym również dziennikarze agencji DPA. Warto zaznaczyć, że Polska jeszcze nie wystąpiła z oficjalnym żądaniem wypłaty reparacji. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który przewodzi parlamentarnemu zespołowi prowadzącemu prace w tej sprawie, twierdzi, że wkrótce oficjalna nota zostanie wystosowana, a kierowany przez niego zespół szacuje, iż Polska może żądać nawet 800 mld euro.

Reelekcja komunisty

W trzecim co do wielkości mieście Grecji komunista został powtórnie wybrany na prezydenta miasta. Uzyskał niemal 71 proc. głosów.

W ostatnią niedzielę w Grecji odbywały się dogrywki wyborów samorządowych, których pierwsza tura miała miejsce równocześnie z wyborami do Parlamentu Europejskiego, w których Komunistyczna Partia Grecji (KKE) zdobyła dwa mandaty. Do drugiej tury wyborów na prezydentów miast i burmistrzów przeszło pięciu kandydatów komunistycznych. Spośród nich zwyciężył jeden – prezydent Patras Kostas Peletidis. Jego zwycięstwo było jednak spektakularne – w niedzielnym głosowaniu poparło go 70,91 proc. głosujących.
Peletidis, z wykształcenia lekarz, jest prezydentem Patras od 2014 r. W tym okresie dał się poznać jako wybitnie prospołeczny samorządowiec, co – jak widać – zostało docenione przez wyborców. Po jego rządami klasa pracująca Patras znalazła obronę przed bezlitosnym dyktatem burżuazji wymuszającej politykę skrajnych cięć i oszczędności narzucanej przez wierzycieli Grecji. Położone na Peloponezie, liczące ponad 260 tys. mieszkańców Patras to trzecie co do wielkości miasto Grecji, stolica Achai i regionu Zachodniej Grecji. Jest najważniejszym portem na zachodnim wybrzeżu kraju, istotnym zwłaszcza dla eksportu produktów rolnych.
Generalnie zwycięzcą wyborów samorządowych w Grecji została konserwatywna Nowa Demokracja, co w zasadniczej mierze odzwierciedla rozczarowanie Greków rządami nowej lewicowej partii Syriza, która obiecywała wiele, przede wszystkim zerwanie z uległością w stosunku do zagranicznych wierzycieli, a w rezultacie weszła w buty swoich poprzedników, uginając się pod ich naciskiem. W odróżnieniu od chwiejnej Syrizy czy trzeciodrogowego PASOK-u KKE miała w tej sprawie zawsze bardzo zdecydowane stanowisko.
Wyniki wyborów europejskich i samorządowych w Grecji są ważną wskazówką w stosunku do wyborów parlamentarnych w przyszłym miesiącu. Pomimo, że cieszą sukcesy KKE, należy jednak spodziewać się, że do władzy powróci prawica, a Syrizie pozostanie opłakiwanie swojej niewykorzystanej szansy.

Sukces greckich komunistów

W niedzielnych wyborach do Parlamentu Europejskiego Komunistyczna Partia Grecji (KKE) zdobyła około 260 tysięcy głosów, czyli 5,35 procent. W PE znajdzie
się dwóch komunistycznych eurodeputowanych.

Reelekcje zapewnił sobie Kostas Papadakis, który występował na arenie PE między innymi w obronie wolności działania KPP oraz przeciwko antykomunistycznym represjom w Polsce. Nowym europdeputowanym KKE będzie Lefteris Nokolaou.
KKE prowadziła kampanię do PE na bazie haseł walki klasowej. Sprzeciwiała się dominacji instytucji Unii Europejskiej i określała UE mianem sojuszu kapitału. Eurodeputowani KKE prawdopodobnie nie wejdą do żadnej frakcji w PE.
Wybory w Grecji wygrała neoliberalna Nowa Demokracja, zdobywając ponad 33 proc. głosów, z ponad 9 proc. przewagą nad rządzącą Syrizą. Trzeci wynik zdobyli socjaldemokraci z KINAL (7,61 proc.). Znaczny spadek poparcia zanotowali neofaszyści ze Złotego Świtu, którzy zdobyli 4,8 proc. głosów.
Równocześnie z wyborami do PE odbywały się w Grecji wybory do lokalnych samorządów. W wyborach do rad regionalnych kierowana przez KKE lista „Wiecu Ludowego” uzyskała ponad 371 tysięcy głosów, tj. 6,87 proc. Najwięcej, prawie 12 proc. na wyspach jońskich. Przekłada się to na 48 mandatów radnych. W wyborach do rad miejskich „Wiec Ludowy” zdobył 550 mandatów. Pięciu kandydatów KKE przeszło do drugiej tury w wyborach burmistrzów w Patras, Kesariani, Petroupoli, Haidari i Ikarii. W mieście Patra na dotychczasowego burmistrza komunistę Kostasa Peletidisa zagłosowało prawie 40 tysięcy wyborców, czyli ponad 40 proc. W Kesariani, mieście w granicach tzw. Wielkich Aten Ilias Stamelos z KKE otrzymał ponad 30 proc głosów, a Nikolaos Lardas prawie 34 proc. na wyspie Ikarii. Druga tura w tych wyborach odbędzie się 2 lipca.

Głos lewicy

Apel do belfrów

Włodzimierz Cimoszewicz radzi przygotowującym się do strajku nauczycielom, aby przeprowadzili egzaminy:
Kontrargumenty nie są takiej natury, że nauczycielom nie należy się 1000 złotych, tylko że nie ma pieniędzy w budżecie. Ale jak wiemy dokładnie w tym samym czasie dosyć lekką ręką i to bez liczenia na to, czy budżet stać, złożono obietnice sięgające czterdziestu kilku miliardów złotych, a to jest mniej więcej cztero-, pięciokrotnie więcej, niż wyniósłby koszt podwyżki dla nauczycieli.
Ja bym sugerował nauczycielom, jeśli mi wolno, żeby jednak egzaminy przeprowadzili. To oczywiście osłabi siłę presji na rząd, ale podniesie wartość moralną ich protestu i spotkają się z jeszcze silniejszym poparciem społecznym.
Rząd będzie myślał może nie tyle o samym zagrożeniu strajkiem nauczycielskim, co konsekwencjach społecznych i wyborczych. Jeśli nauczyciele wzmocnią sympatie i poparcie społeczne dla siebie i dla swoich żądań, to mogą na tym wygrać.

Grecja light

Marek Belka o wyborczych obietnicach PiS:
Ja nie będę teraz przesądzał, czy PiS zdoła te obietnice sfinansować, ale pewne jest, że ich spełnienie zadłuży nas tak potężnie, że skutki tego odczuwać będą jeszcze nasze dzieci. Żeby ten pakiet sfinansować, trzeba by podnieść podatki w takiej skali, że to nawet trudno sobie wyobrazić. I wszystkie te „dary” wyborcy mają dostać kosztem nas wszystkich. A skutki dotkną nas już za parę lat, jeszcze ja je odczuję.
Możemy wpaść w procedurę nadmiernego deficytu, ale to jeszcze nie największe nieszczęście. Jeśli nam się nie poszczęści, a koniunktura w światowej gospodarce się zmieni zasadniczo na gorsze, to wtedy możemy mieć problemy typu „Grecja light”, czyli trudności ze sfinansowaniem potrzeb pożyczkowych państwa.

Trudna koalicja

– Kontakty w Koalicji Europejskiej są bardzo dobre. To jest trudna koalicja. My jesteśmy różni. To jest pięć różnych partii o różnych programach – powiedział Włodzimierz Czarzasty w programie „Salon Polityczny Trójki”. – Jeżeli pan Kaczyński jest taki sam jak pan Ziobro czy pan Gowin, to dlaczego mają trzy partie, jeśli mogą być w jednej? – dopytywał przewodniczący SLD.
Info: sld.org.pl

Dzień Kobiet na świecie – w Atenach i w Madrycie

W Międzynarodowy Dzień Praw Kobiet grecki ruch feministyczny w porozumieniu ze związkami zawodowymi zorganizował dziś premierowy, trzygodzinny strajk administracji publicznej i sektora prywatnego na rzecz równości z mężczyznami, którzy zarabiają średnio ponad 220 euro więcej. W Hiszpanii, gdzie strajki kobiece 8 marca mają już swoją tradycję, oprócz przerwania pracy doszło do wielkich manifestacji w Madrycie i innych miastach.

„Ósmego marca występujemy ze wspólnym strajkiem kobiet i mężczyzn w budżetówce i sektorze prywatnym, by zaprotestować przeciw dyskryminacji i seksizmowi wobec kobiet“ – mówiła na wiecu w Atenach Argyri Erotokritou, działaczka feministyczna lewicowego „Ruchu 8 Marca“. Wiec zwołany przez to stowarzyszenie zgromadził oprócz tysięcy Greczynek kobiety-uchodźczynie przebywające w Grecji , czasem od wielu lat. Je również dotykają krzyczące nierówności płacowe, kiedy uda im się gdzieś zatrudnić. „To sprzeczne z prawami człowieka“ – argumentowały manifestantki.
O ile w Grecji strajk ósmego marca był precedensem, w Hiszpanii, gdzie ruch kobiecy jest silniejszy, a problemy podobne, strajk i manifestacje w licznych miastach odbyły się już drugi raz z rzędu. W zeszłym roku mobilizacja była masowa – w strajku i marszach protestacyjnych wzięły udział miliony Hiszpanek i Hiszpanów. Dziś było tak samo: manifestacja w Madrycie jest olbrzymia, na ulice wyszły setki tysięcy ludzi. Popierają ją liczni aktywiści lewicy – strajkują nawet kobiety-ministrowie socjaldemokratycznego rządu Pedro Sancheza, najbardziej zresztą kobiecego w historii kraju.
W Hiszpanii różnica między zarobkami mężczyzn i kobiet wynosi ponad 14 proc. (to o dwa procent mniej niż średnia europejska), a w ciągu ostatnich 10 lat mężczyźni zabili blisko 559 swych partnerek. Te sprawy dotyczą w różnym stopniu wszystkich krajów Unii Europejskiej, więc do kobiecych protestów i marszów doszło w kilku innych krajach, m.in. w Niemczech, Portugalii, we Włoszech i Francji. Nie strajkowano tam, lecz „kwestia kobieca“ pozostaje żywa – kobiety wiedzą, że czeka je jeszcze długa walka.